Secrets of London
[03.10.1972] Just kiss me already - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17)
+---- Wątek: [03.10.1972] Just kiss me already (/showthread.php?tid=5518)



[03.10.1972] Just kiss me already - Aaron Andrew Moody - 18.12.2025

Ministerstwo Magii, korytarz na I piętrze

Coś jest nie tak, pomyślał Aaron Moody. Zanim jednak w pełni zdał sobie sprawę, co jest nie tak, instynktownie wyciągnął rękę, aby powstrzymać idącą obok niego Lorien przed przestąpieniem kolejnego kroku. Rozejrzał się, gotów do działania... Ale gdy zadarł głowę do góry, zobaczył tylko zwieszające się z sufitu gałązki jemioły, upstrzonej białymi kulkami jagód. Chyba trochę za wcześnie na świąteczne dekoracje, pomyślał Aaron, marszcząc delikatnie brwi. Wystrzelił na próbę zaklęciem, aby zerwać kilka bujnych pędów, w celu bliższego ich zbadania. Czyżby jakaś zmutowana roślina wyrwała się z Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów? Aaron obrócił gałązki w dłoni, zanim zdecydował się schować różdżkę na powrót do kieszeni. Gdyby nie to, że sufit znowu zaraz zarósł zielonością, można byłoby pomyśleć, że to zwykła jemioła. Chociaż musiała być w jakiś sposób zaklęta, nie wydawała się w tej chwili stwarzać żadnego zagrożenia.

Pliniusz Starszy pisał o jemiole na kartach Historii Naturalnej – rzucił lekkim tonem Aaron. Tak jak gdyby zupełnie normalnym było to, że pierwszym jego skojarzeniem w tej sytuacji było dzieło jego ulubionego starożytnego historyka. Kąciki ust Moody'ego zadrgały jak do uśmiechu, gdy spojrzał znowu na stojącą obok Lorien. Zadrgała i jego dłoń, jak gdyby podświadomie szukał jej dłoni, zanim z lekkim ociąganiem podążyli niespiesznym, spacerowym wręcz krokiem wzdłuż dziwnie pustego jak na tę porę korytarza. Być może wszyscy za bardzo bali się, że zostaną magicznie zmuszeni, żeby pocałować pod jemiołą współracownika mijanego z naprzeciwka. Nikt nie chciał przecież wylądować na dywaniku w dziale zasobów czarodziejskich! – Pliniusz opisywał jej szczególne znaczenie dla rytuałów druidów, a więc autochtonicznych magów ziem brytyjskich – ciągnął cicho Aaron, zręcznie splątając ze sobą zerwane wcześniej gałązki, tak, żeby ułożyć z nich schludny bukiecik. Podnosił przy tym co jakiś czas oczy na Lorien, skupiony na rozmowie. Może dlatego nie zauważył, że z kieszeni przerzuconej przez ramię marynarki od aurorskiego munduru niespodziewanie wystawił łebek zaspany dementorek. Dzielnie czuwał z nim na dyżurze ostatniej nocy, do tej pory spał więc w kieszeni Aarona, opatulony chusteczką do nosa niby kocykiem. – Nasi przodkowie nazywali jemiołę "wszechlekiem", napar z jej pędów miał być bowiem lekarstwem na wszelkie trucizny. – Oczywiście, że zaczął od rzeczy praktycznych, chociaż chciał jej powiedzieć, że wiecznie zielone liście jemioły miały symbolizować nie tylko długie, zdrowe życie, ale i nieprzemijające piękno. Z tego powodu bukiety z jemioły wręczano wedle tradycji kobietom, które darzyło się szczególnym uwielbieniem i miłością... Z tego też powodu od dawien dawna całowało się pod jemiołą. Ale zanim Moody zdążył to wszystko wyjaśnić, bukiecik już znalazł się w dłoniach Lorien. Widać było, że chce powiedzieć jej coś jeszcze, bo nachylił się w jej stronę, jak gdyby chciał ją pocałować...

Ale moment przerwał im dementorek, który hyc! hyc! wzleciał hen wysoko ponad ich głowy, tylko po to, aby z cichym piskiem zanurkować prosto w gęstwinę jemioły.

