Secrets of London
[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy (/showthread.php?tid=5498)

Strony: 1 2 3


[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 16.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Appalachy. Nie było to miejsce, w którym sama chętnie by się znalazła. Od dwóch lat pracowała w Mungu, pamiętała, że ojciec wspomniał jej o tym, że taka okazja więcej się nie nadarzy, że powinna zaryzykować, nigdzie się tyle nie nauczy, więc teraz dzięki swojemu ukochanemu tatusiowi znajdowała się na samym końcu świata, gdzie psy szczekały dupami, i nawet sam diabeł mówił dobranoc. Nie było to jednak spełnienie jej marzeń, nigdy nie sądziła, że nadaje się do leczenia polowego, ale jednak tutaj była.

Zima była dużo ostrzejsza niż ta w Wielkiej Brytanii, czuła, jak wiatr wdziera jej się pod każdą, drobną szczelinę w jej płaszczu, poprawiła szalik, aby mieć jak najmniej ciała na wierzchu, nie, żeby w czymkolwiek jej to pomogło. Żałowała, że posłuchała staruszka.

Prowizoryczny obóz, który rozbili w niczym nie przypominał miejsca, w którym teraz chciałaby się znajdować. Śnieg okrywał okolicę, niby przestał już sypać, ale spodziewała się, że lada moment znowu zacznie prószyć. Nie miała pojęcia, czego tu szukali, nie musiała tego wiedzieć, miała pomagać tym, którzy uszkodzą się podczas jakiejś tajemniczej misji, więc tym właśnie się zajmowała, zresztą wolała się trzymać z daleka od tych dziwnych typów, którzy się tutaj znaleźli. Nie do końca odnajdywała się w tym towarzystwie, co raczej nie było niczym dziwnym, samo to, że musiała dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywać z kimś było dla niej dramatycznym przeżyciem.

Oddelegowali ją do gotowania, oczywiście, że musieli to zrobić, bo była przecież kobietą, jako, że tych nie było na stanie, to musiało paść na nią, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, chociaż niosło to za sobą pewne plusy. Przy palenisku było cieplej, chociaż wiatr nadal był nieprzyjemny, przynajmniej na chwilę jednak mogła się ogrzać. Nie miała pojęcia, jaka temperatura będzie w jej namiocie, chyba wolała nie wiedzieć, ta noc i tak miała należeć do nieprzespanych jak kilka ostatnich.

Indyk, skąd oni do jasnej cholery wzięli indyka? Jakim cudem się tutaj znalazł? Nie powinna zadawać tych pytań. Musiała działać, wolała nie ryzykować tego, że nie dostaną jedzenia o odpowiedniej porze, nie wyglądali na przyjemniaczków, a Prue miała w sobie jednak odrobinę instynktu samozachowawczego. Obierała więc warzywa korzenne, które zamierzała wrzucić do ognia, indyk znalazł się na prowizorycznym rożnie, do tego zamierzała przygotować owoce - ponoć był to tutejszy przysmak, skąd to wiedziała? Nie miała pojęcia, po prostu wiedziała, pewnie ktoś jej powiedział, czy coś, nie zastanawiała się nad tym, instynkt ją prowadził.

Nie było niczego przyjemnego w gotowaniu na świeżym powietrzu, zdecydowanie wolałaby się znajdować gdzieś indziej, ale musiała być tutaj, w górach, w których czaiło się niebezpieczeństwo. Niebo było ciemne jak smoła, rozświetlały je wyłącznie gwiazdy, no i ognisko, przy którym się znajdowała. Czuła niepokój, miała wrażenie, że coś czai się w okolicznych krzakach, póki jednak nie postanowiło podejść bliżej miała zamiar to ignorować, kto inny pełnił wartę, kto inny miał się zajmować bezpieczeństwem, ona została oddelegowana do gotowania i tym właśnie się zajmowała.


[roll=O] (rzemiosło ◉○○○○ - na gotowanie)


RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 16.12.2025

Nie było mnie w obozie od wczoraj. Wysłali mnie gdzie indziej, w dół doliny, na rozeznanie, które miało być pilne, a jak zwykle okazało się po prostu upierdliwe. Wróciłem pod wieczór, gdy Appalachy robiły się już czarne i głuche, a śnieg skrzypiał pod butami. Niebo nad obozem było czarne, czystsze niż gdziekolwiek indziej, gwiazdy świeciły ostro, zimno. Wiatr szarpał płaszczami, śnieg niedługo miał zacząć prószyć, drobno, uparcie, jak zawsze o tej porze roku. Wysokie góry i gęste lasy nie robiły aż takiego wrażenia, kiedy patrzyło się na nie drugi czy trzeci rok z rzędu, były zimne, mokre i nieprzyjazne - w sam raz, by pamiętać o ich naturalnej wrogości wobec ludzi. Trzymałem się swoich rewirów, nie dlatego, że ktoś mi kazał, tylko dlatego, że tak było wygodniej. Plecak rzuciłem tam, gdzie zawsze, sprawdziłem sprzęt, odruchowo policzyłem wszystko, co powinno wisieć na zewnątrz. Wisiało, więc wieczór chwilowo obywał się bez zaskoczenia, przynajmniej przez chwilę.
Nagle zawiało ciepłym powietrzem, gdy wiatr zmienił kierunek, a przez zapach dymu przebiło się coś jeszcze, bardzo nietypowego - pachniało sensownie, jak na warunki, w których zwykle jadło się cokolwiek, byle nie skute na kostkę lodu. Odruchowo spojrzałem w tamtą stronę, dopiero wtedy zauważyłem, że kilka metrów dalej ktoś krzątał się przy prowizorycznej kuchni, ale nie patrzyłem, kto to dokładnie, nie miałem potrzeby śledzić cudzych grafików ani liczyć ilości dusz na końcu świata.
Słyszałem, że doszły nowe osoby, zgodnie ze stałym planem, który był mi znany na tyle, na ile tego potrzebowałem, bez głębszych detali - gdy nam to komunikowano, ktoś narzekał, ktoś parsknął śmiechem, ktoś inny rzucił komentarz, który miał być zabawny - nie zwróciłem na to jednak większej uwagi, zawsze mówili głupoty, kiedy było zimno, ciemno i nudno. Przeleciało mi to obok głowy, ludzie byli tymczasowi, robota nie, to pierwsze miało więc dla mnie marginalne znaczenie. Prawdę mówiąc, ta konkretna grupa ludzi była całkiem przyzwoita, ale nie na tyle, by tworzyć wielkie przyjaźnie. Niektórzy byli w porządku, inni… Byli. Nie było w tym, co robiliśmy, żadnej duchowej wspólnoty, żadnego „razem”. Współpraca tego typu to była zwykła czynność, jak czyszczenie ostrza albo wiązanie buta.
- No, proszę, Fen wrócił cały. - Odezwał się Morris, opierając się o pień. - Myślałem, że góry cię w końcu zjedzą. - Zaśmiał się krótko, całkiem koleżeńsko, jak na bycie kutasem. Obok niego kręcił się Harris, młodszy z bliźniaków, z tym irytującym błyskiem w oku.
- Jeszcze nie. - Mruknąłem. - Widocznie mnie nie chcą. Czekają aż się przemrożę, mięcho jest wtedy bardziej delikatne, wiesz, kruchutkie, bez tego jestem raczej żylasty, nawet na tutejsze standardy. - Morris parsknął śmiechem, szybko jednak zamilkł. W obozie obowiązywały proste zasady, jedną z nich było to, że lepiej nie ciągnąć mnie za język. Odwróciłem od niego wzrok, nie mając ochoty nawiązywać dalszej interakcji.
Mimowolnie wróciłem spojrzeniem do drugiego źródła światła. Dopiero wtedy zauważyłem, że kawałek dalej, przy prowizorycznej kuchni, krząta się ktoś nietypowy, rzeczywiście z nowych, zdecydowanie kobieta, patrząc po sylwetce. No, cóż, pachniało sensownie, jak na takie warunki, więc to rzeczywiście nie mógł być nikt ze starych ludzi. Ich próby były dotychczas dosyć mierne - mówiąc delikatnie.
Stałem chwilę, oceniając zapasy, nie naszą nową kucharkę. Ogień przy palenisku był w porządku, ale tamten mniejszy, będący bardziej źródłem światła, mógł zaraz przygasnąć. Mimowolnie westchnąłem, wiedząc, co to oznaczało, ale jeszcze nie ruszając się z miejsca. Potem spojrzałem na kobietę - była skupiona na przygotowywanym jedzeniu - warzywa, indyk, jakieś owoce - robiła to metodycznie, bez nerwowych ruchów, jakby gotowanie było dla niej zadaniem, a nie karą. Wyglądała, jakby to miejsce było dokładnie tym, gdzie nie chciała być, ale i tak stała prosto. Nie dziwiło mnie to, Appalachy nie były miejscem, do którego się tęskni, były miejscem, które się przetrzymuje.
Medyczka, pomyślałem, to było widać od razu bo tacy ludzie mieli w sobie ten specyficzny rodzaj napięcia - ciągła gotowość, jak u mnie, tylko w inną stronę, tę, która naturalnie kontrastowała z moją codzienną pracą. Nie pasowała do reszty obozu i właśnie dlatego nikt jej tu nie chciał naprawdę, ja też nie czułem potrzeby, żeby się do niej zbliżać w celach zapoznawczych. Była częścią obozu tak samo jak namioty, ogień i dym z płonącego mokrego drewna, jak my wszyscy - funkcja, nie historia - wiedziałem, że jak ktoś wróci poharatany, połamany albo przeklęty, to ona będzie musiała się nim zająć, do tego czasu raczej faktycznie musiała sobie znaleźć jakieś zajęcie, gotowanie nie było najgorsze, przynajmniej nie musiała siedzieć z resztą towarzystwa.
Nie skomentowałem jej obecności do kolegów. Nie interesowało mnie, skąd jest ani dlaczego tu przyjechała, najwyraźniej ktoś uznał to za potrzebne, tyle wystarczyło. Wziąłem kolejne polana, w miejsce tych wypalonych, i przeszedłem kilkanaście kroków dalej, z miejsca, w którym wcześniej stałem, bliżej prowizorycznej kuchni. Położyłem kilka polan na mniejszej kupce, niedaleko niej, tak, żeby były pod ręką - bez słowa, bez spojrzenia - drewno było ciężkie i wilgotne, ale i tak mogło się przydać, kiedy wiatr znowu zmieni kierunek, to było wszystko.
Słysząc trzask z lasu, oparłem się o skrzynię z zapasami, poprawiłem pasek przy udzie, spojrzałem w ciemność między drzewami. Nie interesowało mnie nic więcej. Appalachy były niespokojne, czuło się to w kościach, nie lubiły, gdy ktoś w nich grzebał, ziemia tu nie zapominała i nie wybaczała. Myślałem o tym, co jutro może wyjść spod śniegu albo wyskoczyć zza drzew, nie o tym, kto miesza w garze.
- Fanny, nie stój tak smutno. - Rzucił Harris zza moich pleców, pod wiatr, co uznałem przede wszystkim za głupie, nie irytujące - nie lubiłem, gdy ktoś bez potrzeby strzępił japę po zmroku. - Rozgrzej się, bo nam tu zamarzniesz jak panienka. - Byłem niemal pewny, że wykonał ruch w kierunku naszej nowej koleżanki, ale nie odwracałem wzroku od linii drzew.
- Zamknij się. - Powiedział Morris za mnie, znudzonym tonem. - Albo idź pilnować lasu.
Prychnąłem cicho, kręcąc głową - debile. Głupi, ale nieszkodliwi, przynajmniej do czasu, bo na robocie się jednak znali.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 16.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Nie przywiązywała szczególnej wagi do tego, kto jej towarzyszył. Nie pojawiła się tu po to, aby nawiązywać nowe znajomości, zresztą nigdy nie była promyczkiem, raczej należała do osób, które trzymały się na dystans. Zresztą nie pasowała do nich i zdawała sobie z tego sprawę. Miała być obecna w tym obozie, aby udzielić pomocy, gdy będą tego potrzebowali. Na tym właściwie kończyła się jej funkcja, ojciec mówił, że zyska dzięki temu sporo nowych umiejętności, no to się tutaj znalazła, bo tak chciał, w sumie może i ona chciała przeżyć jakąś przygodę, chociaż nie do końca było po niej widać entuzjazm.

Naciągnęła kaptur na głowę, miała wrażenie, że zerwał się chłodniejszy wiatr, zresztą płomienie nad paleniskiem robiły się coraz bardziej niespokojne, nie była przyzwyczajona do pracy w takich warunkach, nie sądziła, że kiedyś będzie musiała gotować w górach, nikt jej tego nie nauczył, musiała improwizować, robiła co mogła, aby wszystko jakoś w miarę wyglądało. Kiedy już się w coś angażowała to robiła co mogła, aby faktycznie coś z tego wyszło, nie wybierała półśrodków. Może nie była szczególnie zadowolona z roli, jaką jej wyznaczono, ale na pewno było to lepsze od siedzenia między obcymi ludźmi.

Zapach unoszący się w powietrzu nie był najgorszy, więc może wcale nie miało pójść jej tak najgorzej, jak na to, gdzie się znajdowała, nie sądziła jednak, że smak tego, co szykowała będzie miał dla kogoś jakiekolwiek znaczenie, raczej nie wyglądali jej na szczególnie wybrednych, podejrzewała, że jedli co wpadło im w ręce, czy tam w garnek. Ten indyk dzisiaj miał być wyjątkowy z racji na to, że były święta, ktoś go złapał, czy przyniósł, nie miała pojęcia jak trafił do obozu, ale tutaj był, więc warto było zrobić z niego coś sensownego.

