Secrets of London
[07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties (/showthread.php?tid=5525)



[07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Alexander Aristov - 20.12.2025

Bal na Boże Narodzenie. Taki był zamysł. Akurat w Boże Narodzenie (prawosławne oczywiście), ojciec Alexandra poinformował go o ich planach na wieczór. Mieli wziąć udział w jakimś balu, oczywiście Alexander jako dziedzic, spadkobierca, musiał wziąć w nim udział. -To doskonały moment, Alexandrze. Dzisiaj odmienią się nasze życia. Zobaczysz, chłopcze! - "chłopcze". Nikt tak już do niego nie mówił od lat, a jednak ojciec nie zwracał uwagi na to, że Alexander wcale nie był już dzieckiem. Bliżej było mu do średniego wieku, niż do nastolatka. Mimo to ojciec poklepał go po ramieniu, jak dziecko. Coś tam wymamrotał, że to idealna okazja biznesowa. Że nie może już się doczekać miny Alexandra. Junior jednak nie podzielał jego entuzjazmu. Był zbyt zajęty narzekaniem na zakładanie smokingu. I co z tego, że wyglądał zabójczo, skoro czuł się jakby był wpakowany w zbroję? Warknął coś pod nosem, ale ojciec już był zajęty samym sobą i przygotowaniem do wyjścia z domu.
Nie wiedział czym jest to całe przyjęcie, ale skoro było w Dniu Bożego Narodzenia, to musiało to być przyjęcie bożonarodzeniowe, prawda? To raczej było dość logiczne, jednak co to okazja biznesowa o której Senior cały czas mamrotał pod nosem? Co mogłoby być tak ważnego, że ojciec był tym tak poruszony? Czyżby w końcu znaleźli coś co mogłoby zniszczyć Karkaroffów!? Alexandrowi aż zaświeciły się oczy, gdy przemierzali zasypane śniegiem ulice Petersburga. Cudownie. Oh. On też nie mógł się już doczekać tego przyjęcia, więc przyśpieszył kroku, zrównując się w końcu z ojcem. Co za noc! CO ZA NOC.
W końcu dotarli do jakiegoś pomniejszego pałacyku na przedmieściach. Oczywiście na pałacyk rzucono masę różnorakich zaklęć maskujących, do których Alexander nie miał teraz głowy. Miał do obmyślenia wiele ważniejszych kwestii. O tak. Ważniejszych. Jak wykończenie każdego z Karkaroffów osobno, czy może wrzucenie ich do masowego grobu i wykończenie wszystkich razem? W ustach aż mu zaschło z wrażenia, więc gdy znaleźli się w przestronnej sali, ktoś wcześniej zabrał ich płaszcze, Alexander rozejrzał się wokół szukając czegoś do zwilżenia gardła.
Cała sala bankietowa była bardzo przestronna, widać było, że nie wszystko zostało zniszczone po rewolucji i niektóre miejsca, pamiętające jeszcze carat, zostały nietknięte, zwłaszcza miejsca z żywą historią, miejsca magiczne. Wielkie kryształowe żyrandole świeciły jasno, oświetlając zebranych czarodziejów i czarownice. Gwar i chaos. To było miejsce do omawiania posunięć dyplomatycznych, do zawierania umów. To było miejsce Alexandra. Jednak ojciec odprawił go, machnięciem ręki, tłumacząc, że ma coś do załatwienia i że pośle po niego, gdy nadejdzie na to odpowiedni moment. Tak więc Alexander przecisnął się przez tłumy zgromadzonych ludzi, zauważył nawet kilka tańczących par na środku sali, jednak on nigdy nie miał głowy do tańca. Znał jakieś podstawowe ruchy, ale w zasadzie wolał bardziej... intymne aktywności.
W końcu zauważył coś co przykuło jego uwagę, niewielki szwedzki stół, przy którym stała młoda kobieta, była odwrócona do niego tyłem, stała tam sama, ale to co najbardziej rzucało się w oczy to... Jej włosy. Na Carewicza Mikołaja... Co to były za włosy. Proste, długie, lśniące w świetle tych kryształowych żyrandoli... A ich kolor? Nigdy w życiu Alexander nie zapomni tego koloru. Czerwone, krwiste, jak słonce o wschodzie. Jak krew rozlana na tanecznym parkiecie, jak róża, która dopiero co wypuściła szkarłatne pąki. Był to kolor tak intensywny, tak przerażający i pociągający, jakby kobieta, do której te włosy należały, zdawała się mówić: "Chodź. Spróbuj swoich sił, sprawdźmy czy twoja krew dorówna kolorowi moich włosów." I, cholera, już nie mógł się doczekać, aby sprawdzić. Szybko znalazł się obok niej, jej twarz promieniowała tak szlachetnymi rysami, jakby sama Afrodyta postanowiła przyjąć śmiertelną powłokę, aby zabawić się tego wieczoru. I tak jak Alexander zawsze wiedział co powiedzieć, tak tym razem zapomniał nawet jak się nazywa. сука - zdążył tylko pomyśleć i odchrząknął znacząco, jakby chciał zwrócić na siebie jej uwagę.
-Witam, Panienkę. Czyżby miała pani za matkę boginię? Czy może to po stronie ojca, należy się spodziewać uderzeń gromów?
Przestało mu się nawet chcieć pić. W ustach miał sucho, ale teraz już z zupełnie innego powodu. Cholera, Alexander. Co się z tobą działo? Przecież miłość, a już z pewnością miłość od pierwszego wejrzenia, nie istnieje, więc przestań merdać ogonem, jak grzeczny psiak, tylko dlatego, że wpadła Ci w oko.


