![]() |
|
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. (/showthread.php?tid=5547) Strony:
1
2
|
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Benjy Fenwick - 25.12.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] Obudziłem się z tym nieprzyjemnym uczuciem, że świat jest za jasny, za głośny i zdecydowanie zbyt świadomy mojej obecności. Głowa pulsowała mi nierówno, jakby ktoś próbował wystukać mi na niej skomplikowany rytm, którego nie znałem, a usta miałem suche do granic absurdu. Przez chwilę leżałem bez ruchu, próbując ustalić podstawowe fakty - gdzie jestem, który to dzień i dlaczego moja całkowicie przemoczona kurtka ze skóry leżała rzucona niedbale na krzesło przy łóżku. „Yule” - to słowo przyszło samo, ciężkie i nieproszone. Przetarłem twarz dłonią i zamknąłem oczy mocniej, jakby to mogło cofnąć noc - nie mogło, obrazy wracały w krótkich, irytująco niewyraźnych fragmentach - wieża astronomiczna, śnieg za oknem, ciepło kamienia pod palcami, brandy psora, zdecydowanie za dużo brandy psora. I ona, Prudence, Sunny, zbyt blisko, zbyt naturalnie. Zakląłem pod nosem. Nie pamiętałem wszystkiego, co powiedziałem, tto było najgorsze. Pamiętałem natomiast, jak to mówiłem - mój ton, swobodę, ten brak filtra, który normalnie trzymałem żelazną ręką. Pamiętałem jej głowę opartą o moje ramię, moje palce bawiące się jej włosami, jakby to było oczywiste - jakbyśmy nigdy nie przestali być tymi dzieciakami z drugiego roku, siedzącymi na schodach i wymyślającymi głupie historie. Tylko że przestaliśmy, dawno temu. Usiadłem na łóżku i poczułem, jak mój żołądek wykonuje nieprzyjemny zwrot, nie od alkoholu, od świadomości, że to nie była tylko pijacka bliskość, nie dało się tego tak łatwo zbyć, za dobrze pamiętałem to ciepłe, idiotyczne poczucie szczęścia, nawet jeśli cała reszta była niejasna i zamglona, pocięta na niepasujące do siebie fragmenty obrazów i emocji. To, że byłem… Zadowolony, spokojny, jakbym na chwilę trafił dokładnie tam, gdzie powinienem być. To było niedopuszczalne. Prudence była moją rywalką, Krukonką, prefektką, dziewczyną półkrwi, chociaż żadna z tych rzeczy nie miała aż takiego znaczenia, już nie, jak to, że była też kimś, z kim świat nauczył mnie się rozmijać, nie zbliżać, a jednak wczoraj w nocy nie tylko się zbliżyliśmy - zachowywałem się, jakbym miał do tego prawo, jakbym mógł trzymać jej rękę, ciągnąć ją na taras, obiecywać prezenty na urodziny, jakby to było coś oczywistego. Przysiągłem sobie w duchu, że jeśli kiedykolwiek jeszcze znajdę kontrabandę jakiegoś psora, zgłoszę je dyrekcji osobiście. Najgorsze było to, że nie czułem wstydu, czułem napięcie, oczekiwanie - ten niepokojący impuls, który kazał mi zastanawiać się, czy ona też się obudziła z tym samym chaosem w głowie, czy pamiętała moje słowa, czy pamiętała dotyk, czy pamiętała więcej ode mnie, i wreszcie… Czy uzna to za błąd, czy za coś, o czym się milczy, czy może jednak… Podniosłem się w końcu, powoli, każdy ruch był decyzją strategiczną. Nie wiedziałem, czy dziś świat wracał do normy, do masek, ról, do ostrej linii, którą oboje tak skrupulatnie pielęgnowaliśmy przez lata, czy może do czegoś całkowicie innego. Prawda była taka, że im więcej myślałem, tym mniej byłem pewien i tym bardziej nie potrafiłem łączyć ze sobą kropek - nie wiedziałem, w jaki sposób uzupełniać te wszystkie luki w pamięci, jak interpretować emocje, co z tego było pijackim majakiem, co było snem, a co należało do rzeczywistości. A jednak wiedziałem jedno, z niepokojącą pewnością - cokolwiek wydarzyło się tej nocy w wieży astronomicznej, nie było tylko alkoholem, konsekwencje nie miały zamiaru zniknąć razem z bólem głowy. One dopiero się zaczynały. RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Prudence Fenwick - 25.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Ciężko było jej się obudzić. Prudence Bletchley zawsze wstawała o tej samej godzinie, miała swój stały rytm dnia, nie pozwalała sobie na rozleniwienie, to nie było w jej stylu, lubiła przestrzegać swoich rytuałów. Dzisiejszy poranek był jednak inny, niż wszystkie. Wstała, to znaczy otworzyła oczy jakieś dwie godziny później niż zazwyczaj, promienie słońca okropnie głośno świeciły tego poranka, głowa była ciężka, intensywnie pulsowała. Nie miała siły jej podnieść. Odruchowo wsunęła się głębiej w pościel, nasunęła kołdrę na twarz i leżała tak dłuższą chwilę. Nie czuła się najlepiej, mdliło ją, głowa ważyła chyba z tonę, do tego wszystkiego zaczęły uderzać w nią wspomnienia, a raczej ich urywki, jeszcze bardziej wsunęła się w materac, najchętniej nie wyszłaby spod kołdry i utknęła w tym łóżku na wieczność. Właśnie, pojawiły się wspomnienia, ale nie do końca pełne, kilka scen, nie miała pojęcia jak dotarła do dormitorium, jak właściwie pokonała drogę na wieży. Obserwowała gwiazdy, później pojawił się Wish, w tej swojej śmiesznej czapce z rogami, zaczęli rozmawiać i było jak dawniej, a może nawet zupełnie inaczej, ale nadal miło, bardzo miło. Pili alkohol, bardzo dużo alkoholu, a ona nie robiła takich rzeczy, jak zawsze dała mu się sprowadzić na złą drogę, nikomu innemu by na to nie pozwoliła, miała tego świadomość, a teraz nie wiedziała, co się do końca między nimi wydarzyło, skoro była pijana mogła nie ignorować tego uczucia, które pojawiało się w jego obecności, które zawsze miało pozostać zakopane bardzo głęboko. Przełknęła głośno ślinę, zacisnęła mocno dłonie na pościeli, przerażona. Pamiętała wszystko. Zawsze pamiętała wszystko, tak już miała, a tym razem pojawiła się czarna dziura, zero konkretów, tylko urywki, dla osoby takiej jak ona to było naprawdę dramatycznym przeżyciem. Wysunęła się w końcu spod kołdry, chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do jasności dnia, usiadła na łóżku, dopiero teraz zobaczyła, że na poduszce miała tę jego czapkę, kolejne wspomnienie, byli na zewnątrz, oglądali gwiazdy, nie wiedziała tylko co było dalej, co jej umykało, czego nie wiedziała. Przesunęła językiem po ustach, były cholernie suche, chciało jej się pić, bolała ją głowa, czuła się fatalnie, fizycznie i mentalnie, nie podobało jej się to, że nie pamięta. On pewnie pamiętał, ona nie, miał nad nią przewagę. Rozmawiało im się całkiem miło, może nawet, aż zbyt miło? Czy to była tylko magia świąt, czy mieli do siebie jakiś sentyment, trudno jej było stwierdzić. Wiedziała tylko tyle, że nigdy nie doprowadziła się do takiego stanu, nigdy jeszcze, aż tak nie straciła nad sobą kontroli, i ją to przerażało, okropnie. Panikowała, powinna chyba ustalić, co się stało, co robili później, jak znalazła się w dormitorium Krukonów. Bardzo dużo pytań - żadnych odpowiedzi, to było straszne. Kiedy się podniosła, miała wrażenie, że świat nadal odrobinę wiruje, to nie było przyjemnym uczuciem, wręcz przeciwnie, najchętniej zostałaby dalej w łóżku, przeleżała w nim cały dzień, zawinięta w kłębek, ale wiedziała, że powinna pojawić się na śniadaniu w Wielkiej Sali. Ogarnęła się na ile była w stanie, kiedy widziała swoje odbicie w lustrze nie do końca była zadowolona, nie był to dzień w którym prezentowała się najlepiej, dlaczego w ogóle jej na tym zależało? Nigdy się tym nie przejmowała. Pamiętała jak siedzieli razem na parapecie, bardzo blisko siebie, pamiętała jak szybko biło jej serce, pamiętała, że było miło, chciałaby, żeby jeszcze kiedyś było miło, tylko, że pojawił się taki dziwny głos w głowie, co jeśli zrobił to specjalnie? Jeśli ją upił, żeby nie pamiętała? Czy tak świetnie by udawał, że znowu umieją ze