![]() |
|
[30.11.1972] Zima na ramiona moje spadła niewinnością białym śniegiem - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [30.11.1972] Zima na ramiona moje spadła niewinnością białym śniegiem (/showthread.php?tid=5515) |
[30.11.1972] Zima na ramiona moje spadła niewinnością białym śniegiem - Lorraine Malfoy - 18.12.2025 Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Necronomicon
Wystarczyło tylko kilka kropel uwarzonego przez Flinta eliksiru na bezsenność wpuszczonych do kojącej nerwy herbatki ziołowej. Już po pierwszym łyczku Lorraine zaczęły kleić się oczy. Po drugim, zaczęła cieszyć się, że naszykowała sobie kąpiel zanim zażyła lek. Po trzecim, odstawiła filiżankę na niewielką półkę obok wypełnionej wodą wanny, rozlewając przy tym nieco herbaty na niedopasowany spodeczek. Zrzuciła z siebie koszulę nocną. Zasnęła, ledwie zanurzyła się w gorącej wodzie. Śniła o ptakach. –––
Pierwszy śnieg "gołębi", ale szyję ziębi, wyrzekła pouczającym tonem Rachel, delikatnie strzepując śnieżynki z kołnierza płaszcza kroczącej obok Helloise. Napominała pieszczotliwie, z tą czułą, macierzyńską niemal pobłażliwością, jaką przybiera się wobec dziatwy, aby przed wyjściem na dwór nie zapomniała o nałożeniu czapek i szalików. Napominała i ją, i Lorraine, bo chociaż obie dawno już przestały być dziećmi, w oczach starej ghoulki, która przeżyła już osiem czarodziejskich żyć, niczym nie różniły się od płateczków świeżego śniegu, który zaczął sypać z nieba. Śnieg zaskoczył je w drodze, kiedy wracały wspólnie z porannej próby chóru. Żadna z nich nie przyodziała się więc cieplej, nie spodziewały się bowiem ochłodzenia, które było przepowiadane dopiero na następny tydzień. A jednak pogrążona we śnie Lorraine nie czuła chłodu. Nie gdy śniła o śniegu delikatnym jak puch wyrwany z opustoszałego gniazda. Jego białe, lekkie płatki szybowały niepewnie w powietrzu, roztapiając się, ledwie dotknęły ziemi. Jak ptaki, które dopiero uczą się latać, kierowane instynktem nakazującym uciekać w cieplejsze rejony. Helloise potrafiła wspaniale naśladować ich odgłosy. Z gardła jej dobywały się śpiewne trele i skrzekliwe melodie. Potrafiła kląskać jak słowik i gruchać jak gołębica, którą niosła w klatce Rachela. Dlaczego akurat gołębica, zaczęła zastanawiać się Lorraine, ale jej myśli szybko skłębiły się jak ptaki. Nie myślała o wypchanej synogarlicy stojącej w głównej sali Necronomiconu. Zamiast tego odchyliła głowę do tyłu, nieświadomie naśladując w tym starszą kuzynkę. Obie równocześnie niemal wystawiły języki, żeby posmakować pierwszych płatków śniegu w dziecięcym przyzwyczajeniu. Lorraine zaśmiała się cicho, a potem pozwoliła opaść powiekom. Przez chwilę po prostu rozkoszowała się zimą na języku, chłodnym wiatrem wiejącym prosto w twarz. Mrozem osiadającym szadzią na rzęsach, brwiach i włosach. W przeciwieństwie do Helloise otworzyła w końcu oczy, aby rozejrzeć się wokoło. Rozglądała się ukradkiem, jak gdyby obawiała się, że mogły kogoś zgorszyć swymi dziewczęcymi psotami. Choć otworzyła oczy, nie obudziła się, lecz śniła dalej. Drugi śnieg "wroni", szybko go zgoni. Poleży kilka dni i stopnieje. Kilka dni, może trzy, może pięć. Dość, by przykryć brud i błoto pokrywające ulice. Dość by przyzwolić na chwilę zapomnienia o jesiennej plusze, nie dość jednak, by przynieść zimę. To był dopiero sen o zimie, sen, z którego wybudzało ją ostre białe światło rozszczepione w okiennej ramie. Lorraine stała w oknie zakładu pogrzebowego na Nokturnie i wyglądała na zaśnieżoną ulicę. Gdy jednak odwróciła się plecami do okna, nie zobaczyła znajomego wnętrza Necronomiconu, lecz bibliotekę w Malfoy Manor. "Sanctimonia vincet semper", tak głosiła łacińska sentencja wyszyta