RE: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Yelena Karkaroff - 21.12.2025

Na końcu języka

Trudno zapomnieć myśli,
Które przeszły przez głowę
I gdzieś czmychnęły nie po naszej myśli,
Niczym ze smyczy, przypiętej
Zbyt luźno.

Jakże nad Wiedniem tęsknota pożerała umysł i serce, gryząc jaźń i skórę bez tej cierpkiej słodyczy uniesienia, jaka zwykle następowała po występie. Było w tym coś nielogicznego i okrutnie zabawnego zarazem: ciało wiedziało, że zrobiło wszystko jak należy, a dusza zachowywała się jak rozkapryszona primabalerina, której nie dano jeszcze jednego ukłonu. Gdy zastygła w półskłonie, dłonie drżały, jakby wciąż odgrywały ostatki lotu łabędzicy, tej upartej, co nie dała się schwytać ani światu, ani sobie samej. Mięśnie pamiętały powietrze, opór sceny i ciszę tuż przed burzą oklasków, a ona tęskniła właśnie za tym momentem, gdy publiczność oddychała jednym płucem. Brakowało jej aplauzu i tych rozkosznie wstydliwych łez pannic z widowni, które później, w przerwach, chowały swoje rozedrgane jaźnie w męskich ramionach, bezwstydnie i z ulgą, jakby balet był dla nich jedyną dozwoloną spowiedzią. Tęskniła za spojrzeniami, które mówiły więcej niż bukiety, za ciszą, w której można było udawać, że jest się kimś innym niż zmęczonym ciałem w pointach. A jednak Petersburg również miłowała po swojemu, tym surowym, skrzypiącym pod podeszwami uczuciem, gdy ledwie dziś powłóczyła nogami w zaspach śniegu, klnąc pod nosem na pogodę i własną ambicję.

I zaraz, jak na złość, znowuż trzeba było obłóczyć ciało w subtelność satynowej okowy sukmany, udając, że mięśnie nie protestują, a kręgosłup nie pamięta każdego skoku. Trzeba było wyjść, stanąć prosto, być obrazem, nie człowiekiem. W czerwieni włosów odziedziczonych po matczynych genach, bez tej upstrzonej relikwii piegów na małym nosku, które los najwyraźniej uznał za zbędne. Była czysta linia, gładka powierzchnia, gotowa do podziwiania.