sobą rozmawiać? Nie wiedziała, chyba nie, ale czy na pewno? Przełknęła głośno ślinę, im więcej myślała, tym bardziej zdawała sobie sprawę, że mogła być zbytnio naiwna, głupia Prudence. W końcu opuściła dormitorium i pospiesznie ruszyła w stronę Wielkiej Sali, spóźniona, bo przecież wstała dzisiaj dwie godziny za późno, nie był to jej najlepszy dzień, jako prefektka powinna dawać przykład, a jej wczorajszy wyczyn był raczej idealnym wzorcem nieodpowiedniego zachowania. RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Benjy Fenwick - 26.12.2025 Słońce miało dziś osobistą vendettę przeciwko moim oczom, każdy ruch był negocjacją, każde mrugnięcie prowokacją. Kac nie był subtelny, był bezczelny, jak ja, tylko mniej zabawny. Nie pamiętałem prawie nic z poprzedniej nocy, co było tak niepokojące, że zarazem irytowało mnie bardziej niż ból skroni. Zwykle pamiętałem wszystko albo przynajmniej tyle, ile było mi wygodne, tym razem w głowie miałem rozsypane szklane odłamki, wbijające się w mój mózg, lekko śnieżące, niczym w pobitej śnieżnej kuli. Kilka błysków. Gwiazdy. Zimno. Śmiech. Ogień w gardle i to uczucie, że świat przez chwilę przestał się mnie czepiać. Czapka. Moja czapka. Też była w tym wszystkim, co było samo w sobie podejrzane. Wiedziałem tylko tyle, że obudziłem się bez niej, za to z poczuciem, że coś wymknęło mi się z rąk, chociaż nawet nie wiedziałem, co takiego. Czułem się jak bohater greckiej tragedii - prekognita, który niby wiedział, że wszystkie części składowe tragedii już się wydarzyły, klocki domino poszły w ruch i nie było możliwości zapobiegnięcia przyszłości, ale jeszcze nie miał pojęcia, jak połączyć ze sobą posiadane przez niego puzzle, urywki emocji i obrazów, i jakie będą długotrwałe konsekwencje tego, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Jak na kogoś, kto bardzo nie lubił tracić kontroli - to było fatalne uczucie, niestety, zupełnie nie do uniknięcia. Tym bardziej, jeśli nie chciałem spędzać reszty życia pod pierzyną, kryjąc głowę pod poduszką i jęcząc niczym potępiona dusza. Byłem Gryfonem, czystej krwi, Rookwoodem, a mimo to czułem się jak dzieciak, który przegrał zakład z własną wątrobą. Wielka Sala była moim pierwszym celem tego dnia, zawsze była nim z samego rana, chociaż nigdy tak późno, nie mogłem jednak przecież spędzić całego dnia w łóżku, to nie byłoby w moim stylu. Musiałem chociaż udawać, że jestem głodny, nawet jeśli pokarmy stałe były ostatnim, na co miałem ochotę. Śniadanie, świadkowie, normalność - maskowanie szkód, zawsze byłem ekspertem w udawaniu, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli wcale nie było. Korytarze Hogwartu były za jasne, za długie i za bardzo istniały, a ja stawiałem wolniejsze i cięższe kroki niż zazwyczaj, bolała mnie głowa w sposób, który sugerował, że ktoś w nocy próbował wydostać się z niej kilofem, każdy kolejny dźwięk podeszwy dotykającej kamiennej podłogi odbijał się nieprzyjemnie, nieprzyzwoicie głośnym echem w mojej czaszce, chociaż zazwyczaj chodziłem praktycznie bezszelestnie. Parokrotnie prawie źle skręciłem, gubiąc drogę, ale wreszcie stanąłem przed wejściem. Tak naprawdę pozostało mi już tylko kilka kroków i pchnięcie ciężkich, drewnianych drzwi, zza których docierał do mnie szmer rozmów i zapach świątecznego śniadania. Przesunąłem się do przodu i… Odruch zadziałał szybciej niż myśl - złapałem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie, w swoją posiniaczoną klatkę piersiową, żeby nie poleciała do tyłu jak źle rzucony kafel, moje dłonie same znalazły jej talię, pewnie, bez pytania, jakby robiły to od zawsze. Zapach - to był pierwszy cios - czysty, znajomy, uderzający gdzieś głęboko pod skórą. Pachniała porankiem, pergaminem i czymś jeszcze, czymś, co sprawiło, że mój żołądek wykonał nieautoryzowany obrót. Serce zabiło mi szybciej, co przy kacu było wybitnie niegrzeczne. Drugi przyszedł zaraz potem, kiedy spojrzałem w dół i zobaczyłem jej twarz, bladą, zmęczoną, z tym charakterystycznym napięciem w rysach, które mówiło, że świat dziś z nią nie współpracował. Na moment obraz przed moimi oczami zupełnie się rozjechał - nie byłem już w drzwiach Wielkiej Sali, byłem gdzieś indziej. Noc, parapet, gwiazdy nad nami, zbyt blisko, jakby można było je strącić palcami, jej śmiech, cichy, trochę niepewny, potem głośniejszy i mniej powstrzymywany, bardziej szczery. Moja czapka zsunęła się jej na te wielkie, brązowe oczy. Twarz znalazła się bardzo blisko mojej. Pojawiło się uczucie, że robię coś głupiego i jednocześnie cholernie właściwego. Alkohol, dużo alkoholu, zdecydowanie za dużo, i to wrażenie, którego nie powinno tam być, a było, jak drzazga wbita głęboko pod skórę - poczułem ukłucie irytacji, zmieszane z czymś, czego nie chciałem nazywać. Mrugnąłem. - Uważaj, Ptaszyno. - Rzuciłem zupełnie automatycznie, nawet się nie namyślając, z tym bezczelnym półuśmiechem, który był moją zbroją odkąd nauczyłem się chodzić i zwykle ratował mnie z opresji. - Wielka Sala nie odleci, grunt może. - Dodałem tonem aroganckiego dzieciaka, który zawsze ma kontrolę, nawet jeśli właśnie ją zgubił. Głos miałem przy tym trochę zbyt chrapliwy, niższy niż zazwyczaj, zdradliwie cichszy niż zwykle, nie tak pewny siebie, bo przecież czułem, że wydarzyło się coś ważnego - coś, co nie miało prawa się wydarzyć, i to zupełnie wybijało mnie z rytmu. W mojej głowie mignął obraz roześmianych oczu i śmiechu, bardzo blisko mojego ucha - to ciepło, które nie miało prawa istnieć w grudniową noc, myśl, że było mi dobrze w sposób, który nie pasował do żadnej z moich dotychczasowych kategorii. Cholera, cholera, cholera. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że nadal ją trzymałem. Puściłem niechętnie, jakby coś protestowało wewnątrz, i zrobiłem pół kroku w tył, krzywiąc się przy tym, bo ból głowy natychmiast upomniał się o swoje. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, próbując poskładać myśli w coś używalnego, ale to déjà vu nie chciało zniknąć, zamiast tego zawisło między nami, ciężkie i lepkie, jakby noc zostawiła na nas swój odcisk palca. - Wyglądasz gorzej niż ja. - Dodałem z udawaną swobodą, chociaż wiedziałem, że to kłamstwo. - A to już wyczyn. - Uniosłem brew, maskując moment zawahania kolejną warstwą arogancji - pewny siebie dzieciak, który zawsze wie, co robi, nawet jeśli nie ma pojęcia, co robił wczoraj. Wpuściłem ją do Wielkiej Sali pierwszą, cofając się o krok, ale moje spojrzenie zatrzymałem na niej na sekundę dłużej, niż było to rozsądne. Coś między nami wisiało, niewypowiedziane, ciężkie jak niewypity toast - coś, czego nie pamiętałem, a co moje ciało najwyraźniej pamiętało aż za dobrze. Wczoraj było… Intensywnie, musiało być, co dokładnie o tym świadczyło, to była już inna, znacznie bardziej mglista opowieść. Wiedziałem jedno - cokolwiek wydarzyło się poprzedniego wieczoru, nie było tylko alkoholem i głupotą, to było najgorsze. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Prudence Fenwick - 26.