Hej ty! – zawołał zaskoczony Aaron, próbując schwycić za płaszczyk rozochoconego dementorka. Ten jednak umknął przed aurorem, oddając się w pełni powietrznym harcom. Na początku bujał się na zwieszających się z sufitu gałązkach, płynnie przeskakując z jednej na drugą, potem jednak zainteresował się białymi jagodami, którymi była obsypana jemioła. – Nie jedz tego. – Aaron przestrzegł dementorka tym samym kategorycznym tonem, którego używał do wydawania poleceń służbowych. Tym samym tonem mówił też swojemu kotu, że nie dostanie więcej jedzenia, dopóki nie zje resztek ze swojej miseczki... Ale dementorek zagrał mu tylko paluszkami na dementorzym nosku i zaczął żreć jagody. Aż słychać było ciche ciamkanie, gdy przeżuwał soczysty miąższ, plamiący jego czarny płaszczyk.


RE: [03.10.1972] Just kiss me already - Lorien Mulciber - 24.12.2025

W pierwszej chwili nie zauważyła nic nietypowego.
Może dlatego, że było wciąż jeszcze piekielnie rano, a Lorien nie miała okazji wypić nawet łyka kawy. Znaczy okazja była, bo czarownica nalała sobie pełen kubek, ale przed wypiciem uznała, że się jeszcze ogarnie. Po powrocie do kuchni zastała Le Chat wpatrującego się we własne odbicie, machającego nad kawą łapką. Zdążyła tylko warknąć “zostaw to!” po czym kocisko zrzuciło kubek… na stojącego pod stołem Kota. Jeden koci wrzask, parę zaklęć i skarcenie głównego winowajcy później… Pani Mulciber musiała już wychodzić do pracy.
Aaron odebrał ją spod ministerialnych kominków w Atrium, choć uparcie powtarzała mu przez dwukierunkowe lusterko, że “jeszcze drogę do swojego gabinetu zna” i “czy nie uważa, że podwójna zmiana zaraz po podwójnej zmianie to lekka przesada?” . Nie potrzebowała eskorty w Ministerstwie, ale eskorta była zawsze mile widziana. Ale… to było miłe. Wszystko to było miłe. Nawet jeśli nie rozmawiali o niczym szczególnym.

Zatrzymała się instynktownie, praktycznie wpadając w wyciągniętą rękę Aarona. Stali. Ale dlaczego? Nie spodziewała się, że zza rogu wyskoczy Lord Voldemort gotowy rzucić się na nich z klątwami. Nie. Chodziło tylko o jakieś kwiatki na suficie.
- Jemioła?
Zadarła głowę, przyglądając się zielonym listkom i jagodom, które porastały cały korytarz. Och tak, oczywiście. Historia naturalna i te sprawy. Lorien nigdy nie była wielką fanką zielarstwa. Każda podarowana jej roślina umierała a to z przelania, a to z przesuszenia, a to z depresji. Raz na lekcji zielarstwa prawie utopiła mandragorę, która nie chciała przestać się drzeć w jej rękach i gdyby nie szybka reakcja Helloise to Lorien dokonałaby pewnie pierwszego w historii tego typu morderstwa. Dziesięć ujemnych punktów i jedną profesorską tyradę o kompletnym braku instynktu macierzyńskiego później - roślinka została jej odebrana. Do jemioły nie żywiła podobnej nienawiści, ale i tak wolała, żeby jej tu nie było.
Słuchała opowiastki historycznie z równie niewielkim zainteresowaniem, co wtedy, gdy Aaron opowiadał jej o mugolskiej bostońskiej herbatce w Stanach Zjednoczonych, która jak się szybko okazało z herbatą miała niewiele wspólnego.
Ale nie podobało jej się, że zniszczona zaklęciem roślina… po prostu odrastała. Co to za dziadostwo! Jakiś żarcik
Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów?
– Nasi przodkowie nazywali jemiołę "wszechlekiem", napar z jej pędów miał być bowiem lekarstwem na wszelkie trucizny.
- Dlatego umierali nim dożyli stu pięćdziesięciu lat? Dobrze, że magimedycyna poszła do przodu i nie musimy już pić herbatek z tego zielska.