Prue nie była jakąś wybitną kucharą, w ich domu to matka przygotowywała posiłki, zdarzało jej się ją przy tym podglądać, jednak wychodziła ona z założenia, żeby córka niczego nie dotykała, bo jeszcze popsuje jej wybitne potrawy, a że nie ciągnęło jej do tego jakoś mocno to przystawała na to. Na szczęście jej pamięć jej nie zawodziła, potrafiła odtworzyć wszystkie kroki obróbki mięsa po kolei z głowy, był to jeden z momentów, kiedy jej choroba okazywała się wybawieniem.

Była zajęta swoim zadaniem, skupiona tylko i wyłącznie na nim, przestała się skupiać na otoczeniu, co pewnie było błędem, bo to miejsce nie należało do tych bezpiecznych. Nikt nie mógł wiedzieć, co kryło się w ciemności, mogli być jednak pewni, że na pewno coś w niej obecne chciało ich zeżreć. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

Gdzieś ktoś z kimś rozmawiał, obóz żył swoim własnym życiem, ale nie zwracała uwagi na te rozmowy, nie obchodziło jej to w tej chwili, tak właściwie to chyba w żadnej, skupiała się na mięsie i warzywach, no i owocach, które wymagały jej uwagi, nie chciała czegoś przypalić, bo czuła, że nie zostałoby to jej wybaczone. Pewnie usłyszałaby, że do niczego się nie nadaje, typy, które tutaj bytowały nie wyglądały jej na przyjemniaczków, dlatego więc miała się na baczności. To nie tak, że obawiała się konfrontacji, być może została tutaj przyjęta jako medyk, jednak nie wiedzieli o niej wszystkiego i może lepiej, aby tak pozostawało, dopóki nie będzie musiała pokazać co potrafi i o ile w ogóle do tego dojdzie to zamierzała zostać przy tej wersji, w której miały się liczyć tylko jej zdolności uzdrowicielskie.

Wiatr zmienił swój kierunek, przez co dym leciał w jej stronę, wiedziała, że będzie ciężko pozbyć się jej tego zapachu z ubrań i włosów, będzie śmierdziała, jakby sama wędziła się w tym ognisku, skrzywiła się na samą myśl. Oczy zaczęły jej łzawić, przetarła więc je szalikiem, co pomogło na chwilę. Płomienie stawały się coraz wyższe, wypadało, aby coś z tym zrobiła, próbowała je delikatnie ugasić, ale przez to ten prowizoryczny rożen, który przygotowała zaczął się bujać. Warzywa również wymagały natychmiastowego odwrócenia, nie wyglądało to najlepiej, szczególnie, że ten indyk ważył chyba tyle, co połowa jej. Był to jakiś wielki egzemplarz, upociła się kiedy transportowała go na miejsce.

- Błagam, tylko nie postanawiaj teraz latać, to Ci w niczym nie pomoże. - Gadała do niego, jakby jeszcze miał jakąś szansę na ucieczkę, ale przecież trafił tutaj bez głowy, tyle, że gibał się na tym ogniu jakby naprawdę postanowił wiać w podskokach.

Jedną ręką sięgała po tackę z warzywami - w tym czasie jednak mięso postanowiło faktycznie zacząć uciekać, kątem oka widziała, jak przechyla się bardzo niebezpiecznie. - Aaa, kurwa nie teraz. - Rzadko kiedy przeklinała, ale ta sytuacja wymagała zaakcentowania.

Ruszyła się, by wolną ręką złapać końcówkę różna, tyle, że utknęła w bardzo dziwnej pozycji, z jedną ręką trzymającą gibającego się indyka, a drugą trzymając tackę, wystarczyła chwila nieuwagi, a sama mogłaby się stać kolacją, kto by się spodziewał, że gotowanie może być takie niebezpieczne? No, na pewno nie ona.




RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 16.12.2025

Stałem kawałek dalej, w cieniu, tam gdzie ogień już nie grzał, a dym nie pchał się do płuc. Obóz brzmiał jak zwykle - przytłumione rozmowy, metal uderzający o metal, trzask drewna - chwilowo zaanektowane przez ludzi otoczenie szumiało własnym życiem, głosami, śmiechem, trzaskiem drewna, to był zwykły wieczór w tym miejscu. Zbyt normalny, jak na lokalne standardy, żeby go roztrząsać. Ogień przy palenisku miał trzaskał, syczał, rzucał cienie po śniegu. Nie zwracałem na to uwagi. Appalachy miały ten rytm, który po czasie przestawał być tłem, a zaczynał być czymś w rodzaju pulsu - jeśli przestawałeś go słyszeć, to znaczyło, że coś jest nie tak, ale dopóki wszystko było jak dziś, można było przez chwilę złapać oddech, obserwując góry za drzewami. Nie słuchałem rozmów, nie interesowało mnie, kto co mówił i do kogo, to zbiorowisko zawsze brzmiało tak samo, jak stado zwierząt zamkniętych w jednym miejscu na noc.
Zerknąłem w stronę prowizorycznej kuchni tylko dlatego, że coś się poruszyło nie tak, jak powinno, wcześniej przez dłuższą chwilę nie zwracałem na nią uwagi. Nauczyłem się nie reagować na rzeczy, które nie należały do mojej roboty. Kuchnia nie była moją robotą, przynajmniej dopóki nie wydarzyło się coś, co przekierowało tam moją uwagę. Zauważyłem ruch wcześniej niż krzyk nie dlatego, że się gapiłem, po prostu takie rzeczy wyłapywałem odruchowo. Ogień zafalował niespokojnie, z tym nieprzyjemnym trzaskiem, który zawsze oznaczał kłopoty, płomienie poszły w górę, dym zmienił kierunek. Podniosłem wzrok dokładnie w tym momencie, gdy prowizoryczny rożen zachował się dokładnie tak, jak wszystkie źle wyważone konstrukcje na świecie - indyk zaczął się przechylać, a Nowa znalazła się w tej absurdalnej, niestabilnej konfiguracji, jakby ktoś ustawił ją celowo w pozycji „głupia decyzja”. Zakląłem pod nosem, praktycznie synchronicznie, zanim zdążyłem pomyśleć, a moje ciało zareagowało szybciej niż głowa, co zwykle bywało złym znakiem, ale tym razem nie miałem czasu tego analizować. To nie było bohaterstwo ani nagły przypływ troski, raczej odruch wyrobiony latami pracy z rzeczami, które miały paskudny zwyczaj wymykać się spod kontroli w najmniej odpowiednim momencie. Zobaczyłem, jak ten cholerny indyk przechyla się niebezpiecznie, jak ona zastygła w tej absurdalnej pozie, za mała na sprzęt, z którym przyszło jej walczyć, i już byłem w ruchu.
Złapałem koniec rożna jedną ręką, bliżej środka ciężkości, tam gdzie metal był już rozgrzany do granic rozsądku, drugą pchnąłem metalowy stojak w dół, żeby go ustabilizować. Zrobiłem to za szybko, za blisko ognia, skóra zapiekła mnie natychmiast, ostry, czysty ból, jakby ktoś przyłożył mi żelazo do dłoni. Wszystko trwało może dwie sekundy.
- Kur–a. - Syknąłem cicho, bardziej przez zęby niż na głos. Nie patrzyłem na jej twarz, nie było potrzeby, skupiłem się na tym, co praktyczne - na ciężarze mięsa, na tym, żeby ustabilizować całość jednym ruchem, zanim indyk faktycznie postanowi zrobić skok w ogień albo na ziemię. - Puść. - Powiedziałem krótko, nisko, to było polecenie techniczne, nie rozmowa. Nie była słaba, skoro to utrzymała - jasne - była tylko źle ustawiona wobec grawitacji i pieprzonego indyka wielkości połowy dziecka, jeśli nie więcej. Musiała puścić, bym mógł przesunąć rożen o kilka cali, zahaczając go o stabilniejszy punkt.
Przytrzymałem konstrukcję, aż przestała się bujać, poprawiłem klin pod jedną z podpór butem, docisnąłem całość kolanem, potem sam puściłem powoli, sprawdzając, czy indyk już nie ma ochoty na samobójstwo - chyba już mu przeszło. Cofnąłem się od razu o krok, gdy tylko dostrzegłem, że prowizoryczny rożen się ustabilizował, nadal nie patrząc w bok, jakbyśmy właśnie minęli się na ścieżce, a nie ratowali prowizoryczną kolację przed samozniszczeniem.
Ciepło przeszło w pieczenie, zęby same mi się zacisnęły, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak blisko była. Czułem jej ramię przy swoim, krótkie muśnięcie materiału o kurtkę, napięcie w powietrzu, które nie miało nic wspólnego z zimnem. Ułamek sekundy, nic więcej, wystarczająco, żeby odnotować i natychmiast zignorować. Nie było potrzeby niczego tłumaczyć ani komentować, każdy zainteresowany widział, co się stało - reszta nie musiała.
- Voilà. - Rzuciłem krótko, przez zaciskane zęby. - Następnym razem - powiedziałem jeszcze, wypuszczając powietrze nosem, nadal patrząc na tę prowizoryczną machinę śmierci, a nie na prowodyrkę zamieszania, poprawiłem wszystko minimalnie butem, technicznie, bez słów - weź mniejszego debila do konstruowania takich rzeczy. Albo kogoś, kto wie, że środek ciężkości to nie sugestia. Ten, kto ci to stawiał, spierdolił robotę. - Głos miałem suchy, rzeczowy, to nie była złośliwość, to była diagnoza.
To mówiąc, cofnąłem się o kolejny krok, dając jej przestrzeń, której wcześniej nawet nie zauważyłem, że prawdopodobnie potrzebowała. Nie czekałem na odpowiedź - nie byłem tu od rozmów ani od tłumaczeń - odwróciłem się bezceremonialnie na pięcie, przeszedłem kilka kroków i uklęknąłem przy krawędzi obozu, tam gdzie śnieg był jeszcze czysty i miękki, bez ceregieli wsadzając rękę w zaspę. Trzymałem ją tam chwilę dłużej, niż było wygodnie, aż ból zmienił się w tępy, znośny i względnie akceptowalny. Dopiero wtedy podniosłem się i spojrzałem przez ramię.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 16.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Nie był to chyba jej wieczór. Naprawdę wydawało się jej, że radzi sobie nie najgorzej jak na panujące wokół warunki, dość szybko jednak życie ją zweryfikowało, rożen ją zweryfikował, tkwiła w rozkroku jedną ręką trzymając te prowizoryczne urządzenie, które do końca nie spełniło swoją roli, a w drugiej tacę z warzywami, bo nie chciała wypuścić jej z rąk, żeby jej kompani mieli co zeżreć na kolację, ryzykowała własnym życiem - jej głowa znajdowała się trochę zbyt blisko ognia, ale tylko trochę. Dym otaczał jej twarz, co ograniczało pole widzenia Prue i robiło się coraz cieplej, a to oznaczało, że naprawdę znajdowała się blisko płomieni tańczących w ognisku. Wspaniale, naprawdę niesamowity początek. Brakowało, aby tylko ktoś jej zaklaskał, bo tak wyśmienicie sobie radziła.

W pewnej chwili ciężar wydał jej się być zdecydowanie mniejszy, nie dostrzegła ruchu, była skupiona na stabilizacji swojego ciała, która miała jej pomóc utrzymać jakoś równowagę i nie utracić pożywienia w ogniu piekielnym.

Dopiero po chwili dostrzegła sylwetkę, najwyraźniej ktoś widział jak świetnie sobie radzi w tej polowej kuchni. Wolałaby, by nikt nie miał świadomości o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Nie znosiła kiedy coś nie szło po jej myśli, gdy się jej nie udawało. To nie tak, że nie była wdzięczna za uratowanie z opresji, jednak zdecydowanie wolałaby, aby nie doszło do tej całej sytuacji.

- To indyk, nie kura. - Powiedziała cicho. Gdyby to była kura, to by sobie z nią sama poradziła, ale to był wielki indor, ważący niewiele mniej od niej. Może chciał powiedzieć kurwa? Zawiesiła się na krótką chwilę, wybrała sobie na to bardzo zły moment, ale od kury do kurwy było naprawdę blisko. Mrugnęła, musiała wrócić do rzeczywistości. Nie zastanawiać się nad tym, czy nie zrobiła z siebie idiotki, nie było teraz na to czasu.

Puść. Dotarło do niej polecenie, powinna to zrobić? Co jeśli nie uda mu się uratować tego nieszczęsnego mięsa, nie, założyła, że sobie poradzi, wydawał się być wielki, więc mogła mu co do tego zaufać, chyba lepiej od niej wiedział co robił. Puściła więc swój koniec, albo jej się wydawało albo złapał nagrzany, kawałek metalu, być może będzie miała okazję wykorzystać te ze swoich umiejętności, które faktycznie posiadała, szkoda tylko, że typ poparzył się przez nią, ale no - takie rzeczy na pewno zdarzały się tu często, zważając na warunki w jakich musieli bytować.

Nie ruszyła się z miejsca, nadal stała blisko niego, trzymają nadal w ręku tacę z warzywami, miała coś z nią zrobić, nie pamiętała tylko co, obserwowała w tej chwili mężczyznę, który poradził sobie dużo lepiej od niej z walką z tym nieszczęsnym rożnem, udało mu się  ustabilizować to narzędzie szatana. Nieźle, widać, że miał wprawę.

Znajdował się bardzo blisko niej, póki co jednak nie była w stanie zobaczyć jego twarzy, nie mogła tego zrobić bez chamskiego odwrócenia się w jego stronę i uniesienia głowy, chciałaby wiedzieć, kto jej pomógł, kogo powinna unikać, bo narobiła sobie wstydu. Teraz w ogóle będą mogli się tutaj z niej nabijać i mówić, że się do niczego nie nadaje.

Do tego wszystkiego, kiedy poczuła krótkie muśnięcie, ich ciała musiały na chwilę się dotknąć przeszedł przez nią dziwny dreszcz, nie miała pojęcia skąd nagle się to wzięło, nie analizowała tego, musiała się skupić na swoim zadaniu.