Добрый вечер, уважаемый господин... — Uśmiechać się przyszło z kryształem szampana w dłoni, unosząc kielich z tą samą precyzją, z jaką unosiła kiedyś rękę w arabesce. Komizm sytuacji polegał na tym, że wszyscy widzieli w niej triumf, a ona w środku liczyła sekundy do chwili, gdy znów będzie mogła zdjąć maskę, rozsznurować ciało z konwenansów i pozwolić tęsknocie gryźć się w spokoju, jak staremu psu, który nie umie już przestać. — Pana słowa iście mi schlebiają, ucieleśnienie Afrodyty — Mruknęła uprzejmie, już któryś raz tej nocy, w ten sam wyćwiczony sposób, który miał w sobie więcej automatyzmu niż szczerości. Bycie zagadywaną było tu sportem towarzyskim, niemal obowiązkiem wpisanym w metkę sukni, a ona wykonywała go z gracją godną baletowej etiudy. Większości nie zapamiętywała: imion, układów szczęk, ambicji połyskujących w źrenicach jak źle wypolerowane srebro. Nie było po co. Twarze zlewały się w jedną, uniwersalną maskę zachwytu, a słowa w szum, który należało jedynie rytmicznie przyjmować i wypuszczać. — Piękne słowa z jeszcze bardziej tajemniczych warg, dziękuję.

Ten jednak… hm. Ten był przyjemny dla spojrzenia, co odnotowała z zawodową niemal skrupulatnością, jakby oceniał go ktoś inny, ktoś siedzący wygodnie z boku jej własnej głowy. Och, jakże przystojny — w sposób nienachalny, nieprzesadny, bez tej desperacji, która zwykle pachniała drogą wodą kolońską i nieudanym dzieciństwem. Lakoniczność, dotąd wierna jak stary pies, powoli odchodziła w dal, robiąc miejsce dla czegoś bardziej giętkiego, miękkiego, niemal figlarnego. Na płaszczyznę rozmowy wpełzła nuta flirtu, subtelna jak muśnięcie palców o tiul. Dostrzegała w jego oczach arabeski zadumy, te drobne zawijasy myśli, ktre zdradzały, że nie patrzy tylko na suknię, lecz próbuje dojrzeć konstrukcję pod spodem. Było tam podziwianie, owszem, lecz podszyte lekkim rozstrojem, jakby nagle nie był pewien, czy stoi na parkiecie, czy już na krawędzi sceny. Ach, mężczyźni. Zawsze gotowi uwierzyć, że jedno spojrzenie jest zaproszeniem, a jedno mruknięcie — obietnicą.

Ojciec dał na imię mi Yelena... Kimże Pan jest, skoroś nigdy nie dostąpiłam zaszczytu poznania — przedstawiła się, unosząc dłoń w jego kierunku, leciutko uprzednio kiwając ciałem w gestii uniżonej dobroczynności.




RE: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Alexander Aristov - 21.12.2025

