Secrets of London
[09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=5541)

Strony: 1 2


[09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 24.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]
Śnieg miał zapach żelaza, to była pierwsza myśl, która wróciła do mnie razem z bólem, choć jeszcze nie nazywałem go bólem. Był też zbyt biały i na tym mogłem się skupić. Zawsze miałem wrażenie, że biel potrafi być agresywna, nachalna, że aż boli w oczy, zdecydowanie wolałem czerń. Leżałem i patrzyłem w górę, w ciemności, ale niebo co chwilę się przesuwało, jakby ktoś kręcił mapą bez pytania. Czułem ciepło rozlewające się pod moimi plecami, jakby ktoś nie do końca domknął krąg. Dziwne, bo kręgi zawsze domykałem starannie. Zawsze. Świat przeskakiwał mi pod powiekami jak źle zmontowana taśma, raz byłem tu, pod nią, w śniegu, z jej dłonią na mojej piersi i szkarłatem, który nagle stał się zbyt realny, raz byłem gdzie indziej, dawno temu, na kamiennym tarasie, z zimnem w kościach i tym samym rytmem oddechu obok. Dwa obrazy nakładały się na siebie bez pytania o zgodę.
- Układ. - Powtórzyłem bezwiednie, gdzieś pomiędzy oddechem a śmiechem. - Tak, jasne. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać, brzmi uczciwie, dopisuj, co chcesz… Tylko nie pisz drobnym drukiem, okej? Rysuj mi… Hieroglify, obrazki. - Nie byłem pewien, czy mówiłem do niej, czy do tej drugiej dziewczyny sprzed lat, zarysy twarzy nakładały się na siebie jak dwa zdjęcia w jednym kadrze - jedna była tu, pochylona nade mną, z krwią na palcach, wepchnąłem jej chustę w palce, bo była ciepła, a jej dłonie zbyt zimne, druga śmiała się kiedyś w śniegu, na tarasie wieży, pod gwiazdami.
Słyszałem ją, ale jednocześnie słyszałem kogoś innego - tak bardzo moja i jednocześnie nie moja - ten sam ton, ta sama nuta w głosie, to samo „Wish”, raz w górach, raz pod gwiazdami, gdy śnieg był romantyczny, a nie śmiertelny. Dwie linie czasu nachodziły na siebie jak źle spasowane mapy.
Poczułem jej dłoń. Przesunęła się po mnie i nagle zrobiło się… Całkiem mokro. Ciepło przestało być przyjemne. Zmarszczyłem brwi, próbując się skupić. Świat miał dziś zbyt wiele kolorów - białe góry, granatowe niebo, czarne gałęzie w oddali i ten jeden, natrętny odcień czerwieni, który nie chciał zniknąć, choć mrugałem uparcie. Byłem tu i jednocześnie nie byłem.
- Zawsze byłaś dobra w dopisywaniu aneksów - Mruknąłem tonem nastolatka, którym już dawno nie byłem. - Ja nigdy nie czytałem drobnego druku. - Chciałem się uśmiechnąć, ale uśmiech ugrzązł w połowie drogi, jakbym zapomniał, jak się to robi. Złapałem się tej umowy jak czegoś stałego, choć czułem, że grunt pod spodem mięknie, słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jak przez wodę, a jednak rozumiałem je wszystkie. Sójka i myszołów, krążenie, czekanie, bzmiało sensownie, nawet pięknie, jak plan na życie rozpisany ołówkiem, który łatwo zetrzeć, ale i tak się go pamięta.
Ciepło narastało, a jednocześnie coś ciągnęło mnie w dół, ciężkie, lepkie, jakby noc próbowała mnie wessać.
Zrobiło się zamieszanie, poczułem nagły ruch i chłód powietrza, gdy rozsuwała mój płaszcz - to było niewygodne, nic więcej, na pewno nic więcej.
- Hej… - Mruknąłem odruchowo, z cieniem uśmiechu. - Nie trzeba się aż tak spieszyć z rozbieraniem mnie po pierwszej randce. Nigdzie się nie wybieram, mamy umowę. - Chciałem unieść rękę, pomóc, zrobić cokolwiek sensownego, ale kończyny miałem ciężkie, jakby należały do kogoś innego, palce tylko drgnęły, zahaczając o jej rękaw. Czułem jej dłonie, konkretne, fachowe, jedna przytrzymywała mnie w miejscu, druga rozsuwała płaszcz - bez flirtu, bez gry, tylko cel.
Obraz znowu się rozwarstwił - jej twarz była ostra, napięta, skupiona, tamta miała miękkie oczy i zawsze marzła. Parsknąłem pod nosem, bo to było absurdalne, że mój mózg uznał to za zabawne. Znów się pomieszało, góry zniknęły, pojawiła się wieża, kamień pod plecami był zimny, a gwiazdy wydawały się bliższe, jakby ktoś je przesunął ręką. Ten sam chłód, ten sam zapach zimy.
Imię przecięło mnie na pół - Wish był chłopakiem, który krążył. Mężczyzna leżący w śniegu był kimś innym, a jednak obaj podnieśli głowę w tym samym momencie.
- Wish… Zabawne. Dawno nikt mnie tak nie nazwał. - Wymamrotałem, to jedno słowo wbiło się we mnie ostrzej niż cokolwiek w innego, aż się skrzywiłem - Wish był kimś sprzed lat. Wish był tym, który nie wracał na czas. Tym, który zawsze krążył. Tym, w którym…
- Nie teraz. - Mruknąłem defensywnie, chociaż nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. - Nie mieszaj tego.
Ale mieszało się samo.
- Nie… Odpływam. - Wymamrotałem z uporem, który znałem u siebie aż za dobrze, to było kłamstwo niskiej jakości, mówione bardziej dla niej niż dla mnie. - Wszystko jest okej. - Dodałem szybciej, niemal dziecinnie. - Naprawdę, robiłem to już mnóstwo razy. Zawsze wygląda gorzej, niż jest. - Mój język nagle zrobił się ciężki, obcy, ale mówiłem dalej, bo zamilknięcie byłoby gorsze, tym bardziej, skoro przecież sam jej powiedziałem, że nie było moim stanem naturalnym. Mówiłem, bo mówienie scalało, a kiedy przestawałem, linie się rozjeżdżały. Odchrząknąłem, ni to śmiejąc się, ni to dusząc, niemal od razu kaszlnąłem, tym razem już na serio, metaliczny smak w ustach był zbyt wyraźny, żeby go ignorować.
- Ej… - Wychrypiałem. - To chyba nie jest… Normalne, co? - Zmarszczyłem brwi, w końcu coś zaczęło do mnie docierać, powoli, niechętnie, jak spóźniona myśl. Śnieg pod jej dłonią zrobił się niemal nienaturalnie czerwony. Zobaczyłem to kątem oka i parsknąłem cicho, nieadekwatnie, jak dzieciak przyłapany na czymś głupim. - Widzisz. - Powiedziałem miękko, prawie rozbawiony, chociaż to rozbawienie nie było zbyt naturalne, nawet jak na mnie, wydawało się krzywe. - Umowa. Informujemy się, kiedy przestajemy udawać. Chyba właśnie przestałem. - Parsknąłem krótko, z niedowierzaniem podszytym irytacją, po czym spróbowałem unieść rękę, ale ciężar okazał się zbyt duży, moje palce opadły bezwładnie w śnieg.
Leżałem jeszcze chwilę w tej dziwnej ciszy, która nie była ciszą, tylko czymś pomiędzy, śnieg tłumił dźwięki, a głowa robiła swoje, tasowała obrazy bez ładu i składu, oddychałem płytko, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Czułem jej obecność bardzo wyraźnie, ciepło przy sobie, ciężar dłoni, które mnie trzymały przy tym świecie, ale wciąż nie potrafiłem tego przypiąć do jednego imienia, jednej historii.
Przymknąłem oczy, potem znowu je otworzyłem, jej twarz była tuż nade mną, wyraźna i jednocześnie jak zza szyby. Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował sobie coś przypomnieć, coś oczywistego, co właśnie umykało.
- Hej… - Mruknąłem cicho, z tym samym półuśmiechem, który wcześniej przychodził mi łatwiej. Teraz był bardziej odruchem niż decyzją. - Poczekaj. - Uparcie uniosłem dłoń tylko na tyle, na ile pozwalało ciało, palcami zahaczyłem o powietrze przy jej policzku, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu była, czy to kolejny obraz, który zaraz się rozsypie. - Głupie pytanie - Dodałem, zupełnie poważnie, jak gdyby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. - Ale… Jak ty masz właściwie na imię? - Nie było w tym prowokacji ani flirtu, raczej szczere zdziwienie, dziecięca konsternacja kogoś, kto nagle odkrywał lukę w opowieści. Patrzyłem na nią uważnie, czekając, jakby odpowiedź miała wszystko ustawić na właściwych torach, połączyć rozsypane kawałki. Westchnąłem cicho, trochę rozbawiony, trochę zmęczony.
- Wiesz… - Dodałem po chwili, tonem kogoś, kto dzielił się sekretem. - Normalnie pamiętam takie rzeczy, naprawdę, tylko dziś… Dziś wszystko mi się jakoś… Rozjechało. - Opuściłem rękę, moje palce znowu wbiły się w śnieg. Nadal byłem przekonany, że to miało sens, pytanie było na miejscu, zaraz usłyszę imię, które coś we mnie uspokoi, nazwie tę chwilę, nada jej ramy. Nie orientowałem się, że już je znam, nie łączyłem kropek, dla mnie wciąż była kimś pomiędzy, cieniem z teraźniejszości i echem z przeszłości, a oba te obrazy były równie prawdziwe.


RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 24.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Noc miała być długa, nie wiedziała, jak bardzo będzie długa i że to, że przetrwali początek wcale nie oznaczało iż muszą dotrwać razem do jej końca. Ciepło, miało być tylko ciepłem, oczywiście, że musiało być czymś więcej, zbyt prosto by było, gdyby jedynym, co w nich uderzyła były tylko te warstwy śniegu, naprawdę chciała wierzyć, że wszystko się udało, że poszło, jak z płatka, niestety los lubił komplikować sytuacje, powinni do tego przywyknąć.

- Mogę rysować, to uczciwe, chociaż jak na lekarza mam całkiem ładne pismo, powinieneś poradzić sobie z drobnym drukiem, ale żeby nie było niedopowiedzeń to będę rysować. - Umowa miała być przede wszystkim rzetelna, skoro już ją zawierali, wydawali się całkiem zgodnie przechodzić przez jej wszystkie punkty. Nie szukali dziur w całym, przeszli z kłótliwości do zgody, całkiem szybko, nie ma się co dziwić, doświadczenie, które wspólnie przeżyli mogło zmienić punkt widzenia, pokazać, że liczy się coś więcej.

Później dostrzegła krew po opuszkami palców, ale nie tylko, dostrzegła ją wokół nich, to nie wróżyło niczego dobrego, uniosła się, pierwszy raz przyjrzała się jego twarzy, i wtedy wszystko zaczęło się sklejać. Powinna się domyślić tego, że była tylko jedna osoba, która wzbudzała w niej takie skrajne emocje, jedna, jedyna na całym świecie. Wish, jej Wish, on potrafił ją wkurwić jak nikt inny, ale potrafił też być z Prue kompatybilny jak nikt inny. Coś musiało ich pchnąć w to miejsce, żeby znowu się spotkali, pośrodku niczego, w Appalachach. Nie wierzyła w przypadki, nie w takich sytuacjach, mógł być teraz w każdym miejscu na świecie, a był tutaj, z nią. Dziwne, bardzo dziwne.

Musiała mu pomóc, ta krew, było jej zbyt wiele, na szczęście to właśnie robiła - pomagała ludziom, była lekarzem, nie była już dziewczynką z Hogwartu, która musiała sugerować mu wycieczki do skrzydła szpitalnego, sama mogła coś zrobić, to było dość istotne w tej sytuacji, bo nie było tutaj poza nimi żywego ducha. Była tylko ciemność, gwiazdy, śnieg pod nimi i głucha cisza. Mogło być gorzej, mógł nie oddychać, nie mówić, trochę się plątał, ale walczył jak zawsze, paplał, nadal paplał i oby robił to jak najdłużej.

Nie zastanawiała się zbyt długo, od razu przeszła do rzeczy, musiała zobaczyć, gdzie został ranny, co sobie uszkodził, krwi było bardzo dużo, szkarłatna kałuża pojawiła się między nimi, więc zimnymi, skostniałymi palcami zaczęła przesuwać jego ubranie. Musiał jej to wybaczyć, warunki nie były szczególnie sprzyjające.

- Nigdy się to nie zmieni, zawsze tak będzie. - Zawsze, bo nie pozwoli mu dzisiaj stąd odejść, to nie był jego czas, jego pora na to, by żegnać się z tym światem, nie mogła do tego dopuścić, a wiadomo, że jak ona się na coś uparła to nie było innej możliwości. Jeśli trzeba będzie to sama będzie walczyć ze śmiercią nawet na pięści, odpędzi ją stąd, tak, żeby Kostucha uciekała w podskokach.

- Tak już mam, muszę sprawdzić okaz z którym ma być podpisana umowa, żeby ktoś nie wcisnął mi bubla. - Próbowała brzmieć lekko, próbowała żeby nie dostrzegł tego napięcia, które się w niej pojawiło, zmiany tonu, bo naprawdę się przejęła, przeszła też już w ten inny tryb medyka, chociaż w przypadku kogoś na kim jej zależało trudno było się dystansować, był czymś więcej niż przypadkiem medycznym, zawsze był i zawsze miał być, musiała jednak odpowiednio się skupić, aby mu pomóc. Zaczęła uciekać ranę, to był początek, powinna sięgnąć po różdżkę i zacząć działać, nie miała zamiaru dopuścić do tego, żeby umarł jej na rękach.

- Spodziewam się, bo zawsze tylko ja Cię tak nazywałam. - Miała świadomość, że może uznać to za omamy, że aktualnie umysł płatał mu figle - nic dziwnego stracił dużo krwi, ale już jej nie tracił, to było pierwszym sukcesem, drobnym bo drobnym. Nie miała pojęcia jak doszło do tego, że dopiero zauważyła uraz, że on nic nie wyczuł, że nie powiedział. Być może to stało się przez adrenalinę krążąca w ich krwi.

- Jeśli w ten sposób spędzasz wolny czas, jeśli robisz to mnóstwo razy, to ktoś musi Ci powiedzieć, że to nie jest dobrą rozrywką, to nie jest bezpieczne, czeka nas poważna rozmowa na ten temat. - Umieranie nie powinno być zabawą, w jej oczach wyglądało to właśnie w ten sposób, musiał uważać, dbać o siebie, nie dopuszczać do takich sytuacji, jeśli robił to na co dzień, to prawdopodobieństwo spotkania się ze śmiercią było naprawdę duże.