- Trudno jest na pierwszy rzut oka stwierdzić kto jest debilem, a kto nie. - Mruknęła cicho, bo to wcale nie było takim prostym zadaniem, skąd mogła wiedzieć, że ktoś spierdolił robotę? Zakładała, że znajduje się w gronie osób, które potrafiły jakoś sobie radzić, były to błędne założenia, już wiedziała, że będzie musiała dokładnie wszystko sama kontrolować, bo inaczej będzie się wszystko mogło skończyć katastrofą.

- Dzięki. - Powiedziała jeszcze w końcu, bo wypadało podziękować za tę dramatyczną akcję, bez której nie mieliby co zjeść na kolację. Mężczyzna cofnął się o krok, dopiero wtedy kątem oka spojrzała w jego kierunku, włożył rękę w śnieg, przez co zadrżała, tak się nie robi. - Zakażenie, może Ci odpaść ręka. - Wiedziała, że najlepiej działały te najbardziej konkretne groźby, nie wspominała o tym, że nie może mieć pewności, że ktoś z jego kompanów wcześniej nie nasikał na ten śnieg...

- Jeśli pomożesz mi go nadziać, to mogę spojrzeć na rękę. - Najpierw kolacja, później przyjemności, czy coś. Musiała jakoś określić swoje priorytety na tę chwilę, wolałaby zacząć od ręki, to przynajmniej wiedziała jak zrobić, ale w tym wypadku ci wszyscy głodni mężczyźni jednak znaleźli się na szczycie listy.




RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 16.12.2025

Nie był to chyba jej wieczór, to było widać od razu, nawet dla kogoś, kto zwykle nie zwracał uwagi na takie rzeczy. Stała tam, w tym absurdalnym rozkroku, z tacą warzyw w jednej ręce i piekielnym wynalazkiem w drugiej, jakby świat postanowił sprawdzić, ile da się naraz nałożyć na jednego człowieka, zanim coś pęknie - odpowiedź zapewne brzmiała „niedużo”, bo i ona taka była - nieduża. Nie miała zbyt wielkiego pola manewru, ogień był za blisko, dym za gęsty, a metal zdecydowanie za ciężki, jak na prowizorkę skleconą przez kogoś, kto najwyraźniej uznał, że fizyka w górach działa inaczej. Ktoś mniej uważny uznałby to za komedię, ja widziałem w tym czystą fizykę i bardzo prostą drogę do oparzeń.
Ciężar nagle zrobił się mniejszy, bo przejąłem go na siebie - to był ten moment, w którym ciało samo podejmuje decyzję, szybciej niż głowa, złapałem rożen bez ceregieli, instynktownie, tam gdzie nie powinienem, bo nie było czasu szukać lepszego miejsca. Metal był rozgrzany do granic przyzwoitości, poczułem to natychmiast, ostro, jasno, jak sygnał alarmowy w głowie. Nie puściłem, bo przez sekundę jedyne, co mnie interesowało, to żeby to cholerstwo nie poleciało w ogień razem z nią. Ustabilizowałem całość, poprawiłem punkt podparcia butem, ciężar rozłożył się wreszcie tak, jak powinien od początku - ktokolwiek to ustawił, zrobił to na odpierdol.
Parsknąłem pod nosem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
- Nie jestem ślepy. - Mruknąłem. - Kura, na marginesie, byłaby lepsza. Bardziej proporcjonalna do operatora. - Nie brzmiało to jak żart, to był suchy komentarz kogoś, kto liczył kilogramy i momenty siły, a nie ambicje. Kura, zwłaszcza martwa, nie bujałaby się jak demon, indyk ważył za dużo jak na ten rożen i jak na nią. Skupiłem się na tym, żeby ten drugi przestał udawać żywe stworzenie i wrócił do roli obiadu.
Dziewczyna była blisko - za blisko, jak na moje obecne standardy ale nie w ten sposób, który się komentuje, raczej jak ktoś, kto nagle znalazł się w tej samej strefie zagrożenia. Puściła w końcu swój koniec, dokładnie wtedy, kiedy powinno się to zrobić, dobra decyzja. Dym, ciepło, napięcie mięśni, poczułem krótkie muśnięcie, przypadkowe, bez intencji, zignorowałem to, skupiłem się na metalowej konstrukcji. Przejąłem ciężar bez komentarza. Metal był gorący, za gorący, ale dało się z nim wygrać, jeśli wiedziało się gdzie chwycić i jak ustawić środek ciężkości. Poprawiłem całość, klinując jeden z prętów kamieniem - proste - ktoś, kto to składał, nie myślał dalej niż na dwa ruchy do przodu.
Cofnąłem się dopiero, gdy byłem pewien, że nic już nie spadnie.
- W tych górach - powiedziałem, nie patrząc na nią - zakłada się, że każdy nim jest, dopóki nie udowodni inaczej. Sprzęt też. - Przesunąłem wzrokiem po całej prowizorycznej kuchni, po linach, hakach, deskach. Po ludziach, którzy kręcili się zbyt blisko, zbyt pewni, że ktoś inny już wszystko sprawdził - klasyczny błąd nowicjusza.
Dłoń pulsowała bólem, więc bez ceremonii wcisnąłem ją w śnieg, zimno uderzyło gwałtownie, aż bark mi drgnął, ale właśnie o to chodziło - lepiej tak, niż pozwolić, żeby pęcherze zrobiły swoje. Trzymałem ją tam chwilę dłużej, niż było rozsądne, aż pieczenie zmieniło się w tępy ciężar. To „dzięki” dotarło do mnie, kiedy już kucałem, skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej - to była prewencja strat, nie bohaterstwo - a kiedy wspomniała o zakażeniu i odpadaniu ręki, parsknąłem krótko nosem. Usłyszałem jej uwagę, zarejestrowałem ją, ale nie skomentowałem, widziałem gorsze rzeczy niż brudny śnieg - ten zresztą wyglądał na całkiem czysty.
Jej propozycja dotarła do mnie z lekkim opóźnieniem. Przetworzyłem ją raz, potem drugi, wyciągając rękę ze śniegu - skóra była czerwona, pulsująca - da się obejść. Za to ta oferta? Przez sekundę patrzyłem na indyka, potem na rożen, potem znowu na indyka - stał już nadziany, przebity na wylot, osadzony, zabezpieczony lepiej niż przed chwilą, gotowy do dalszej obróbki albo do zemsty, jeśli znowu ktoś go ruszy nie tak. Przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, próbując zrozumieć, czy coś mi umknęło, czy to ja byłem zmęczony po robocie.
- On już jest… - Zacząłem i urwałem, nie dokończyłem, nie było sensu. Może miała na myśli coś innego, może mówiła skrótami, może po prostu stres robił swoje. - Ale jak sobie panienka życzy. - Powiedziałem tym samym, roboczym głosem, którym mówiło się tu o wszystkim. - Niech mi tylko powie, co mam robić. - Dodałem obojętnym, płaskim tonem najemnika, który przywykł do poleceń. Nie byłem tu od interpretowania.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 16.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Spodziewała się, że żadne wieczór w Appalachach nie będzie jej. Nie pasowała do tego miejsca, nie odnajdywała się w nim, jakoś jednak musiała to wszystko przetrwać, nie miała w zwyczaju łatwo się poddawać, to miało ją czegoś nauczyć? Czego? Póki co nie miała zielonego pojęcia, miała wrażenie, że może nie wrócić stąd żywa, ale nie powinna negować zdania ojca, na pewno skoro widział w tym jakąś okazję do nabywania wiedzy to taka miała się pojawić, prędzej, czy później, pewnie później o ile w ogóle. Póki co walczyła o życie, próbując sobie poradzić z martwym indykiem, naprawdę niesamowite doświadczenie... wykorzysta je w swojej uzdrowicielskiej karierze.

