Secrets of London
[Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? (/showthread.php?tid=5509)



[Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Morpheus Longbottom - 17.12.2025

To nie był najlepszy rok dla Morpheusa Longbottoma. Mógł lekką ręką stwierdzić, że plasował się na zaczytnym podium najgorszych lat jego życia. Ani zrzucenie z klifu ani zdrada i śmierć matki ani nawet zahipnotyzowanie i utracenie miłości jego życia nie stały na czele, bo wszystkie działy się w osobnych latach. Były to złe czasy, ale w ostatecznym rachunku, cierpienie rozkładali się równo. Ten rok jednak? Śmierć Derwina, Beltane, Vakel przypomniał mu o swoim istnieniu, Warownia runęła. Poza przebłyskami jasności, które były równie znaczące, okrywał go ciągły smutek. Mroczne były to czasy.

Może właśnie dlatego, w środku kryzysu wewnętrznego, z palącą potrzebą bycia kimś innym, Morpheus stanął w świeżo wyremontowane kuchni w swoim domku w Little Hangleton i patrzył się na książkę z przepisami od Malwy. Równie dobrze mógłby to być Arabskie zaklęcia, tyle rozumiał, a jednakże chciał wypróbować proste, korzenne ciasteczka. Planował je zabrać do najbliższych sąsiadów, aby w końcu się im przedstawić.


Rzemiosło ○○○○○: korzenne Yulowe ciasteczka
[roll=T]

Robił dokładnie to, co kazał przepis. Przsiał mąkę, rozpuścił masło i cukier, mieszał bardzo długo. Rozgrzał piec, ciepłem zaklęcia, a nie ogniem, bo tego nie mógł zdzierżyć i wyciął okrągłe placki szklanką. Był bardzo zaskoczony, gdy ciastka, które wyszły spod jego ręki, okazały się być nie tylko ładne, pachnące, ale nawet smaczne. Może to był znak od Bogów, żeby zostawić to wszystko i otworzyć cukiernię w jakimś kraju za żelazną kurtyną?


***

Ciasteczka spakowane w śliczny, granatowy kartonik, wyglądały prawie jak kupne.

I tak po prostu mi wyszły, nie rozumiem — zakończył opowiadać Antoniuszowi swoją ciastkową przygodę, gdy dotarli do drzwi jego sąsiadów, posiadłości... w sumie nie pamiętał kogo. Chciał przedstawić się jako nowy sąsiad, chociaż do ukończenia remontu brakowało jeszcze dobrze miesiąca i nie mógł jeszcze od tak po prostu się wprowadzić. Natomiast wolał żyć z sąsiadami w pokoju, bogowie wiedzą, jak bardzo potrzebował spokoju.

Zapukał do drzwi. Oczywiście wcześniej się anonsował, nie był gburem i prostakiem, zostawił gospodarzom liścik dwa dni wcześniej, o tym, że chce się zapoznać i przybędzie na gościnę.


!Trauma Ognia


RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Pan Losu - 17.12.2025

Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...


RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Anthony Shafiq - 18.12.2025

To nie był najlepszy rok dla Anthony’ego J. Shafiq’a. Mógł lekką ręką stwierdzić, że plasował się na zaszczytnym podium najgorszych lat jego życia. Z pozoru dostatnie i szczęśliwe - pomimo zawieruchy wojennej - życie, pulsowało wewnętrznym rozedrganiem i utratą tego, co Anthony cenił sobie w życiu najbardziej: kontroli. Spalona noc była zwieńczeniem, ostatecznym upadkiem, który spopielił jego duszę. Rozbity związek, utracone przyjaźnie, spalony Londyn i sieć, jego ukochana sieć kontaktów, która teraz naciągnięta do granic możliwości domagała się jego uwagi wszędzie, na raz i w tym samym momencie.

Były jednak jaśniejsze momenty. Przebłyski, sugerujące mu, że może nad tymi ruinami zalśnią gwiazdy, wzejdzie księżyc, po którym przyjdzie czas na pełne i ciepłe słońce. Morpheus z którym oficjalnie nie utrzymywał kontaktów przez 20 ostatnich lat, poprosił go o towarzyszenie w wizytowaniu sąsiadów. Wcześniejsza umowa, mająca zapewnić im spokój i dostatek ciążyła Anthony’emu od dawna i teraz w końcu przestała obowiązywać.