Gdy się nachylił, nie odsunęła się. Ale też nie zrobiła żadnego ruchu, co by Aarona do pocałunku zachęcić. Oczywiście, że chciała go pocałować. Tak jak wczoraj, jak w nocy po tej głupiej Ekstazie Merlina. Pocałować pod jemiołą, zupełnie jakby byli parą nastolatków kryjących się po kątach przed rodzicami. Ale nawet jeśli serce kołatało jej w piersiach, to przecież wiedziała, oboje wiedzieli, że to nie był czas ani miejsce na wymienianie pocałunków. Dlatego nie drgnął żaden mięsień w twarzy pani Mulciber, gdy trzymała w dłoniach bukiecik jemioły. Może minimalnie pokręciła głową. Nie tutaj.
Dementorek postanowił jednak przerwać tą jakże sielską anielską chwilę. Wyrwał się z kieszonki i poleciał wprost pod sufit. Przez chwilę patrzyła jak Aaron próbuje go przywołać. A potem dementorek zagrał mu na nosie, kompletnie ignorując wszelkie możliwe prośby i groźby.
- Dzieci też cię tak słuchają?- Parsknęła ze śmiechem, a w jej głosie pojawiła się dobrze mu znana nuta złośliwości, godnej takiego zwykłego, chamsko typowego hogwartowego bully. Złączyła ze sobą kciuk i palec wskazujący, po czym wsuneła je między wargi i… gwizdnęła. Na tyle głośno, żeby dźwięk rozlał się po korytarzu, odbijając od ścian i podłogi. Czy było to eleganckie? Nie. A przynajmniej skuteczne, bo dementorek zamarł z połową jagody w łapkach. Powisiał jeszcze chwilę pod sufitem, ewidentnie analizując wszelkie za i przeciw, po czym spłynął grzecznie na wyciągniętą dłoń właścicielki. Lorien ostrożnie starła z płaszczyka fioletowe plamy.

Zatrzymali się tuż przed jej gabinetem, który otworzyła prostym zaklęciem.
- Powiedz mi, że mam przywidzenia i to zielsko nie porasta mojego pokoju.- Powiedziała powoli. Bardzo powoli. Niebezpiecznie wręcz powoli. Zmarszczyła brwi, tylko na sekundę zajrzała do środka. Dementorek przysnął na jej dłoni, nieszczególnie przejęty panującym dookoła chaosem. Nie zdążył jednak nawet Aaron odpowiedzieć, bo Lorien już zatrzymała jakieś nieszczęsnego młodego BUMiarza, który biegł korytarzem cholernie spóźniony na swoją zmianę. Przeklinał cały świat, budziki i kolejki do sieci fiuu wcale nie patrząc czy ktoś jeszcze jest na korytarzu. Ale wyhamował tuż przy parze. Lorien pokręciła z dezaprobatą głową na widok jego krzywo zapiętego, nieuprasowanego munduru i fryzury jakby grzebienia nie widział od tygodni. Nawet poczekała aż biedak złapie oddech. Musiał biec całą drogę od Atrium.
- Panie...- zawiesiła głos, pozwalając mu wydyszeć swoje imię i nazwisko.- Będzie pan tak miły panie Finnigan i przejdzie się do Urzędu Niewłaści…
- Ale ja nie mogę!- Wydukał chłopaczyna, szukając oparcia w Moody’m. Zresztą wzrok miał wyjątkowo rozbiegany, bo zerkał to na aurora, to na sędzie, to na drzwi do Biura.- Ja mam obowiązki. Pan Moody na pewno wie, że teraz mamy dużo pracy i... w ogóle...
Oho. No tego to nie powinien był mówić... Lorien uśmiechnęła się cieplutko.
- No to pójdzie pan z panem Moody'm.