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie był to najlepszy dzień w jej życiu. Wydawało się Prudence, że coś rozsadzi jej głowę. Miała światłowstręt, reagowała skrzywieniem na każdy promień słońca przebijający się przez okna, a tych w Hogwarcie było naprawdę sporo. Krajobraz za oknem nadal wyglądał jak z bajki, jednak światło dzienne nie ułatwiało funkcjonowania. Nocą, pod osłoną mroku wszystko wydawało się być właściwe, poprawne, jednak dzisiaj docierało do niej, że wydarzyło się coś, co nie powinno. Westchnęła ciężko, wiedziała, że długo zajmie jej pogodzenie się z tym, że coś się wydarzyło, coś musiało, miała takie dziwne, wewnętrzne poczucie, że zrobiła coś niewłaściwego i najgorsze było to, że nie miała pojęcia co to było. Jej umysł nie chciał z nią współpracować, zdradził ją, gdy naprawdę był jej potrzebny, była okropnie zła, na siebie, na niego, że namówił ją do tego, aby sięgnęła po alkohol, właściwie nawet nie musiał jej jakoś specjalnie przekonywać, gdyby jednak nie znalazł się w wieży astronomicznej to nie skończyłaby z tym okropnym bólem głowy i wątpieniem w swoją moralność, gdyby spędziła to Yule sama. Nie byłoby ono jednak tak przyjemne, przecież dobrze się bawiła, przecież jej się podobało, do czasu, wszystko do czasu, Prue nie znosiła tracenia kontroli nad tym co robiła, a tutaj nie kontrolowała już niczego. Uderzały w nią urywki wspomnień, ale nie była w stanie złożyć z nich całości. On pewnie pamiętał, na pewno będzie miał nad nią przewagę, spodziewała się, że nie był to jego pierwszy raz, kiedy raczył się taką ilością alkoholu, to było najgorsze, on miał pamiętać, a ona nie. Droga do Wielkiej Sali wyjątkowo jej się dłużyła, miała wrażenie, że kilka razy znalazła się na złym piętrze, schody z nią nie współpracowały, chociaż przecież doskonale wiedziała jak one działają, nie nabierała się już na te sztuczki, jednak jej umysł dzisiaj nie do końca z nią współpracował, gubiła się w swoich ruchach, czy gestach i wiedziała, że to nie wróży nic dobrego. Najchętniej przeleżałaby cały dzień w łóżku, ale wiedziała, iż powinna coś zjeść, wydawało jej się to istotne, albo przynajmniej napić się czegoś ciepłego, chciała pozbyć się bólu głowy, skrętu żołądka, jej organizm naprawdę mocno odchorowywał to, co wczoraj w siebie wlała, cóż była pewna tylko jednego - szybko tego nie powtórzy, nie chciała znowu doprowadzać się do takiego stanu, tak właściwie to chyba nigdy więcej. Nigdy więcej nie napije się alkoholu, tego nauczyła się podczas wczorajszego wieczoru. Szła przed siebie powoli, głowę miała opuszczoną, jakby chciała uniknąć konfrontacji z całym światem, raczej zamierzała dzisiaj przemykać gdzieś obok, nie zwracając na siebie uwagi - tak, jasne, oczywiście że nie było to do końca możliwe. Weszła w kogoś, właściwie to wpadła, poczuła dłonie zaciskające się na jej talii, które przyciągnęły ją ledwie chwilę później do siebie. Uniknęła upadku, uderzył w nią znajomy zapach, tak właściwie to nie musiała podnosić głowy, aby wiedzieć kto ją złapał. Aloysius. Jego nie chciała dzisiaj spotkać, oczywiście więc, że na złość sama sobie wpadła w jego ręce, nie mogło być inaczej, świat zdecydowanie z nią dzisiaj współpracował. Idealnie. Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, chociaż nie powinna tego robić, wiedziała, że jak zajrzy mu w oczy znowu serce zabije jej szybciej, co nie było niczym dobrym, już wczoraj w Wieży Astronomicznej mieszał jej w głowie, może sama sobie mieszała, nie miała pojęcia do końca, jednak zdawała sobie sprawę, że trudno jej było ignorować te myśli, wczoraj wieczorem zaczęły wychodzić na powierzchnię. Przeczuwała, że zrobili coś głupiego, nie wiedziała do końca co, przez to, gdy na niego spoglądała była nieco wycofana, wystraszona? Odrobinę, brakowało jej tej zwyczajowej pewności siebie, błysku w oku, była nieco przygaszona. - Może, ale chyba nie do końca. Prędzej ja odlecę, niż grunt. - Gdyby tylko potrafiła bardzo chętnie odleciałaby teraz gdzieś bardzo, bardzo daleko, jak najdalej stąd. Niekoniecznie uderzyła o posadzkę, oczywiście, że uratował ją przed tym, z drugiej strony gdyby nie nadszedł w tym samym czasie z zupełnie innej strony to nie musiałby jej łapać. Odsunął się o krok, w sumie ona również to zrobiła, nie czuła, aby znajdowanie się w jego ramionach było właściwie, nie w tym miejscu, nie kiedy ktoś mógł ich zobaczyć, zaczęliby gadać, a ona nie znosiła plotek, gdzieś w głębi czuła, że pasowała wyjątkowo dobrze do tych ramion, której ją otaczały, jakby to nie był pierwszy raz gdy znajdowali się tak blisko siebie. Ugh. Nadal nie miała pojęcia, co konkretnie robili wczoraj wieczorem. - Dzięki, na Twoje dobre słowo zawsze mogę liczyć. - Uśmiechnęła się krzywo, wiedziała, że nie wygląda dzisiaj dobrze, naprawdę nie potrzebowała słuchać jego opinii, miała przecież lustro w pokoju. - Czy ja wiem, czy wyczyn, nic mnie to nie kosztowało, a jednak udało mi się Cię pobić. - Nie, aby chciała górować nad nim akurat w tym, ale trudno, przebiła go, tak wyglądała jak siedem nieszczęść, nie był to najlepszy dzień w jej życiu. Puścił ją przodem, weszła do Wielkiej Sali, rozejrzała się po jej wnętrzu. Nadal na środku stał jeden, wspólny stół. Ruszyła przed siebie, widziała spojrzenia skierowane w ich stronę, na szczęście pewnie większość uczniów uznałaby to za zbieg okoliczności. Bletchley zajęła jedno miejsce z brzegu, z dala od innych, jak zawsze, nie szukała towarzystwa, nie spoglądała za ramię, czuła, że idzie za nią, liczyła na to, że ją minie i usiądzie gdzieś dalej, nie do końca była gotowa na konfrontację, tym bardziej, że nie miała pojęcia co do końca się wydarzyło wczorajszej nocy. RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Benjy Fenwick - 26.12.2025 Serce waliło mi w klatce piersiowej w sposób zupełnie nieadekwatny do porannej katastrofy, jaką był ten dzień. Starałem się być sobą, tym samym aroganckim, wyluzowanym chłopakiem, ale coś było nie tak. Mózg robił przewroty, a ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Byłem przekonany, że ona pamiętała więcej niż ja, i to poczucie siedziało mi pod skórą jak drzazga. Kiedy Prue wpadła na mnie pod drzwiami Wielkiej Sali, przez moment miałem wrażenie, że to halucynacja. Była zbyt znajoma, zbyt blisko, w głowie praktycznie od razu zapaliła mi się cicha lampka z napisem „to już było”, tylko że bez obrazu, raczej impuls niż świadomość - ciało wiedziało coś, czego ja nie wiedziałem. Moje ręce same zareagowały, zanim mózg zdążył wtrącić swoje trzy niepotrzebne knuty, złapałem ją w pasie i przyciągnąłem, pewnie, odruchowo, jakbym robił to codziennie od lat. Puls zrobił mi coś niepokojącego dokładnie w tym momencie, w którym na mnie spojrzała. Nie było to zwykłe przyspieszenie, nie durne łomotanie po alkoholu, tylko ten jeden, krótki koziołek serca, jakby ktoś podciął mi grunt pod nogami, a potem brutalnie go zwrócił - nic dziwnego, że mózg natychmiast próbował to zagadać. - Spokojnie. - Rzuciłem, z tym swoim zwyczajowym luzem, który zwykle działał jak zaklęcie ochronne. Zauważyłem jej wycofanie, to było nowe, Prudence zawsze stała prosto, nawet gdy świat próbował ją złamać w pół. Teraz wyglądała, jakby ktoś przygasił światło. A ja… Ja nie wiedziałem, czy to moja wina, czy tylko kac próbował dorobić mi sumienie. - Grunt jest przereklamowany. Od lat próbuję to udowodnić. Hogwart bywa zdradliwy o poranku. Schody knują, posadzki czyhają. Trzeba mieć refleks. - Mówiąc to patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem, i dokładnie wiedziałem, że to błąd. Serce w dalszym ciągu robiło mi coś dziwnego, zupełnie niekulturalnego jak na poranek po Yule. Biło za szybko, potem jakby gubiło rytm, wykonywało w środku klatki piersiowej mały, niepotrzebny półobrót. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że trzymam ją sekundę za długo. Puściłem ją więc z tym swoim standardowym, bezczelnym luzem, który zwykle ratował mnie z każdej sytuacji. Udawałem, że to tylko kac, kac był wygodną wymówką na wszystko. Przesunąłem palcami pod kołnierzykiem świątecznej koszuli, odruchowo, jak zawsze, kiedy robiło mi się zbyt ciasno we własnej skórze, jakbym nagle potrzebował więcej powietrza, chociaż stałem w przeciągu. Materiał był jeszcze sztywny, świeży, pachniał czymś drogim i kompletnie niepasującym do mojego stanu. Czułem na sobie jej spojrzenie i jednocześnie byłem niemal pewien, że ona widzi więcej niż ja, bo pamięta - w tej jej głowie, poukładanej jak biblioteczne archiwa, zostało coś, czego u mnie nie było. Ta myśl była nieprzyjemna, drapiąca. Kiedy odpowiedziała, parsknąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej wesołości. Uśmiechnąłem się krzywo, dokładnie tak, jak powinien uśmiechać się Rookwood w gorszy dzień. Tylko że to nie był zwykły gorszy dzień, to był dzień z luką, z ciszą w głowie, która brzmiała podejrzanie głośno. Przechyliłem lekko głowę, mrużąc oczy, jakbym naprawdę ją oceniał, chociaż prawda była taka, że widziałem coś zupełnie innego niż „siedem nieszczęść”. Nie w sensie żartu, nie w tym wygodnym, kacowym „urwane kadry, haha, co za noc”, tylko naprawdę. Miałem w sobie tylko strzępy, migawki, uczucia bez podpisów, ciepło bez instrukcji obsługi, to było chore, pojebane. - O, proszę. - Mruknąłem, odbiła piłeczkę, bo tak, oczywiście, że ją odbiła, zawsze to robiła, zawsze mnie to wkurzało w sposób, który miał w sobie za dużo sympatii jak na zdrową rywalizację. - Zawsze do usług. - Rzuciłem, dalej wykrzywiając usta w tym swoim bezczelnym półuśmiechu, który zwykle przychodził mi bez wysiłku. - Mam talent do wspierania ludzi w kryzysie. Oddaję zwycięstwo na dziś, ale nie przyzwyczajaj się. - Dodałem, próbując wrócić do siebie, do tej wersji, która zawsze miała ripostę gotową zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć. Puściłem ją przodem, jakby to był zwykły gest, jakby nie znaczył absolutnie nic - zrobiłem krok w bok, jak dżentelmen albo tchórz, jeszcze nie byłem pewien, kim dziś jestem. Szliśmy obok siebie do Wielkiej Sali, a raczej ona szła przede mną, a ja automatycznie dostosowałem krok, jakbym robił to od dawna, tym razem trzymając się ciutkę dalej. Światło bolało mnie fizycznie, zapach jedzenia był jak obelga, ale i tak bardziej rozstrajało mnie coś innego, cięższego, siedzącego gdzieś pod moimi żebrami. Mimo to z zewnątrz udawałem spokój. Byłem wyluzowany - przynajmniej bardzo się starałem - nawet jeśli pod koszulą, tuż pod obojczykiem, pulsowało mi coś jeszcze, coś świeżego, czego nie zauważałem, a co mogło wiele wyjaśnić komuś mniej ślepemu niż ja. Malinka - świeża, bezczelna, dokładnie tam, gdzie nie powinna się znaleźć po niewinnej rozmowie o gwiazdach. Zatrzymałem się na chwilę tuż za progiem Wielkiej Sali, mrużąc oczy, bo poranek był zdecydowanie zbyt jasny jak na moje możliwości percepcyjne. Przez moment liczyłem, że zobaczę któregoś z kumpli, los zlituje się nade mną i da mi alternatywę. Rozglądałem się za miejscem, za kimkolwiek znajomym. Jeden wielki stół wyglądał jednak jak plansza do gry, na której wszystkie pola były zajęte albo kompletnie nie do przyjęcia. Żadnego wolnego miejsca, które nie krzyczałoby „usiądź tu i udawaj, że wszystko jest normalne”. Świat wyraźnie postanowił się nie wysilać, jedyne sensowne miejsce znajdowało się bezpośrednio przy Prudence. - Świetnie. - Burknąłem pod nosem, do siebie i do wszechświata. - Idealnie. - Westchnąłem w myślach i ruszyłem w tamtą stronę, skoro i tak nie miałem realnego wyboru - albo to, albo całkowite wycofanie się ze śniadania - odsunąłem krzesło naprzeciwko niej i usiadłem, opierając się niedbale, jakby to była najbardziej sensowna decyzja poranka, najnaturalniejsze posunięcie na świecie - jakbyśmy robili tak od zawsze, albo wczoraj, albo w innym życiu. Spojrzałem na Prue znad blatu stołu, a moje serce znowu zrobiło ten sam głupi numer. - No to… Dzień dobry. - Mruknąłem, jakbyśmy spotkali się tu przypadkiem, zupełnie obcy sobie ludzie. Bez słowa sięgnąłem po dzbanek i nalałem sobie do szklanki - woda, oczywiście - postawiłem ją przed sobą, po czym niemal odruchowo sięgnąłem po drugi dzbanek, ten właściwy, nachyliłem się i nalałem Prudence dokładnie to, co zawsze wybierała, nawet nie musiałem na nią patrzeć. Zrobiłem to zbyt naturalnie, jak ktoś, kto nie powinien już tego wiedzieć - jak ktoś, kto pamiętał ją sprzed wojny na spojrzenia i tytuły, sprzed rywalizacji, stare nawyki miały długie pazury. - Nawodnienie to podstawa. - Rzuciłem nonszalancko, jakby to była czysta teoria, a nie wiedza zbyt osobista jak na „rywali”. - Obiecuję nie gryźć. - Powiedziałem machinalnie, unosząc dłonie w obronnym geście, chociaż nikt mnie nie atakował.. - Przynajmniej nie bez wyraźnej prowokacji. - Zorientowałem się dopiero sekundę później, za późno, żeby się wycofać. Zamiast tego wzruszyłem ramionami, jakby to nic nie znaczyło, i zacząłem zbierać z najbliższego zasięgu kilka półproduktów, z wprawą kogoś, kto robił to nie pierwszy raz. Łyżka, trochę tego, odrobina tamtego, jeszcze trochę tego, no i trochę tamtego. Wymieszałem wszystko szybko, sprawnie, po czym przesunąłem w jej stronę jedną z dwóch szklanek. - Na kaca. - Rzuciłem, wzruszając ramionami, jakby to było nic wielkiego. Kilka cieczy zmieszało się całkiem gładko, kolor wyszedł… Dyskusyjny. Pachniało podejrzanie i wyglądało jeszcze gorzej. - Działa lepiej niż kazania prefektów. - Uniosłem swoją szklankę i wypiłem zawartość jednym haustem. Skrzywiłem się minimalnie, tylko na moment, na tyle krótko, by nie stracić twarzy. Otarłem usta wierzchem dłoni i zerknąłem na nią spod rzęs, starając się nie wpatrywać zbyt długo. - Nienawidzę świąt. - Dodałem spokojnie, opierając się wygodniej, z tym samym luzem, który miał przykryć fakt, że serce nadal biło mi odrobinę za szybko, a mózg uparcie podpowiadał, że w tej historii brakuje kilku bardzo istotnych rozdziałów. Coś mi umykało, czułem to wyraźnie - mózg podpowiadał mi, że układanka ma brakujące elementy, a ja trzymam je w kieszeni, tylko nie wiem, w której. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Prudence Fenwick - 26.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Prudence obawiała się tego, co mogło się wydarzyć. Najgorsze było to, że w głowie miała czarną dziurę, powodowało to ogromny dyskomfort, bo nigdy jej się coś takiego nie zdarzało. Wypity wczoraj alkohol okazał się zadziałać na jej przypadłość, miała tendencje do pamiętania wszystkiego, wystarczyło nieco brandy profesora od astronomii i było zupełnie przeciwnie - nie pamiętała niczego. Westchnęła ciężko, gdy o tym pomyślała. To było niedopuszczalne, nie powinna była zachować się w ten sposób, komuś takiemu jak ona, nie wypadało podejmować takich nieprzemyślanych decyzji. Wieczór potoczyłby się zupełnie inaczej, gdyby on nie pojawił się w Wieży Astronomicznej, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, poczęstował ją tym sokiem dyniowym, jego smak był dziwny... Miał być niby tylko sokiem dyniowym, teraz jej coś kliknęło, ten ostry smak... On musiał już wtedy wlewać w nią jakieś procenty, od tego się zaczęło, dlatego później tak ochoczo zgodziła się na to, aby sięgnąć po butelkę profesora. Nie dało się nie zauważyć, że gadka wyjątkowo im się kleiła, że w święta okazali sobie bardzo dużo empatii, tak właściwie bardzo łatwo udało im się ignorować to jak ich relacja wyglądała przez ostatnie kilka lat, nie zionęli w sobie nienawiścią, wręcz przeciwnie komunikowali się ze sobą jak dawniej, jakby nic nie popsuło tego, co kiedyś między nimi było. Łapała się na tym, że reagowała na niego impulsywnie, ale