Kolejny krok, kolejna twarz do zapamiętania, kolejny rok, kolejny nic nieznaczący rok wojny pomiędzy Aristovami a Karkaroffami. Jednak w tym momencie, na tą krótką chwilę, na tę jedną noc, Alexander zapomniał o całej tej sytuacji. O tym całym pobojowisku, które zostawiali za sobą. Bo oto przed nim stała najpiękniejsza kobieta jaką kiedykolwiek widział. Serce wyrywało mu się do przodu, jak ptak zamknięty w klatce, ale czujący zew wolności. Jak sokół, zamknięty w zoo, czujący powietrze pod skrzydłami, ale nie mogący wzbić się w powietrze i pofrunąć. I czemu? Czemu tak? Czemu teraz? Czemu przy niej? Sprawiała, że jago serce drżało w oczekiwaniu na jej kolejne słowa, na jej jedwabny ton. Na jej aksamitną skórę, jakby tylko marzył, aby w końcu go dotknęła. A ona... Pozostawała błogo nieświadoma tego co dzieje się w jego wnętrzu, w jego duszy, jeśli jeszcze jakąś miał. W tym jego, zamkniętym w klatce, sercu. Uniosła swój kryształ z szampanem i uśmiechnęła się do niego, a uśmiech ten mógł powalić nawet najbardziej zatwardziałe serca. I z jednej strony Alexander ulegał jej urokowi coraz bardziej, z drugiej próbował się bronić każdymi możliwymi metodami. Nie mógł się przecież poddać tak łatwo. Nie mógł jej ulec nie wiedząc nawet z kim miał do czynienia... nie mógł przecież...
Zakochać się od pierwszego wejrzenia.
-Cała przyjemność po mojej stronie, Panienko Yeleno. - delikatnie, jakby były ze złota, wypowiedział te słowa. Prawdziwa melodia dla uszu. Chwycił delikatnie jej wolną dłoń w swoje dłonie i podniósł ją do swoich ust. Zanim jednak musnął wargami jej skórę, przedstawił się.
-Możesz mi mówić Alexander. Choć przyjmę też tytuł najbardziej czarującego mężczyzny w twoim życiu. - i zaraz po tych słowach, z szelmowskim uśmiechem, ucałował delikatnie jej dłoń, pochylając się przed nią, jak prawdziwy dżentelmen. W końcu byli w stolicy kultury. W Petrogrodzie. W Wenecji Północy. W Lenigradzie. I niestety wszystkie te epitety opisywały tylko jedno miasto.
Potem jednak wyprostował się powoli, jakby leniwie, przeciągał się. Niczym lew, zaraz przed skokiem na swoją ofiarę. Chwycił kieliszek z szampanem i stuknął delikatnie w jej kieliszek, samemu podnosząc go do ust. Upił malutki łyk, zaledwie, aby zamoczyć swoje usta, zwilżyć gardło.
-Więc co Cię tu sprowadza, Afrodyto? Przyszłaś tutaj ze swoim mężem? W końcu nie uwierzę, że tak wspaniała kobieta nie ma jeszcze swojego partnera. Do tańca. Oczywiście. - mrugnął do niej znad swojego kryształu i uśmiechnął się delikatnie. Serce biło mu coraz szybciej. Im głębiej w rozmowę, im więcej słów i komplementów wypowiadał w jej stronę, serce biło tym szybciej. Wiedział, że musi ją mieć. Nawet na chwilę, nawet jeśli miałby zapłacić za to najstraszniejszą cenę. Musi należeć do niego. Jako kobieta. A on musi należeć do niej. Już należał tylko do niej.


RE: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Yelena Karkaroff - 21.12.2025

Och doprawdy, tenże obecny rozmówca nie należał do prostaczków rozmowy, a już na pewno nie do tych, których słowa rozsypywały się jak okruszki suchego chleba na obrusie salonu. Mówił gładko, z tą irytująco ujmującą pewnością, która zdradzała zarówno obycie, jak i ego wyćwiczone na cudzym zachwycie. Cóż za maniery, pomyślała z przekąsem, bo skoro potrafił tak pięknie układać zdania, to z pewnością już dawno uwierzył, że jego głos wykuwa w umysłach rozmówczyń trwały pomnik własnej istoty, wyniesionej ponad bezmiar innych mężów stanu, artystów i salonowych lwów.

Pozwoliła sobie na ten luksus obserwacji, na chłodne badanie faktów spod wachlarza rzęs, gdy subtelnie opuściła dłoń. Na przywitanie pocałował jej wierzch, jak nakazywał rytuał, lecz nadgarstek podtrzymał zbyt długo, o ułamek sekundy przekraczając granicę dobrego tonu. Zbytek? Przypadek? A może próba zaznaczenia terenu, niczym paw rozkładający ogon w pełnej krasie? Ach, jakże zabawne. Już był w jej sidłach, czy tylko tak mu się wydawało? Cóż za ironia, że im dłużej trwał ten drobny gest, tym bardziej to ona przejmowała kontrolę nad sceną, choć on zapewne widział siebie jako reżysera całego spektaklu.

Po prostu Yelena, nie należne mi są pobłażliwe przedrostki. Yelena...po prostu. Zaśmiała się lekko, śmiechem wyważonym i melodyjnym, takim, który nie zdradzał ani kpiny, ani aprobaty, a jedynie obietnicę gry. Sięgnęła po kieliszek, upijając łyk wysublimowanego alkoholu, który musował na języku niczym drobne fajerwerki próżności. Bąbelki pękały, łaskocząc podniebienie, a ona pozwalała im robić swoje, podczas gdy w głowie już notowała kolejne szczegóły tej komedii manier. — Znamienite imię dla znamienitego człowieka, cóż za wspaniałe połączenie — Och, jakże przyjemnie było patrzeć, jak mężczyzna tak bardzo stara się być niezapomniany, nie wiedząc jeszcze, że to właśnie ta niepewność czyniła go na chwilę naprawdę interesującym. — Co zrobisz, jeśli będziesz musiał walczyć o względy z innymi mężami stanu, panie?