RE: [03.10.1972] Just kiss me already - Aaron Andrew Moody - 30.01.2026

"Podwójna zmiana po podwójnej zmianie?" Nie, Aaron już nie robił takich szalonych rzeczy. Głównie dlatego, że związki zawodowe nie pozwalały. Przepisy o bezpieczeństwie i higienie pracy i takie tam... Najwięcej dyżurów obstawiał wtedy, gdy był wiecznie spłukanym młokosem z żoną i dziećmi na utrzymaniu. Praca była wówczas całym jego życiem. Nawet gdy oświadczał, że "wybywa już do domu", wciąż szukał powodu, żeby zostać. Praca dawała mu adrenalinę, praca dawała mu spełnienie, a przede wszystkim, praca dawała mu sens. Nie dziwił się, że Bones wyzywał go od szaleńców. Ale Moody zawsze taki był. Nawet jeżeli był z natury uzdolnionym czarodziejem, uważał, że na nic zdałyby się jego zdolności, gdyby nie przewyższał innych wytrwałością. Zaangażowaniem. Może dlatego lubił, gdy ludzie nazywali go pracowitym. Gdy doceniali to, że się starał, na równi z tych starań efektem. A Moody zawsze się starał, zawsze dawał z siebie wszystko. Pozwolał, żeby definiowało go to, co akurat robił, od performansu uzależniając swoją wartość, a z czasem i swoją tożsamość. A jego tożsamością było działanie. Aaron Moody nie istniał w oderwaniu od tego, co robił.

Na komentarz o czarodziejach dożywających półtora wieku pokręcił tylko głową. Sto pięćdziesiąt lat to było dla niego dużo za dużo. Już sobie wyobrażał wszystkie te zjazdy absolwentów, uroczyste obchody jubileuszów w służbie aurorów... Wiek przydawał autorytetu, wypadałoby więc udawać, że się tam nie nudzi. Tylko że on nie znosił takich spędów. Nazywał je stypami. Niechże sobie dają odświętne ordery, niech wygłaszają przemówienia. Oszukiwali wtedy tylko samych siebie, oswajając się z byciem bezużytecznymi. Nie oszukaliby jednak Aarona. Dla niego pochwały brzmiały jak nieporozumienia, a nagrody jak próby przekupstwa. Aaron nienawidził być bezużytecznym. Nie przerażała go starość, nie bał się nigdy śmierci, ale nie był w stanie znieść bezczynności. Starość wypełniona była ludźmi, którzy mówili, że zrobiłeś dość. Aaron zawsze sądził, że można było zrobić więcej. Jakże aroganckim był w swoich osądach. Jakże ambitnym, nie był nawet świadom, jak bardzo.
Życie pokazało aroganckiemu młodzieńcowi z ambicjami, że się mylił. Można było zrobić wszystko, a wciąż nie było to wystarczającym. Takim już po prostu było życie. Nie każdego dało się uratować, i trzeba było się z tym pogodzić.
Aaron nie umiał się z tym pogodzić. Nie tak do końca. Wiedział, kiedy należało powiedzieć sobie dość, wciąż jednak nie potrafił czuć satysfakcji pozostając w bezruchu. Może dlatego nie lubił myśleć o starości. Z tak wielu powodów nie potrafił bowiem znieść tego, że jako auror ma określoną datę przydatności, a potem... A potem stanie się nieprzydatnym.

Jakbym miał tyle żyć, to sam bym chyba zdecydował się wyżłopać dzban takiej herbatki z jemioły – rzucił więc sarkastycznie Aaron, wzruszeniem ramion ucinając nieprzyjemne rozważania na temat starzenia się.

Niestety, nie zdążył podzielić się z Lorien ostatnią historyczną ciekawostką, jaką miał na podorędziu. Zwiększona umieralność wśród czarodziejów w wiekach średnich nie była spowodowana piciem herbatki z jemioły. Nie, winą za to należało obarczyć rozsiew trollej opryszczki! Przed wynalezieniem szczepionki, jej wirus dziesiątkował populację starszych czarodziejów. Według danych statystycznych około stupięćdziesiątego roku życia dochodziło do zaniku naturalnych przeciwciał chroniących przed ciężkim przebiegiem choroby, jak i przed rozwojem potencjalnie śmiertelnych powikłań, jakie wywoływała. Ciekawe, czy wie o tym ten, kto pisze scenariusz do tego całego "Peera Gynta", dumał nie dalej jak wczoraj Moody, gdy w ręce wpadła mu ulotka The Globe z programem na jesień. Wyczytał, że ma być to sztuka o wesołym bawidamku, co decyduje się wyprawić na podbój ziem trolli. Opis zdawał się wcale zachęcającym, ale Moody'emu wystarczyło już wrażeń po obejrzanej przed kilkoma dniami Ekstazie Merlina.

