Secrets of London
[22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth (/showthread.php?tid=5507)



[22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth - Millie Moody - 17.12.2025

22.09.1972

Zmierzchać będzie.

Embrace this time the change of lights,
With shorter days and longer nights.
The wheel has turned, the time will change,
The darker side of the earth remians.
There's magic in the lunar light,
With intuition at its heigt.
The alchemy of Morher Earth,
From birth to deat, will come rebirth.

Myślosiewnia w Strażnicy przyjmowała w milczeniu wszystkie paskudne słowa, które żabim jadem wyciekły spomiędzy jej warg. Słowo do słowa, każda wątpliwej jakości "przepowiednia" której stała się bramą z powodu... czegoś, kogoś, zaklęcia, klątwy czy innego jeszcze niezidentyfikowanego gówna.

Przyjmijcie ten porządek, a odnajdziecie sens; sprzeciwcie się, a zostaniecie wymazani z kart historii..

Było Mabon i za kilka godzin miała spotkać się w nowej restauracji Bertti'ego z Aaronem i Alastorem. Powiedzieć, że skręcało ją z nerwów w żołądku to mało.

Mój triumf to porządek świata, w którym nie musimy ukrywać naszej magii..

O tym powinna chyba zaraportować Harper i Jonathanowi... Ostentacyjne nawoływanie do najważniejszego prawa czarodziejów może wpłynie na zakonserwowane kodeksami puszki. Chociaż czy ingerowanie w Ministerstwo miało taki sens? Gdyby nie Jonathan, najprawdopodobniej zakładałaby się bardzo ochoczo, że tam już wszyscy są Śmierciożercami łącznie z Jenkins.

Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu..

Największa bzdura. Imię, którego nie mogła wymówić, a które miało być kompasem.

– Pierdolony Voldekurwamord – wycedziła składając ostatnie ze wspomnień do zakonowej myśliodsiewnej.

Ale spotkanie z Morpheusem nie miało odbywać się tutaj. Papcio Morfina miał parę spraw do załatwienia w swojej ruderze, nazywanej szumnie posiadłością czy zameczkiem. Moody nie oponowała. Jego obecność i tematy, które mieli podjąć skutecznie odsuwała od niej myśl o rodzinnym spotkaniu. Chciała przyjść punktualnie, żeby nie robić przykrości Bertiemu, ale jakoś nie wierzyła, żeby mężczyźni z jej familii podeszli do sprawy z taką samą dbałością.

Zamiast ciężko wzdychać, zamiast rozpaczać, płakać, odwoływać wszystko, wyszczerzyła zęby w uśmiechu, rzuciła coś o tym, że zjeb Voldemort nie będzie jej ruchać twarzy i przeskoczyła z Morpheusem do jego włości.

– A wiesz, śniło mi się dzisiaj wyjebanie dużo śniegu. Nie wiem czy się tak napatrzyłam na ten pierdolony czarnomagiczny opad, że mi się to skojarzyło, ale tym razem padał na mnie prawdziwy śnieg. Nadzieja. Nowe możliwości. Moja głowa zwykle dopierdala mi koszmarami, a teraz... nie wiem, jakoś tak mi było lekko. I potem wzięłam gigantyczną szuflę, większa ode mnie, i zaczęłam ten śnieg odgarniać. – Ton miała lekki, choć takie sny bardzo ją stresowały. Odbiegały od normy. Były... niosły posmak nadziei, że może krew Trelawneyów wciąż gdzieś w niej wrzała. Wciąż miała znaczenie. Może była późno zakwitającym kwiatkiem. Pierdolonym kwiatkiem lotosu. – No i tak się umęczyłam tym odśnieżaniem, że rano jak się obudziłam to bolały mnie łapska. Nieźle nie? A ciągle padało i padało. Pizdyliard śniegu. Nigdy nie widziałam tyle tego gówna, co w moim śnie. – Czy to miało aż takie znaczenie? Rozpaczliwie chciałaby pozbyć się problemów, przełamać bariery, mieć poczucie, że jej praca nad sobą, nad zakonowymi sprawami ma sens. Chociaż może nie miała? Może to, że ciągle padało...

Potrząsnęła głową odganiając złe myśli i poprawiła chyba basiliusowy szalik. A może thomasowy? Wsadziła nos w wełnę i z pewnym zakłopotaniem zdała sobie sprawę z tego, że nie umie powiedzieć.


RE: [22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth - Morpheus Longbottom - 22.02.2026

Im człowiek był bardziej normalny, zdrowy i szczęśliwy, tym bardziej potrafił zaakceptować pozory rzeczywistości jako prawdę, skuteczniej potrafił tłumić, wypierać, zaprzeczać, racjonalizować, dramatyzować i oszukiwać innych. To potwierdzało, że cierpienie jasnowidzów, profetów i widzących nie wynika z bolesnej rzeczywistości, ale z bolesnej prawdy, która dopiero sprawia, że rzeczywistość staje się nie do zniesienia. Morpheus był w punkcie, w którym dostrzegał oszustwo świata zmysłów, fałszywość rzeczywistości. Cierpiał nie z powodu wszystkich patologicznych mechanizmów, które były psychicznie niezbędne do życia i zdrowia, ale z powodu odrzucenia tych mechanizmów, co właśnie pozbawiło go iluzji ważnych dla życia.