Spojrzała na trzepiotki migające palcem i głośno śmiejące się gdzieś na uboczu, niczym stado kolorowych ptaków, którym wydawało się, że sam hałas wystarczy, by świat ukląkł przed ich obecnością. Ech, idiotki… znała je aż nazbyt dobrze, te same twarze, te same śmiechy, ta sama ambicja wyrażona w zbyt jasnych spojrzeniach. I oczywiście, jak na zawołanie, wszystkie zerkały na jej rozmówcę z tą samą mieszaniną ciekawości i głodu. A więc kim był ten mąż stanu, skoro przyciągał uwagę niczym świeca nocne ćmy? Z lekką nonszalancją odstawiła kieliszek na tacę kelnera, który przemknął obok niczym cień dobrze naoliwionej machiny salonu. Ten gest, drobny i pozornie nieistotny, był jednak deklaracją — oto cała jej uwaga została przekierowana, skupiona i ostrzona jak pióro gotowe do pisania kolejnego aktu komedii. Alexander znalazł się w centrum tej sceny, pozwoliła sobie na luksus badania go od nowa, jakby właśnie teraz stał się ciekawszy niż przed chwilą.

Wróciłam o poranku z Wiednia i już nakazano mi być tutaj obecną — Na jej twarzy zatańczył uśmiech o ostrych krawędziach, ledwie zauważalny, lecz pełen obietnic. No proszę, jak bardzo potrafisz być zależny — pomyślała z rozbawieniem, obserwując, jak jego postawa nieznacznie się prostuje, jakby już przeczuwał, że oto rozpoczyna się gra. A skoro bawić się, to bawić się porządnie, nawet jeśli miało to przybrać formę kuszącej afirmacji flirtu, który niczego nie obiecywał, a jednak wszystko sugerował. W tym właśnie tkwił jej talent: sprawić, by mężczyzna uwierzył, że to on prowadzi, podczas gdy parkiet od dawna należał do niej. — Wszakże mój rozwój zawodowy jest na pierwszym miejscu, niż zwyczajowa zmiana nazwiska, Panie — pochyliła się ku niemu. Srebrna kreacja odsłaniająca plecy i ramiona subtelnie się poruszyła, gdy pozbył się z jego marynarki niewidoczne paproszka. Gniotąc delikatnie materiał odciskiem opuszka, zerkając nań subtelnie, bo był znacznie wyższy od niej samej. — Umilisz mi tej wieczór tańcem?




RE: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Alexander Aristov - 21.12.2025