Nie rozumiał tego.

Za czasów jego młodości teatr kojarzył się mimo wszystko z kulturą wyższą. Aktorzy byli dżentelmenami, gadali po poważnemu, z ładną dykcją i akcentem. Wiadomym było, że większość to resortowe dzieci z odpowiednimi koneksjami, bo kto wyżyłby z samej tylko sztuki? A jednak było to wszystko jakieś takie... Magiczne. Magia była w całej tej otoczce wykreowanej wokół wyjścia do teatru. Bo jak się człowiek chciał niezobowiązująco rozerwać z przyjaciółmi, wtedy szedł do baru. Tam gdzie nie żałowali piwa i grali dobrą muzykę, taką która nie zagłuszała rozmowy, ale zmuszała do podniesienia głosu. Nazajutrz podrażnione przekrzykiwaniem się gardło przypominało o perypetiach minionej nocy. Z koleżankami chodziło się do klubu, na potańcówkę albo kabaret, z kolegami na tor wyścigowy albo strzelnicę... Albo do kina, na nowy western amerykańskiej produkcji, w którym mugole naparzali się pistoletami na ekranie. Ale do teatru? Teatr był dla kochanków. Trzeba było więc ubrać najlepszy garnitur. Kupić kwiaty. Zarezerwować stolik na kolację, a potem wybrać nastrojowe miejsce na spacer. Nie wiedzieć kiedy noc przeobrażała się w dzień, gesty stawały się przedłużeniem spojrzeń rzucanych wcześniej ukradkiem, a z upływem czasu coraz śmielej. Jak wziąłeś do teatru dziewczynę, wiadomym było, że masz wobec niej poważne zamiary.
W pewnym sensie żałował, że nie był w stanie zapewnić tego doświadczenia Lorien. Że nie było to wszystko tak do końca właściwym. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zaprosić jej do teatru choćby w ramach zabawnego rewanżu. "Chcesz iść, żeby zobaczyć, jak się chory dzieciak biczuje na scenie, a wokół niego tańczą wdzięcznie opryszczone trolle?"
Tyle że nie do końca był pewien, czy rzeczywiście warto marnować w ten sposób czas, jaki im pozostał. Istniało tak wiele przyjemniejszych sposobów, w jaki mogli go marnować.

Nagle złapał się na myśli, że chciałby mieć te sto pięćdziesiąt lat.

Patrząc jak Lorien wsadza palce do ust, żeby zagwizdać na uliczną modłę, głośno i przeraźliwie, zrozumiał, że chciałby mieć choćby i rok więcej.
Aż do dziś nie wiedział przecież, że sędzia Mulciber umie gwizdać.

Obarczasz mnie winą za swoje porażki wychowawcze? – Aaron założył ręce na piersi, widocznie rozbawiony rzuconym w jego stronę oskarżeniem. Przecież dementorek należał do niej! Wszystko to wypowiedział bardzo pewnym siebie tonem człowieka z bagażem życiowych doświadczeń, pogodzonego z faktem, że nie na wszystko można mieć wpływ. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy papierowy dementorek spłynął z sufitu prosto na wyciągniętą dłoń Lorien. Karcer. Więzienie. Szlaban, zaczął mruczeć pod nosem, nie dbając wcale o to, że dementorek może go usłyszeć. Należało zaufać starym, sprawdzonym metodom wychowawczym, westchnął ciężko Moody, zamiast przyznać się do porażki. Może gdyby częściej dawał Millie szlaban, to zostałaby pieprzonym aurorem. Być może był zbyt miękkim dla niej, a zbyt surowym dla Alastora.