Miała szczęście, bo ktoś musiał zauważyć, że to nie był jej dzień, ktoś postanowił ulżyć jej w tym cierpieniu, wyciągnąć do niej pomocną dłoń, w sumie to pewnie chodziło przede wszystkim o posiłek, który mogła zmarnować. Słyszała o tym, że rzadko kiedy trafiało się takie mięso, pewnie każdy miał ochotę ten pierwszy raz od kilku dni zjeść coś, co miało jakikolwiek smak, a ona mogła doprowadzić do tego, że martwe zwierzę spłonęłoby w ognisku i tyle by go widzieli.

- Gdybyśmy mieli patrzeć na rozmiar operatora to może od razu lepiej byłoby wybrać perliczkę, obawiam się jednak, że mało kogo obchodzą gabaryty kucharza w momencie, w którym liczy się pełny żołądek. - Indyka pewnie chociaż przez chwilę poczują na żołądku, kura? Podejrzewała, że kurę mógłby zjeść każdy z nich na raz, bez zająknięcia. Mieli indyka, musiała przygotować indyka, nikt nie przejmował się tym, że wagowo ledwo była sobie w stanie z nim poradzić.

Pozwoliła mu uratować ten nieszczęsny rożen, to była dobra decyzja, bo całkiem szybko udało mu się ustabilizować tę nie do końca pewną konstrukcję. Wyglądała nieco lepiej, niż wcześniej co było sporym sukcesem, ptak nie bujał się już tak dramatycznie na boki, jakby miał zaraz odfrunąć, być może jednak uda im się z niego zrobić kolację.

- Dzięki za wskazówkę, będę uważniejsza w przyszłości. - Wyglądał, jakby miał w tym spore doświadczenie, może faktycznie warto było założyć, że każdy jest debilem, wtedy przynajmniej będzie mogła się pozytywnie zaskoczyć, jeśli nim nie będzie. Było to całkiem logicznym zachowaniem, szczególnie kiedy nie miała pojęcia, kim są jej towarzysze.

O, teraz na przykład zupełnie zignorował jej słowa o ewentualnym zakażeniu, wiec mogła go dopisać do listy debili, oczywiście nie wspomniała o tym, że to robi, działo się to tylko i wyłącznie w jej głowie. Widziała, że trzymał tę dłoń w śniegu dosyć długo, to oznaczało, że próbował ukoić palący ból, jednak jak przystało na prawdziwego mężczyznę, wojownika ignorował istnienie uzdrowiciela, i tak na końcu wszyscy trafiali do niej, prędzej, czy później docierało do nich, że nie ma innego wyjścia.

Do tego dorzucił parsknięcie, ona też parsknie, jak rękę pokryją mu obrzydliwe bąble i nie będzie mógł odpowiednio złapać swojego miecza... czy tam sztyletu, czy różdżki czy miecza i sztyletu i różdżki. Nie powinna teraz myśleć o mieczach... dlaczego to wszystko brzmiało tak źle w jej głowie.

Zaproponowała mu, że jeśli jej pomoże to spojrzy na tę dłoń, niby zignorował to, kiedy wspomniała o zakażeniu, ale zatrzymał się na moment, gdy poprosiła go o pomoc, może więc jeszcze pójdzie po rozum do głowy.

Chyba się nie zrozumieli, najwyraźniej. - Go teraz trzeba nadziać drugi raz, w sensie tak, już niby jest nadziany, ale nie o takie nadzianie chodzi... - Miał prawo jej nie zrozumieć, nie wyraziła się dosyć jasno. - Trzeba mu nadziać kuper, tymi owocami, co są tam przygotowane. - Wskazała głową na pień, na którym znajdowała się tacka z przygotowanymi przez nią owocami. - No, trzeba mu to tam wepchnąć. - Starała się trzymać poziom, ale ta rozmowa wydawała jej się naprawdę abstrakcyjna, chociaż przecież rozmawiali tylko i wyłącznie o przygotowywaniu kolacji.

- Więc jeśli by się dało, to prosiłabym o wzięcie tych owoców i wsadzenie ich bardzo głęboko, dzięki czemu drób będzie smakował dużo lepiej. - Instrukcje chyba były całkiem jasne, zdecydowanie było jasne, już teraz nie powinno być wątpliwości o to, o jakie nadziewanie jej chodziło.




RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 16.12.2025

Spodziewałem się, że żaden wieczór tutaj nie będzie czyjkolwiek. Appalachy nie miały swoich faworytów, tylko listę rzeczy, które wcześniej czy później pójdą źle. Patrzyłem na nią i to, jak próbowała ogarnąć sytuację, i nie musiałem się specjalnie wysilać, żeby zobaczyć, że to nie jest jej środowisko. Nie ten rytm, nie ten ciężar w ruchach, uparte skupienie, zero teatralności, takie, które zwykle kończy się tym, że ktoś bierze na siebie za dużo. Indyk był za duży - tak - ogień był za duży i w dodatku kapryśny, a ona uparcie walczyła ze swoją sytuacją, jakby dało się zakląć rzeczywistość samą wolą. Słuchałem jej, gdy mówiła o rozmiarach, perliczkach i pełnych żołądkach, i przez moment miałem wrażenie, że to wszystko brzmi bardziej skomplikowanie, niż powinno. W praktyce było prosto - jest mięso, jest ogień, reszta to detale. Kiwnąłem głową, bardziej do siebie niż do niej, gdy przyznała, że będzie uważniejsza, tutaj każdy mówił to samo, zanim coś znowu poszło nie tak.
Wydawało się, że to koniec interwencji, już miałem się odwrócić, wrócić w cień, kiedy zaczęła tłumaczyć, o jakie nadziewanie jej chodzi. Najpierw nie do końca dotarło - przetrawiłem to raz, potem drugi, patrząc na ptaka, na rożen, na tackę z owocami. Coś w tym uporze, w tej dziwnej mieszaninie ironii i zmęczenia, sprawiło, że nie ruszyłem się od razu. Patrzyłem na ogień, nie na nią, próbując połączyć w głowie słowa „nadziać drugi raz” z rzeczywistością. Przez krótką chwilę byłem przekonany, że żartuje, potem wyjaśniła. Bardzo dokładnie.
Aha. To nadziewanie.
Spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego, że będziemy prowadzić techniczną rozmowę o anatomii indyka z takim spokojem. Stałem chwilę, przetwarzając jej słowa, patrząc raz na ptaka, raz na tackę z owocami, jakby miały same się przemieścić i rozwiązać problem za mnie.
Kuper. Owoce. Wepchnąć. Przez chwilę po prostu stałem, patrząc na indyka, ogień trzaskał, dym ciągnął nisko, a ptak wyglądał, jakby już i tak przeżył wystarczająco dużo. Tak, w końcu złożyło się to w sensowną całość, ale chyba wolałbym jednak, by chodziło o ponowne przebicie ptaszyska jakimś żelastwem, niż o to, o co rzeczywiście chodziło tej pannie.
Stała przy ogniu uparcie, w kapturze większym od niej, z tą swoją koncentracją podszytą czystą złością na rzeczywistość, walcząc z indykiem większym od zdrowego rozsądku. Przez chwilę obserwowałem to z boku, bez ruchu, z tym zawodowym sceptycyzmem, który każe czekać, aż sytuacja sama się rozwiąże albo wybuchnie. Najczęściej wybuchało. Rzuciłem okiem na owoce, oceniłem ich ilość i ciężar, a potem na indyka, który nagle przestał być tylko kolacją, a stał się zadaniem. Wszystko dało się zrobić, jeśli wiedziało się jak i nie próbowało się z tym dyskutować. To była ta granica, po której już się nie udaje, że to nie twoja sprawa. Wróciłem bliżej ogniska. Światło ognia odbijało się od skóry ptaka, od tłuszczu, od metalu rożna. Stałem przez chwilę w ciszy, wpatrzony w tę biedną, martwą bestię, jakby była zagadką taktyczną, a nie kolacją.
- Okej. - Mruknąłem, dalej płasko, tonem człowieka, który nie miał już energii na zdziwienie. Przez moment miałem jednak wątpliwości, czy to w ogóle rozmowa, w której powinienem brać udział. - Jak paniusia każe. - Nie było w tym drwiny, raczej sucha zgoda kogoś, kto całe życie słyszał polecenia w gorszych okolicznościach. Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, krzywiąc się minimalnie, praktycznie niezauważalnie. Przetworzyłem instrukcję raz jeszcze, bardzo dokładnie, bo brzmiała tym gorzej, im dłużej ją mieliłem w głowie Sięgnąłem do nadgarstka i zdjąłem rzemyk, którym zwykle miałem związane włosy. Zgarnąłem je do tyłu, związałem szybko, bez ceregieli, odsuwając je z twarzy ruchem automatycznym, robionym setki razy przed robotą, która wymagała precyzji. Nie zamierzałem podpalać sobie głowy przy tej robocie. Technicznie rzecz biorąc, to była najzwyklejsza czynność kulinarna. Praktycznie… Cóż.
- To jak - rzuciłem rzeczowo, zanim mózg zdążył to ocenzurować - mam go trzymać, czy ładować mu owoce w dupę, czy mam go trzymać i jednocześnie ładować w dupę? - Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i absolutnie fatalne.
Ustawiłem się bliżej rożna, gotów zrobić dokładnie to, co będzie najbardziej efektywne, bez dalszych komentarzy. W terenie liczył się efekt, nie elegancja wypowiedzi, ale nawet dla mnie to brzmiało za bardzo. Wpatrzyłem się w ptaka, który teraz wyglądał stabilnie, ciężki, tłusty, absolutnie martwy. Oceniałem go jak problem techniczny, a przynajmniej próbowałem to robić - rozmiar, otwór, punkt ciężkości, owoce na pniu - wszystko się zgadzało, tylko język, którym to opisywaliśmy, był… Niefortunny. Dym szczypał w oczy, ogień trzaskał, a indyk patrzył na mnie tym pustym, ptasim spojrzeniem, jakby wiedział, co go zaraz czeka.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 16.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Łatwo było zauważyć, że to nie było jej środowisko, jej miejscem na ziemi były sterylne sale w szpitalu, a nie jakieś pole pełne śniegu w górach. Miotała się tutaj okropnie, chociaż i tak starała się nie pokazywać, jak bardzo tutaj nie pasuje. Jej gra aktorska była jednak naprawdę mierna i chyba każdy był w stanie to dostrzec, chociaż naprawdę próbowała sprawiać pozory. Z początku gotowanie, czy tam pieczenie, przygotowywanie posiłku niech będzie nie szło jej najgorzej, później jednak wydarzyła się ta drobna katastrofa, jakby coś lub ktoś chciało jej udowodnić, że nie ma na co liczyć, że nie będzie w stanie sobie tutaj poradzić. Ptak był za duży, albo to ona była za mała... jedno z dwóch, no, albo faktycznie debil naszykował to narzędzie na którym miała pracować.

Porozmawiali sobie o mniejszych ptakach, które mogłyby bardziej nadawać się do tego, żeby to ona się nimi zajmowała... to znaczy przygotowywała je do jedzenia, jednakże niestety indyk był najlepszym co mogło się im trafić, bo miał wykarmić najwięcej gęb, a w tym przypadku to było najważniejsze.

Później niby już było po wszystkim, ale skoro już znalazł się tuż obok niej, to stwierdziła, że czemu by go nie wykorzystać, poradził sobie z tym ptakiem dużo lepiej niż ona, miał pewny chwyt, przynajmniej nie będzie ryzykowała, że znowu jej się wymknie, to naprawdę doskonały pomysł, o ile się zgodzi. Nie wydawał się mieć nic przeciwko, nie uciekł w podskokach, no i wtedy zaczęła mu tłumaczyć, na czym miałoby polegać to jego nadziewanie, bo to wydawało jej się potrzebne, przy pierwszym wspomnieniu o nadzianiu chyba nie do końca załapał. No i mówiła, o wsadzaniu owoców w kuper indyka, bez zająknięcia, bez speszenia, bo gadali przecież o ich wspólnej kolacji, na pewno każdemu zależało na tym, aby była jak najbardziej smaczna.

Widziała, że patrzył to na ptaka, to na owoce, to na kuper. Nie wydawało się jej, aby było na co patrzeć - to była całkiem prosta sprawa, jeden szybki ruch i mieliby to z głowy, gdyby się odrobinę postarał, pewnie nawet nie musiałby się starać, wyglądał na kogoś kto miał dużo siły, no i działał precyzyjnie, widziała, jak wyłonił się znikąd i złapał niewspółpracujący rożen, z indykiem nie byłoby już takiego problemu, bo został dobrze nadziany na pal, teraz trzeba było tylko zadbać o to, aby nie był pusty w środku.

Podszedł nieco bliżej, to by oznaczało, że zamierzał wykonać zlecone przez nią zadanie, wspaniale, była skłonna się założyć, że jeśli miałaby zająć się tym sama, to dołączyłaby do tego ptaszora w tym ogniu, teraz nie musiało się to skończyć tak dramatycznie.

- Nie każę, nie dowodzę tu, to prośba. - Poprawiła go jeszcze, bo nie wydawało jej się, aby miała predyspozycje do wydawania poleceń, była tu od dzisiaj, po prostu zapytała go o to, czy ma chęć jej pomóc, nie rozkazywała mu.