Interesująca to była postać. Równie uparta co on sam, próbująca przejąć rozmowę, jakby to do niej należał cały dzisiejszy wieczór. I tak... Mógł jej na to pozwolić, oczywiście do czasu. Do czasu aż nie znudzi mu się ta gra i nie narzuci nowych reguł. Nowych zasad, które nijak się będą miały do tych wcześniejszych. A przecież to wszystko wychodziło między nimi dosyć... płynnie. Jakby od zawsze i na zawsze miało tak być. Jakby gra w kotka i myszkę byłą im przeznaczona jeszcze przed ich spotkaniem. I tak jak Alexander nie wierzył w przeznaczenie, w fata, tak tym razem musiał się poważnie zastanowić, czy rzeczywiście mojry nie istniały? Czy nie dziergały na tych swoich szydłach nici jego losu, czy nie przypieczętowały go, swoimi złotymi norzycami, ucinając nić jego życia. Bo skoro jego rozmówczyni była prawdziwą Afrodytą, to on musiał być jej Aresem... lub Hefajstosem. Oboje ważni, lecz tylko jednego Afrodyta kochała naprawdę. Aresa. Boga wojny, podczas, gdy bóg kowali pozostawał na zawsze samotny, zdradzony. Przez chwilę Aristov zastanawiał się jaki los czeka na niego. Kochanego, czy zdradzonego?
-Z Wiednia? To dość długa podróż. Co robiłaś w Wiedniu, Yeleno? Albo nie odpowiadaj. Tak nutka tajemniczości dobrze zrobi naszej znajomości. - widział kątem oka, kelnera, który przechodził obok, więc tak jak i ona odstawił swojego szampana na tackę i posłał jej delikatny uśmiech, kącikami ust zaledwie, z tym dziwnym, ognistym błyskiem w oku. Była interesująca. Zdecydowanie najlepsza partia na tej sali. Nie żeby miał czas rozglądać się. Kiedy tylko ją dojrzał przecisnął się, a cała reszta sali zaginęła gdzieś wokół jak niepotrzebny dodatek. Powoli przysunął się jeszcze bliżej, pochylając się nieco do przodu, aby zaraz wyszeptać do jej ucha: -W końcu każdy ma jakieś tajemnice. Nudno byłoby odkryć je wszystkie na raz, nie sądzisz? Osobiście wolę... odkrywać Cię... Baaardzo powoli. - i coś w jego głosie sugerowało, że nie mówił tutaj o tajemnicach, a przynajmniej nie tylko o nich.
Potem wyprostował się patrząc na nią spokojnie, gdy zaproponowała mu taniec. Oh. Mógł się tego spodziewać, oczywiście, że mógł. I musiał pokazać się teraz z jak najlepszej strony. Ponadto nie interesowała jej zmiana nazwiska. Dedukcja Alexandra podpowiadała, że prawdopodobnie należała do jakiejś wpływowej rodziny, bo przecież nazwisko, zwłaszcza jakiegoś wysokiego rodu czystej krwi, otwierało wiele drzwi, zamkniętych dla innych. A jeśli nie chciała się wiązać niczym trwalszym... To Alexandrowi to bardzo odpowiadało. Zapowiadał się wieczór pełen niespodzianek i atrakcji.
-Więc pozwól ze mną Yeleno. - odsunął się od niej o krok i chwycił jej dłoń, podnosząc ją ku górze, i prowadząc powolnym krokiem na środek sali, gdzie było dość miejsca dla tańczących par.

[roll=Z]



I odczekał chwilę, wybierając odpowiedni moment do tańca. Rozpoczął powoli, stopy układając idealnie niemalże, jakby był do tego stworzony. Ba. Jakby opętał go sam Apollin, bóg muzyki, nadając jego ruchom płynności i gracji. Pochwycił swoją partnerkę pewnie, prowadząc ją w tańcu, kołysząc się z nią.
-Więc, Yeleno, twoje włosy... To jakieś zaklęcie? Nie spotkałem jeszcze tak intensywnie czerwonych włosów. Zupełnie jakbyś rozlała na nie wino, cierpkie, mocne. Równie intensywne.


RE: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Yelena Karkaroff - 23.12.2025

Jakaż to z niej Afrodyta, choć nie ta marmurowa z pocztówek uczonych, lecz mitologiczna do kości, rozpustna w idei, a nie w geście, igrająca na marach każdego mężczyzny i każdego boga, którego przyszło jej nie tyle spotkać, co dopuścić do własnego horyzontu. Bogini była przecież strategiem, a nie tylko ozdobą muszli. I tak też ona, primabalerina o kręgosłupie wyprostowanym jak doktryna, mogła wszystko, lecz wybierała chłód. Magię chłodnego usposobienia, tej subtelnej odmowy, która boli bardziej niż otwarte zaproszenie.

Bo gdy nie zwracała uwagi na mężczyzn, oni łaknęli jej spojrzenia jak tlenu w dusznej sali balowej. Walczyli nie o ciało, lecz o sekundę zainteresowania, o mikroskopijne drgnięcie powieki, o cień uśmiechu, który mógł być przypadkiem, a stawał się sensem istnienia. Powab nie potrzebował krzyku ani dotyku; powab był ciszą, w której rodziły się najgłośniejsze obsesje. I wiedziała o tym doskonale, z tą niemal naukową precyzją, z jaką stawia się stopę na scenie, dokładnie tam, gdzie światło jest najmilsze dla skóry.