Gdy brygadzista zwrócił się do niego po pomoc, Aaron zrobił minę. No żeby ze wszystkich ludzi akurat od Moody'ego oczekiwać pobłażliwości... Nie dość, że dzieciak spóźnił do pracy, to jeszcze naruszał powagę munduru swoim niechlujstwem. Normalnie kazałby mu pójść do siedziby urzędu samemu, i nie zawracać sobie głowy głupotami. A może wymyśliłby Finnowi jakieś specjalne zadanie bojowe? Wysłałby go na korytarz, żeby przycinał jemiołę jak żywopłot. Może jak uformujesz rzeźbę pani Ministry to dostaniesz podwyżkę. Ale Moody był już dzisiaj po służbie, więc... Darował sobie. Wsadził ręce w kieszenie i wbił w Finnigana ciężkie spojrzenie.

Pomyśl, dzieciaku. Jak powiesz Bonesowi, że walczyłeś dzielnie z jemiołą, to może daruje ci kazanie. A przynajmniej nie odeśle cię do domu, żebyś mundur wyprasował... Bardzo wspaniałomyślne ze strony pani sędzi, że daje ci się wykazać – stwierdził sucho Aaron. Zachował kamienną twarz, ale Lorien znała go na tyle dobrze, żeby dostrzec w jego oczach iskierki wesołości. Taki już był, że trudno było czasem domyślić się, czy żartuje, czy mówi całkowicie poważnie. – Zajrzę do pani nieco później, żeby zobaczyć, czy urzędasy uporały z problemem – zapewnił, zwracając się już bezpośrednio do Lorien. – Jak będzie trzeba, przyjdę z kosiarką. Na razie zostawiam panią z obstawą... – Zawiesił na dłużej spojrzenie na dementorku na jej dłoni, unosząc lekko brew, jak gdyby pytał, "czy na pewno?".


RE: [03.10.1972] Just kiss me already - Lorien Mulciber - 02.02.2026

Aaron nie był już spłukanym młokosem, dzieci dorosły, a żona… No tak. Żona też już nie stanowiła przeszkody. W końcu małżonka nie ściana, można przesunąć, prawda? A czasem wystarczyło poczekać aż ściana skruszeje i się zawali.
Lorien bywała szalenie zazdrosna nawet o trupy spoczywające siedem metrów pod ziemią. Taka już była. Zazdrosna była nawet o pracę, bo choć sama żyła już praktycznie w Ministerstwie Magii, to łapała się na tym, że wolałaby mieć Aarona przy sobie. Już. Teraz. Natychmiast. .
Jakbym miał tyle żyć, to sam bym chyba zdecydował się wyżłopać dzban takiej herbatki z jemioły.
Zadarła głowę wpatrując się w jasne oczy Moody’ego. Było coś intrygującego w tym człowieku. W tym podejściu równoczesnej ucieczki i pragnienia śmierci. Nie zaprzątała sobie nigdy głowy kwestią “co by było gdyby dożyła stu pięćdziesięciu lat.” Ani nawet stu, ani siedemdziesięciu, pięćdziesięciu…
Gdyby byli sami, ujęłaby dłońmi jego policzki, przesunęła ostrymi pazurami po gładkiej skórze, zaciągnęła się zapachem tej okropnej wody kolońskiej. A potem zapytałaby słodko: Czy gdy umrę wypijesz herbatkę z jemioły na moim grobie?
Pochowaliby go z nią, dokładnie tam gdzie było jego miejsce. Nie przy tej pierwszej żonie. Nie, nie nie. Absolutnie nie.
Zorientowała się, że gdzieś w połowie rozmyślań zaczęła marszczyć brwi na samą myśl o tym, że miałby spędzić całą wieczność z jakąś inną babą. Może i tamta była pierwsza, ale ona była z kolei lepsza.
Złagodniała dopiero w chwili, gdy w myślach wypowiedziała wojnę; zdążyła się obrazić na Aarona że by się nie dał pochować z nią; wybaczyć mu o ile obieca że wcale nie miał tego na myśli i to oczywiste, że nawet śmierć ich nie rozłączy i nie dałby rady bez niej żyć i w ogóle to z tej miłości wypieprzy tą paskudną koszulę flanelową w zielone czarną kratę; a potem zaprosił ją na kolację w sobotę. Jakby był legilimentą to by wiedział, że właśnie jej to obiecał i bogowie niech mają go w opiece jeśli się z obietnicy nie wywiąże. Ale uśmiechnęła się prześlicznie już wyrzucając z pamięci całą tą historyczną opowiastkę o jemiole.