srebrną nicią na wiszącym przed wejściem gobelinie. Gobelinie, który przedstawiał drzewo genealogiczne rodu Malfoy. Czystość zawsze zwycięży. Lorraine kluczyła dłuższą chwilę między regałami, szukając książek o tematyce przyrodniczej, które lubiła czytać w dzieciństwie. Drugi śnieg "wroni", szybko go zgoni..., powtarzała w myślach, przesuwając palcem po zakurzonej półce, dopóki nie natrafiła na atlas ptaków. Wrona była mądrym ptakiem. Ptakiem z pogranicza światów. Niektórzy widzieli w jego czarnych skrzydłach niefortunną wróżbę. Lorraine widziała ptaka który wie, jak przeżyć zimę. Jak znieść głód, jak przetrwać pośród śnieżnej zamieci. A trzeci śnieg, "sroczy"... Ach, ten. Ten, który przytłoczy. Wychodząc z Necronomiconu, Lorraine musiała aż zmrużyć oczy, przytłoczona jego śnieżnobiałym blaskiem. Sroka, ptak kradnący wszystko, co błyszczy, tak jak błyszczący bielą śnieg skradł świat dla siebie. Nastała wreszcie zima. Lorraine puściła rączkę Fridy, żeby ta mogła pobiec do czekającej już na nią dzieciarni i pobawić się w śniegu, porzucać śnieżkami, a może wspólnie zbudować śniegowy fort. Zamierzała przypatrywać się temu wszystkiemu z boku, chcąc dać dziecku nieco swobody, a jednak stale mieć je na oku. Frida wiedziała, że nie wolno jej odbiegać zbyt daleko od domu, ale Lorraine i tak nie byłaby w stanie ruszyć się od okna, gdyby wypuściła ją na ulicę samą. Widziała poruszające się w oknach firanki, gdy inne matki zerkały, czy wszystko z ich malcami wszystko w porządku, mimo że wcześniej surowo przykazały starszakom, żeby pilnowały młodszego rodzeństwa. Może i Lorraine bywała nieco nadopiekuńcza względem Fridy. Wbrew jej obaw, dziewczynka świetnie odnajdywała się w towarzystwie innych dzieci. Wiedziała, że na Nokturnie była bezpieczna, ale... Wciąż była dzieckiem. A Lorraine wciąż uczyła się, jak być matką. Zachęciła córeczkę skinieniem głowy, żeby dołączyła do koleżanek i kolegów, ale mała ghoulka, zamiast puścić jej dłoń, splotła na nowo swe malutkie paluszki z palcami Lorraine. Podniosła prosząco główkę, patrząc na półwilę wyczekująco. Nadęła nawet zabawnie swe pyzate policzki, jak gdyby chciała z oburzeniem zawołać, "no co ty, mama". Nie potrzebowała wielu słów, żeby zademonstrować, że bliska jest obrażenia się. Rozpogodziła się jednak, gdy Lorraine przyklękła obok, aby czule poprawić opatulający dziecinę wełniany szal. Policzki Fridy powoli czerwieniły się na mrozie, bo w jej żyłach wciąż płynęła przecież krew. Nie mogła odczuwać bólu, zmiany temperatury również nie były jej strasznymi... A jednak fizjologiczne reakcje organizmu pozostały zachowane, jedynie nieuświadomione. Może i nie czuła zimna, ale zdążyła nabawić się odmrożeń zanim Baldwin przyniósł ją na ramionach do Necronomiconu w zeszłoroczne Yule. Ocalił błąkającą się po ulicach niewinną istotkę, dziecię brutalnie odtrącone od łona Matki. Być może tyle wystarczyło do zbawienia. Jedna zagubiona ghoulka. Może tyle wystarczyło, aby zbawić ich oboje. Oczy Fridy, wielkie i czujne, śledziły opadające płatki śniegu z uwagą niemal nabożną, jak gdyby próbowała zapamiętać kształt każdego z osobna, zanim dotknie ziemi i przestanie istnieć. Jak gdyby każda śnieżynka była znakiem od Matki. Każdy oddech dobywający się z rozchylonych w zachwycie usteczek zamieniał się w obłoczek pary. Spod kaptura, nasuniętego głęboko na głowę, wymykały się niesforne kosmyki włosów, przyprószone śniegiem niczym cukrem pudrem, kontrastujące z ciemniejszą czapką, ręcznie dzierganą, o pół rozmiaru za dużą, bo Lorraine wolała, żeby było jej za ciepło niż za chłodno. Szalik – wełniany, ciężki, o gęstym splocie – owinęła wokół szyi dziewczynki kilkukrotnie, tak, aby Frida mogła schować się za nim jak za