![]() |
|
[15.02.1972] Kalendarium mojego zjebania - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [15.02.1972] Kalendarium mojego zjebania (/showthread.php?tid=5497) |
[15.02.1972] Kalendarium mojego zjebania - Alexander Mulciber - 16.12.2025 Mieszkanie na Horyzontalnej, sypialnia, materac, z którego nie chce mi się ruszyć
Bogowie, jak mu łeb pękał. Alexander przetarł oczy i uświadomił sobie, że jest w swoim mieszkaniu. Potem dotarło do niego, że wciąż jest pijany. Na samym zaś końcu przyszła świadomość, że wczoraj się ożenił. Czego mężczyzna nie był w stanie zrobić, żeby móc wreszcie stanąć na nogi. Ale na razie wstawać mu się nie chciało. Nie musiał. Miał dzisiaj wolne, ale na wszelki wypadek przywołał zaklęciem swój kalendarz z zaklętym terminarzem, żeby upewnić się, że nie stracił dnia. Po pijaku nawet prawa czasu zdawały się szwankować. Nie szwankowała przynajmniej różdżka, bo tak jak zawsze leżała obok materaca, który służył Alexandrowi za łóżko. Oparł się o stos poduszek, którymi był obłożony jak jakiś indyjski maharadża, przecierając zmęczoną twarz. Wolne, potwierdził, po czym leniwie przeciągnął się, przywołując z kuchni dzbanek świeżej wody. Mógł więc doprowadzić się do porządku. Odespać. Bo wciąż czuł się niewyspany. A jednak nie mógł zasnąć. Zaczął przeglądać więc swój kalendarz, który dostał od Donalda na ostatnie urodziny. Podobał mu się. Był praktyczny, oprawny w elegancką, skórzaną okładkę. Najbardziej lubił jednak ludowe przysłowia, zapisane przy każdym dniu miesiąca. Swoiste motto danego dnia. Na pierwszego lutego był cały dwuwiersz: "czasem się luty zlituje, że człek niby wiosnę czuje. Ale czasem się tak zżyma, że człek prawie nie wytrzyma". Alexander przekartkował kalendarz do początku miesiąca. "Gdy mróz w lutym ostro trzyma, tedy już niedługa zima", przeczytał. Rzeczywiście, przewidywania magimeteorologów pokrywały się z ludowymi obserwacjami cyklów natury. Z jakiegoś w końcu powodu przysłowie to utrwaliło się w świadomości zbiorowej. "Chmury w lutym ku północy, to są ciepła prorocy." O, to mu się szczególnie podobało. "Jak w lutym rosa pada, mrozy w maju zapowiada." Alexander uśmiechnął się do sam do siebie. Lubił maj, miesiąc swoich urodzin, miesiąc, w którym wszystko rozkwitało, a świat budził się do życia. Czyżby dzwonki majowych konwalii miały zostać zmrożone w tym roku? Czy zamiast wilgotnej wiosennej mgły zobaczy na wrzosowiskach otaczających Mulciber Manor białą rosę? Czy zmarzną róże na grobie jego ojca? Alexander zamrugał. Kalendarz otworzył się bowiem na powrót na piętnastym lutego. – Dzisiaj dzień po świętym Walentym. Kto nie kocha, niech będzie przeklętym. Alexander przewrócił oczami, i rzucił kalendarzem o ścianę, rozwalając przy tym jeden z misternie ułożonych stosów książek, stojących w pobliżu drzwi. Padł z ciężkim westchnieniem na poduszki. Próbował odtworzyć w pamięci przebieg wczorajszej nocy. Próbował przypomnieć sobie słowa wczorajszej przysięgi, tej, którą złożył Lorettcie. Ale pamiętał jedynie gorzki smak alkoholu zatrutego słodko obezwładniającą krwią Blacków. Z jednego uzależnienia popadł w drugie. Żona była substytutem nędznym, ale przynajmniej akceptowalnym społecznie. Może kiedyś ją pokroi, żeby spuścić z niej krew, wypić z niej jak wampir. Wychłeptać do dna krew czarną niczym smoła. Niczym najpodlejszej jakości hera. Może i powinien spróbować kuracji metadonem zamiast się żenić. Nie sądził jednak, żeby takowa mu w czymkolwiek pomogła. Wciąż kopiąc w żyłę, nie zdołałby przecież zwalczyć fizycznej zależności. Zamiast farmakologią, wspomóc musiał się więc ludzkim substytutem. Wybrał życie. Wybrał Lorettę. Cieszył się, że nie został u niej na noc. Że wciąż był w tym mieszkaniu sam. Potrzebował być sam. Chciał być sam. Gdy zanurzył się bowiem we swych wspomnieniach, to było tak, jak gdyby zanurzył się w objęciach narkotyku, uzależnienie od którego zdominowało ostatnich siedem lat jego życia. Ten ostatni raz, obiecywał sobie, bo przecież już nie brał. Wciąż mógł jednak wyobrażać sobie, że to heroina krąży w jego żyłach, gdy na przemian tracił i odzyskiwał wczoraj przytomność. Tyle mi już tylko pozostało, pomyślał, zasypiając. Nędzna namiastka narkotyku wciąż była przecież lepsza niż nic. Koniec sesji
|