nie czuła wyłącznie złości, już od jakiegoś czasu chodziło też o coś innego, do czego nie chciała się przyznać sama przed sobą, co skrywała głęboko, próbowała udawać, że te emocje nie istnieją, ale wczoraj, wczoraj mogła pozwolić wypłynąć im ja powierzchnię i co najgorsze była spora szansa na to, że tego nie pamiętała. Wróciła do dormitorium w jego czapce, to też o czymś świadczyło, tylko o czym? Być może dał jej ją bo było zbyt chłodno, może sama mu ją zabrała, bo przecież miała w pamięci skrawki rozmowy i o tym też dyskutowali. Najgorsze było to, że nie miała pewności, co właściwie się między nimi wydarzyło. - Zazwyczaj nie miewam problemów z tym, aby trzymać się gruntu, to wyjątkowy dzień. Bardzo wyjątkowy. - W jej głosie dało się wyczuć chłód, starała się jakoś trzymać swoich zasad, udawała, że wszystko jest w porządku, chociaż nie było. Wczoraj straciła kontrolę, dzisiaj czuła się fatalnie, słońce okropnie ją drażniło i jeszcze ledwie wyłoniła się z pokoju wspólnego to wpadła na sprawcę całego zamieszania, który na sto procent wiedział więcej niż ona. Musiała gracz musiała udawać, że nic takiego się nie wydarzyło, gdyby jednak tak było, to nie przyglądałaby mu się tak uważnie, próbowała z niego wyczytać cokolwiek, ale zupełnie jej się to nie udawało. - Jasne, następnym razem pozwolę Ci wygrać, chociaż tak właściwie to chyba nie będzie następnego razu, będę musiała jakoś pogodzić się z brakiem rewanżu. - Jedyne, czego była pewna to to, że nie zamierzała tego powtarzać. Na pewno nie wypije ani kropli alkoholu do końca edukacji, nie po tym, co się wydarzyło, nie po tym, jak się teraz czuła, nie zamierzała doprowadzać do tego stanu ponownie, na pewno niezbyt szybko. Weszła do Wielkiej Sali, w przeciwieństwie do niego nie rozglądała się za nikim, nie szukała znajomych, chciała usiąść sama, napić się czegokolwiek, zjeść być może sucha kromkę chleba, nie spodziewała się bowiem, że jej żołądek będzie w stanie przy tych mdłościach przyjąć coś innego, wręcz przeciwnie miała wrażenie, że jeśli spróbowałaby wmusić w siebie coś konkretniejszego to skończy się szybką ucieczką z tego miejsca. Usiadła więc w końcu, wcale nie szła daleko, w odpowiedniej odległości od ludzi, na których nie miała ochoty teraz patrzyć, to było chyba jednym co jej się udało tego poranka. Nie powinna jednak chwalić dnia przed zachodem słońca, krzesło na przeciwko niej się poruszyło, przez co uniosła głowę z nad stołu i zobaczyła jego. Dosiadł się do niej, cóż pewnie wszystkie, najlepsze miejsce były już zajęte, bo spóźnili się na śniadanie, jednak czy naprawdę był, aż tak zdesperowany, aby usiąść obok? Jasne, nawiązali wczoraj drobny sojusz, tak naprawdę nie miała pojęcia, jak bardzo go nawiązywali i co dokładnie się wydarzyło, ale żeby przez to teraz siadał niedaleko? Nie wydawało jej się, aby ten jeden wieczór wystarczył do tego, by zmieniły się ich stosunki, wczoraj było Yule, dzisiaj rzeczywistość, zresztą już widziała zmianę w jego zachowaniu, znowu robił się zaczepny, pewny siebie, czego wczoraj nie demonstrował w ten sposób. - Dzień dobry. - Przyglądała mu się spod grzywki, która opadała jej na oczy, nie miała siły jej dzisiaj poprawiać, zresztą dzięki niej słońce wydawało się świecić nieco mniej jasno. Jakoś powinno im się udać przetrwać razem śniadanie, zwłaszcza, że spędzili ze sobą noc, a przynajmniej jej część, cholera to brzmiało źle - zwłaszcza, że nie miała pojęcia, co tak do końca robili poza obserwowaniem nieba i dyskusją o nietoperzach. Pamiętał, go lubiła pić do śniadania, postawił przed nią kubek z herbatą z mlekiem, sięgnęła po niego i upiła niewielki łyk, wcześniej podmuchała na zawartość bo wydawała jej się być gorąca. - Dzięki. - Mruknęła jeszcze cicho, całkiem naturalnie, nie przestawała mu się przyglądać. Na szczęście nie była w stanie dostrzec tych śladów, które na nim zostawiła poprzedniej nocy, bo pewnie uciekłaby stąd w podskokach, niczego nieświadoma siedziała wciąż na przeciwko, jakby wcale do niczego między nimi nie doszło, jakby wczoraj przy nim nie czuła się jakby znalazła swoje miejsce na ziemi. - Jesteś pewien, że dasz radę dotrzymać tej obietnicy? - Nie miała siły dzisiaj go prowokować, więc może dobrze było utrzymać to zawieszenie broni jeszcze na śniadanie, to mogłoby im wiele ułatwić. Później zaczął wybierać półprodukty, mieszać je ze sobą, takie których ona pewnie nigdy by nie połączyła, spoglądała na to mrużąc oczy, nie do końca wiedziała, co robi, czy gust smakowy mógł mu się, aż tak zmienić w przeciągu tych kilku lat? Dość szybko uzyskała odpowiedź. Lekarstwo na kaca, faktycznie, musiał mieć w tym spore doświadczenie, skoro tworzył własne mieszanki, które miały pomóc jakoś poradzić sobie z tym dniem po spożywaniu alkoholu. Wypił to jednym haustem i nie wypluł zawartości, dość niepewnie spojrzała na szklankę którą przed nią postawił, jeśli jednak miało to przynieść chociaż odrobinę ukojenia, to była skłonna zaryzykować. Sięgnęła po nią, przechyliła, zamknęła przy tym oczy i nie skupiała się na smaku, czy zapachu, po prostu przełknęła całość tej jego mikstury, popiła ją herbatą, jakoś to przetrwała. - Kiedy zacznie działać? - Skoro stosował takie metody wcześniej to powinien wiedzieć takie rzeczy. - Ja je uwielbiam, kolejna rzecz, która nad różni. - Dodała jeszcze, nie odrywała od niego wzroku, sama sięgnęła po kubek z herbatą złapała go w obie ręce, które odrobinę jej drżały, pewnie przez ten alkohol, który wczoraj w siebie wlała. RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Benjy Fenwick - 27.12.2025 Słuchałem jej bardziej, niż pozwalała na to moja reputacja, a im dłużej mówiła, tym wyraźniej coś we mnie zgrzytało, tym bardziej, że obserwowałem ją też uważniej, niż powinienem - ten chłód w głosie, napięcie w ramionach, sposób, w jaki jednocześnie próbowała mnie czytać. Czułem jej spojrzenie, uważne, analizujące, zawsze takie miała, Prudence nigdy nie patrzyła powierzchownie, nawet jeśli udawała, że tak jest. Taką samą postawę miała zawsze, kiedy coś ją uwierało, a ona nie pozwalała sobie tego okazać. A ja… Ja mimo to byłem przekonany, że pamiętała więcej ode mnie, i gdzieś w tej swojej uporządkowanej głowie miała odpowiedzi, których ja nie miałem. Może dlatego odruchowo przyjmowałem tę typową dla mnie postawę, zamiast trzymać się zapamiętanych migawek, w których było między nami znacznie lżej i luźniej. - Wyjątkowe dni mają to do siebie, że potrafią kopnąć znienacka. - Rzuciłem w końcu lekko, z pozorną nonszalancją, która chyba miała być czymś miłym. - Nawet ludzi, którzy zwykle stoją obiema nogami na ziemi. - Skinąłem lekko głową, półuśmiech sam pojawił się na ustach, obronny, automatyczny. Brzmiało zaczepnie, tak jak zawsze powinno, ale moje serce znowu zrobiło coś niepotrzebnego - wykonało za szybkie uderzenie, za mocne, jakby ciało reagowało na nią z własnej inicjatywy, zupełnie mnie pomijając. Słuchałem jej i sam chyba też jednocześnie próbowałem czytać ją między słowami, ale Prudence zawsze była w tym inna ode mnie. Zawsze potrafiła ukrywać emocje pod warstwami zasad, a ja… Ja miałem tendencję do rozbrajania wszystkiego żartem. Pruey mówiła chłodno, z tą swoją precyzją, jakby każde słowo było próbą przywrócenia porządku światu, który nagle wymknął jej się z rąk. Ja tymczasem czułem, jak coś we mnie napinało się przy samym dźwięku jej głosu - nie irytacja, nie złość, raczej to głupie, zdradzieckie poczucie, że wczoraj wydarzyło się coś ważnego, nawet jeśli mój mózg postanowił potraktować to jak