Teatr w odczuciu Lorien już dawno stracił ten efekt “wow”. Była zapraszana do teatru na każdą możliwą okazję, dostawała bilety na wyprzedane spektakle, zawsze zasiadali z Anthony’m w tej samej loży, więc… Co do zasady nie było to dla niej nic specjalnego. Czasem trzeba się było pojawić, reprezentować Ministerstwo Magii, pokazać po czyjej stronie stoi i będzie stał Wizengamot, posłuchać ploteczek i wymienić uśmiechy z tymi, z którymi uśmiechy należało wymienić. Teatr obdarty z czułości był po prostu kolejnym miejscem schadzek i gier politycznych.
Jakby jej zaproponowano bilety na najbliższe Royal Ascot… no to byłoby coś innego.

Krytyka jej umiejętności wychowawczych była co najmniej nie na miejscu. Wystarczyło przecież spojrzeć na niej najcudowniejszego wychowanka - Stanley’a Andrew Borgina. Ktoś złośliwy by powiedział, że on bardziej był Roberta Mulcibera, ale to bzdura. Był jej. Na własnej sędziowskiej piersi wychowany. Zawsze grzeczny, zawsze najładniejsze raporty pisał, zawsze mówił dzień dobry i do widzenia. Wzór Brygadzisty. A że teraz wybrał ścieżkę Jednoosobowej Działalności Gospodarczej - no cóż! Każde pisklę kiedyś wyleci z gniazda. Na pewno mu szło świetnie! Nie to co dzieciom co poniektórych, które nadal siedziały na L4.
- U mnie był grzeczny.- Odcięła się równie żartobliwy, unosząc dłoń do góry i całując dementorka w czarny kapturek, gdzie miał czubek główki.- Przejmuje kiepskie zwyczaje Biura Aurorów.
Pewnie gdyby Dementorek potrafił to by wystawił w tym momencie Aaronowi język. Ale języka nie miał. Miał za to łapkę i nauczył się całkiem niedawno gestu Kozakiewicza. Więc go pokazał w odpowiedzi na ten cały karcer i szlaban, po czym szybko umknął w bezpieczny gąszcz loków Lorien, która… nie zdołała opanować chichotu.
No i to chyba sprawiło, że zatrzymany w półkroku Brygadzista uznał, że można sobie pozwolić z drobną sędzią. Śmiech jednak szybko został zduszony, a jej twarz wróciła do ustawień fabrycznych - usta wygięte w lekkim grymasie, ściśnięte, uniesione brwi. Ot typowy lorkowy bitch face.

Słuchała Aarona strofującego młodziaka, co jakiś czas kiwając uważnie głową. Dokładnie. Powinien dziękować i biec załatwić sprawę. Nie do pomyślenia co z tą młodzieżą teraz się działo. Zero szacunku!
Zajrzę do pani nieco później....
- Wizengamot obraduje dziś cały dzień.- Odpowiedziała na zapewnienie, że doczeka się wizyty w późniejszym czasie.- Proszę przyjść pod wieczór, panie Moody, choć mam nadzieję, że do tego czasu pozbędą się tego zielska.
Obróciła się na pięcie i weszła do gabinetu zatrzaskując za sobą drzwi. Przez chwilę jeszcze przy nich stała, oparta o stare drewno, dociskając dłonie do ust. Przecież czuła jak ją palą policzki! Jak jakiejś nastolatce!
Z tego wszystkiego zapomniała nawet spytać co to jest ta cała “kosiarka”...

Koniec sesji