Niby nadal mówił, ale widziała, że szło mu to dużo ciężej, nie dziwiło jej to, taka strata krwi... Mogła doprowadzić do śmierci. Nie mógł się nadwyrężać, ale nie mógł też zasnąć, musiała działać szybciej. Odsunęła odrobinę chustę, aby obejrzeć dokładnie ranę, była paskudna, poszarpana, wiedziała co powinna zrobić.

- Cieszy mnie to, że jej przestrzegasz, nie jest dobrze, jest źle, ale masz mnie. - Nie zamierzała mydlić mu oczu, pewnie już sam się domyślił, że sytuacja nie była najlepsza, to się czuło, wiedziało się, kiedy z ciałem było naprawdę fatalnie.

- Musisz mi obiecać, że nie zamkniesz oczu, że nie zaśniesz, dobrze? To kolejny dopisek do umowy, nie małym drukiem, tylko wielkimi literami. - To było ważne, obawiała się, że jak odpłynie to już się nie obudzi, to zaśnie na zawsze.

Różdżka, miała ją przy sobie, nie zgubiła jej, trzymała ją teraz w dłoni, gotowa jej użyć. - Nie jest to głupie pytanie, Prudence, mam na imię Prudence. - Warto było wiedzieć, kto grzebie ci w brzuchu, ona już wiedziała, poskładała wszystko w całość, on nie miał takiej możliwości, znajdował się na granicy światów, trudno było mu zebrać myśli, to było skomplikowane.

- Miało prawo się rozjechać, pozwolisz mi sobie pomóc, prawda, musisz się trzymać, kiedy będę pomagać, to pewnie będzie bolało, ale skoro już masz w tym doświadczenie, to nie będzie tak źle. - Wolała uprzedzić go, co zamierza zrobić, to nie było pytanie, nie tak do końca, nie pytała go czy może to zrobić, to była jej powinność. Musiała go uratować.




RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 24.12.2025

Przesunąłem głowę minimalnie, tyle, ile byłem w stanie, żeby lepiej ją widzieć. Uśmiechnąłem się krzywo, ledwie, bo nawet to drobne poruszenie kosztowało mnie więcej, niż chciałem przyznać, ten uśmiech był bardziej pamięcią uśmiechu niż samym gestem, ale wystarczył. Śnieg trzeszczał cicho, noc faktycznie zapowiadała się na długą, czułem to nie tylko w kościach, ale gdzieś głębiej, w tym dziwnym zawieszeniu między czujnością a odpływaniem. Ciepło przestało być abstrakcyjnym pojęciem, było konkretne, ciężkie, miało swoje źródło i swoje konsekwencje. Wiedziałem już, że to nie będzie ta zdradliwa, górska ciemność, którą da się po prostu przeczekać, za dużo się wydarzyło, za szybko przeskoczyliśmy od spięcia do zgody, od żartów do walki o życie, takie rzeczy nie zamykają się same.
Skupiłem wzrok na jej twarzy, na tej koncentracji, która pojawiała się u niej zawsze, gdy coś brała na serio, to mnie uspokajało, dziwnie skutecznie.
- Lekarskie pismo to osobna klątwa. - Oddech miałem płytki, ale głos wciąż brzmiał zaskakująco równo, jakby ciało uparcie trzymało fason, choć fundamenty zaczynały się kruszyć. - Rysunki są okej. - Mruknąłem, powoli, ostrożnie dobierając słowa. Słyszałem ją wyraźnie, sens docierał bez problemu, tylko organizm reagował z opóźnieniem, słowa skleiły mi się na języku, a sens próbował nadążyć, tylko że robił to z opóźnieniem, jak źle zaczarowany zegarek.  - Diagramy nawet lepsze. Zawsze byłem wzrokowcem. Linie, strzałki, kółka… To się trzyma kupy. Litery mają brzydką tendencję do zmieniania znaczenia. - Paplałem, tak, wiedziałem to nawet w tym stanie, mówienie było jak kotwica, dopóki mówiłem, byłem tu, dopóki słyszałem własny głos, nie odpływałem całkiem
Przymknąłem oczy na moment, potem znowu je otworzyłem, bo nie chciałem ich trzymać zamkniętych zbyt długo, wiedziałem, że wtedy obrazy zaczynają się przesuwać szybciej, a nie miałem już siły ich porządkować.
Zarejestrowałem jej ruch bardziej jako zmianę ciężaru powietrza niż konkretne działanie. Mrugnąłem wolno, jakbym próbował wyostrzyć obraz przez brudną szybę, jej głos był wyraźny, za wyraźny, a jednocześnie dziwnie znajomy, jak piosenka, którą znasz na pamięć, ale nie pamiętasz skąd.
Czułem, jak rozsuwa materiał, jej palce szukały źródła bólu, którego wciąż uparcie nie chciałem nazwać bólem. Było zimno, było mokro, było coś jeszcze, ciężkiego, co naciskało od środka, ale organizm wciąż grał w zaprzeczenie.
- Nie musisz… - Zacząłem, po czym urwałem, bo oczywiście, że musiała, zawsze musiała. - W sensie… Wiesz, że nie lubię, jak ktoś grzebie mi w kurtce bez zapowiedzi. - Chciałem sięgnąć po jej nadgarstek, zatrzymać ją na chwilę, ale ręka nie bardzo chciała współpracować. Krew była faktem, nie teorią, nie metaforą, nie jedną z tych rzeczy, które da się zagadać. Poczułem chłód, zimne powietrze, coś wreszcie przebiło się przez mgłę. Nie ból jeszcze, raczej ciężar - głupi, lepki ciężar, który nie miał prawa tam być, to mnie otrzeźwiło na sekundę, wystarczająco, żebym parsknął cicho.
- Hej… No pięknie. - Mruknąłem. - Mówiłem, że zamykam kręgi starannie. Widocznie dziś… Nie do końca. - Wymsknęło mi się cicho, odruchowo, skrzywiłem się przy tym bardziej, niż bym chciał. Oddychałem płytko, nie dlatego, że brakowało mi powietrza, tylko dlatego, że głowa zaczynała gubić rytm. Śnieg pod nami był twardy, gwiazdy zbyt ostre, a jej twarz… Zbyt znajoma, kiedy pochylała się nade mną z tym skupieniem, które pamiętałem z zupełnie innych okoliczności.
- Serio, Pr… - Urwałem znowu, jakby język sam się potknął o coś, czego jeszcze nie chciałem dotknąć. Zamrugałem, próbując złapać ostrość. - Doktorze. Pani doktor. Pełen profesjonalizm, widzę. - Parsknąłem cicho, bardziej z nawyku niż z rozbawienia, i zaraz potem zakaszlałem, tym razem już bez udawania, metaliczny smak rozlał się po ustach, nieprzyjemnie wyraźny. - Bubla bym ci nie wcisnął. - Mruknąłem z uporem, który zawsze miałem w zanadrzu. - Co najwyżej egzemplarz powystawowy.
Chciałem obrócić głowę, spojrzeć na nią lepiej, ale kark zaprotestował. Zamiast tego utkwiłem wzrok gdzieś nad jej ramieniem, w czerni nieba, która falowała nieznacznie, jakby ktoś poruszał ją od środka. Oddychałem płycej, licząc w myślach oddechy, jak kiedyś, dawno temu, gdy trzeba było się uspokoić, zanim wydarzy się coś nieodwracalnego.
Imię krążyło mi na języku, ale nie chciało się ułożyć w całość - Wish był tu, Sun była gdzieś obok - dwie linie, które powinny i nie powinny się spotkać, nie potrafiłem ich złożyć w jedną mapę. Zamiast tego skupiłem się na jej kolejnym zdaniu i skrzywiłem się lekko, bardziej z przekory niż z bólu.
- O, nie… - Wymamrotałem. - Już słyszę ten ton. „Czeka nas poważna rozmowa”. To brzmi jak zapowiedź wykładu, a ja zawsze zasypiałem na wykładach.
„Nie jest dobrze” dotarło. „Masz mnie” też. Reszta układała się trochę zbyt krzywo. Trzymałem się tej rozmowy jak liny rzuconej w ciemność, bo ciepło miało być tylko ciepłem, a stało się obietnicą, że trzeba będzie przez tę noc przejść kawałek dalej, niż ktokolwiek z nas planował.
- No, ale… - Burknąłem, łapiąc oddech i zerkając na nią spod półprzymkniętych powiek. - Skoro już mnie obmacujesz bez pytania, to chyba obowiązuje stara zasada rynku. - Poruszyłem lekko palcami, chciałem wzruszyć ramionami, ale rozsądek kazał mi tego nie robić. - Towar macany należy do macanta. - Mruknąłem ochryple, z tym uporem, który zawsze ze mnie wychodził w najgorszych momentach, język wciąż miałem sprawny i najwyraźniej uznałem to za wystarczający powód, żeby z niego korzystać. - Umowa dorozumiana. Sprawdzasz jakość, bierzesz odpowiedzialność. Nie ja to wymyśliłem. - Przełknąłem ślinę, skrzywiłem się ledwie zauważalnie, kiedy coś zabolało głębiej. - A to… - Machnąłem słabo dłonią, jakby chodziło o drobną niedogodność, a nie o dziurę w ciele. - To nie jest rozrywka. To… Styl życia. Głupi, wiem, ale skoro już mnie złapałaś na gorącym uczynku, to chyba masz prawo do tej „poważnej rozmowy”. - Westchnąłem, tym razem ciężej, pozwalając głowie opaść z powrotem w śnieg. Oddychałem wolniej, bardziej świadomie, skupiając się na tym, co robiły jej dłonie - bolało, owszem, ale był to ból uporządkowany, taki, który dało się umieścić w głowie w konkretnej szufladzie. Znacznie gorsze było to, że przestałem udawać przed samym sobą, że to tylko medyczny przypadek.
- Zresztą… - Dodałem ciszej, z cieniem rozbawienia, który nie do końca maskował zmęczenie. Poruszyłem się minimalnie, bardziej odruchem niż decyzją, jakbym chciał potwierdzić, że nadal tu jestem, realny, ciężki, nie do zignorowania. - Nie udawaj, że to tylko kontrola jakości. - Dodałem z tym samym bezczelnym tonem, który znała aż za dobrze. - Zawsze miałaś skłonność do brania odpowiedzialności za rzeczy, których dotknęłaś. A ja… - Urwałem na moment, łapiąc oddech. - Ja najwyraźniej mam talent do trafiania w ręce właściwych ludzi w niewłaściwym momencie. Możemy ją odbyć, rozmowę, jak już przestaniesz mnie macać w celach stricte zawodowych. Teraz… Teraz jesteś na dyżurze.
Słyszałem ją, naprawdę, każde słowo docierało, tylko nie zawsze w tej kolejności, w jakiej powinno, jakby ktoś potasował karty i kazał mi grać dalej, udając, że to normalne. Jej dłonie były konkretne, zimne i pewne, a głos… Głos miał ten sam ciężar co kiedyś, to było najbardziej niebezpieczne. Docierał, ale z opóźnieniem, jak echo odbite od złej ściany, wiedziałem, że mówiła rzeczy ważne, bardzo ważne, więc kiwałem głową, choć nie byłem pewien, czy naprawdę to robię, czy tylko wyobrażałem sobie ten ruch.
Imię przebiło się przez mgłę, zatrzymało mnie na moment, jakby ktoś nacisnął palcem w środek klatki piersiowej. Zaśmiałem się krótko, ochryple, bo to było… Absurdalne, idealnie absurdalne. Odbiło się we mnie jak kamyk rzucony w zamarzniętą wodę. Prudence, oczywiście, że Prudence, jakby świat miał ograniczoną pulę imion, którymi mógł mnie dobić. Mrugnąłem kilka razy, próbując złapać jej kontur, bo obraz lubił się rozmywać na brzegach. Jedna Prudence miała oczy, które patrzyły na mnie zbyt uważnie, jakby widziały wszystkie moje słabości naraz. Ta tutaj też tak patrzyła, to było niepokojące podobieństwo - to było strasznie nieuczciwe, że mózg w takim momencie robił sobie porządki według własnych zasad. Oddech mi się poszarpał, więc zwolniłem, jak umiałem, skupiając się na jej głosie, na tym, że kazała mi nie zamykać oczu. Skupiłem wzrok na ciemnej plamie nieba nad jej ramieniem. 
- Prudence… - Powtórzyłem powoli, jakbym sprawdzał brzmienie na języku - uśmiechnąłem się krzywo, albo tak mi się wydawało, bo to było wręcz komiczne - mrugnąłem, próbując złapać otoczenie w jednym obrazie, ale zamiast tego miałem dwa, trzy, każdy trochę inny. Próbowałem się skupić na jej twarzy, ale kontury rozmywały się i nakładały. Tu była ona, pochylona nade mną, z różdżką w dłoni, z krwią na śniegu. A pod spodem, jak odbicie w źle wypolerowanym lustrze, była inna Prudence. Druga miała włosy inaczej ułożone i zawsze marszczyła brwi w ten sam sposób, kiedy uznawała, że robię coś głupiego. Ta sama. Nie-ta-sama. Inny śnieg, inne światło, ten sam rodzaj spojrzenia, które zawsze oznaczało, że zaraz mnie ktoś rozbierze na czynniki pierwsze. - No proszę. To by się zgadzało. - Głos miałem już nie do końca swój, jakby ktoś przestawił mi go o pół tonu w dół. Świat nie bardzo chciał współpracować, więc zamiast tego pozwoliłem myślom płynąć tam, gdzie było im łatwiej - w przeszłość, zawsze tam uciekały, gdy robiło się ciężko.
- Wiesz… - Ciągnąłem, bo mówienie było jedyną rzeczą, która trzymała mnie po tej stronie. - Znam jedną Prudence. Znałem. Bardzo mądra. Bardzo rozsądna. Zawsze wiedziała lepiej. Sprawdzała mnie… Ciągle mnie sprawdzała, jakby liczyła, kiedy w końcu nie zdam. - Prychnąłem cicho, rozbawiony w sposób, który zupełnie nie pasował do sytuacji. - To ten mój typ. - Dodałem ciszej, niemal konfidencjonalnie. - Kobiety, które mnie testują, a potem stwierdzają, że „nie, dziękuję, to jednak nie to.” Chyba już znam zakończenie tego filmu. -  Wymamrotałem, z krzywym rozbawieniem. - I bardzo mi się nie podoba. Zwłaszcza że… - Urwałem na moment, oddychając ciężej. - Zdążyłem ją polubić. Ciebie. To znaczy… Nieważne. - Głos mi zmiękł, zdradliwie, zupełnie nie po mojej myśli. - Niefortunne, naprawdę. - Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, zaraz potem otworzyłem je z wysiłkiem, bo obiecałem, że nie zasnę - skupiłem się z powrotem na niej, na jej obecności, na tym, że była tu i teraz. Westchnąłem płytko, czując ucisk jej dłoni, zapach krwi i zimy, który mieszał się z czymś starszym, odległym.
Świat znowu zadrżał, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną nitkę - jej imię krążyło mi gdzieś z tyłu głowy, natarczywe, ale nie do końca uchwytne, Wish pojawił się i zniknął, jak echo, które odbija się od ścian pamięci, zanim zdążysz je złapać.
- Wiesz… - Zacząłem i urwałem, bo myśl się rozmyła. Oddech miałem płytszy, ale nadal równy, tak sobie przynajmniej wmawiałem. Skupiłem wzrok na jej twarzy, na tym skupieniu, które znałem aż za dobrze, choć nie potrafiłem powiedzieć skąd. Była jak stały punkt na niebie, kiedy wszystko inne się przesuwało.
- Dobra… - Wymamrotałem ciszej. - Okej. Może jednak… Rysunki by się przydały. Albo mapka, bo coś mi się… Nie zgadza. - Uniosłem minimalnie dłoń, jakbym chciał ją powstrzymać albo przyciągnąć jednocześnie, i tylko musnąłem jej rękaw. - Tylko nie przestawaj mówić. - Dodałem nagle, uparcie, z tym dziecięcym tonem, który wracał w najmniej odpowiednich momentach. - Jak gadasz, to… Łatwiej mi się skupić. Jak trzeba… To wytrzymam. Zawsze wytrzymuję. Ty rób swoje, dobra? - Nie byłem pewien, czy w to wierzę, nie wiedziałem, czy to prawda. Brzmiało jak coś, co mówiłem setki razy, w różnych miejscach, różnym ludziom - stare kłamstwo, dobrze przećwiczone, kiedyś działało, teraz brzmiało pusto, ale mówiłem dalej, bo mówienie było liną, a cisza zaczynała wyglądać jak coś, w co łatwo było wpaść.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 25.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Prudence uniosła głowę w stronę nieba, musiała się uspokoić, zebrać w sobie. Już kiedyś byli w podobnej sytuacji, kiedyś oglądali razem gwiazdy, leżeli w śniegu, tylko wtedy to było łatwiejsze. Spojrzała na niebo, tutaj wyglądało niesamowicie, mieniło się setkami świateł, jedno z nich było bardzo charakterystyczne, miało wskazywać północ, zawsze znajdowała się na niebie w tym samym miejscu. Gwiazda Polarna, miała być ich przewodniczką jak ruszą się z miejsca, póki co jednak nie mogła mieć pewności, że do tego dojdzie.

Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo jest z nim źle, krwi było wiele, zbyt wiele, to musiało być bardzo poważne uszkodzenie. Oderwała wzrok od gwiazd, wróciła do niego, skupiona, przełączyła się na ten medyczny tryb, już nic nie powinno jej przeszkodzić w tej walce. On zrobił to co potrafił najlepiej, wyciągnął ich spod śnieżnej hałdy, teraz ona miała wykorzystać swoje umiejętności, to w czym była dobra. Benjy przekroczył swoje granice próbując ocalić ich przed śmiercią, teraz ona musiała wyrwać go z jej rąk. Była mu to winna za to, że ją uratował.

- Rysunki też każdy może interpretować na swój sposób, to jak z obrazami, każdy widzi w tym samym coś innego, niekoniecznie to, co malarz miał na myśli. - Mówiła do niego, chociaż jej wzrok był skierowany na jego brzuch, póki co uciskała ranę, będzie musiała jednak to przerwać, aby móc postawić diagnozę. Miała tylko swoje ręce do pracy, żadnych innych, w tak ciężkich przypadkach raczej nie musiała liczyć tylko na siebie i swoje umiejętności, nie w Mungu, tutaj jednak miało być zupełnie inaczej, była zdana wyłącznie na siebie, jego życie zależało od tego, jak szybko i dokładnie uda jej się zrobić porządek z tą raną. Zamierzała dać z siebie wszystko, musiała to zrobić, musiała mu się odwdzięczyć za to, co przed chwilą dla niej zdobił.

- Muszę, no i myślałam, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, żebym wsadziła Ci ręce pod ubranie... - Starała się go rozpraszać, zajmować rozmową, istotne było bowiem, aby jej tu nie odpłynął, musiał pozostać przytomny, nie mógł zasnąć, dzięki rozmowie trudniej będzie mu zamknąć oczy.

- Domkniemy go jeszcze dzisiaj. - Nie widziała innej opcji, chwyciła mocniej różdżkę w dłoni, potrzebowała więcej czasu, doskonale zdawała sobie sprawę, jakie zaklęcie jej go da, nie zastanawiała się nad tym zbyt długo, zresztą nie sądziła, aby miał jakiś problem z tym, po którą dziedzinę magii chciała sięgnąć.

- Egzemplarz powystawowy to jeszcze nie najgorsza z możliwości, chyba mogę to zaakceptować.- Mówiła do niego nadal, ręką jednak przesuwała po ranie, ostrożnie, powoli, chcąc wyczuć pod opuszkami palców, każdą, nawet najmniejszą zmianę. Musiała działać po kolei, krok po kroku, wykonywać wszystkie punkty z listy, dzięki czemu niczego nie przegapi, nic jej nie umknie.

- Póki co, nie macam Cię dla przyjemności, ale to też zmienimy, może nawet przed poważną rozmową dojdziemy do tego punktu, żebyś też miał coś z życia, zresztą łatwiej będzie mi wtedy negocjować wszystko przy rozmowie. - Trudno było jej się skupić na odpowiedziach, bo próbowała zlokalizować dokładnie miejsce krwawienia, sprawdzić, co właściwie mu się stało, jednak nie przestawała do niego mówić, wiedziała, że było to bardzo ważne w tej chwili.

- Fakt, teraz nie ma już odwrotu, należysz do mnie i nie zamierzam Cię nikomu oddać, a i podrzucić, tak już zostanie, nie ma reklamacji na towary powystawowy. - Brnęła dalej, w głowie układała już jednak plan działania, właściwie to kolejny, bo odhaczała punkty z pierwszego, i już przechodziła do drugiego. Nie szło jej najgorzej, upływający czas nie był jednak jej sprzymierzeńcem, stracił zbyt wiele krwi.

Mówił dalej, trochę mieszał się w treści, ale nie przestawał paplać co było naprawdę wskazane, dzięki temu jej nie odpłynie, nie odejdzie na rękach, nie zamierzała do tego dopuścić, bo mieli przetrwać tę noc razem, to było bardzo proste, nie mogło być inaczej, nie po tym, co już przeżyli do tej pory.

- I co, poległeś kiedyś? Czy nigdy nie udało jej się do tego doprowadzić? Pewnie byłeś taki uparty, że nigdy nie udało jej się zobaczyć jak nie zdajesz. - Zagadywała go, ciągle sprawdzając jego stan zdrowia, oddychał w miarę spokojnie, ścisnęła mocniej jego nadgarstek, aby zobaczyć, jak wygląda puls, liczyła w głowie sekundy, więc przez moment nie odpowiadała mu ani słowem, musiała się skupić na tym.

- Wiesz, teraz też przechodzisz test, to bardzo trudny do przejścia test, ale jak go przejdziesz to nie widzę innej opcji, jak to, żeby faktycznie dać nam szansę, po czym takim nie wypuszczę Cię tak łatwo, może nawet pomyśle o założeniu gniazda. - Rozmawiała z nim nadal, odwracała uwagę od bólu, od krwi, od tego, co się z nim działo.

- Uważaj, możesz poczuć się dziwnie. - Musiała kupić mi więcej czasu, postanowiła go uprzedzić nim sięgnęła po różdżkę, mruknęła cicho pod nosem zaklęcie, Enerwate. Chciała przelać swoje siły witalne na niego, przekazać energię niezbędną do przeżycia.