nieistotny szczegół i wyrzucić poza pamięć. Przeciągnąłem dłonią po karku, znów poprawiłem kołnierzyk koszuli - leżała zbyt ciasno, albo to ja byłem dziś zbyt świadomy własnego ciała. Patrzyłem na nią spod przymrużonych powiek, z tym charakterystycznym uciskiem za skroniami, który mówił mi jasno, że wczoraj przekroczyłem kilka granic, wypijając przynajmniej jedną butelkę więcej, niż należało. Na jej zapowiedź braku rewanżu uniosłem brew, a kącik ust drgnął mi w półuśmiechu. - Och, szkoda. - Rzuciłem lekko. - Zaczynałem się przyzwyczajać do myśli, że mam godnego przeciwnika. - Brzmiało to jak typowy Rookwood, zaczepny, pewny siebie, tylko że pod spodem coś mi nie pasowało, jakby to, co mówiłem, było wyuczoną kwestią, a nie czymś, co faktycznie czułem. - Poza tym, kto jak kto, ale ty powinnaś już wiedzieć, że ja i tak nie gram dla zwycięstw. Wystarczy mi sama przyjemność gry. - Tak, brzmiało bezczelnie, miało brzmieć bezczelnie, to była moja zbroja - ta sama, której wczoraj najwyraźniej nie nosiłem. Wpuściłem ją do Wielkiej Sali i ruszyłem za nią. Słońce znów spróbowało mnie zabić, zignorowałem je z godnością, rozglądając się za miejscem. Światło było brutalne, bezlitosne, czułem pulsowanie w skroniach, ale to nie ono sprawiało, że czułem się nieswojo. Nie znalazłem ani jednego kumpla, za to znalazłem ją - znowu - siedzącą z boku, jakby próbowała zniknąć. Zająłem miejsce naprzeciwko, bo nie było sensu udawać, że to przypadek. Los już i tak był dziś wyjątkowo kreatywny. I, jeśli miałem być ze sobą uczciwy, wcale nie chciałem innego miejsca. Wziąłem dzbanek, nalałem sobie, potem bez słowa sięgnąłem po drugi i postawiłem przed nią herbatę z mlekiem - dokładnie taką, jak zawsze - dopiero po sekundzie dotarło do mnie, że to zrobiłem. Przesunąłem kubek w jej stronę bez komentarza, jakby to było oczywiste, jakbyśmy nigdy nie przestali być po tej samej stronie stołu. Zerknąłem na nią krótko, sprawdzając, czy to zauważyła. Siedzenie naprzeciwko niej było złym pomysłem - doskonałym, fatalnym, absolutnie niepotrzebnym pomysłem. Wiedziałem to w chwili, w której uniosła na mnie wzrok spod tej swojej opadającej grzywki. Świat był dziś zbyt głośny, zbyt jasny i zbyt… Zbyt wszystko. Patrzyłem na nią uważniej, niż powinienem, i im dłużej to robiłem, tym wyraźniej docierało do mnie, że coś tu się nie zgadzało. Na jej „dzięki” odpowiedziałem tylko krótkim: - Mh. - A moje serce znowu zrobiło ten irytujący, niepotrzebny skok. Wczoraj było ciepło. Było… Łatwo. Teraz każde wypowiadane słowo brzmiało jak stawianie pionków z powrotem na szachownicy, a jednak nie ruszyłem się ani o cal. - Z obietnicami bywam różny, fakt, ale w takich wypadkach nie składam obietnic bez pokrycia. Po prostu… Czasem nie precyzuję warunków. - Odpowiedziałem na jej pytanie, wzruszając ramionami. - Jeśli chodzi o przetrwanie śniadania, to jestem niepokojąco zdeterminowany. - Dodałem, ale bez zwyczajowej zaczepności, raczej jak ktoś, kto sam nie był pewien, czy naprawdę chciał kolejnej rundy. Potem przyszła pora na miksturę. Mieszanie płynów było prostsze niż analizowanie tego, co wisiało między nami. Wypiłem swoją porcję jednym haustem, skrzywiłem się, ledwie zauważalnie. Ona zrobiła to samo, zamknęła oczy, przełknęła. Patrzyłem na nią z tym dziwnym napięciem w klatce piersiowej, jakbym czekał na werdykt, prawie oddychając głębiej, gdy odezwała się do mnie z pytaniem. - Za kilka minut świat przestanie wirować. - Powiedziałem spokojnie. - Głowa też odpuści. Nie będzie idealnie, ale będzie znośnie. - Przesunąłem palcami pod kołnierzykiem koszuli, czując kolejną falę ciepła na szyi, którego nie potrafiłem sobie wyjaśnić. Coś mnie w środku ścisnęło, zupełnie nieproszonym odruchem. Jej ostatnie słowa sprawiły, że prychnąłem cicho, bez wesołości. - Święta są przereklamowane. - Stwierdziłem, opierając się wygodniej, jakbym robił to codziennie, jakby to nie było wcale dziwne. - Za dużo oczekiwań, za dużo udawania, że wszystko jest… Jakieś magiczne. - Zawyrokowałem bez ogródek. - Poza tym, skoro ty je uwielbiasz - wzruszyłem ramionami - to najwyraźniej ktoś musi dla równowagi narzekać. I, jak widać, padło na mnie. Równowaga w kosmosie została zachowana. - Drugi biegun kompatybilności czy coś, ale tego już nie dodałem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Prudence Fenwick - 27.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie widziała innej możliwości, jak przejście do tej typowej dla siebie ostrożności, kiedy znajdowała się przy nim. Wczorajszy wieczór pokazał, że nie musiała tego robić, ale ten dzień był wyjątkowy, nie oszukiwała się, wiedziała, że wszystko będzie musiało wrócić do normy. Szczególnie, że nie pamiętała zbyt wiele, wydawało jej się, iż on posiada więcej informacji od niej, na pewno częściej niż ona sięgał po alkohol, co wydawało jej się argumentem za tym, że to tylko ona nie do końca potrafiła ułożyć sobie w głowie te obrazy, że tylko jej to się rozmywało, że tylko ona miała w myślach czarną dziurę. Było to dla niej okropnie niekomfortowe. - Tak potrafią, to może być bardzo brutalne. - Mogła mieć żal tylko do siebie, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Gdyby wczoraj wyznaczyła jakąś granicę, to dzisiaj nie czułaby się w ten sposób, a miała okropne poczucie winy. Nie miała pojęcia, co między nimi zaszło, mogło wydarzyć się dosłownie wszystko, zwłaszcza, że rozmowa sama się kleiła, nie potrzebowali wiele, aby znaleźć się razem na parapecie, by oparła na nim swoją głowę, a później? Kto wiedział co było później, na pewno nie ona, spodziewała się, że on mógł to wiedzieć, ale nie zamierzała o to pytać, nie pozwalała jej na to duma. Nie chciała mu pokazać, że zupełnie nie panowała nad tym, co się z nią wczoraj działo. Najgorsze było to, że tak łatwo przyszło jej zatracenie się w tym wszystkim kiedy znajdował się obok niej, kiedy nieco zszedł z tonu, kiedy rozmawiał z nią jak dawniej. Wydawało się Prue, że miała to za sobą, ale dotarło do niej, że nadal miała do niego pewien rodzaj sentymentu, co nie powinno w ogóle istnieć, a jednak nie umarło w niej nigdy. - W tym raczej nigdy nie będę w stanie Ci dorównać. - Nie miała najmniejszego problemu, aby powiedzieć to w głos. Zresztą nie wydawało jej się, aby prześciganie się w ilości spożywanego alkoholu powinno należeć do jej zainteresowań. Wolała więc jasno określić, że to się nigdy więcej nie powtórzy, nigdy, była tego pewna. Prudence nie popełniała tych samych błędów dwa razy. - Tak, zauważyłam, raczej grasz po to, aby zobaczyć, jakie granice Twój przeciwnik jest w stanie jeszcze przekroczyć, czerpiesz z tego przyjemność, prawda? - Wiedziała, że do tego zmierzał. Sama nie potrafiła odrzucać jego propozycji gier, za każdym razem angażowała się w nie, nie potrafiła oprzeć się kolejnym konfrontacjom. Wzbudzał w niej zbyt wiele emocji, a skoro nie mogła mieć nic innego, to chciała dostać chociaż to, nie mogli się już przyjaźnić, nadal nie wiedziała dlaczego, ale mogli zostać swoimi wrogami, lepszy taki kontakt niż żaden. Później znaleźli się w Wielkiej Sali, myślała, że będzie miała już spokój, jednak los udowadniał jej ciągle, że to nie był jej dzień. Aloysius usiadł na przeciwko niej, jakby nie było żadnego lepszego miejsca, być może nie było, pojawili się na śniadaniu dość późno, trudno było znaleźć jeszcze coś w miarę logicznego. Nalał jej herbaty, przesunął kubek w jej stronę, sięgnęła po nią bez zawahania, pamiętał, jakie napoje wybierała, jakby przez ostatnie kilka lat wcale się od siebie nie