- Tak bywa gdy poddajemy się błędom poznawczym i jedną porażkę rozlewamy na doświadczenie całego życia. - odpowiedział nieco zmęczonym tonem, w którym jednak pobrzmiewało ciepło zarezerwowane dla wieloletniego przyjaciela, któremu gotów był powierzyć najskrytsze tajemnice swojej duszy, mimo, że ten nie otoczył swojego umysłu barierą oklumencji.

Zaraz potem westchnął, poprawiając mankiety koszuli eleganckiego, choć codziennego stroju. Sweter z egipskiej wełny, perfekcyjnie skrojone spodnie - ludzie tacy jak on nie mogli sobie pozwolić na choćby szczyptę niechlujności. - Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? W zeszłym roku jak spacerowałem w tych okolicach słyszałem krzyki, które mroziły krew w żyłach. Takie karczemne awantury… Poddałem wtedy jakiekolwiek próby socjalizacji z nowymi sąsiadami. - przyznał się, choć w jego głosie nie słychać było obawy. Raczej rozbawienie, że oto stali na progu cudzego domu, ramię w ramię, z ciasteczkami, które były cudowne z samego faktu, że ktoś taki jak Morpheus Longbottom był w stanie je zrobić i nie spalić całej kuchni. - I o czym będziemy z nimi rozmawiać? O Jeszui z Nazaretu? - zdążył dodać, nim uchylone zostały drzwi, a na twarzy polityka nie pozostało ni grama kpiny, za to rozkwitł w pełni uśmiech ćwiczony latami publicznych wystąpień. Nie zamierzał sabotować planów swojego najdroższego przyjaciela. Ani teraz, ani nigdy.



RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Alexander Aristov - 18.12.2025

A jak wyglądało życie po tej stronie barykady? Po stronie tej całej nautralności wojennej? Ich dom był jak Szwajcaria, ostatni bastion neutralności, a mimo to nękany własnymi problemami. Własnymi dramatami. Bo oto nadchodziła wizyta sąsiadów, takich których Alexander jeszcze nie miał okazji poznać, a on oczywiście że zapomniał o tym zupełnie. Oczywiście poinformował o tym również Yelenę, ale ona wszakże była zbyt "zajęta", aby się takimi sprawami przejmować. Przynajmniej tak to Alexander widział.
Do obu Panów przed domem mogły dojść krzyki po rosyjsku. Jakieś urywki zdań, niski męski głos, i ten drugi wyraźnie kobiecy.
-сука! Ty jesteś nienormalna! - wykrzyknął Alexander, po tych słowach natychmiast rozszedł się dźwięk tłuczonego szkła, kolejne zdanie po rosyjsku, wypowiedziane donośnym tonem, na szczęście już nie krzykiem.
-Я ничего не делал! - dodał jeszcze mężczyzna jakby w swojej obronie. Potem słychać było już tylko głuche uderzenie, jakby ktoś kogoś przycisnął do ściany i ciszę. Zupełnie jakby martwe oczekiwanie.

Prawda była natomiast taka, że Alexander przycisnął Yelenę do ściany, nie dając jej możliwoście ruchu i wpił się mocno w jej wargi, jakby chciał w ten sposób rozładować całe to napięcie między nimi, które zbudowało się w przecięgu kilku poprzednich dni. I w zasadzie... To udało mu się. Nawet aż za dobrze. Za chwilę jednak jego działania zostały przerwane przez pukanie do drzwi, więc Alexander oderwał się od Leny i odchrząkną znacząco. Spojrzał na nią, zaciskając wargi, niezadowolony, że przerwano mu w takim momencie.
-сука - powtórzył, jakby to było jakieś uniwersalne zaklęcie i przesunął dłonią po swojej twarzy, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o tej wiadomości, którą otrzymali kilka dni wcześniej. -Kompletnie zapomniałem. - machnął tylko różdżką, szybko sprawnie, naprawiając wazon, który leżał teraz w kawałkach na podłodze, po czym spokojnym krokiem podszedł do drzwi, otwierając je powoli.
To co ukazało się obu Panom to raczej nie strój wyjściowy Alexandra. Miał na sobie koszulę, białą, ze śladami czerwonej szminki na kołnierzu, rozpiętą na trzy guziki od góry. Włosy kompletnie w nieładzie, zupełnie jakby ktoś przed chwilą wplątał w nie swoje palce i poczochrał je ciągnąc za nie. Alexander uśmiechnął się ciepło, do obu panów, ten sztuczny, ćwiczony od lat gest, który miał przełamać pierwsze lody. Szkoda tego pierwszego wrażenia, więc może chociaż drugie będzie lepsze. Bo jak to się mówi tutaj w Anglii złe pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Czy jakoś tak. Nie był jeszcze zbyt dobry w powiedzonkach.
-Witam, Drogich Panów w moich skromnych progach. Alexander Aristov. Zapraszam, zapraszam. - powiedział spokojnie z tym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Otworzył drzwi szerzej, wpuszczając ich obu do środka.


RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Yelena Karkaroff - 18.12.2025

Po tylu latach narzeczeństwa z nim, z tym permanentnym skrzywieniem wpisanym w jej życiorys jak blizna po źle zagojonej ranie, winna była nauczyć się obojętności. Ciało wciąż reagowało jak świeża tkanka, jak struktura, która nie zdążyła jeszcze zrozumieć, że ból bywa stanem przewlekłym. Święta w domu rodzinnym pozostawały jedynym okresem regeneracji — czasem, gdy nazwisko rozrastało się w mnogość oddechów, śmiechów i przypadkowych istnień, sklejonych zapachem ciasta i rytmem tańca z ukochanym kuzynem Ilią, którego obecność działała jak bufor, jak biologiczny amortyzator między nią a resztą świata.

Powrót do codzienności z Aristovem był zawsze powrotem do laboratorium chaosu. Ich dni zaczynały się banalnie: śniadanie, spokojna mechanika gestów, uśmiech o napięciu cienkim jak błona komórkowa — aż następowało nagłe pęknięcie. Jak impuls nerwowy, nieprzewidywalny i niszczący. Zazdrość o sąsiada, o list, o wyjazd, o samo istnienie przestrzeni poza nim. Dom trzeszczał w posadach, jakby konstrukcja nie była przystosowana do takiego ciśnienia. Krzyk, gwałtowność, przedmioty zamieniające się w pociski. Talerz rozbity na logiczne frakcje porcelany, wazon — jej wazon — sprowadzony do pyłu, do dowodu na to, że w tej relacji destrukcja była jedyną stałą.

Иди к чёрту! — dłoń przecięła powietrze i odcisnęła się na męskim policzku, zostawiając ślad czerwieni — nie tyle ranę, co podpis gniewu, który wreszcie znalazł ujście. Paznokcie, jeszcze przed chwilą dekoracyjne, stały się narzędziem, szkarłatem znaczącym granice jej wytrzymałości. — Ты самая большая ошибка в моей жизни, Сашка! — Włosy chwyciła instynktownie, jakby cisza była czymś, co można wymusić mechanicznie, pociągnięciem, napięciem mięśni. W tej chwili fantazja wolności — życia odciętego od jego obecności, od jego ciężaru — była nęcąca jak obietnica nowego roku, jak reset organizmu po długiej chorobie. — Ty przebrzydły...

Lecz rzeczywistość nie pozwoliła na rozwinięcie skrzydeł. Została przyciśnięta do ściany, plecy przyjęły uderzenie chłodu i twardości, a świat zwęził się do jego bliskości, do oddechu, który znała aż za dobrze. Pocałunek nie był czułością, lecz powtórzeniem wzorca — dominacją ubraną w znajomy gest. A jednak ciało, zdradliwe w swej biologii, zareagowało; mruknęła cicho, wbrew sobie, wbrew myśli, że nienawiść i potrzeba mogą współistnieć w jednym organizmie. Tkwiła w tym paradoksie, rozdarta między odrazą a głodem, świadoma, że ta sprzeczność była jej najcięższym jarzmem. Już męska dłoń, zuchwale pewna swego prawa, sunęła po kobiecym udzie jak myśl, której nie zdążono jeszcze ocenzurować, już jej palce rwały się do rozprawy z guzikami jego koszuli, gotowe rozbroić tę konstrukcję szybciej niż jakikolwiek rozsądek, gdy nagle rzeczywistość, ta nieproszona strażniczka porządku, wdarła się bez pukania. Szelest przy drzwiach, podejrzane poruszenie powietrza, akustyczny znak apokalipsy obyczajowej — o cholera. Odepchnęła go z energią godną sportów wyczynowych, w jednej chwili porzucając biologię na rzecz etykiety. Poły ciepłego sweterka wróciły na miejsce, barki zniknęły jak tajemnica państwowa, a dłoń nerwowo starła z ust rozmazaną, różaną szminkę, pozostawiając po niej tylko wspomnienie i lekki połysk paniki. Matko i córko, goście. Teraz. Natychmiast. I to w momencie, gdy oboje wyglądali, jakby właśnie przegrali bój z moralnością w podejrzanie drogim burdelu.