[roll=Z] rzucam na nekromancję


RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 26.12.2025

Patrzyłem na nią spod półprzymkniętych powiek, gdy oderwała wzrok od mojego ciała i unosiła głowę ku niebu. Gwiazdy odbijały się w jej oczach, a przynajmniej tak to sobie wyobrażałem, choć widziałem je tylko fragmentami, jakby ktoś zasłaniał mi połowę obrazu dłonią. Chciałem coś powiedzieć, rzucić głupią uwagę o astronomii, o tym, że Polaris zawsze była przewodniczką dla tych, którzy nie bardzo wiedzieli, dokąd idą, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Zamiast tego tylko oddychałem, licząc w myślach wdechy, starając się nie zgubić rytmu.
- Hej… Wyjątkowo nie protestuję, bo nie za bardzo mogę. Nie jestem łatwy. - Wymsknęło mi się, z wywróceniem oczami. Zacisnąłem palce w śniegu, bo kolejna fala zawrotów głowy próbowała mnie pociągnąć gdzieś w bok. Oparłem potylicę o glebę, mrugnąłem kilka razy. Czułem jej dłonie pod moim ubraniem, konkretne, zdecydowane, nieprzepraszające za swoją obecność, to było dziwnie intymne w sposób, którego nie dało się pomylić z flirtowaniem przy ognisku, a jednak mój mózg i tak próbował iść w tę stronę, jak pies wracający na znaną ścieżkę. - Chociaż muszę przyznać, że twoje „póki co” też brzmi obiecująco. Daje człowiekowi coś, na co może czekać, jak już przestanie krwawić. - Oddech miałem płytszy, ciało coraz cięższe, ale gadanie nadal przychodziło mi zbyt łatwo. - Tylko zapamiętaj, że to ty zaczęłaś. Jak wyjdziemy z tego cało, będę to wykorzystywał jako argument. - Dodałem z ledwie wyczuwalnym uśmiechem. - Egzemplarz powystawowy, czy nie, nadal jestem całkiem przywiązany do idei dalszego użytkowania. Jak już mnie sobie „przywłaszczyłaś”… - Uprzedziłem. - I żeby była jasność… - Mruknąłem, przymykając na moment oczy, zanim znowu na nią spojrzałem. - To nie jest ten rodzaj sytuacji, w którym masz być delikatna. Jak już mnie obmacywać, to porządnie. Profesjonalnie. Z zaangażowaniem. - Mrugnąłem, próbując skupić na jej twarzy, na tym, że była tu, naprawdę tu, pochylona nade mną. Palce same zacisnęły mi się na jej rękawie, ledwie zauważalnie, bardziej odruchem niż świadomą decyzją.  - I na litość, nie bądź pokrzepiająca. Wolę ból od kłamstwa. - Parsknąłem cicho, ale zaraz potem musiałem wciągnąć powietrze ostrożniej, jakby płuca nagle przypomniały sobie, że jednak obowiązują je jakieś zasady.
- Jak zacznę bredzić, to… Cokolwiek. Zadawaj pytania. Nawet głupie. Dobrze mi idzie odpowiadanie na głupie pytania. - Odetchnąłem płytko i dodałem, niemal szeptem, z cieniem dawnej zadziorności. Jej palce na moim nadgarstku były stanowcze, profesjonalne, a jednocześnie zaskakująco… Przyjemne. Czułem, jak liczyła, skupiała się na rytmie, przez moment naprawdę nic nie mówiłem, pozwalając jej robić swoje. To było dziwnie kojące, być w czyichś rękach w tak dosłowny sposób.
- Hm. - Mruknąłem w końcu, oddech uciekł mi w krótki śmiech, który zaraz potem przeszedł w cichsze, nierówne nabranie powietrza. Bolało. - To zależy, jak definiujesz „poległeś”. - Przekręciłem lekko głowę w jej stronę, próbując złapać jej spojrzenie, choć świat dalej miał tendencję do falowania, jakby ktoś źle ustawił mi ostrość. Zamrugałem parokrotnie, mając wrażenie, że na chwilę urwał mi się wątek.
Drgnąłem, jeszcze zanim różdżka rozświetliła powietrze, jakbym instynktownie wyczuł, że zaraz wydarzy się coś, na co nie miałem już żadnego wpływu. Słowa dotarły do mnie z opóźnieniem, bardziej jako wibracja niż dźwięk, a potem… Potem świat na moment wyostrzył się aż za bardzo. Wciągnąłem gwałtowniej powietrze, ramiona napięły się same, zupełnie wbrew rozsądkowi. To „dziwnie”, o którym mówiła, nie było abstrakcyjne, to było ciepło wlewane w żyły, jakby ktoś nagle dolał paliwa do silnika, który od dawna pracował na oparach. Serce przyspieszyło, ból stał się bardziej punktowy, wyraźniejszy, ale też… Bardziej znośny, jakby organizm przypomniał sobie, że jeszcze ma coś do powiedzenia. Znałem to uczucie, nie z tej strony, nie w tej konfiguracji, ale znałem moment, w którym magia przestawała być czysta, książkowa, podpisana pieczęcią szpitala i zaczynała… Skręcać, robić coś po swojemu, pod skórą rozlało mi się ciepło, inne niż wcześniej, cięższe, bardziej intymne, jakby ktoś majstrował nie przy ranie, tylko przy samym mechanizmie podtrzymywania mnie przy życiu.
Wypuściłem powietrze przez zęby, krótko, z tym krzywym parsknięciem, które zwykle oznaczało, że coś mnie rozbawiło i zaniepokoiło jednocześnie - bardziej z niedowierzania niż z rozbawienia, i przekręciłem minimalnie głowę w jej stronę.
- Wiesz… - Wymamrotałem, głos miałem słaby, ale myśl zaskakująco jasną. - Mogę się nie znać, ale to… - Mój oddech złapał inny rytm, serce przyspieszyło nieprzyjemnie, ale stabilniej, to było dziwne uczucie, jakby organizm dostał rozkaz, a nie pomoc. - To nie jest standardowe „proszę nie umrzeć na moich rękach”, prawda? To jest co najmniej z pogranicza legalności. Średnio legalne. Albo bardzo nielegalne. Zależy, gdzie zapytasz. - Rzuciłem z rozbawioną bezczelnością, która brzmiała, jakbym komentował czyjś nieprzepisowy manewr drogowy, a nie fakt, że ktoś właśnie przelewał we mnie coś, co zdecydowanie nie było „zalecane”. - Robiłem w bardzo nielegalnych obejściach zabezpieczeń przez wystarczająco długi czas, żeby wiedzieć, kiedy ktoś mi właśnie… Omija protokół. - Mruknąłem, głos miałem niższy, zachrypnięty, ale świadomy, jak ktoś, kto dokładnie rozpoznaje, że przekracza się rubikon. Nie mówiłem tego oskarżycielsko, raczej z uznaniem i nutą rozbawienia, która była absolutnie nie na miejscu.
Skupiłem się na wrażeniu, które wcale nie było lekkie, raczej ciężkie, gęste, jakby nie należało wyłącznie do mnie. To było jak zawieszenie między „jeszcze żyję” a „zaraz będę miał do niej pretensje, że mnie to kręci”, jakby ktoś wsunął dłoń nie tam, gdzie wolno, tylko tam, gdzie się nie zagląda bez zaproszenia. Wiedziałem, że robiła coś więcej, nie umiałem nazwać zaklęcia, ale wiedziałem, czym nie było - właśnie to sprawiło, że uśmiech sam wpełzł mi na usta. Świat nadal falował, ale jej sylwetka była ostra, skupiona, realna - to pomagało. Powietrze zgęstniało, a we mnie coś się przesunęło, jakby ktoś dotknął mechanizmu, który nie powinien być dotykany przez osoby trzecie. Oddech na moment mi się urwał, potem wrócił z wyraźniejszym pulsem, serce przyspieszyło, ale nie panicznie. Raczej…
Na moment spoważniałem, naprawdę, jakby coś we mnie uznało, że skoro ona sięgała po ciężką artylerię, ja też powinienem zmienić ton.
- Słuchaj mnie. - Stwierdziłem nagle poważnie, z tą drugą barwą głosu, której używałem tylko w terenie, kiedy nie było miejsca na żarty, aż sam się zdziwiłem tym tonem. - Słuchaj mnie teraz, dobrze? - Odchrząknąłem krótko, aż zabolało mnie w piersi. - Nie jestem tu kimś w rodzaju… Szychy. Wiesz. Radzę sobie sam. - Oddech mi się urwał, ale uśmiech pojawił się na swoim typowym miejscu - był stary, wyuczony, niezależny od stopnia skomplikowania sytuacji. Przełknąłem ślinę, czując zmęczenie, które zaczynało ciążyć mi pod skórą inaczej niż przedtem. - Nie wykorzystuj na mnie sił, musisz wrócić do obozu. - Chciałem podnieść rękę, wskazać kierunek, ale palce nie chciały współpracować, zamiast tego zamknąłem je na jej kurtce, zbyt mocno, jak dzieciak, który bał się, że ktoś mu zniknie. - Wiem. - Dodałem szybko, zanim zdążyła zaprotestować. - Wiem, że jest zasypany. To nie ma znaczenia. Musisz tam iść. Jak mnie z tobą nie będzie. - Stwierdziłem, a potem parsknąłem, bo to brzmiało patetycznie. - Nie, inaczej, jak wrócisz do obozu… W moim namiocie, tym po lewej od paleniska, jest torba. Ciemna, z przetartym paskiem. Masz ją wziąć. Weź torbę i idź na południowy zachód. Zawsze południowy zachód. Kompas nie kłamie. Ludzie tak. Jak będziesz sama, musisz się bronić. Nie negocjuj tego ze mną, dobrze. Nie negocjuje się z górami ani z ludźmi, którzy przeżyli. - Westchnąłem, rzucając kolejnymi krótkimi, urywanymi zdaniami, bo takie były teraz najlepsze. - Nie improwizuj. Idziesz na południowy zachód, trzymasz linię lasu. Nie skracaj przez żleb. W torbie masz broń, mapę i kompas. Weź wszystko. Broń na wierzchu. Mapę do kieszeni wewnętrznej. Kompas na szyję. Znasz takie instrukcje. Zawsze byłaś dobra w instrukcjach. - Ciągnąłem, jakbym dyktował raport, innym głosem, twardszym, dorosłym, tym, którego używałem, kiedy wydawałem polecenia i ludzie je wykonywali. To było absurdalne, bo obóz mógł nie istnieć, ale mój głos trzymał się faktów jak kotwicy. - Nie filozofuj. To nie jest miejsce na elegancję. - Parsknąłem krótko, bo to było zabawne w najgorszy możliwy sposób - elegancja, ona zawsze ją miała, nawet teraz, z krwią na dłoniach. Szkarłat na śniegu był faktem, nie metaforą - znowu sobie o tym przypomniałem. Wykrwawianie się miało swoje etapy, a ja byłem w tym zaskakująco kompetentny, doświadczenie nie zawsze ratuje życie, ale daje iluzję kontroli, a ta bywa cenna. Mówiłem wolno, wyraźnie, jak do kogoś, kto musi zapamiętać każde słowo.
Mrugnąłem, obraz znów się rozszczepił - byłem Wishem i nie byłem nim jednocześnie.
- A poza tym pierdolisz. -  Mruknąłem, z wyrzutem, który nie pasował do sytuacji. Nie wiedziałem, czy to mówiłem do niej, czy do tej drugiej Prudence sprzed lat, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko to, że była obok i że nie odwracała wzroku. - Gdybym chciał czegoś innego, nie krążyłbym. To obrzydliwie niesprawiedliwe wobec ciebie, tak się oceniać. Już to widziałem. Już to słyszałem. Nie bądź durna. Znajdziesz sobie kogoś. - Powiedziałem ciszej, wciąż do niej i nie do niej, gdzieś wewnątrz wciąż wiedziałem, że jeśli przestanę gadać, to krążenie się skończy, a tego… Tego chyba nie chcieliśmy.
Pozwoliłem powietrzu wyjść z płuc wolniej, niż weszło, jakbym chciał sprawdzić, czy dalej mam nad tym jakąkolwiek kontrolę. Świat był zawężony do bardzo prostych elementów - białe tło, ciemne niebo, jej sylwetka nachylona nade mną i dłonie, które robiły dokładnie to, co powinny, a przy okazji robiły coś jeszcze. Kotwiczyły mnie. I, cholera, podobało mi się to bardziej, niż było rozsądne.
Czułem każdy jej ruch z przesadną wyrazistością, jakby ciało uznało, że skoro już i tak jest źle, to nie ma sensu niczego filtrować. Poczułem, jak coś we mnie niepotrzebnie się rozluźniło, jakby samo to, że ktoś sprawdzał, czy jeszcze jestem, dawało mi przyzwolenie na szczerość, której zwykle sobie odmawiałem. A może na bredzenie? To chyba było bredzenie, nawet jeśli wydawało mi się inaczej.
- Nie. - Powiedziałem w końcu, wracając myślami do chwili wcześniej, odrobinę plącząc wnioski i słowa. - Nie poległem. - Odwróciłem głowę, żeby spojrzeć w niebo, bo łatwiej było mówić do gwiazd niż w stronę kogoś, kto był tuż obok. Oddychałem równo, choć zimno wciskało mi się pod ubranie. - Zawsze się podnosiłem. Zawsze stałem do końca. Zawsze miałem jeszcze jeden ruch, jeszcze jeden plan, jeszcze jedno „dam radę”. - Mówiłem bardzo cicho, powoli, uśmiech, który pojawił się na moich ustach, też był krótki i krzywy. - I właśnie dlatego. - Poruszyłem lekko dłonią, chcąc coś pokazać, sam nie do końca wiedziałem, co dokładnie, ale zabrakło mi siły, więc tylko moje palce drgnęły, leciuteńko. - Nie chciała mnie. Nie takiego. Zresztą, nie tylko ona. - Wzruszyłem ramieniem, na ile pozwalało ciało. - Kogoś, kto nigdy nie przegrywa, trudno objąć, wiesz? Trudno mu uwierzyć. Jeszcze trudniej z nim zostać, kiedy zawsze jest „okej”. Tak przynajmniej słyszałem. - Westchnąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Więc nie, nie poległem, przez to poległem. Poległem w niepoleganiu. - Dodałem spokojniej. Po prostu nie nauczyłem się na czas, że czasem trzeba się przewrócić… Przy kimś właściwym, pozwolić mu to zobaczyć, zanim zrobi się to z kimś innym, z desperacji.
Zamilkłem na moment, pozwalając sobie dalej liczyć sekundy, bo ten rytm mógł mnie utrzymać przy ziemi. Obraz się przesunął, przez sekundę byłem znowu młody, zakochany w kimś, kto nigdy nie miał czasu, przez następną byłem tu, krwawiący, doświadczony.
- Wiesz - odezwałem się znowu, wolniej, przeciągając słowa, podświadomie próbując nadać im mniejszą wagę, niż miały, mimo bredzenia - normalnie powiedziałbym, że to zdecydowanie za szybkie tempo jak na pierwsze… Cokolwiek. Ale mam świeży rozwód na koncie, więc moje wyczucie rytmu już dawno poszło w diabły. - Zaśmiałem się cicho, bo to brzmiało lepiej, gdy się z tego żartowało, próbując złapać ją wzrokiem, choć obraz falował. - To nawet zabawne. - Parsknąłem krótko, ale tym razem w tym dźwięku było mniej kpiny, a więcej zmęczenia. - Człowiek przysięga sobie, że przez jakiś czas będzie grzeczny, przewidywalny, emocjonalnie niedostępny… A potem leży w śniegu, krwawi, i flirtuje z kobietą, która właśnie ogłosiła go swoją własnością.
Zamilkłem na moment, czując jak jej palce przesuwały się po ranie, skupione, profesjonalne, to było zaskakująco intymne, zupełnie pozbawione erotyki, a jednak bardziej rozbrajające niż jakikolwiek dotyk, który pamiętałem z ostatnich lat.
- Jeśli to jest mój powrót na rynek -  mruknąłem ciszej - to muszę przyznać, że warunki są… Nietypowe.
Przejęła kontrolę nad sytuacją, nie pytała o zgodę na każdy ruch, tylko działała, jakby świat był prosty i dało się go naprawić kawałek po kawałku. Nawet lubiłem to niepokojące poczucie bezpieczeństwa, które pojawiło się zupełnie nie w porę, jak nieproszony gość, który jednak idealnie pasuje do momentu.
- Wiesz, że jeśli to, co robisz, jest faktycznie… - Zawahałem się, dobierając słowo, to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące… Zawsze miałem słabość do magii z drugiej półki, do ludzi, którzy wiedzieli więcej, niż mówili na głos. Normalność mnie nudziła, zresztą, osoby z instrukcją obsługi i pieczątką „zatwierdzone” nigdy nie zostawały w głowie na dłużej. Za to te, które miały drugą warstwę, trzecią, czasem zupełnie nieopisaną… Cóż, z nimi zawsze było ciekawiej, niebezpieczniej. - Alternatywne, zdecydowanie musimy podejść do tego bardzo poważnie. - Parsknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Z pełnym zaangażowaniem, wspólną wersją wydarzeń i absolutnym brakiem zeznań. - Zerknąłem na nią uważniej, brednia wciąż się trzymała. - Bo jeśli się prewencyjnie zgniazdujemy, to nie mogę zeznawać przeciwko tobie, prawda? Wolałbym tego nie robić, naprawdę nie mam w sobie genu konfidenta. - Uśmiechnąłem się krzywo, moje palce znowu drgnęły, tym razem świadomie, szukając jej ręki, aż wreszcie ją znalazły, chociaż nie byłem pewien, czy naprawdę ją dotknąłem, czy tylko bardzo chciałem. Uczucie było jednak prawdziwe, tak samo jak myśl, która przyszła zaraz po nim - gdyby nie krew, śnieg i to całe zamieszanie z umieraniem, mógłbym zostać dokładnie w tym miejscu jeszcze długo. To, co działo się teraz, miało w sobie coś intymnego w sposób zupełnie nieplanowany, i że fakt, iż sprawiało mi to przyjemność, był prawdopodobnie kolejną komplikacją, którą z pełną premedytacją dokładaliśmy do umowy. I, o dziwo, wcale nie chciałem jej wykreślać.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 12.01.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

Nie miała pojęcia, czego właściwie szukała w gwiazdach, być może liczyła na to, że wskażą jej one teraz drogę, na pewno tą metaforyczną, bo sytuacja, w której się znajdowali nie była najłatwiejsza. Nie wyczytała jednak z nich nic konkretnego, musiała w tym momencie liczyć tylko i wyłącznie na siebie i na swoje umiejętności. Nikt jej tutaj nie pomoże, a naprawdę był to ten raz, gdy nie wybaczyłaby sobie, że kogoś zawiodła. Wiedziała, że bywały takie przypadki, w których nie dało się komuś pomóc, fatalne, z którymi nie dało się walczyć. Ten też nie wyglądał najlepiej, jednak w tej chwili była gotowa zrobić dosłownie wszystko, aby jej się udało. Nie widziała innej możliwości, nie tym razem. Nie akceptowała tego, że coś mogłoby nie pójść po jej myśli.

- Sprawdzimy później, czy faktycznie będziesz protestował, jeśli pojawi się taka możliwość. - Tak, mówiła o kolejnych razach, bo naprawdę chciała widzieć przyszłość, o której już dyskutowali, zamierzała doprowadzić te głupie gadanie do skutku, chociaż wcześniej wydawało jej się raczej słowami rzucanymi na wiatr, mrzonkami, to teraz zamierzała zrobić wszystko, aby mogli sprawdzić, czy faktycznie będzie jeszcze im pisane coś razem przeżyć, bo miał żyć, nic jej więcej nie obchodziło.

- Warto jest mieć na co czekać. - Rzuciła jedynie krótko, mając nadzieję, że to też odrobinę pomoże. - Aktualnie możesz to sobie tylko wyobrażać, później sprawdzimy, czy te wyobrażenia były dalekie od prawdy. - Dobrze było mieć jakiś cel w życiu, nawet jeśli wydawał się on bardzo głupi. Nie bez powodu sięgnęła po to póki co, chciała mu powiedzieć, że będzie też więcej, że wcale nie tracił życia na jej rękach, chociaż to niekoniecznie było bliskie prawdy.

Było z nim źle, tracił wiele krwi, to nie wróżyło niczego dobrego, ale mieli przetrwać tę noc razem, mieli wyjść z tego cało, ona i on, na pewno nie zamierzała dopuścić do tego, by stało się inaczej, nie dzisiaj.

- Zapamiętam, ja zawsze wszystko pamiętam. - Dodała jeszcze, nie widziała w tym w tej chwili nic złego, mógł to wykorzystywać jako argument do końca życia, tylko musiał przetrwać tę noc. Mogła się w ten sposób poświęcić, chociaż czy naprawdę było to jakimkolwiek poświęceniem? Nie wydawało jej się. W tej chwili mogła mu obiecać wszystko, byleby przetrwał, walczył o siebie, nie zasypiał.

- Będę miała na uwadze wszystkie te prośby, zresztą chyba już zauważyłeś, że jak już coś robię to tylko i wyłącznie profesjonalnie i z zaangażowaniem, macanie też się w to wpisuje. - Być może nie wiedział o niej zbyt wiele, nie miał szansy jej poznać, ale niektóre rzeczy mógł dostrzec na pierwszy rzut oka, miała nadzieję, że to zauważył.

- Tak, jakoś Cię naprawię i będziesz jak nowy, nikt nie będzie wiedział, że to egzemplarz powystawowy. - Musiała tylko w końcu go poskładać, zająć się nim odpowiednio, nie pozwolić mu odejść, później będzie z górki. - Jeśli ja to zrobię, to nikt inny nie będzie mógł rościć sobie prawa do użytkowania, bo to ja dokonałam renowacji. - Podkreśliła to, żeby nie było w tym żadnych niejasności. Prowadzili dalej tę dziwną rozmowę, nie przestawała do niego mówić, jednak jej ręce robiły swoje - nie przestawały działać. Musiała mu pomóc.

- To świetnie, bo jestem dobra w zadawaniu głupich pytań, idealnie się dopełniamy. - Nie zamierzała pozwolić mu zamilknąć, nie tym razem, być może wcześniej wkurzał ją swoim gadaniem, ale miała wrażenie, że to wydarzyło się bardzo dawno temu, a przecież minęła dopiero chwila, tyle, że tak wiele się podczas niej stało, jakby znajdowali się teraz w zupełnie innym życiu.