zasłoną, gdy tylko wiatr stawał się zbyt natarczywy. Szczelnie opatulona w kilka warstw ubrań, owinięta troską jak szalikiem przez uczących się dopiero dorosłości dorosłych, którzy bali się o nią bardziej, niż ona sama potrafiła się bać, ghoulka bawiła się w śniegu. Bawiły się więc we dwie. Bo choć sroczy śnieg skradł resztę świata dla siebie, Lorraine nie pozwalała mu skraść Fridy. Z jej pomocą ulepiła cztery kule śniegowe. Po jednej dla każdego z nas, wyjaśniła cierpliwie Fridzie, a że złapała ją zadyszka, przyklęknęła na chwilę obok, żeby móc złapać powietrza. Dla ciebie, dla Baldwina, dla Scarlett, i dla mnie. Śnieg padał, a pałac powstawał. Na początku Lorraine myślała, że wznosi Malfoy Manor ze wszystkimi jego skrzydłami. Oto była bowiem sala balowa oraz sąsiadujące z nią bawialnia i pomniejszy salonik, obok natomiast uplasowała się jadalnia, i biblioteka, z której balkonów rozciągał się widok na rozległe ogrody otaczające rodową posiadłość. A jednak gdyby spojrzeć na wznoszoną przez Lorraine budowlę pod innym kątem, dostrzegłoby się raczej podobieństwo do domu, w którym przyszła na świat. Domu jej dzieciństwa, posiadłości zwanej Białym Sadem, ze względu na wiekowe jabłonie, śliwy i grusze, porastające okoliczne tereny. Szybko jednak śnieżny zamek zaczął przypominać raczej wizję wyjętą spomiędzy kart książki z bajkami, ze wszystkimi jego dziedzińcami, krętymi schodami i wieżami. Jadeitowy pałac, do którego prowadziła droga wysadzaną szmaragdami. Zamiast jadeitu, był jednak lód. Zamiast szmaragdów, kryształy z potrzaskanych sopli, zwieszających się z dachów. Rękawiczki Lorraine pokrywała warstwa śniegu, ręce i różowe od zimna policzki szczypał lekko mróz, czuła, że nasypało jej się śniegu do butów... Ale to wszystko nie było ważne, nie, ważny był tylko śnieżny pałac, który wznosił się wciąż wyżej i wyżej. Tylko że pałac nie był już pałacem, zdała sobie sprawę Lorraine, zdejmując rękawiczki, żeby spierzchniętymi, drżącymi od zimna palcami dotknąć strzelistych wieżyczek sięgających nieba. W sercu pokrytego śniegiem Nokturnu wznosiła się bowiem świątynia. "Ty jesteś świątynią pośród śniegów", usłyszała szept niesiony zimnym wiatrem. Odwróciła się, po to tylko, żeby zobaczyć, jak Frida biegnie przez śnieg w stronę nadchodzącego Baldwina. Oczywiście nie założył cieplejszego płaszcza, pomyślała niezadowolona Lorraine, patrząc, jak brat nieudolnie kryje się za podniesionym na sztorc kołnierzem jesiennego palta. Podniosła się z klęczek, otrzepując suknie ze śniegu, żeby wspólnie z Fridą wyjść mu na powitanie. –––
Obudziła się z westchnieniem, czując, jak Maeve odgarnia jej mokre włosy z twarzy, żeby odcisnąć na czole całusa na pobudkę. Wiedziała, że potrzebuje tego, aby uspokoić rozbiegane myśli. Pocałunki w tym miejscu miały według tradycyjnej medycyny chińskiej właściwości lecznicze, a przynajmniej tak utrzymywała Lorraine, która pocałunków Maeve domagała się bardzo często. Jeśli kłamstwem mogła zapewnić sobie jeszcze więcej jej uwagi... Ukochana uśmiechała się na to z czułością przemieszaną z rozbawieniem. I bez tych pokrętnych wybiegów gotowa była przecież spełnić zachciankę zaspanej półwili, która uwiesiła się na jej szyi i nie puszczała, jak gdyby chciała wciągnąć ją w mydliny. Jak długo spałam?, zaczęła się zastanawiać Lorraine, nie zważając na podany przez Maeve ręcznik. – Śniłam o ptakach – wymruczała jej do ucha – dopóki ukochana ptaszyna nie spłynęła prosto na moje ramiona. Co mi powiesz, ranny ptaszku? – Nachylając się, żeby pocałować klęczącą obok wanny Maeve, nakryła ją swoimi długimi włosami, z których wciąż ściekała woda, jak gdyby mogła w ten sposób podzielić się z ukochaną zaplątanymi w nich snami. Koniec sesji
|