[a]— Och, kochanie... Mamy niespodziewanych gości? — leciutko poprawiła barwę głosu, przechodząc w łagodność tonacji podszytej obcością rosyjskiej melancholii. Uśmiech, który przybrała, był arcydziełem desperacji — napięty, grzeczny, niemal wzorowy. Poprawiła opinającą ciało spódnicę, wygładziła niewidzialne fałdy powietrza i wciągnęła w płuca rolę idealnej gospodyni, choć w środku wszystko krzyczało tragedia. Scena była gotowa, aktorzy w rozsypce, a kurtyna właśnie szła w górę. — Zapraszamy w nasze skromne progi, herbaty? — Zabiję Cię, posłała okropnemu typowi wręcz zabójczy wzrok. Tragedia? Owszem. Farsa? Jak najbardziej. Ale scena musiała trwać, bo kurtyna już poszła w górę, a publiczność nie miała pojęcia, jak blisko była właśnie zobaczenia zupełnie innego przedstawienia.


RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Morpheus Longbottom - 04.01.2026

Co ja jestem, domokrążca religijny? Już wystarczy, że jestem wróżbitą, i tak ludzie myślą, że mam nierówno pod sufitem — parskał. W rzeczywistości Morpheusowi brakowało nie tylko piątej klepki, ale czwartek i trzeciej też, tylko ciężko było to stwierdzić po przystojnej twarzy, schludnym ubiorze i doskonałych manierach.

Posiadanie trzeciego oka było nader przydatną umiejętnością. W przypadku Morpheusa Longbottoma było wręcz determinującą jego całe życie. Jasnowidz, wróżbita, wieszcz, prorok. Nie był najbardziej znanym w swoim fachu, ale niejeden znalazł jego imię w poszukiwaniu eksperta w dziedzinie. Niewymowny miał na swoim koncie kilka publikacji, ale głównie sławę szeptaną w kręgach naukowców i innych pracowników Ministerstwa.

Przekleństwem darów było to, że widziało się więcej nie tylko za zasłoną czasu i teraźniejszości, ale też w przestrzeni jak najbardziej materialnej. A Morpheus był wybitny w postrzeganiu. Dlatego jego oczy dojrzały wszystkie detale sprzeczki kochanków, wyczuły fałsze w słowach, nie tylko serdeczności i akcencie, ale rytmie oddechu, który szukał pędu i akcji, widział nieporządek obojga, maskowany pośpiesznie. Jednak poza tym, co było bardziej oczywiste, jego nos czuł hormonalną mieszankę napięcia pełnego gniewu i namiętności, fizyczność, której nie chciał znać.

Morpheus Longbottom, wróżbita i Niewymowny, zapowiadałem się wcześniej. Jestem państwa nowym sąsiadem i chciałem się przedstawić — kurtuazyjny uśmiech Morpheusa był podszyty prawdziwym rozbawieniem, że przeszkodzili parze w ich agresywnym rande-vouz. — Jeżeli ma pani mleko, to z chęcią. Jeżeli nie, to nie pogardzę czarną kawą.

Przeszedł przez próg domostwa, a następnie spojrzał nieruchomym wzrokiem na gospodynię, chcąc wyczuć jej intencje. Paranoja, cechą dziedziczna Longbottomów. Nie chciał wypić trucizny, a z wizjami seksu na stole sobie poradzi, nie takie rzeczy zdarzało mu się podejrzeć w głowach ludzi, których sprawdzał.

Przyniosłem ciasteczka korzenne, ale nie daję gwarancji za ich jakość, jeszcze nie zatrudniłem służby.