- To są różne definicje tego jak można polec? Chodzi mi o to, czy kiedyś coś poszło nie po Twojej myśli, poddałeś się, odpuściłeś, coś w ten deseń. - Próbowała mu to wytłumaczyć, szło jej jednak raczej koślawo, bo skupiona była na czymś zupełnie innym.

Decyzja, którą podjęła była szybka. Pozostała jej tylko jedna metoda, dzięki której mogła mu pomóc. Sięgnęła po różdżkę i po zaklęcie, które znała, chociaż pewnie nie powinna. Zgłębiała różne tajniki magii, nekromancja interesowała ją od kilku lat, bo miała wiele wspólnego za równo z życiem i śmiercią, być może była nielegalna, może nie wszyscy ją akceptowali, uważała jednak, że czasem warto z niej skorzystać. Dobrze, że miała szansę wiele razy sprawdzać zaklęcie, którego użyła, widać było po tym, jak je rzuciła, że to nie były jej początki, miała już spore doświadczenie. Oddychała spokojnie i czuła, że coś się zmienia, robiła się coraz słabsza, ale wiedziała, że potrwa to tylko chwilę, przelewała swoje siły witalne w niego, chciała kupić mu więcej czasu, nie widziała w tej chwili innej możliwości.

Pomogło. Dostrzegła zmianę. Kiedy skończyła rzucać zaklęcie odetchnęła z ulgą. Udało się, ukradła śmierci trochę czasu, nie, nie tylko trochę, zdecydowanie zmierzali ku lepszemu, naprawdę w to wierzyła.

- To zależy, każdy ma swoje standardy, te moje są nieco lepsze niż niektórych uzdrowicieli. - Najwyraźniej zrozumiał z jakich metod korzystała. Nie czuła się źle przez to, że ją na tym przyłapał, nie wiedziała jakie miał zdanie na ten temat, jednak nieszczególnie ją to obchodziło - najważniejsze były bowiem efekty rzuconego zaklęcia, które się pojawiły. - Och, czyli też masz doświadczenie w omijaniu protokołu, doskonale się składa. - Nie musiała się więc niczym martwić, nie, żeby wcześniej jakoś szczególnie się martwiła. - Tak, to nie jest szczególnie legalna metoda, ale jak widać przynosi bardzo skuteczne efekty, a to jest dla mnie najważniejsze. - Nie zamierzała mówić nic więcej, wiedziała, że nie musi, doskonale wiedział z jakiej dziedziny magii korzystała. Nie wiedziała, czy miał z nią kiedyś do czynienia w ten sposób, ale zawsze musiał być ten pierwszy raz, prawda?

Odezwał się znowu, teraz ton jego głosu brzmiał poważniej, jakby coś się zmieniło. Nie do końca jej się podobało, wolała chyba tę wersję, która paplała co jej na język przyniesie. - Nie dzisiaj. - Mruknęła jedynie na to, że radził tutaj sobie sam. Nie tym razem, nie było w ogóle takiej opcji, nie po tym, co dla niej zrobił. Kiedyś radził sobie sam, ale to się zmieniło, kiedy lawina zaczęła pragnąć ich śmierci, a on ich przed nią uchronił. To było dla niej jasne, jak ten księżyc, który wisiał na niebie, w ogóle nie chciała tego słuchać, co miał jej do powiedzenia. Skupiła się więc na ranie, którą nadal uciskała, zaczęła mruczeć po cichu zaklęcia i dyskretnie poruszać różdżką, aby jakoś poradzić sobie z tym krwawieniem, miała teraz więcej czasu, zyskała go dla niego.

Słyszała jego głos, wyłapywała słowa, jednak póki co je ignorowała. Skupiała się przede wszystkim na swoim zadaniu, zamierzała go postawić na nogi, bez względu na to, ile miało ją to kosztować sił.

- Nigdzie bez Ciebie nie pójdę. - Odparła w końcu bardzo stanowczym tonem głosu.

- Po pierwsze zgubiłabym się dużo szybciej, niż Ci się wydaje, po drugie nie potrafię korzystać z broni, po trzecie potrzebuje kogoś kto wie, jak się zachować, gdy gonią mnie takie warstwy śniegu. - Trzy argumenty miały wystarczyć, nie mogła w tej chwili szukać więcej, bo musiała się skupić, zasklepiała jego ranę, żałowała, że nie miała swoich eliksirów, które mogłaby w niego wlać, ale to musiało wystarczyć, przynajmniej na tę chwilę. Trudno, później będzie musiała ocenić szkody i jakoś je naprawić, najważniejsze było to, że nadal oddychał i nadal gadał te wszystkie głupoty.

- A co jeśli ja wcale nie chcę szukać? Jeśli już znalazłam? - Miała zadawać mu głupie pytania i to robiła. Nie podobało jej się to podejście, naprawdę sądził, że po tym wszystkim miała zamiar zostawić go w tym śniegu, pozwolić mu tu umrzeć w samotności? Bardzo się mylił. Robiła wszystko, aby dać mu kolejną szansę, wyrywała go właśnie z ramion śmierci i ta walka wcale nie wyglądała na przegraną.

- Dobrze to słyszeć, mam nadzieję, że nic się nie zmieniło w tym nastawieniu. - Liczyła na to, że w tej chwili miał w sobie siłę na kolejne dam radę. To był idealny moment na to, aby pokazał jej, że faktycznie tak było, by nie rezygnował, tylko walczył do końca o jeszcze jedną szansę.

- To może sporo komplikować, ale możesz nie wiedzieć wszystkiego, może chciała Cię takiego, tylko coś innego jej na to nie pozwalało. - Miała świadomość, że nie miał pojęcia z kim rozmawia, że majaczył, mogła mu się mieszać rzeczywistość ze wspomnieniami, to było całkiem normalne w sytuacji, jakiej się znalazł, podtrzymywała jednak rozmowę, wierzyła, że jeszcze dojdą do momentu, w którym odkryje, że to naprawdę była ona i wtedy się zdziwi, będzie mógł jej rzucić kolejne wyzwanie, które przyjmie, jak zawsze gotowa do działania. Zawsze to robili, nie sądziła jednak, że mógł widzieć w tym coś złego, doprowadzali się do szału, ale przecież tylko dzięki temu mogli mieć ze sobą coś wspólnego, przynajmniej na pewnym etapie ich znajomości.

- Niezbadane są koleje losu, po prostu nie miałeś pojęcia, że ktoś taki jak ja trafi na Ciebie, ale mogę Ci wybaczyć to podejście, dobrze, że już zdążyłeś je zweryfikować, bo bym się rozczarowała. - Nie pytała o rozwód, nie miała pojęcia nawet, że zdążył się ożenić, nie był to dobry moment na podobne pytania. Wolała się skupić na czymś innym.

- Nie ma się co dziwić, że warunki są nietypowe, skoro trafił się taki wyjątkowy egzemplarz. - Dodała jeszcze, bo faktycznie cała ta sytuacja była naprawdę nieprzewidywalna. Leżał na śniegu, krew jeszcze przed chwilą wylewała się z jego ciała, a teraz rozmawiali o ich ewentualnej, wspólnej przyszłości, to było naprawdę dziwne, ale czuła, że to, co robią jest właściwe, inaczej przecież nie brnęłaby w to, aż tak bardzo, chciała, żeby miał jakąś wizję na przyszłość, nadzieję, cokolwiek, co jeszcze mogłoby wzbudzać w nim chęć walki o życie.

- Tak, to, co robię jest bardzo alternatywne, więc musisz być moim partnerem w zbrodni, przepraszam, że postawiłam Cię przed faktem dokonanym, ale trochę nie miałam wyjścia. - Nie, żeby naprawdę było jej przykro z tego powodu, te rzucane pod nosem zaklęcia przynosiły efekty, wiedziała, że uda im się stąd wyjść razem, później będzie musiała powtórzyć swoje działania, wypadałoby jednak, aby nabrała odrobinę siły, jakoś im się uda, kiedy współpracowali zawsze im się udawało.

- Nie będzie żadnych zeznań, już ja się o to postaram. - To była chyba najprostsza metoda, aby nie doprowadzić do tego, żeby musiał dla niej kłamać, czyż nie?

W pewnym momencie ziemia zadrżała, a może jej się wydawało? Nie miała pojęcia, co się stało. Śnieg pod nogami gdzieś przepadł, zniknął, nadal trzymała dłonie na jego ciele, tyle, że teraz, teraz znaleźli się w zupełnie innym miejscu. Pod nogami miała piasek, pod jego ciałem był piasek, słońce wisiało wysoko na niebie i okropnie świeciło, to nie była już noc, tylko sam środek dnia. Uniosła głowę, żeby rozejrzeć się po okolicy, i wtedy zobaczyła dwa kangury, które znajdowały się kilkanaście metrów od nich, przeniosła wzrok na swoje ciało, nie miała już na sobie zimowych ubrań, spojrzała na niego - również wyglądał inaczej. Nie do końca wiedziała co się wydarzyło. Nie miała pojęcia, będzie się nad tym zastanawiać później.

- Jest trochę lepiej? - Zapytała jeszcze, musiała wiedzieć, czy jej działania przynosiły oczekiwane efekty.




RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 13.01.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]
Z każdą mijająca minutą obrazy nakładały mi się coraz bardziej chaotycznie, w sposób, którego nie dało się uporządkować - nie jak w filmach, gdzie wszystko miało początek, punkt kulminacyjny i sensowną puentę, raczej jak w długiej, źle zmontowanej historii, w której co chwilę wracało się do tych samych scen, tylko za każdym razem z innym ciężarem w klatce piersiowej. Leżałem obok niej, pod nią - właściwie, i czułem, jak mój mózg robi rzeczy, których nie chciałem lub raczej nie mogłem zrozumieć. Sklejał drobiazgi w całość, ale pozbawioną sensu w szerszej perspektywie, niż ta, którą pozwalałem sobie zobaczyć. Był jej oddech, jej śmiech sprzed chwili, sposób, w jaki przesuwała dłonią po moim rękawie, jakby to było najbardziej naturalne na świecie - dla mnie było, zawsze było - potem była nerwowość, zdecydowany, chłodny dotyk, słowa, które miały sens i go nie miały…
Leżeliśmy zdecydowanie zbyt blisko jak na rozmowę o przyszłości, renowacjach i wyłączności użytkowania, a ja byłem aż za bardzo świadomy jej ciepła, ciężaru ciała i tego, że moje serce zachowywało się, jakby właśnie dostało zadanie z kategorii „nie rób tego”, które zamierzało zignorować.
- Naprawdę masz talent do mówienia rzeczy, które brzmią jak żart, a wcale nim nie są. A może są? Trudno to stwierdzić, gdy jesteś taka… No… - Mruknąłem, zerkając na nią spod przymrużonych powiek. - „Sprawdzimy później”. Brzmi jak groźba. Albo obietnica. - Jeszcze nie zdecydowałem, która wersja brzmiała dla mnie bardziej szczerze, warto było mieć na co czekać, jasne, tylko zwykle nie zakładałem, że tym „na co” będę ja, dosyć solidnie się na tym przejechałem w przeszłości, a ona mówiła o tym tak, jakby już wpisała mnie w kalendarz.
Nic dziwnego, że na to jedno zdanie, poprzedzone pytaniem, które chyba było retoryczne - trudno to było stwierdzić, albo tylko miałem takie wrażenie, moje myśli nie były zbyt jasne, nawet dla mnie, co dopiero słowa kogoś, kto był i nie był mi obcy - odpowiedziałem krótkim, cichym śmiechem, który jednak szybko ucichł. Przez moment milczałem, dłużej niż wcześniej, jakby ta jedna myśl zacięła mi język. Oddychałem wolniej, płytko, bardziej uważnie, nie dlatego, że bolało - bolało oczywiście, ale to nie to mnie zatrzymało - zatrzymało mnie to, że ona trafiła w coś, czego zwykle nie dotykałem nawet myślą.
- Ach… W tym sensie. - Mruknąłem w końcu, krzywiąc się lekko, jakbym właśnie ugryzł coś zbyt gorzkiego. Odwróciłem głowę minimalnie, tak, żeby nie patrzeć jej prosto w oczy, tylko gdzieś obok, na niebo, które było zbyt jasne i rozgwieżdżone, jak na rozmowy tego typu. Uśmiechnąłem się krzywo, uśmiechem, który mówił „nie róbmy z tego dramatu”, chociaż oboje wiedzieliśmy, że chyba właśnie to robimy, nie codziennie leżało się na śniegu tuż po lawinie, dyskutując na takie tematy.
Zamknąłem na sekundę oczy, potem znowu je otworzyłem, uparcie.
- Po pierwsze… - Usiłowałem odtworzyć jej ton, w kontraście do tego, jak chwilę wcześniej nagle spoważniałem, chociaż teraz też wcale nie było mi do śmiechu, była stanowczo zbyt uparta. Uniosłem minimalnie brew, jakbym ją oceniał, chociaż tak naprawdę robiłem coś zupełnie odwrotnego. - Wcale nie zgubiłabyś się tak szybko. Masz ten swój wkurwiająco intensywny - nie wiedziałem, czemu tak to określiłem, skoro nie mroku nie widziałem jej oczu, to samo się nasunęło - sposób patrzenia przed siebie, jakby świat miał się dostosować. To zwykle działa. - Przerwałem, bo fala zawrotów zakręciła mi w głowie, zamrugałem kilka razy, po czym spojrzałem na nią długo, próbując dopasować obraz do czegoś w środku. - Po trzecie… - Głos mi zadrżał, chociaż bardzo się starałem, żeby akurat tego nie było słychać. - Ten argument akurat trafia. - Oddech miałem płytszy, ale wciąż próbowałem brzmieć jak ja - ktoś, kto żartował, bo inaczej nie umiał. Uniosłem na moment dłoń, jakbym chciał coś podkreślić, ale nim się obejrzałem, ponownie opadła bezwładnie na śnieg.
- To nie fair. - Dodałem ciszej, słysząc to absurdalne pytanie. - To jest tak bardzo nie fair. - Parsknąłem cicho, chociaż bardziej przypominało to urwane prychniecie niż śmiech, mój oddech nie był już tak posłuszny jak zwykle, ale ton nadal próbowałem mieć swój, bo to zdanie uderzyło we mnie dokładnie tam, gdzie nie powinno - to był ten sam dźwięk, który wydawałem zawsze, kiedy chciałem coś obrócić w żart, nawet jeśli nie bardzo miałem na to siłę.
- Nic się nie zmieniło. - Wymamrotałem. - Nadal jestem uparty jak skurwysyn i nadal nie umiem odpuszczać, kiedy ktoś mi mówi, że mam to zrobić. - Zamrugałem, skupiając na niej wzrok, chociaż to wymagało ode mnie świadomego wysiłku, świat był trochę za jasny, trochę za rozmyty na krawędziach. - A ty dalej komplikujesz wszystko, co tylko się da - dodałem słabym tonem, ale z cieniem uśmiechu - poza tym mówisz takie rzeczy w momentach, w których człowiek nie ma już jak się bronić. To nie jest uczciwe, wiesz? - Wziąłem płytki oddech, po czym kolejny raz parsknąłem cicho, chociaż wyszło mi to bardziej jak charknięcie niż śmiech. Przymknąłem na moment oczy, jakbym próbował poskładać myśli w coś, co nie będzie brzmiało jak majaczenie, po czym znów na nią spojrzałem. Patrzyłem na nią spod przymrużonych powiek, próbując złożyć jej twarz z kilku wersji naraz, tej realnej i tej, którą mój mózg sobie właśnie dorabiał.
- Wiesz co - mruknąłem, głos miałem niższy, wolniejszy, mój organizm negocjował z każdym wypowiadanym słowem - ja też się cieszę z tej błyskawicznej weryfikacji. Serio. Zwykle zajmuje mi to miesiące, lata, czasem wcale, a ty ogarnęłaś temat w… Ile? Kilka godzin? - Parsknąłem krótko. Musiałem na moment zacisnąć zęby, bo każdy głębszy wdech przypominał, że moje ciało nie do końca zgadza się z moim nastawieniem. - I nie, to nie los. Nie wierzę w zrządzenia losu, nie w tym ujęciu. Los by mnie co najwyżej potknął o własne sznurówki. Ty… - Zawahałem się na ułamek sekundy, potem spojrzałem na nią uważniej - Masz w tym swoje zasługi. Spore, partnerko.
Przesunąłem lekko głową po śniegu, szukając wygodniejszej pozycji, ale tak naprawdę chciałem tylko nie spuszczać z niej wzroku, który coraz bardziej mi się rozmywał…
Uniósłbym rękę do oczu, gdyby nie to, że jej dłonie wciąż były na mnie i jakoś… Nie chciałem ich odsuwać. Zmrużyłem oczy, marszcząc nos, i spojrzałem na nią z dołu, dokładnie tak, jakbym leżał na plaży, a nie jakbym przed chwilą walczył o życie w śniegu. Słońce było bezczelne, ostre, jakby ktoś włączył je na maksymalną jasność bez ostrzeżenia.
- Trochę. - Powiedziałem spokojnie, tym lekkim, niepoważnym tonem, który zawsze włączał mi się w dziwnych sytuacjach. - W sensie… Jest mi gorąco, więc to chyba postęp. Jak na razie muszę przyznać, że masz całkiem niezły wskaźnik sukcesu. Nadal żyję. To już coś. - Przesunąłem głowę minimalnie, żeby było mi wygodniej, zupełnie ignorując fakt, że to sprawiło, że była jeszcze bliżej. Uśmiechnąłem się półgębkiem, tym mówiącym „to nic nie znaczy”, które zawsze znaczyło za dużo.
Leżeliśmy na piasku tak blisko, że granica między  „wygodnie” a  „zdecydowanie za blisko jak na przyjaźń” dawno się zatarła - ona była na mnie, oparta łokciem o moją klatkę piersiową, biodrem wbijała się w mój bok, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, ja miałem jedną rękę pod głową, drugą luźno trzymałem na jej plecach, a moje palce odruchowo kreśliły małe, leniwe półkola na ciepłej, miękkiej skórze upatrzonej piegami i pieprzykami - robiły to same, bez konsultacji z mózgiem, jak zawsze, przed laty, dawno temu, i od kilku lat.
- Jesteś straszna. - Uśmiechnąłem się kącikiem ust, ale to był ten rodzaj uśmiechu, który bardziej chroni niż zaprasza. Słońce było bezlitosne, a ona bezczelnie blisko - za blisko, jak na „tylko współpracowników”, idealnie blisko, jak na wszystko inne - to, czym zdecydowanie nie było. Nigdy się ze sobą nie przespaliśmy, ani razu, to było wręcz absurdalne, biorąc pod uwagę, jak blisko byliśmy - jak bardzo nasze ciała były do siebie przyzwyczajone, jak często zasypialiśmy obok siebie, jak często dotykaliśmy się bez jakiegokolwiek dalszego znaczenia, jakbyśmy nie rozmawiali kiedyś w śniegu o przyszłości, nie snuli wizji, których nigdy nie realizowaliśmy, jakby to wszystko było tylko kolejną grą słów. - Wiesz o tym? - Uniosłem dłoń i lekko, dwoma palcami, szturchnąłem ją w ramię. - W ogóle nie znasz pojęcia „przestrzeń osobista”, prawda? - Dodałem, kręcąc głową z udawanym oburzeniem, jak zawsze, zanim sam aż nazbyt swobodnie udowadniałem, że w rzeczywistości nie tylko wcale mi to nie przeszkadzało, lecz nawet było mi z tym aż zbyt dobrze, w końcu byliśmy partnerami w zbrodni - dosłownie i w przenośni - od tamtej zimy, od śniegu, krwi, strachu i śmiechu, który pojawiał się zawsze w najmniej odpowiednich momentach. Pracowaliśmy razem okazjonalnie, czasem częściej, czasem rzadziej, ale zawsze wracaliśmy do siebie jak do punktu odniesienia. - Gdybyś była kimś innym, już bym uznał, że mnie podrywasz. - Dorzuciłem, krzywiąc się teatralnie. Nie patrzyłem na nią wprost, zamiast tego nadal mrużyłem oczy, jakbym bardziej interesował się niebem, nie widział tych wszystkich piegów, które wyszły jej na ramionach, na dłoniach, na policzkach, i nie rejestrował to, jak blisko była jej twarz.- A że jesteś sobą, to pewnie tylko testujesz moją wytrzymałość psychiczną, pod płaszczykiem medycyny. Wiesz, że zawsze miałem słabość do kobiet, które mówią „nie miałam wyjścia”, a potem robią dokładnie to, co chciały od początku. - Parsknąłem, nie dlatego, że to było zabawne, tylko dlatego, że było prawdziwe. Nie ruszyłem się jednak, nie próbowałem jej zrzucić, nie zmieniłem pozycji, moje ciało było zbyt spokojne jak na coś, co wewnątrz było kompletnie rozpieprzone. Krążyliśmy wokół siebie - dosłownie i metaforycznie - zawsze było coś ważniejszego, zawsze jakaś sprawa, jakiś problem, jakiś kryzys świata, który trzeba było rozwiązać. Zawsze jakaś linia, której nie przekraczaliśmy, chociaż oboje wiedzieliśmy, gdzie ona jest. Teraz też leżeliśmy tak blisko, że granica między „swobodnie” a „zdecydowanie za swobodnie” dawno się rozmyła. Piasek przyklejał się do skóry, słońce grzało mi w klatkę piersiową, a ona była na mnie, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Jedną rękę nadal miałem pod głową, a chociaż drugą jeszcze chwilę temu trzymałem opartą luźno na jej boku, nim się obejrzałem, moje palce leniwie bawiły się rąbkiem materiału jej stroju, nieświadomie, bez zamiaru, bardziej z przyzwyczajenia niż z czegokolwiek innego - to nie było nic nachalnego, raczej to, co robiło się bez zastanowienia, kiedy ktoś jest „swój”, nawet jeśli to „swój” miało w tym wypadku zbyt wiele różnych znaczeń.


RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 13.01.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4iXrumV.png[/inny avek]

- Więc wybierz opcje, która bardziej Ci się podoba, nie będziesz mógł mi zarzucić, że nie dałam Ci wyboru. - W tym wypadku groźba, czy obietnica łączyły się z tym samym, nie miała problemu, aby wybrał nazewnictwo, niczego to nie zmieniało. - Nie wiem, czy do końca można nazwać to talentem, ale skoro tak uważasz. - Nie pytała o to jaka jest, chyba wiedziała o co mu chodzi, zresztą nie chciała go teraz męczyć, bo sytuacja nadal nie była szczególnie wesoła, pewnie kiedyś będą mieli okazję, aby do tego wrócić, no i spełnić te wszystkie groźby i obietnice, które między nimi padły. Tej myśli się trzymała. Najważniejsze było to, aby przetrwać ten najtrudniejszy moment, miała wrażenie, że są coraz bliżej tego.

- Mogę Ci udowodnić, że wcale tak nie jest. Możemy przeprowadzić test, następnym razem to ja nas poprowadzę, zmienisz zdanie jak wylądujemy pośrodku niczego. - Bo przecież miały być kolejne razy, nie przyjmowała w ogóle wersji, w której miałaby to być ich ostatnia, wspólna wędrówka, wierzyła, że stać ich na więcej, no i w to, że to nie miał być dzień, w którym odejdzie. Wszystko wydawało się ku temu prowadzić, bo nadal do niej mówił, nadal był w stanie zebrać myśli, nie odpływał, więc metody, które stosowała działały. - O, to ciekawe, nie spodziewałam się, że tak łatwo dostrzeżesz odpowiedni argument, szybko poszło. - Dogadali się więc, co do tego, że nie może go zabraknąć gdzieś obok, bo przecież lawiny zdarzały się bardzo często i ktoś musiał jej pomagać przed nimi uciekać, dobrze, że patrzyli na to w ten sam sposób. Zgodność była bardzo istotna.

- Nikt nie mówił, że będę grać fair. - Wzruszyła jedynie ramionami, z których posypały się drobne płatki śniegu. Kiedy mogła osiągnąć swój cel nie przestrzegała zasad, powinna go chyba o tym uprzedzić, chociaż, czy na pewno? Nie warto było od razu pokazywać wszystkie swoje karty.

- Dobrze to słyszeć, te cechy są nam dzisiaj wyjątkowo potrzebne, naprawdę chcę zobaczyć, jak bardzo uparty jesteś. - Być może nie chodziło jej konkretnie o nieodpuszczanie innym, a walkę o siebie, ale akurat te cechy charakteru mogły ją tylko ułatwić, wierzyła, że jak się uprze to naprawdę będzie w stanie uciec przed śmiercią, wszystko było na dobrej drodze, jeszcze trochę, musiał wytrzymać jeszcze trochę, a wszystko się ułoży. - Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają i pewnie nie zmienią, musisz do tego przywyknąć. - Zdawała sobie sprawę z tego, że potrafiła być wrzodem na tyłku i faktycznie komplikować najprostsze sprawy, ale czasem to było potrzebne. - Wiem, że to nie jest uczciwe, ale są momenty w których uczciwość nie jest najważniejsza, a osiągnięcie celu. - To był jeden z takich momentów, mogłaby go nawet później przeprosić za to, że nie była do końca w porządku i korzystała z argumentów z których nie powinna, musiał tylko dotrwać do tego później. Będzie miała to na pewno na uwadze, kiedy już opuszczą to miejsce.

- Jestem dobra w takie rzeczy, szybko analizuję i odnajduję sens tam, gdzie inni szukają go latami. - Powiedziała całkiem pewnym tonem głosu. Wiedziała, że podobna weryfikacja mogła zająć wieczność, tyle, że nie do końca ją mieli, kiedy zaczynali rozmawiać, musiała więc nieco wszystko przyspieszyć, grunt, że doszli do jakiegoś konsensusu. - Dobrze, że Ciebie również to cieszy, głupio by wyszło, gdyby tylko jedna strona była zadowolona z takiego szybkiego obrotu spraw. - Nie sądziła, żeby ją oszukiwał, chociaż mógł majaczyć. To jednak nie było w tej chwili istotne, grunt, że ciągle do niej mówił i nie zasypiał. To było najważniejsze, mogła mu dalej zadawać głupie pytania.

- O, więc jesteś czarnowidzem, muszę to dopisać do listy. - Wiedziała, miała świadomość, że nie wierzył w zrządzenia losu, raczej uważał, że sam zasłużył na wszystko, co dostawał. Nieco się w tym różnili, bo Prue jednak uważała, że istnieje jakaś siła wyższa, która wpływa na to, co działo się w jej życiu. - Tylko później nie miej do mnie pretensji, jak coś pójdzie nie tak partnerze, dobrze jest mieć zasługi, ale mogą pojawić się też jakieś komplikacje, nie chcę być odpowiedzialna za wszystko. - To było dla niej trochę zbyt wiele.


Zmrużyła na moment oczy. Musiała na chwilę odpłynąć, zatonąć w swoich wspomnieniach. Miała wrażenie, że jeszcze kilka sekund temu czuła pod palcami chłodny śnieg i ciepłą krew, a teraz wszystko się zmieniło. Słońce paliło jej skórę, pod opuszkami palców czuła rozgrzane ciało. Zdecydowanie przyszło jej zatracić się we wspomnieniach, czasem tak miała. Świat nagle przestawał istnieć, pozostawała w nim tylko ciałem, a jej myśli błądziły, bardzo daleko, nie wiedzieć czemu. Zdarzało jej się to w różnych momentach, to musiał być jeden z nich. Minęło już przecież trochę czasu od tej nocy w Appalachach, którą udało im się jakoś przetrwać.

Prychnęła cicho. Jasne, faktycznie to żadne osiągnięcie, jeszcze żył, jak na to, jaki tryb życia prowadził to raczej nie było takie oczywiste. - Dopóki będę blisko to nie ma szans na to, żebyś przestał żyć. Musisz się do tego przyzwyczaić, tak samo jak do tego gorąca, raczej szybko stąd nie wyjedziemy. - Słońce faktycznie grzało wyjątkowo mocno, trudno było się przed nim chować, chociaż w tej chwili zdecydowanie nie wybrali tej opcji, raczej się na nim wygrzewali i korzystali z aktualnych warunków, które panowały wokół, a miejsce w którym się znajdowali było całkiem malownicze.

- To nie zabrzmiało dobrze, wcale nie jestem straszna. - Naburmuszyła się nieco i zmarszczyła nos, po krótkiej chwili demonstracji swojego niezadowolenia na jej twarzy jednak ponownie zagościł uśmiech. Znajdowała się blisko, bardzo blisko niego, opierała się łokciem o jego klatkę piersiową, jej głowa znajdowała się tuż nad jego twarzą, ale to nie było nic wielkiego, nie w ich przypadku, zawsze do siebie lgnęli, dobrze było czasem poczuć przy sobie ciepło innego ciała, nic więcej. - Zresztą, gdyby faktycznie Ci to tak przeszkadzało to wystarczyłby jeden ruch, i mógłbyś coś na to zaradzić, nie oszukujmy się dałbyś radę mnie nawet zgnieść jedną ręką jak komara, gdybyś tylko chciał. - Jednak nic nie robił z tym, że czasem zdarzało jej się nieco za bardzo do niego zbliżać. Nie było sensu z tym walczyć, szczególnie, że nie miał nic przeciwko temu. Czuła się przy nim trochę jak w domu, którego dawno nie odwiedziła. Być może pojawiali się w swoich życiach tylko od czasu do czasu, ale była to bezpieczna przystań podczas tych wszystkich wędrówek, przynajmniej dla niej. Dobrze było mieć przy sobie kogoś, komu chociaż odrobinę zależało. Poruszyła nogą, bo piasek zaczynał ją drażnić, chciała obsypać go z łydki chociaż na chwilę, chociaż przecież zaraz znowu miała się nim pokryć, dotknęła przy tym jego nogi, zupełnie przypadkiem.