Myślisz, że będzie kolejny raz poznawania? — Sieć została rzucona bez pośpiechu, z wspaniałomyślną nonszalancją kogoś, kto wie, że ofiara i tak już się zaplątała. Chwaliła więc podjętą kwestię samym istnieniem, obecnością, drobnym przechyłem głowy, jakby mówiła ciałem: tak, to była dobra decyzja, że patrzysz. Czerwień włosów stała się bronią doskonałą, ostrzejszą niż stal i bardziej bezwstydną niż prawda. Płonęła jak znak ostrzegawczy i zaproszenie zarazem, jak obietnica kłopotów, w które warto się wpakować. — Zwyczajnie mogę zniknąć i już nigdy więcej mnie nie dostrzeżesz...

Ujęła śmiało jego dłoń, a wolny kosmyk, który uparcie drażnił jej twarz, odsunęła na bok z tą samą pewnością, z jaką przesuwa się pionek na planszy dobrze znanej gry. Ciekawość przyszła zaraz potem, lekko ironiczna i nieco złośliwa; te męskie rączki nie wyglądały na zbyt sponiewierane pracą, raczej na pielęgnowane ambicją i próżnością, choć kto wie, może kryły w sobie więcej niż gładką historię. Opuszkiem palca przemknęła po skórze w tym jednym, niemal laboratoryjnym geście, gdy znaleźli się niemal w samym środku sali, pośród wirujących par, które krążyły jak planety oddane muzycznej grawitacji. Z uśmiechem, który balansował na granicy wyzwania i kpiny, ułożyła dłoń na jego ramieniu, wygodnie, świadomie, jakby sprawdzała stabilność konstrukcji.

Мама miała równie płomienne — szepnęła z nutą smutku, czy bardziej nostalgii, przypominając sobie obraz matuli ze zdjęć. Bo wszakże ciężko było było wspominać czasy, gdy miało się ledwie trzy wiosny. Zreflektowała się, subtelniej przysuwając się do niego; bliżej i czule. By zatęsknił. Muzyka była opoką, gęstą i nośną, niosła ich ciała bez pytania o zgodę, a ona pozwoliła się poprowadzić z tą szczególną łaską kogoś, kto udaje poddanie, choć w istocie nie oddaje steru ani na moment. Jej kroki były lekkie, niemal przesadnie poprawne, jakby chciała pokazać światu, że taniec to nie ruch, lecz decyzja. — Chociaż podkręcenie tegoż koloru to może zasługa magii?

Kręcili się w tym świątecznym wirze, ona z myślą rozbawioną, że oto znowu gra rolę, która zawsze działała najlepiej: muzę, prowokatorkę, ozdobę i test jednocześnie. Ciało pamiętało rytm, nawet jeśli głowa zajęta była notowaniem drobiazgów — napięcia w jego ramieniu, niepewności w prowadzeniu, ambicji przykrytej grzecznością. I bawiło ją to, nieprzyzwoicie wręcz, że wśród tej całej elegancji i pozorów to ona dyktowała tempo, nawet gdy pozwalała muzyce robić za alibi.




RE: [07.01.1969] [Alexander&Yelena] To tighten the tight ties - Alexander Aristov - 23.12.2025