Percepcja ◉◉◉◉◉: Wykaz Intencji (III), jakie ma intencje Yelena?
[roll=W]


RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Anthony Shafiq - 19.01.2026

Krzyki. To właśnie był powód, dla którego nie chciał sprawdzać, kto mieszka "przez płot". Miał pewne rozeznanie oczywiście w demografii magicznej społeczności Little Hangleton, ale wolał myśleć o swoim terenie, jako o przestrzeni wyzbytej z ludzi, których nie chciał tam widzieć, czyli w lwiej większości były to osoby po prostu zaproszone.

Rosjanie

co dobrego mogło z tego wyniknąć?

Anthony westchnął ciężko i ostentacyjnie nie przewrócił oczami, choć Moprheus mógł czuć niciami anam cara, że Shafiq i tak to zrobił. Strata czasu? Bynajmniej, fakt, że jego przyjaciel robił coś co nie wiązało się z autodestrukcją, napawał optymizmem. Każda chwila razem po Spalonej Nocy była dla Shafiqa drogocenna, o czym przypominały mu sny, gdy dawka eliksiru nasennego była zbyt uboga. Sny w których Morpheus porażony crucio drży w jego ramionach. Sny... Wspomnienia.

Życzliwy uśmiech był maską zakładaną od szóstego roku życia, gdy jeden z jego ulubionych guwernerów nauczył go jak kontrolować mimikę i nie drażnić oka innych sztucznością.

– Anthony J. Shafiq, jestem państwa starym sąsiadem, ale chyba nie mieliśmy... – uścisnął dłoń Aristova i w głowie dzwoniło mu, że gdzieś już widział tę twarz, gdzieś słyszał nazwisko, ostatecznie w Londynie nie było aż tak wielu Rosjan, chociaż pierwsze skojarzenie zdało mu się nieco płytkie. A potem umilkł, gdy zobaczył śliczną twarz Yeleny. Tu nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia. Jako obieżyświat i esteta, który będąc byłym ambasadorem i obecnym właścicielem prowansalskiej winiarni zbyt często bywał na paryskich salonach, nie mógł jej nie znać. – Na bogów, czyż to nie Yelena Karkaroff! Miałem szansę podziwiać panią w Święcie Wiosny, to było... oszałamiające widowisko. Tak żałuję, że terminy nie dopisały i ominął mnie Ognisty Ptak... Pani była tak olśniewająca! – Jak to się stało, że nie wiedział, że mieszkają ze sobą po sąsiedzku? Jego uśmiech był o wiele szerszy i zdecydowanie bardziej szczery, na moment też zapomniał o niedawnych krzykach, które przecież były bezpośrednim powodem jego w tych progach nieobecności. – To był... 69? 70? – jako muzyczny amator, osoba lubująca się w podziwianiu ludzkiego ciała, zatopił się na moment we wspomnieniu tego doświadczenia, ale przypadkowe szturchnięcie przypomniało mu, że przecież sam nie przyszedł z pustymi rękoma.
– Ja z chęcią napije się herbaty. Przyniosłem z resztą ze sobą kenijską ciekawostkę o głębokim aromacie słodu ze szczyptą goryczy. – Zawiniątko w eleganckiej plecionej torbie szeleściło ususzonymi liśćmi zachęcająco, trafiło w dłonie pani domu, a początkowe wątpliwości co do jakiegokolwiek sensu tej wizyty poszły w niepamięć. Przynajmniej na razie.



RE: [Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy? - Alexander Aristov - 20.01.2026