- Nic nie poradzę na to, że jesteś wygodniejszy od piasku. - Był to naprawdę bardzo istotny argument. Skoro już go przy sobie miała to zamierzała wykorzystać tę okazję, jak najlepiej się dało.

- Przez to, że tak bardzo mnie znasz, nie jestem w stanie Cię zaskoczyć, chociaż może to i lepiej, dzięki temu wiesz na co się piszesz, chociaż test nie będzie miarodajny, lepiej by było gdybyś udawał, że nie wiesz, co robię. - Tak właściwie to sama nie do końca wiedziała, ale w tej chwili nie było to szczególnie istotne. Znowu byli blisko, mogła bez żadnego skrępowania korzystać z tego, że był obok. Zupełnie ignorowała fakt, że zawsze kiedy znajdował się koło niej czuła to bardzo dziwne, niewygodne uczucie na żołądku, jakby w jej brzuchu pojawiało się stado motyli, trzymali się tej swojej przyjaźni niczym kotwicy, chociaż gdyby ktoś tylko na nich spojrzał to widziałby, że zdecydowanie nie wyglądali jak tylko i wyłącznie przyjaciele. Gdyby to była tylko przyjaźń nie zawieszałaby tak często spojrzenia na jego ustach, nie dotykałaby go gdy tylko nadarzała się ku temu okazja, a jednak to robiła, tak samo jak z ekscytacją oczekiwała tych kolejnych chwil, które mieli razem spędzić.

- Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, zresztą nie ma silniejszego argumentu od nie miałam wyjścia, nic nie może się z nim równać, łatwo jest dzięki temu sięgać po swoje. - Przyjemny dreszcz przeszedł jej po skórze, kiedy jego dłoń zmieniła położenie. Miała wrażenie, że robi to całkiem naturalnie i nie wiedział, że ona to zauważała, starała się nie poruszyć, żeby nie widział, jakie emocje to w niej wzbudzało. Nie sądziła, że powinni, to mogło wszystko spieprzyć, z drugiej strony przecież odbywali już różne rozmowy, nie zawsze jednoznaczne, tak samo jak w ich zachowaniu to w słowach nie brakowało dwuznaczności. Nigdy jednak nie było czasu, odpowiedniego momentu, by zrobić krok dalej, szkoda, a może to i lepiej, sama nie do końca potrafiła stwierdzić. Wiedziała, że nie myślała jasno, jak zawsze gdy był tak blisko, do tego słońce grzało bardzo mocno, przez co mogła podejmować irracjonalne decyzje.




RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 13.01.2026

Przymknąłem oczy na moment, nie dlatego, że byłem śpiący, ale dlatego, że chciałem zatrzymać tę chwilę dokładnie taką, jaka była - ten moment, kiedy nic nie trzeba było wyjaśniać, kiedy nie byliśmy na zleceniu, nie podejmowałem się żadnej misji, nie było pościgów, zaklęć, chaosu, tylko ona, ja i australijskie słońce. Mogłem być tym leniwym facetem, który leżał na plaży, miał piasek wszędzie, nawet w miejscach, gdzie piasek nie powinien się znaleźć, i który - miał to w dupie - nie czuł się tak, jakby powinien myśleć o pracy, a nie o tym, że ta dziewczyna na nim pachniała słońcem, solą, kremem do opalania i truskawkami.
Rozciągnąłem się lekko pod nią, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, że leżała na mnie w samym środku przepięknego, jasnego dnia, słońce waliło z góry bezlitośnie. Miałem na klatce piersiowej jej łokieć i połowę ciężaru drobnego ciała, lekko podwinięty ręcznik wbijał mi się w plecy, ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby ją poprosić, by się odsunęła - leżałem nieruchomo, bo było mi zwyczajnie dobrze, i nawet jeśli mój rozum podpowiadał, że ta pozycja jest idiotyczna, to ciało miało własne zdanie. Słońce grzało mnie w klatkę piersiową, a ten dotyk, jaki dzieliliśmy, był dziwnie… Kojący. Nie odsunąłem ręki, dalej rysując opuszkami palców wzorki i szlaczki, łącząc punkty na plecach kobiety, zachowując się tak, jakby to był nasz miesiąc miodowy, wakacje, nie czas pomiędzy jedną pracą a drugą - to było to coś, co robiłem odruchowo, bez kalkulacji, jakbyśmy mieli między sobą niepisaną zgodę na pewien rodzaj bliskości, który był jednocześnie niewinny i absolutnie niebezpieczny, bo naprawdę łatwo się było uzależnić od tej obecności.
- Zauważ, że to brzmi jak groźba, a nie deklaracja wsparcia. - Mruknąłem, jeszcze bardziej zmrużywszy oczy, bo Prue trochę się przesunęła i teraz słońce świeciło mi prosto w twarz -  poruszyłem głową, żeby lepiej ją widzieć, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej pomyślałem, że powinienem odwrócić wzrok, bo to był dokładnie ten moment, w którym mózg zaczynał produkować głupie myśli, na moje szczęście - byłem mistrzem w ignorowaniu sygnałów ostrzegawczych, więc nie poczułem się nagle skrępowany. - „Dopóki będę blisko, nie masz szans umrzeć” brzmi jak coś, co mówi się w koszmarach. - Nie dodałem, że zdecydowanie wolałbym wersję brzmiącą bardziej jak „dopóki śmierć nas nie rozłączy i jeszcze dłużej, bo nie wywiniesz mi się tak łatwo”, to nie był taki moment, nawet jeśli ten rodzaj groźby byłby znacznie lepszy.
Przez moment patrzyłem na nią w ciszy, słuchając szumu wiatru i dalekich głosów gdzieś z plaży. Było coś absurdalnego w tym, że leżeliśmy tak spokojnie, jakby świat nie miał żadnych problemów, które musieliśmy rozwiązać w ramach tego „przyzwyczajania się do gorąca”, o którym wspomniała, na co z początku tylko parsknąłem pod nosem - mój organizm funkcjonował lepiej, kiedy nie musiał walczyć z zimnem, wilgocią i wiecznym półmrokiem, przecież doskonale to wiedziała, wystarczyło tylko na mnie spojrzeć.
- Poza tym, do tego drugiego wcale nie muszę się przyzwyczajać, jestem ciepłolubny. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to znaczy, że nie zwracasz na mnie wystarczającej uwagi. - Westchnąłem teatralnie, rozciągając się odrobinę pod nią. - Serio, w tym momencie nie byłbym w stanie zamieszkać znowu w Wielkiej Brytanii ani nigdzie, gdzie nie ma słońca. - Dodałem cicho, nie pierwszy raz będąc z nią szczerym, gdy chodziło o to, co ona nazywała „domem”, a co dla mnie było miejscem, do którego nie mógłbym wrócić, nawet jeśli fizycznie byłoby to możliwe. - Daj mi rozgrzane powietrze i brak obowiązku noszenia czegokolwiek więcej niż absolutne minimum, a jestem w siódmym niebie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc ten jej naburmuszony wyraz twarzy, i nie mogłem się powstrzymać - nos Prue był zmarszczony, jakby naprawdę poczuła się urażona, ale znałem ją za dobrze, żeby się na to nabrać.
- Nie mówiłem, że jesteś straszna-straszna. - Poprawiłem się od razu, tonem, który zdradzał, że właśnie zamierzałem ją podpuścić jeszcze bardziej. - To nie jest wada. To… Cecha charakterystyczna. Jak u egzotycznych zwierząt. Człowiek niby wie, że są piękne, ale i tak się zastanawia, czy nie ugryzą. - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważnie, jakbym właśnie analizował ją pod tym kątem. - Poza tym, jakbyś naprawdę nie była choć trochę straszna, to nie byłabyś sobą. - Dorzuciłem. - A wtedy dopiero bym się martwił. Mam słabość do rzeczy, które nie są miarodajne, przewidywalne ani bezpieczne, dlatego tak dobrze się dogadujemy. - Uśmiechnąłem się krzywo, przeciągając palcami po jej skórze, jakby od niechcenia, miała zapach kremu z filtrem i soli, truskawek i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem nazwać, ale zawsze kojarzyłem z nią. Nie dotykałem jej w sposób nachalny, raczej znajomo, jak ktoś, kto znał mapę drugiego ciała lepiej, niż powinien - ona robiła to samo, chyba podświadomie, bez udziału uwagi, ani intencji - jej łokieć wbijał mi się w klatkę piersiową dokładnie w tym punkcie, gdzie serce zawsze biło szybciej, kiedy była obok. Znałem ten układ, tysiące razy już tak leżeliśmy - na podłogach, kanapach, w namiotach, na jakichś przypadkowych kocach rozłożonych gdzieś w połowie niczego. Zawsze było to samo poczucie, że granice są… Umowne, elastyczne, dostosowane do nas. Od lat robiłem z tego coś zwyczajnego, bo łatwiej było udawać, że to proste, niż przyznać, że za każdym razem mój organizm reagował trochę zbyt intensywnie. Teraz też zamknąłem oczy na ułamek sekundy, jakby to mogło pomóc mi się skupić na czymkolwiek innym, niż na cieple w podbrzuszu i tętnie, które przyspieszało, chociaż nie powinno.
Była blisko, za blisko jak na definicję „tylko przyjaciele”, ale my od dawna nie mieściliśmy się w takich szufladkach, a jednak właśnie tu, w Australii, pomiędzy jednym zleceniem a drugim, pomiędzy słońcem a solą na skórze, wszystko wydawało się dziwnie prostsze - jej cień padał mi na twarz, przynosząc trochę ulgi od światła, więc uśmiechnąłem się krzywo, mrugając do niej.
- I nie, nie zgniótłbym cię jak komara. - Obdarzyłem ją prychnięciem, jakby właśnie powiedziała największą możliwą głupotę, a nie coś, co teoretycznie było fizycznie możliwe. - Po pierwsze dlatego, że bym nie chciał stracić przyjaciółki. Po drugie dlatego, że pewnie byś mnie ugryzła. Po trzecie, jesteś tu jednym z dwóch uzdrowicieli, a tamten drugi prawie na pewno jest ćpunem. Tylko ty masz moje zaufanie w tych sprawach. - Stwierdziłem to lekko, bardzo swobodnie, jak na to, co tak naprawdę czułem. „Przyjaźń” była dla mnie słowem bezpiecznym, które miało granice, definicję, miało reguły - to, co było między nami, nie bardzo chciało się w te ramy zmieścić, ale ja uparcie udawałem, że tak jest, to normalne, że ktoś tak na mnie leży i to nie jest początek ani środek czegoś, czego po prostu jeszcze nie nazwaliśmy „nami” - że to normalne, że wiem, jak pachnie jej skóra na słońcu, że to normalne, że znam każdą jej minę i potrafię odgadnąć, co powie, zanim to zrobi.
To było normalne, dla mnie, a jednocześnie… Nie, nie było. Nie byłem w stanie jej zaskoczyć, ona nie była w stanie zaskoczyć mnie, a jednak, za każdym razem, gdy byliśmy gdzieś wspólnie, coś się we mnie przestawiało, jakby ktoś zmieniał częstotliwość w radiu, a ja nagle słyszałem inną melodię niż zwykle. Tęskniłem za nią, gdy jej nie było, a jednocześnie próbowałem się do tego nie przyzwyczajać, bo przecież nie byliśmy w swoich życiach żadną „stałą”.
Przesunęła nogą, obsypując mnie piaskiem, na co jęknąłem dramatycznie, jakbym właśnie doznał wielkiej krzywdy - jednocześnie poruszyłem się minimalnie, wkładając równie dużo teatru w to, by zasymulować, że to był odruch, a nie decyzja, zmieniając punkt podparcia, żeby było mi „wygodniej”. W rzeczywistości chodziło o to, aby nie zdradzić, jak bardzo zareagowałem na to przypadkowe muśnięcie jej nogi, bo oczywiście, że zareagowałem - oczywiście, że moje ciało miało swoje zdanie na temat tej bliskości, więc, jak zwykle, robiłem wszystko, żeby udawać, że nie. W moim wnętrzu wszystko przesunęło się o kilka stopni w stronę „nie myśl o tym, nie rób z tego dramatu, oddychaj jak normalny człowiek”, więc to jasne, że zachowywałem się właśnie tak, jakby to było najbardziej naturalne ustawienie świata, a nie coś, co normalnie wymagałoby przynajmniej jednego „hej, może byśmy…”, zakończonego pocałunkami i ściąganiem z siebie resztek ubrań, jakby nie liczyło się nic, poza tym.
Parsknąłem cicho, słysząc to o wygodzie, i odruchowo przesunąłem dłonią po jej plecach, jakbym chciał sprawdzić, czy faktycznie leży jej się tak dobrze.
- Widzisz? - Mruknąłem z satysfakcją. - Mówiłem, że mam zastosowanie praktyczne. Dobrze słyszeć, że przynajmniej w tym przyznajesz mi rację. - Korzystając z okazji, jeszcze raz przeciągnąłem kciukiem po jej skórze, zupełnie bezmyślnie, to był gest, który powtarzałem setki razy. Słońce wydobywało jej piegi, te drobne, rozrzucone jak konstelacje, których normalnie nie było widać tak wyraźnie, lubiłem je liczyć, chociaż nigdy nie mówiłem tego głośno.
Parsknąłem znowu, słysząc jej kolejne słowa, i pokręciłem głową.
- Udawać, że cię nie znam? - Powtórzyłem. - Jeśli bardzo chcesz, mogę spróbować. Będę robił wielkie oczy, udawał zaskoczenie i mówił „och, naprawdę?”, aż wreszcie zdecydujesz, że to gorsze od prawdy. - Spojrzałem na nią z ukosa, z tym charakterystycznym, drażniącym uśmiechem. Czasami czułem, że znałem ją lepiej, niż powinienem, jakbyśmy ominęli kilka etapów i wylądowali w miejscu, gdzie ludzie zwykle są dopiero po latach, a potem… Potem się zatrzymaliśmy, może dlatego, że byliśmy w tym za dobrzy, w krążeniu,  balansowaniu na granicy, której nigdy oficjalnie nie przekraczaliśmy. Od tamtej zimy - momentu, kiedy wszystko miało się skończyć, a zamiast tego zaczęło się coś, czego nikt z nas nie potrafił nazwać - pracowaliśmy razem, wpadaliśmy na siebie, znikaliśmy, wracaliśmy, prowadziliśmy rozmowy, tworzyliśmy plany… Na początku brzmiały głupio, ale bardziej odważnie, jakbyśmy rzeczywiście rozważali postawienie wszystkiego na jedną kartę, ale zawsze było coś ważniejszego - zlecenie, kryzys, katastrofa, wymówka - piętrzyły się tak bardzo, że z czasem te dialogi zaczęły przypominać konkurs na to, kto wciśnie więcej hipotetycznych absurdów w jedno, jak najbardziej zagmatwane zdanie. Potem chyba przestaliśmy liczyć punkty w tej grze, tak naprawdę przywykając do tego stanu.
- „Nie miałam wyjścia” to twoje ulubione zdanie, zdecydowanie. - Rzuciłem spokojnie, przeciągając samogłoski. Zawsze miała talent do nadawania swoim decyzjom tej cienkiej warstwy „logicznej konieczności”, jakby los, w który tak bardzo wierzyła, prawa fizyki i zdrowy rozsądek sprzysięgały się, żeby dać jej rację. - To jest w tobie jednocześnie najbardziej irytujące i najbardziej… Przekonujące. - Nie powiedziałem „pociągające”, chociaż chciałem, nagle jakoś przestało mi pasować do kontekstu naszej rozmowy. - Anektujesz. Z pełnym przekonaniem, że i tak ci się należało. - Dodałem, jakby to była tylko luźna uwaga, ale uśmiech miałem zbyt świadomy, żeby naprawdę była neutralna.
W pewnym momencie rzuciłem okiem w bok, na resztę naszej tymczasowej, australijskiej ekipy, nie robiąc tego w żadnym konkretnym celu, bo dziś mieliśmy dzień wolny, przeznaczony w zupełności tak, jak chcieliśmy go sobie spędzić, więc nie przykładałem zbyt wiele uwagi do tego, kto gdzie się szwendał - przynajmniej do momentu, gdy nie zawędrowałem wzrokiem zbyt daleko i nie zobaczyłem zobaczyłem go, tego jednego, zawsze był jakiś jeden. Ten też patrzył w naszym kierunku trochę za długo, z tym uśmiechem, który miał udawać luz, ale był aż nadto czytelny, i z tą miną, która mówiła „widzę cię i chcę spróbować”. Poczułem coś nieprzyjemnego w żołądku, szybkiego, irracjonalnego. Wspólne zlecenie, dziwne okoliczności, za dużo czasu razem, za mało granic - kiedyś powiedziałem, że to się źle skończy, potem przestałem to mówić na głos, ale to nie znaczyło, że o tym nie myślałem.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, w kontraście do swoich odczuć, bardziej demonstracyjnie, i przesunąłem dłoń po boku Prue tak, jakby to było najnormalniejsze na świecie, strzepując trochę piasku z jej skóry.
- Swoją drogą - rzuciłem niby mimochodem, wracając do niej wzrokiem, tonem kompletnie niewinnym, jak na coś, co wierciło mi dziurę w brzuchu - skoro już mówimy o „sięganiu”, zauważyłaś, że nasz nowy kolega z ekipy wyjątkowo często znajduje pretekst, żeby być w twoim zasięgu? To musi być niesamowite, jak bardzo przypadek go kocha. - Zerknąłem na nią spod rzęs, z cieniem uśmiechu, który już nie sięgał oczu, po czym spojrzałem w bok, na ocean, który wyglądał jak pocztówka, był idealnie nieprawdziwy - tak niebieski, że aż nienaturalny - na chwilę zamilkłem, słuchając fal. Mewy krzyczały gdzieś w oddali, ktoś grał na gitarze przy wejściu na plażę, wszystko było zbyt spokojne jak na nasze standardy.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=119Dn5q.png[/inny avek]


RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 13.01.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0GRictF.jpeg[/inny avek]
- Groźby mają większą siłę przebicia. - Jasne, być może mogła ująć to inaczej, jednak kiedy powiedziała to w ten sposób brzmiało to bardziej dosadnie? Może tylko tak się jej wydawało, nie mogło się wydawać, bo uznał to za groźbę, więc może i lepiej. Tak, nie zamierzała dopuścić do tego, aby coś mu się stało na jej warcie, kiedy była obok, mógł czuć się bezpieczny. Na szczęście tego dnia nie mieli weryfikować tej drobnej obietnicy.[/a]

Tak się złożyło, że mieli wolne, mogli spędzić dzień na plaży, jakby nie znaleźli się tutaj tylko dlatego, że znalazło się jakieś zlecenie do wykonania. Byli trochę jak turyści, mogli leżeć plackiem, nic nie robić, cieszyć się swoją bliskością. Taki dzień przerwy dobrze im zrobił, nie musieli za niczym gonić, przed niczym uciekać, to niosło ze sobą swojego rodzaju ukojenie. Każdy potrzebował odpoczynku, od czasu do czasu, a jeśli mógł go zaznawać w miejscu tak malowniczym jak to, to oznaczało, że coś w swoim życiu robił dobrze, bo nie wszyscy mieli podobne okazje.

- To zależy, jeśli Twoim koszmarem jest życie wieczne, to coś z Tobą nie tak. - Dotknęła go palcem wskazującym w klatkę piersiową, jakby chciała, żeby to co powiedziała wybrzmiało bardziej, dzięki temu drobnemu gestowi. Nie sądziła, żeby dążył on do autodestrukcji, więc nie wydawało jej się to, żeby utrzymywanie go przy życiu faktycznie miało być jego koszmarem. Dość niefortunnie ułożyła słowa, ale zrobiła to celowo. Niby co innego miała powiedzieć? Była tylko jego przyjaciółką i uzdrowicielką, nie mogła korzystać z słów, które same nasuwały się na język, bo brzmiało to dużo bardziej poważnie, jak deklaracja na którą raczej nie byli gotowi, bo przecież nie byli dla siebie kimś, kto mógł o sobie mówić w ten sposób.

- Fakt, akurat Ty nie musisz się do tego przyzwyczajać, zastanawiałam się z czego to wynika, bo to jednak nie jest całkiem naturalne, chociaż może,  niektórzy chyba tak mają, że wolą ciepło. - Ona należała do tych raczej pomiędzy, nie przeszkadzało jej ciepło, ale uważała, że miejsca w których panują niższe temperatury również mają swój urok, dlatego ceniła sobie to, że rzucano ich to tu, to tam. - Poświęcam Ci tyle uwagi, ile jestem w stanie, więcej się nie da, czasem po prostu umykają mi te oczywistości. - Szczególnie, kiedy znajdował się tak blisko niej, a jego dłonie przyjemnie muskały jej ciało, łatwo jej było się wtedy zapominać i nie kojarzyć faktów, chociaż tego nie dodała, wolała zwalić to na temperaturę. - No i słońce mogło mi trochę przygrzać.- Dodała jeszcze, aby jakoś się wytłumaczyć.

- Nie da się ukryć, że Wielka Brytania przy tym, co mamy teraz może wydawać się bardzo mało atrakcyjna. - Nie myślała jeszcze nad powrotem, póki co dobrze było jej w drodze, jednak nie sądziła, że to potrwa wiecznie, to raczej prawo młodości, był to ten moment w życiu, kiedy mogła pałać się takim zajęciem, a nie innym, zwiedzić trochę świata, nabrać doświadczenia, później pewnie będzie musiała zadecydować o jakiejś destynacji, miejscu, w którym osiądzie. Nie sądziła, żeby była w stanie żyć w ten sposób do swojego końca.

- Będę o tym pamiętać. - Oczywiście, że musiał podkreślić to, że wiązało się to z jak najmniejszą warstwą ubrań, odruchowo spojrzała na jego klatkę piersiową, która unosiła się i opadała z każdym jego oddechem, wpatrywała się w nią odrobinę za długo.

- Pogrążasz się. - Przeniosła wzrok na jego twarz. Wiedziała, że się z nią droczy, robiła to samo. Nie sądziła, że uważał ją za straszną-straszną, wcale nie musiał się z tego tłumaczyć, chociaż to było całkiem zabawne. - Czyli jednak, mam w sobie coś strasznego, może to wcale nie tak źle, dobrze wiedzieć, że masz do mnie słabość. Nie omieszkam tego wykorzystać w przyszłości. - Powiedziała to tak, jakby wcześniej tego nie zauważała, jakby to nie było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. On miał słabość do niej, a ona do niego, tak działo się od lat. Przez długi czas wokół siebie krążyli, zresztą dalej to robili, zbliżali się i oddalali, bo tak wyglądała ich codzienność, zawsze jednak kiedy znajdowali się blisko to było dla nich nawzajem miejsce chociaż na chwilę dla siebie.

To bywało mylące, zwłaszcza, że niby uznawali to za przyjaźń, a jednak nie do końca wyglądali jak para przyjaciół. Nigdy nie zdecydowali się jednak sięgnąć po coś więcej, nie zdarzył się jeszcze na to odpowiedni moment w czasie i przestrzeni, co jednak nie zmieniało faktu, że mogli korzystać z tych drobnych gestów, kiedy odnajdywali się chociaż na chwilę.

Kiedy leżeli na tej plaży bardzo łatwo przychodziła jej myśl, że mogłaby to robić codziennie, mieć go blisko siebie, spędzać z nim każdą wolną chwilę, podobało jej się to jak ze sobą współgrali, jak ich ciała zawsze odnajdywały do siebie drogę, chociaż nigdy nie pozwolili sobie na zupełne przekroczenie granicy. Mimo, że to nie leżało do końca w ramach przyjaźni, to jednak wydawało jej się właściwe, sądziła, że naprawdę jest tu dla niej miejsce, najlepsze z możliwych, nie chciała być w tym momencie nigdzie indziej, tu było jej najlepiej.

- Po pierwsze, pewnie znalazłbyś sobie nową, po drugie, oczywiście, że bym Cię ugryzła, po trzecie, to masz rację, z tym nie mogę walczyć, przyłapałam go kilka razy na tym, jak podpijał eliksiry z zapasów, nie ufałabym mu wcale. - Ustalili więc, że zgniecenie jej jak komara było raczej głupim pomysłem. - To brzmi bardzo poważnie, postaram się nigdy nie zawieść Twojego zaufania. - Zresztą robiła to od momentu, w którym stanęli ponownie na swojej drodze. Robiła co mogła, aby utrzymać go przy życiu i miało być tak zawsze, no zawsze dopóki ona będzie gdzieś obok. Kiedyś mogło się to zmienić, jednak raczej nie planowała tego w najbliższym czasie, miała go jeszcze trochę na podobne przygody.

Poruszył się nieco, kiedy musnęła go nogą, i obsypała piaskiem. - Przepraszam. - Odpowiedziała odruchowo, nie planowała tego, jakoś tak wyszło, miała świadomość, że piasek potrafił być bardzo irytujący, kiedy znajdował się tam, gdzie nie powinien. Dość szybko się poruszył, poprawił, jak zwał tak zwał, co sugerowało, że postanowił jakoś sobie z tym poradzić.

- Nigdy nie mówiłam, że to nie jest prawdą. Masz wiele zastosowań praktycznych, jesteś wygodny, dzięki Tobie skutecznie mogę unikać piasku, który jak wiemy lubi znajdywać drogę w miejsca, gdzie nie powinien się znaleźć, jak jest zimno potrafisz całkiem przyjemnie ogrzewać ciało, niczym wielki, przenośny termofor, tylko nie trzeba Cię ze sobą nosić, sam pojawiasz się obok, co powoduje, że w tym starciu masz przewagę. Pewnie znalazłoby się jeszcze więcej praktycznych zastosowań. - Być może powinna zrobić ich listę, chociaż przecież nie dlatego ciągle łaknęła tej bliskości, nie tylko dlatego cieszyła się na każde ich spotkanie, nie przez to za nim tęskniła, kiedy dzieliły ich kilometry. Łatwo było przyzwyczaić się do jego obecności, zbyt łatwo, nie mogła nie myśleć o tym, czy kiedykolwiek byłoby możliwe, że znajdą swoje miejsce na ziemi, postanowią zostać w nim na dłużej, chociaż spróbują... Musiała odsunąć od siebie te myśli, ona tego chciała, zamierzała gdzieś się zatrzymać, nie wydawało jej się jednak, aby to było jego pragnieniem. Doskonale odnajdywał się w drodze, potrzebował adrenaliny i przygód, nie wydawało jej się, aby brał pod uwagę możliwość stabilizacji, a szkoda.

- Myślisz, że mogłoby mi to zacząć przeszkadzać? - Uniosła brew, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, przy okazji odrobinę się poruszyła, nieco poprawiła swoją nogę, która zaczęła jej spadać z jego ciała. Na pewno miał rację, bo przecież znał ją jak nikt inny, na pewno z czasem zaczęłyby ją irytować takie pytania, zdecydowanie lepiej było pozostać przy tym, co mieli teraz.

- Przecież jeśli już postępuje się w ten sposób, to nie ma sensu pytać o cokolwiek, a kiedyś ktoś pyta, to pada właśnie niezaprzeczalny argument nie miałam wyjścia i każdy jest gotowy spojrzeć na Ciebie inaczej. To działa za każdym razem. Myślę, że wcale nie uważasz tego za irytujące, tylko głupio Ci przyznać, że jest to tylko i wyłącznie przekonujące. -  Oczywiście, że musiała dodać coś od siebie. Zresztą on działał w bardzo podobny sposób, nigdy nie pytał nikogo o zdanie, sięgał po to, co do niego należało, byli w tym do siebie okropnie podobni i ją też to na swój sposób w nim fascynowało.

Dostrzegła to, że spoglądał w bok, w stronę ludzi, którzy się tutaj z nimi znaleźli. Zajmowali się sobą, był to dzień, który każdy mógł spędzić jak chciał, ona wybrała najlepszą z możliwości, nie sądziła, że ktokolwiek z ich ekipy mógłby lepiej wykorzystać ten wolny czas. Uniosła się nieco, kiedy Benjy się odezwał. Nie zrobiła jednak tego gwałtownie, żeby nikt nie zauważył, że patrzą się na nich i szeptają coś sobie do uszu. Ludzie wiedzieli, że są ze sobą blisko, niektórym mogło to przeszkadzać. Zdawała sobie z tego sprawę. Oparła się teraz na nim obiema rękoma, najdyskretniej jak potrafiła posłała spojrzenie w stronę ludzi, którzy byli ich towarzyszami w niedoli.

Po chwili opadła na jego klatkę piersiową, już wszystko widziała i wiedziała, nie musiała dłużej zerkać w tamtą stronę. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, o kim mówił.

- Nie wydaje się być szkodliwy. - Przynajmniej jak do tej pory, tak na to nie patrzyła. Faktycznie kręcił się od jakiegoś czasu koło niej, ale nie był to pierwszy raz, niektórzy lubili towarzystwo kobiet, tak po prostu, bez żadnego kontekstu, nie widziała w tym niczego niewłaściwego. - Faktycznie dość często znajduje powód, żeby znaleźć się obok, ale to chyba nic takiego, nie masz się o co martwić, mogę mieć tylko jednego najlepszego przyjaciela. - Dodała jeszcze zaczepnie, nie sądziła, że do tego zmierzał, kiedy o tym wspominał, ale nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała okazji na to, aby podkreślić, że to co ich łączyło było naprawdę wyjątkowe, nie wydawało jej się, aby była w stanie stworzyć podobną więź z kimś innym, zresztą nawet nie zamierzała próbować tego robić. Znali się zbyt długo, zbyt wiele o sobie wiedzieli, z tym nie dało się konkurować. Nikt nie wzbudzał w niej tak wielu emocji, za nikim równie mocno nie tęskniła. To mówiło samo za siebie.