Stając tam, na środku tego parkietu, wśród tych wszystkich tańczących par, Alexander poczuł to dziwne napięcie między nim, a Yeleną. Zupełnie jakby to było jego miejsce, w tym tańcu obok niej. I może nie było to idealne miejsce, nie wiedział jak zakończy się ta ich gra, jak potoczą się ich losy. Wiedział tylko, że po dzisiejszym wieczorze nic już nie będzie takie samo. Że nie wróci już do swojej zwyczajowej rutyny, że prędzej czy później zacznie wokół niej orbitować. Bo mógł przecież odejść od niej, próbować zapomnieć. Nie robić sobie nic z tego jak irytująco obojętna by nie była. To jedna wiedział, że od teraz to ona będzie spędzała mu sen z powiek, w ten sposób, lub inny.
I tak, to prawda, że nic o sobie nie wiedzieli, ale czy przez to ta cała sytuacja nie była jeszcze bardziej interesująca? Jeszcze ciekawsza? Mogli przecież poznawać się w biegu. Z czasem. Lub nie poznawać się wcale.
-Kolejne spotkania? Oh nie. To jedno, pierwsze, nigdy się nie zakończy. Będzie trwać wiecznie. - powiedział zanim jeszcze zaczęli taniec. A potem ruszyli, on prowadząc ją, a ona... Z tą swoją gracją i wdziękiem, jakby już świętowała swoje zwycięstwo. Jednak jeszcze nie wygrała, bo i nie było co wygrywać. Jeszcze nie postawili wszystkich figur na szachownicy, jeszcze plansza nie była zastawiona pionkami. Nie było nagrody dla zwycięzcy. -I byłabyś w stanie, tak po prostu, porzucić najbardziej interesującego mężczyznę na tej sali? Tak po prostu uciec, gdy tak wiele jest do zobaczenia, do odkrycia, do doświadczenia?
Zamruczał jej cicho do ucha, powoli sunąć z nią po parkiecie, zupełniej jakby to nie był taniec, a naturalnie wyćwiczone, płynne chodzenie. Jakby ich taniec był tak naturalny jak oddychanie, jak jazda na rowerze. Jak objęcia ukochanej osoby. Było w tym coś niepokojącego, jak doskonale do siebie teraz pasowali, jak jej ciało wciskało się w jego, jak ich ciała, wirując po parkiecie, stawały się jednym organizmem.
-W końcu musisz mi przyznać rację, ale zaprosiłaś mnie do tańca, licząc na to że polegnę, że przegram z twoim małym wyzwaniem... - tutaj zwolnił ich taniec nieco, aby zaraz przesunąć dłoń wzdłuż jej pleców, przechylając ją do tyłu, jak wyćwiczoną tancerkę. Jej ciało mogło co prawda protestować, ale znał to spojrzenie. To wyczekiwanie. Jej serce tego pragnęło, może nawet bardziej niż rozmowy z nim. Tańca. Potem Alexander postawił ją pionu, obracając ją wokół własnej osi, oplatając ją ich rękami w talii. -A tutaj proszę. Kolejna niespodzianka.
Uśmiechnął się niczym drapieżnik polujący na smakowitą ofiarę. Jak lew. Albo inne dzikie zwierzę. Zdążyła tylko zauważyć błysk w jego oku, błyśnięcie długi i ostrych zębów... I zaszczepił w niej to zaintrygowanie. Tą ciekawość. I może rzeczywiście nie wpadła tak głęboko jak on. Nie tak skrupulatnie, nieodwołalnie i beznadziejnie jak on, nie zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ale zainteresowanie... Zainteresowanie było to czego w tym momencie potrzebował. Jej ciekawości. Dociekania kim jest ten mężczyzna?
Jednak gdy jej mina zmieniła się, twarz wyrażała melancholię, może nawet tęsknotę, na wspomnienie o matce, Alexander nie mógł sympatyzować z nią bardziej. On również tęsknił za swoją, za jego rodzicielką, która zmarła, zostawiając jego i siostrę bez matczynej miłości. Zupełnie jakby coś mu odebrano. Czegoś mu odmówiono. Jednak matka miała dobrą śmierć. Była otoczona ludźmi którzy ją kochali, osobami dla których znaczy wiele. I gdzieś w duchu Alexander pomyślał, że chciałby umrzeć podobnie, bo śmierć jest tak dobra jak życie, które się wiodło. I jeśli on nie będzie żałował niczego, to i śmierci nie powinien żałować. Bo śmierć jest podsumowanie życia.
-W takim razie twoja matka musiała być niesamowitą kobietą. I widocznie przekazała Ci swoje najlepsze cechy Yeleno. Szkoda, że nie dane mi będzie jej poznać. - no chyba, że Alexander zrozumiał to kompletnie źle i matka Yeleny po prostu wyłysiała, ale to by było... Tragiczne w skutkach. Źle, że to powiedział. Oj źle.
-Więc skoro tak dobrze radzisz sobie z takimi zaklęciami, to pewnie z innymi jest równie dobrze, prawda? - rzucił wyzywającym tonem, jakby chciał jej dać jakieś wyzwanie. Bo może w zasadzie chciał. Był ciekaw jej odpowiedzi, czy pokaże się jako przykładna dama, która nie stosuje brudnych sztuczek, która nie potrzebuje żadnych zaklęć bojowych? Czy może jako kobieta, która osiągnie swój cel każdymi możliwymi środkami, nie patrząc na to, czy to się godzi? Był bardzo ciekaw tego małego eksperymentu i jej odpowiedzi. Nie to, żeby którejś oczekiwał...