To nie tak, że Alexander nie powiedział Yelenie. Wykrzyczał to prawdopodobnie podcza jednej z ich kłótni, ale potem musieli się jakoś pogodzić i... I nie dziwił się, że kompletnie wypadło jej to z głowy, skoro jemu wypadło. Tyle się u nich działo, że czasem nie nadążali z tym... Wszystkim. Heh. Poza tym, skoro aż tak przeszkadzało im, że Alexander i Yelena byli głośni to można było poprosić, żeby zachowywali się ciszej. Może nawet by byli... Przez jakiś czas. Tydzień, albo dwa.
Wracając jeszcze do Yeleny, która jeszcze przez chwilę trzymała go za włosy, a teraz stała tuż obok niego, witając ich gości, nowego i starego sąsiada. Uwielbiał, jak nazywała go Saszą, albo Saszką. Tylko jej na to pozwalał, no jej i Anastazji, ale jej tu nie było. Każdemu innemu zerwałby paznokcie za taką poufałość. Więc co było w niej, w tej jednej kobiecie, której całym sercem nienawidził, że pozwalał jej na taką bliskość, że łaknął jej. Dlaczego to głupie serce, które tak jej nienawidziło, rwało się do niej, biło szybciej przy niej. Dla niej. Spojrzał na nią kątem oka, to jak szybko potrafiła zagrać perfekcyjne nuty, kiedy jeszcze przed chwilą grali zupełnie inną melodię, było niemal straszne, przerażające. Ale przecież oboje nauczycieli się doskonale grać i udawać przez te ostatnie miesiące. A kłamać... Kłamać Alexander musiał nauczyć się już dawno temu. I kłamał co dzień, mówiąc jej jak to jej nienawidzi.
-Miło mi Pana poznać, Panie... - chwila konsternacji. Bo przecież już wcześniej słyszał to nazwisko. -Panie Longbottom, nie jest Pan może spokrewniony z niejaką, Brenną Longbottom? - spytał Alexander, otwierając drzwi jeszcze szerzej, i odsuwając się delikatnie na bok, wpuszczając obu dżentelmenów do środka.
Potem jednak jego spojrzenie padło na drugiego mężczyznę, który się przedstawił. Anthony J. Shafiq. Już słyszał to nazwisko. Oj znał je. Znał je doskonale. I Alexander miał co do tego nazwiska mieszane uczucia. Sam nie wiedział jak ma zareagować, ale coś w tym mężczyźnie nie dawało mu spokoju. Zdawał się być kimś więcej, niż powiedział. Stary sąsiad? Oczywiście, jednak było w tym coś więcej, jakby znali się z Alexandrem już wcześniej. Dużo wcześniej. Z tego uczucia i jego własnych myśli wyrwał go głos Pana Shafiqa, który właśnie zachwycił się Yeleną. Alexander wiedział, że jej się to spodoba, że światła reflektorów znowu padły na nią, ale Aristov... powiedzieć, że mu się to nie podobało to jak nie powiedzieć nic. Zmierzył swoją narzeczoną wzorkiem, który zdawał się mrozić krew w żyłach, a potem przeniósł swój wzrok na swoich gości. Zamknął ze spokojem drzwi frontowe, z taką precyzją i wysilonym spokojem, jakby miał zamiar zamknąć ich wszystkich w pułapce. Cholerna Царица i jej adoratorzy. Rosjanin wziął głęboki, uspokajający oddech.
-A więc zapraszam do salonu, drodzy Panowie. Kochanie, zrobisz Panu herbaty? Myślę, że z mlekiem dla Pana Morpheusa też nie powinno być problemu. - zwrócił się do niej, z chłodem porównywalnym do tego, który miał w swoich oczach. Jakby chciał zamrozić krew w jej żyłach. Oh wiedział, że ucieszy ją to. Że będzie obnosiła się z tym, jak bardzo Alexander był o nią zazdrosny. Nie powinien dawać jej te satysfakcji, ale niestety mleko zostało już rozlane. Jednak gdy Anthony wręczył Yelenie herbatę, Alexandra chłód momentalnie wyparował. Cóż za nietypowy podarunek. Herbata... I to nie byle jaka herbata. Alexander jeszcze raz zmierzył swojego gościa wzrokiem mrużąc na sekundę oczy.
Po chwili jednak poprowadził swoich gości do salonu, w którym, pomimo wcześniejszych dźwięków i krzyków, panował względny porządek. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze przed chwilą to miejsce było polem bitwy. Ogień trzaskał wesoło w kominku, delikatnie, leniwie. Fotele i kanapa, stały w nienaruszonej formie, zupełnie jakby nikt ich nie ruszał z miejsca. Ciemny drewniany stolik stał tak samo jakby nigdy nie był złamany. Czego to nie można było naprawić za pomocą odrobiny magii i chęci?
-Proszę. Siadajcie gdzie chcecie. - powiedział machając ręką na kanapę i fotele. Uśmiechnął się do swoich gości, starając się, aby głos zabrzmiał ciepło. Poczekał, aż tamci zajmą swoje miejsca, po czym sam zajął miejsce na jednym z foteli. -Więc jest Pan Niewymownym? Praca w Departamencie Tajemnic jest ciężka? Czy tylko tak o niej mówią? - zagadnął przyjaźnie Alexander swojego nowego sąsiada. Nigdy nie za wiele wartościowych informacji.