Sam miał rodzinne spotkanie kilka godzin później. Może właśnie dlatego, zamiast zrobić cokolwiek ze sobą, po prostu pojawił się z Millie w Little Hangleton.

Zameczek był perfekcyjnie nawiedzony w swoim wystroju, dopóki Morpheus nie wysłał w powietrze światełka z różdżki. Zapach świeżego tynku oraz rozstawione rusztowania, pozostawione narzędzia robotników, sprawiały, że przestrzeń hallu przestała wyglądać przerażająco. Gdy Millie mówiła, on zaprowadził ją do przejścia, do części, która została jako pierwsza wyremontowana. I chociaż jeszcze niewykończona, brakowało w niej sztukaterii czy ozdób, wyglądała zaskakująco Morpheusowo i jednocześnie wcale nie.

Większość Zakonu Feniksa wiedziała, że Longbottom ma lęk wysokości, a jednak Millie właśnie patrzyła na wnętrze wieżyczki, całkowicie wybiałkowane, do sanitarnej czystości, jeszcze z betonową posadzką, bez podłogi, za to ze schodami. I to jakimi schodami.

Na piętro prowadziły kryształowe schody, całkowicie przezroczyste, cięte po bokach w coś na kształt obłoków.

Wystrój przypadkowo pasuje do twojego snu — zaśmiał się, czarna plama na bieli, jak test Rorschacha. Widocznie jednak przytulił się do ściany i bardzo patrzył tylko w górę, a nie gdzie stawia stopy, pnąc się w górę. Lęk podchodził mu do gardła. Morpheus musiał mocno nienawidzić siebie, skoro uznał to za idealne przejście do swojego miejsca pracy. — Ta wizja, brzmi bardziej jak groźba, niż wizja, ale z drugiej strony, wszystko teraz brzmi jak groźba. Rozłożymy to na części pierwsze.



Zwada: Lęk Wysokości

!Trauma Ognia


RE: [22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth - Pan Losu - 22.02.2026

Jeżeli znajdujesz się w pomieszczeniu, jego ściany pokrywają się pajęczyną pęknięć, z których sączy się żar. Czy to kolejna klątwa Voldemorta? Ogień w tych szczelinach syczy, tryskają z nich iskry. Dopiero po zamknięciu oczu na kilkadziesiąt sekund i kilku głębokich wdechach dociera do ciebie, że to omamy.


RE: [22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth - Millie Moody - 11.03.2026

- Popierdoliło Cię do reszty - podsumowała kryształowe schody z właściwą sobie swobodnością. Morfina mógł próbować zrobić z niej kobietę, ale było to jak prostowanie zębów dorosłej osobie. Wracały na swoje miejsce dziady, a teraz nie da się ukryć że spalona noc ostentacyjnie podchłonęła obcasy i ładne ciuszki na rzecz praktycznych trampek i zapierdalania po mieście, żeby pomagać mugolakom, które Zakon miał pod swoją opieką.

- W ogóle to powiedziałam Johny’emu, żeby rozważył kandydaturę Peregrinusa na przyjaciela. Wiesz, przydałby się nam dyspozytor, ktoś kto ogarniałby to na takiej bardzo… formalnej stopie, co o tym myślisz papciu? To mój kuzyn bardzo mu ufam, jest super zajebiście kompetentną osobą. I dobrą. Trochę nieszczęśliwą. Mogłabym go pougniatać, bo jedziemy z Cutty na wyjazd i nie wiem, z dala od Anglii może łatwiej byłoby tym pogadać, ale on mówił że chciałby pomóc tylko no nie widzi siebie jako wojownika, a przecież kurwa jak to nie chodzi o to żeby się napierdalać. Ktoś tych ludzi musi potem składać, ktoś musi dbać o przepływ informacji. Albo o logistykę. Ta logistyka to jest straszne gówno. - paplała swobodnie, nim zorientowała się w jakim bardzo złym miejscu znalazł się Papcio. Czy to była kwestia schodów? Zadarła głowę do góry zastanawiając się czy po prostu nie teleportować się na ich szczyt. Chociaż ostatnio jak skakała na takie małe odległości skończyło się przeniesieniem części kolana do innej galaktyki. - Morfina? Jestem tu. Jestem. - złapała go za ramię wspierająco. Bała się lecznicy dusz, ale teraz po operacji na żywym umyśle dokonanej przez Oddiego, wrócił jej dawny rezon i brawura. Te jednak nie wykluczały troski.