Widziała jak patrzy na tę kupę mięsa, nie dziwiło jej to wcale, jeśli to był jego pierwszy raz, gdy miał ładować w kuper takie rzeczy... to mogło być to zastanawiające. Oczywiście, że tak. Nie odszedł, więc najwyraźniej nic nie stało na przeszkodzie, aby to zrobił. Doskonale.

- Musisz go trzymać i jednocześnie dopychać do końca, aż już nic więcej nie wejdzie, wtedy będzie idealnie. - Ton jej głosu był poważny, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak to brzmiało. Próbowała jednak zachować resztki godności, już teraz nie miała wyboru. Spoglądała na tego nieszczęsnego ptaszora. - Wystarczy chwila i będzie musiał dojść. - Wymsknęło jej się jeszcze okropnie niefortunnie.




RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 17.12.2025

Łatwo było zauważyć, że to nie było jej środowisko, przynajmniej tak mi się wydawało. Mało kto czuł się dobrze w takich miejscach, tym bardziej, jeśli nie miał tu żadnych głębszych znajomości, a raczej jakoś nie wydawało mi się, aby Nowa je miała. Jasne, być może znała kogoś z ekipy, możliwe też, że z kimś przyjechała, ale nikt nie towarzyszył jej w gotowaniu. Bez wątpienia to widziałem, nawet jeśli udawałem, że patrzę tylko na ogień i ptaka. Appalachy nie miały w sobie litości dla takich kontrastów - albo się dostosowywałeś, albo góry robiły to za ciebie, szybko i boleśnie, nie to, by było mi jej żal, nie była dzieckiem bez opieki, ale powinna mieć wsparcie, ten ptak był naprawdę ogromny. Musiała dawać z siebie bardzo wiele, drobne szpitalne ręce, precyzyjne, przyzwyczajone do sterylności, teraz walczyły z czymś, co miało pokaźną masę. Nic dziwnego, zadupia tego typu miały talent do takich sytuacji, człowiek przyjeżdżał tu po robotę, a dostawał coś, czego nie dało się opisać bez poczucia, że właśnie przekracza jakąś granicę zdrowego rozsądku.
Próbowałem skupić się na właśnie takim ujęciu sprawy, przez dłuższą chwilę słuchałem jej bardzo uważnie, z tym kamiennym skupieniem, które zwykle miałem przy klątwach i pułapkach. Problem polegał na tym, że im dłużej mówiła, tym mniej mój mózg chciał współpracować. Nim się obejrzałem, stałem w ciszy, patrząc na tego ptaka, jakby był problemem natury moralnej, a nie kulinarnej. Ogień trzaskał, dym wił się nisko, a słowa panny uzdrowicielki krążyły mi w głowie - wszystkie technicznie poprawne i jednocześnie absolutnie nie do obrony. Zrobiłem krok bliżej, potem drugi, stanąłem po tej stronie, gdzie było widać wszystko aż za dobrze. Indyk był ogromny, ciężki, tłusty, gotowy na to, co miało się wydarzyć, czy tego chciał, czy nie. Owoce leżały na pniu, przygotowane, niewinne w swojej formie, zupełnie nieświadome, jaka kariera na nie czekała.
Słuchałem uważnie, naprawdę, bo technicznie wszystko się zgadzało. „Trzymać. Dopychać. Do końca. Żeby było idealnie.” Patrzyłem na indyka, na nadzienie, na ten nieszczęsny kuper i próbowałem myśleć jak dorosły człowiek, jak klątwołamacz, jak ktoś, kto widział gorsze rzeczy niż drób faszerowany owocami. Zacisnąłem szczękę i wbiłem wzrok w indora, jakby był raportem technicznym, mapą terenu albo czymkolwiek, co nie było absurdalnie dwuznaczne. Ramiona miałem napięte, twarz niczym wykutą z kamienia, tyle tylko, że w środku, pod tą maską, trwała cicha walka między dorosłym najemnikiem a wewnętrznym gnojem, który parskał śmiechem i domagał się komentarza. Mentalnie miałem znowu szesnaście lat, może nawet piętnaście, zero kontroli, zero filtrów, tylko ten jeden, absolutnie jednoznaczny dźwięk w głowie, który nie powinien się pojawić w środku Appalachów przy ognisku i martwym indyku.
„Wtedy będzie musiał dojść”.
Odwróciłem głowę na bok, jakbym usłyszał coś w krzakach, a nie właśnie liczył do dziesięciu. Nie spojrzałem na towarzyszącą mi dziewczynę, ani razu od początku naszej interakcji, to byłby błąd, który mógłby mnie złamać. Tak, zdecydowanie nie patrzyłem na nią, bo wiedziałem, że to by mnie dobiło. Coś we mnie chrupnęło, jak sucha gałąź pod butem. Nie był wybuch śmiechu, przynajmniej nie teatralnie, raczej to ciche, zdradliwe parsknięcie, które człowiek próbuje zdusić w gardle, a które i tak się wydostaje.
- Rozumiem. Słuchając ciebie, można odnieść wrażenie, że naprawdę duże ptaki to nie jest dla ciebie nowość, więc postaram się zawieść. - Zacisnąłem szczękę. Bardzo, a potem znowu przeniosłem spojrzenie na nasz obiekt rozmowy i zrobiłem jeszcze krok. Stanąłem z rękami przy ptaku, z ogniem trzaskającym obok, i czułem, jak coś mi pęka pod żebrami. - Całe szczęście mam warunki, żeby dowieźć temat. Wygląda na to, że trafiłaś w dziesiątkę. Jak już się biorę za takie rzeczy, to robię je porządnie. Duże wyzwania wymagają odpowiedniego podejścia. Kooperacja robi różnicę, szczególnie przy… Pełnym załadunku. Ja akurat mam krzepę, ty masz wizję, to całkiem kompatybilny zestaw. - Wbiłem wzrok w ptaka jak w mapę pola minowego, skupiając się na faktach, na mięsie, na owocach, na grawitacji, na czymkolwiek, byle nie na tym, jak to zabrzmiało. Ogień trzaskał, dym szczypał w oczy, a ja liczyłem w myślach oddechy, jakbym rozbrajał klątwę, a nie przygotowywał kolację, podwijając rękawy i...

nadziewanie indyka - rzemiosło ◉○○○○
[roll=O]

Nie spodziewałem się, że skurwysyn będzie aż taki rozgrzany - momentalnie cofnąłem rękę, tę drugą, już też oparzoną - odsuwając się i wypuszczając nadzienie z owoców częściowo na ziemię, na swoje buty, na indyka, na palenisko... Tym razem nie udało mi się powstrzymać syknięcia - przecisnęło się przez zęby, jeszcze zanim odruchowo skierowałem słowa do panny kucharki.
- Twoje instrukcje... - Zacząłem, już nie tak opanowanym tonem, mrużąc oczy i kierując ku niej wzrok. Mogła je sobie wsadzić, no, naprawdę, sama wiedziała, gdzie. To. Było. Gorące.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]