odsunęli, mógł zapomnieć, mógł udawać, że zapomniał, jednak tego nie zrobił. Upiła więc łyk herbaty, to było przydatne, aby pozbyć się tej okropnej suchości z ust, miała wrażenie, że nie uda jej się szybko nawodnić, wczorajsze picie nie było zbyt dobre dla jej organizmu. Jego słowa, wcześniej rzucone potwierdziły to, że wyglądała fatalnie, wcale się temu nie dziwiła, fatalnie też się czuła. - Wydaje mi się, że w tym wypadku mamy wspólny cel, nie wiem, czy to dobrze, chociaż kiedyś, gdy zdarzało nam się współpracować, to nie wychodziło nam tak najgorzej. - Przetrwanie śniadania nie brzmiało, jak coś wielkiego, być może będą mogli je zjeść w spokoju, a później się rozejść, każde w swoją stronę, i udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. Tak właściwie do końca nawet nie wiedziała, co się wydarzyło, więc to byłaby najlepsza z możliwości. Przeszła do wypicia mikstury, która niby miała pomóc, naprawdę na to liczyła, bo nie spodziewała się tego, że ból głowy może aż tak bardzo przeszkadzać w egzystencji, do tego ten światłowstręt i wirowanie świata. Kac był naprawdę paskudną dolegliwością. - Mam nadzieję, warto, żeby po wypiciu tego okropnego napoju faktycznie coś się zmieniło, inaczej będę rozczarowana. - Nie bez powodu wlała w siebie tę obrzydliwą mieszankę, oby naprawdę coś się zmieniło, jeśli tak się nie stanie, będzie ciężko. Może jakoś uda jej się dowlec do dormitorium i tam paść na pysk, spodziewała się, że w takiej sytuacji już dzisiaj nie wstanie. - Może te Twoje, w święta można wracać do domu, nie trzeba siedzieć w szkole, tylko w towarzystwie tych, których naprawdę się lubi i niczym nie przejmować. - Nie miała problemu z tym, aby podzielić się z nim swoim punktem widzenia. Dla niej to naprawdę był jeden z najlepszych momentów w roku. Nie musiała chować się przed ludźmi, mogła ok prostu być sobą. - Tak, wszystko się zgadza, jak zawsze mamy inne zdanie, nawet mnie to nie dziwi. - Często się tak zdarzało, przynajmniej aktualnie, kiedyś było zupełnie inaczej, wydawało jej się, że czasem nie zgadzali się ze sobą tylko dlatego, żeby nie wyszło, że mają podobne podejście do jakiegoś tematu. RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Benjy Fenwick - 28.12.2025 Słuchałem jej uważniej, niż bym chciał przyznać, i to był pierwszy sygnał ostrzegawczy. Nawet jeśli na zewnątrz wyglądałem, jakbym ledwo tolerował poranek, w środku coś we mnie pracowało, mieliło każde słowo, próbowało ułożyć brakujące fragmenty nocy, której nie pamiętałem tak dobrze, jak powinienem, albo którą pamiętałem dokładnie tak jak nie powinienem. Różnica była marginalna. - W tym akurat nikt mi nigdy nie dorównywał. - Rzuciłem lekko, reagując na jej słowa o alkoholu. Uśmiechnąłem się krzywo, z tym cieniem autoironii, który zwykle rozbrajał rozmówców, niestety, ją chyba nie do końca - ona patrzyła dalej, głębiej, jakby próbowała rozsupłać węzeł, który sam sobie zawiązałem lata temu. Dziś szczególnie mocno właziło mi to pod skórę, aż robiło mi się gorąco. - Ale spokojnie, nie wpisuję tego do swoich największych osiągnięć życiowych. Każdy ma swoje talenty. Ty masz… Inne. - Brzmiało to jak komplement, chociaż podałem go w formie zaczepki. Zawsze tak robiłem, bezpieczniej było żartować, niż przyznać, że wcale nie chciałem, żeby kiedykolwiek próbowała mi dorównać w czymś takim. Sam fakt, że wczoraj dała się wciągnąć, ciążył mi bardziej, niż zamierzałem przyznać, nawet przed sobą. - Och, zdecydowanie. - Odpowiedziałem, unosząc brew, prowokacyjnie, niemal z rozbawieniem, kiedy wspomniała o moim sposobie grania. - Deklaracje posiadania granic są po to, żeby sprawdzać, czy te naprawdę istnieją. Lubię sprawdzać ludzi. - Przyznałem bez wstydu. - Lubię wiedzieć, gdzie pękają, gdzie zaczynają się wahać, a gdzie jeszcze idą dalej, mimo że nie powinni. - Brzmiałem pewnie, bezczelnie, jak ktoś, kto dokładnie wiedział, co robi. Zwykle traktowałem rozmowy jak partię szachów - ruch, kontrruch, prowokacja, uśmiech, wygrana - z Prudence zawsze było inaczej, nawet kiedy udawałem, że to tylko kolejna potyczka. Prawda była taka, że wczoraj sam posunąłem się dalej, niż planowałem, a to mnie niepokoiło bardziej, niż chciałem przyznać. - Swoje też testuję, żeby była jasność. Różnica polega na tym, że ja zwykle wiem, kiedy się zatrzymać. Ludzie często twierdzą, że ich nie przekroczą, a potem robią dokładnie to, tylko z lepszą wymówką. To… Pouczające. - Dodałem więc, bo akurat to kłamstwo było wyjątkowo gładkie, dopracowane, przećwiczone. Nawet ja niemal w nie uwierzyłem. Nie dodałem, że przy niej te granice zawsze były dziwnie rozmyte - prawda była taka, że zawsze przesuwały się same, a ja udawałem, że to część planu. Kiedyś wcale nie chciałem ich testować, tylko siedzieć obok i udawać, że świat jest prostszy, niż był w rzeczywistości. Miała w sobie ten chłodny rozsądek, który zawsze mnie drażnił i przyciągał jednocześnie, jak krawędź dachu, z którego nie powinno się skakać. Siedząc naprzeciwko, nalałem jej herbaty, dokładnie takiej, jaką piła od zawsze, a kiedy po nią sięgnęła, poczułem dziwne ukłucie satysfakcji. Pamiętałem, to było nie w porządku, że pamiętałem takie rzeczy, skoro oficjalnie byliśmy tylko nieprzyjaciółmi, jeszcze bardziej nie w porządku było jednak to, że jej dłonie lekko drżały, a ja miałem ochotę to zatrzymać, zamiast wykorzystać. - Wspólny cel brzmi groźnie. - Mruknąłem, opierając się wygodniej, kiedy sięgnęła po herbatę. Widziałem, że to, co mi właśnie komunikowała, to nie była tylko luźna uwaga, to było zamknięcie drzwi, jasna deklaracja, że wczoraj był wyjątkiem, który nie ma prawa się powtórzyć, i chociaż rozsądek mówił mi, że to właściwe podejście, coś we mnie zareagowało nieprzyjemnym ukłuciem. - Dziwnym trafem to działało. - Uśmiechnąłem się pod nosem. „Dziwnym trafem”, tak to nazwałem, bo łatwiej było zrzucić wszystko na przypadek niż przyznać, że kiedyś naprawdę się dogadywaliśmy, i to nie dlatego, że byliśmy dziećmi, tylko dlatego, że widzieliśmy się nawzajem bez masek. - Ale nie psujmy sobie reputacji. Rywale brzmią lepiej niż „ludzie, którzy przypadkiem za dobrze się znają”. - Spojrzałem na nią jeszcze raz, uważnie, z tym łobuzerskim błyskiem, który miał przykryć fakt, że serce znowu mi przyspieszyło. Przetrwanie śniadania brzmiało banalnie, a jednak czułem, że to znowu zaczęło być jedno z tych małych pól minowych, które pamięta się dłużej, niż by się chciało. Obserwowałem, jak piła miksturę na kaca, marszcząc nos, a potem sięgnęła po herbatę, jakby próbowała wypłukać z ust ten smak. Zawsze miała ładne dłonie, precyzyjne, pewne, nawet teraz, kiedy drżały minimalnie. Udałem, że tego nie zauważam - udawałem, że to tylko zwykła wymiana zdań przy śniadaniu, kolejna potyczka słowna, jedna z wielu, jakie stoczyliśmy przez lata. Prawda była taka, że każde jej słowo osiadało we mnie ciężej, niż powinno, jakby dotykało czegoś, co wolałem trzymać pod kluczem, najlepiej na samym dnie. - Ostrzegałem, że to nie eliksir szczęścia. - Stwierdziłem sucho. - Jeśli za pięć minut świat przestanie wirować, możesz uznać mnie za cudotwórcę. Jeśli nie… Cóż. Przynajmniej będziesz miała kolejny powód, żeby mieć do mnie pretensje. - To ostatnie zabrzmiało niemal zbyt lekko, jakby zależało mi na tym, żeby miała jeszcze jeden powód, by na mnie nie patrzeć. Sprawiałem wrażenie, jakby to wszystko spływało po mnie bez śladu - to była stara sztuczka - im mniej pokazywałem, tym bezpieczniej się czułem. Problem polegał na tym, że Prudence zawsze miała talent do zaglądania mi pod skórę, nawet wtedy, gdy bardzo się starałem jej to utrudnić. Jej słowa o świętach wywołały we mnie ciche prychniecie. Odwróciłem wzrok na moment, jakbym nagle zobaczył coś niezwykle interesującego po drugiej stronie sali. Miałem wrażenie, że siedzimy naprzeciwko siebie, ustawieni w dwóch częściach stołu, tuż przed sobą, jak dwie figury na szachownicy, tylko plansza była krzywa, a ktoś w nocy pozmieniał zasady. Patrzyłem na Prudence ponad rantem szklanki, udając, że świat mnie nie bolał, pulsowanie w skroniach to drobiazg, a to napięcie w klatce piersiowej to zwykła poranna irytacja. Kłamałem sobie sprawnie, zawsze byłem w tym dobry. - Dom, spokój, ludzie, których się lubi. - Wyliczyłem. Oparłem się wygodniej o oparcie krzesła, nonszalancko, jakby świat faktycznie był dziś jedynie lekkim utrapieniem, a nie czymś, co próbowało mi rozłupać czaszkę od środka. Prawda była taka, że miałem wrażenie, iż ona widziała więcej, niż powinna, dostrzegała te rysy na mojej pewności siebie, które zwykle zostawiałem skrzętnie zaklejone ironią. - Brzmi jak propaganda. U mnie święta to seria spotkań, na których wszyscy udają, że są kimś innym, a potem liczą, kto komu co jest winien. - Pochyliłem się odrobinę do przodu, opierając przedramiona o stół. - Oczywiście, że mamy inne zdanie. - Powiedziałem, pozwalając sobie na odrobinę zuchwałości. - Gdybyśmy się zgadzali, ktoś mógłby pomyśleć, że wciąż jesteśmy po tej samej stronie. - Spojrzałem na nią jeszcze raz, prosto w oczy, uważnie, z tym łobuzerskim błyskiem, który miał przykryć fakt, że serce znowu mi przyspieszyło. - A to byłoby… Mylące. - Siedząc naprzeciwko niej przy stole w Wielkiej Sali, z porannym światłem wbijającym mi się pod czaszkę i kacem, który nie znał litości, czułem się, jakbym balansował na cienkiej linie, a ona patrzyła, czy się potknę. Może rzeczywiście dogadywaliśmy się kiedyś z przypadku - może dlatego, że byliśmy dzieciakami, zanim nauczyliśmy się grać role, a może to wcale nie był przypadek, i to właśnie było w tym wszystkim najbardziej niepokojące. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - Prudence Fenwick - 28.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Spoglądała na niego uważnie, jakby obawiała się, że jeśli chociaż na moment odwróci głowę to coś przegapi, coś się stanie, znowu coś jej umknie. Nie mogła na to pozwolić, zbyt wiele informacji zdążyło jej uciec. Nie mogła pozwolić na to, aby ponownie to się stało. Oczywiście, że nikt nie mógł dorównać mu w piciu, jasna sprawa, to były kolejne słowa, które sugerowały jej, że pamiętał więcej z poprzedniej nocy, bo miał większe doświadczenie, bo nie był to jego pierwszy raz, kiedy doprowadził się do takiego stanu, na pewno więc musiał zapamiętać wszystko, w przeciwieństwie do niej. Ona poległa, obrazy jej się mieszały, no i nie była w stanie wszystkiego zobaczyć, spora część była wielką, czarną plamą. - Jasne, podejrzewam, że trudno Ci z tym dorównać, bo jesteś taki... - Tutaj machnęła przed nim ręką, zaznaczając przestrzeń gdzieś nad sobą i poruszając dłonią w dół. Taki - duży. Na pewno mógł wlać w siebie więcej niż ktoś inny, miała świadomość, że masa i wielkość ciała miały na to wpływ, ona była przy nim skrzatem, powinna o tym wczoraj pamiętać, kiedy tak ochoczo sięgała po butelkę z alkoholem. - Tak, mam inne, zdecydowanie inne. - Ustaliła bowiem, że spożywanie alkoholu nie należało do listy jej wielu talentów. Spróbowała, poległa, prosta sprawa, nie zamierzała więc tego powtarzać. - Każdy Twój ruch jest przemyślany, a jakżeby inaczej, powinnam się tego spodziewać. - Dopisała sobie swoje znaczenie tych słów. Miała swoją odpowiedź, a przynajmniej tak się jej wydawało, najwyraźniej ten wczorajszy wieczór też był testem, w którym poległa, bo pozwoliła mu się upoić, a później, później coś się wydarzyło, czuła taki dziwny ciężar na swoim ciele, tylko nie wiedziała z czego wynika, podskórnie jednak miała świadomość, że coś się stało. - Tak, tak, jesteś ponad zwyczajnymi ludźmi, to zrozumiałe, Ty wiesz co robisz, inni nie wiedzą. - Wyjątkowo nie miała zamiaru mu umniejszać, czy się z nim sprzeczać, nie była dzisiaj w swojej najlepszej formie. On nie wydawał się, aż tak odczuwać konsekwencji związanych z poprzednim dniem, był zdecydowanie w lepszej formie od Prue. Dokładnie trafił w jej gust, wiedział, po co sięgała przy śniadaniu, trafił i tym razem, pamiętał, nie sądziła, żeby trafił, chociaż może, czy naprawdę zaprzątałby sobie pamięć takimi pierdołami związanymi z nią? Pewnie nie. To musiał być przypadek, czy coś. Nie zamierzała tego roztrząsać po prostu upiła łyk herbaty, później kolejny, to nie było przecież nic wielkiego, tylko herbata. - Czy ja wiem, czy groźnie? To nic wielkiego, mamy podobny problem, chcemy przetrwać to śniadanie, możemy to sobie ułatwić, później się rozejść, prosta sprawa. - Później mogli wrócić do normalności, do zwyczajnego podejścia, udawać, że nic się nie wydarzyło, bo przecież tak powinno być lepiej. Nie, żeby tego chciała, wczorajszy wieczór okazał się być miłą odmianą, ale nie sądziła, żeby zwiastował jakieś trwałe zmiany, widziała to w jego dzisiejszym nastawieniu, być może jeszcze nie, aż tak upierdliwym do jakiego przywykła, bo póki co nie uderzał w nią jakoś mocno, ale wczoraj nie robił tego wcale, a dzisiaj już próbował zadzierać nosa. To mówiło samo za siebie, powinna zapomnieć o świątecznym wieczorze, cóż i tak większość z niego już zapomniała... - Tak, bardzo dziwnym trafem. - Kiedyś, gdy byli dziećmi wszystko było prostsze, mogli niczego przed sobą nie ukrywać, sięgali po szczerość i zdecydowanie to im służyło, później, później było gorzej, ale przywykła do tego, wypadało się dostosować. - Fakt, nie pomyślałam o reputacji, dla niektórych jest ona naprawdę istotną. - Spojrzała na niego spod tej ciemnej grzywki, która opadała jej na oczy. Oczywiście, że powinna pamiętać o jego reputacji, była dla niego ważna, to, że dosyć dobrze się znali, mogło ją nadszarpnąć. W końcu kto chciałby się przyznawać do tego, że kiedykolwiek dał jej się poznać, Prudence nie była szczególnie lubiana wśród reszty szkolnej społeczności, nie daj Merlinie jeszcze ktoś by sobie coś dopowiedział, Aloysius miałby przerąbane, musiał pilnować tego, żeby wszystko szło po jego myśli. Powinna się tego spodziewać, ukuło ją to odrobinę, ale przecież nie powinna mieć żadnych innych oczekiwań, chciała tylko przetrwać ten poranek, a później się zobaczy. - Czyli to sytuacja w której zawsze wygrywam? Uda się, świat przestaje wirować, nie uda się, mogę zarzucać Ci nieporadność, nieźle, sam się postawiłeś. - Raczej nie zdarzało się, aby ona miała być zwycięzcą podczas ich wspólnych gierek, fakt, to nie była gra, mimo wszystko zupełnie nowa sytuacja, pewnie taka pierwsza i ostatnia. Prychnął, a później zaczął mówić, nie spuszczała z niego wzroku. Wydawał się być wyjątkowo szczery, ostatnio nie zdarzało im się to często, słuchała go z uwagą, może nawet zbytnią jak na to, że powinien być jej obojętny. Było jej go szkoda, nie powinno, ale było. Święta dla niej zawsze były wyjątkowe, dzięki rodzinie, którą się wtedy otaczała. Najwyraźniej nie we wszystkich rodzinach było to takie oczywiste. - Tak szczerze, czy naprawdę myślisz, że są jakieś strony? Każdy próbuje po prostu przetrwać. - W ten, czy inny sposób. Jasne, gdyby mieli podobne zdanie to mogłoby być mylące, miewali je jednak w przeszłości, ale wtedy wszystko wydawało się być prostsze, bo byli dzieciakami i świat nie był taki czarno biały jak teraz. |