Secrets of London
[18.07.1959] Igrając z ogniem - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [18.07.1959] Igrając z ogniem (/showthread.php?tid=5555)



[18.07.1959] Igrając z ogniem - Jim - 27.12.2025

Dolina Godryka, okolice chatki Helloise

Helloise, chodź zobaczyć! Musisz zobaczyć! Helloise, pójdź ze mną zobaczyć Boga! – zawołał z wielkim przejęciem Jim, z impetem wbiegłszy na podwórko przy chatce na kurzej łapce. Zdążył wyhamować przy płocie, przeskoczył potem z rozpędu ponad grządką, zanim wreszcie przypadł do otwartych na oścież drzwi. Przestraszył przy tym leniwie dziobiące kury, które zaczęły głośno gdakać, obrażone bijąc skrzydłami na niespodziewanego intruza. Ale Jim wcale się tym nie przejął. Zdyszany, z rozwianym włosem i błyszczącymi oczyma, pokazywal palcem w dal, mniej więcej w kierunku, z którego przybiegł. Zaniósł się śmiechem, jak szaleniec, jak gdyby wciąż nie wierzył w to, co się stało. Bo oto dostał właśnie namacalny dowód na to, że Bóg mówi do niego, tak jak mówił do starotestamentowych proroków! Przechadzając się pośród łąk, odnalazł gorejący krzew, który nie spalał się, mimo że stał w ogniu. Taki sam jak ten, pod postacią którego objawił się Mojżeszowi Bóg.

Wiem, że gdy mówiłem ci o Bogu, najczęściej mówiłem tylko o jednym z Trójcy, o Panu Jezusie. O Synu Boga, który za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi i stał się człowiekiem. Pamiętasz, jak mowiłem o Jezusie? "Zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu." – opowiadał naprędce Jim, ciągnąc za sobą Helloise. – Jezus Chrystus. Ten, który tak samo jak i my biegał po drogach z kurzem na stopach i potem na skroniach. Ten, który jadł chleb z ludźmi, pił wino na weselu... Pozwalał się dotykać chorym i cierpiącym, płakał nad zmarłymi, śmiał się, gdy się radował, a w gniewie rozwalił stragan w świątyni! Ale zanim świat poznał Syna, znał jego Ojca. Bóg Ojciec, ten, który jest. Nie zrodzony, nie uczyniony, po prostu... Obecny. Jezus znał go od zawsze i urodził się po to tylko, żeby nas do niego doprowadzić. Zanim przyszedł Jezus... Bóg był głosem, płomieniem, znakami. Jak Matka, która pokazuje ci się w liściach i wodzie.

Pociągnął ją za sobą w stronę obrzeży lasu. Po raz pierwszy spotkał Helloise właśnie tutaj, gdy szukał ognistych wróżek, których miód miał mieć magiczne właściwości. Szukał ich gniazd na obrzeżach starej Kniei, która okalała Dolinę Godryka, trochę obawiał się bowiem zejść z wydeptanej ścieżki i zapuścić w głąb lasu. Wdrapał się na drzewo, koszulą osłaniając twarz przed drażniącym pyłkiem. Nie chciał, żeby psotne wróżki spaliły mu brwi. Zbliżając się, śpiewał im cicho starą piosnkę maryjną, słyszał bowiem, że te stworzonka znajdują upodobanie w muzyce. Nie spodziewał się, jednak, że usłyszy go ktoś jeszcze. Ktoś nieco większy od wróżki, choć można by się kłócić, że równie kapryśny, co one. Zwłaszcza wtedy, gdy domagała się uparcie, żeby nauczył jej wcześniej zaśpiewanej piosenki! Helloise za osobistą obrazę uznała, że nie zna tego jednego hymnu do Matki. Skąd mogła wiedzieć, że chodzi o Maryję? Jim pamiętał, jak powoli odłożył rozespaną wróżkę z powrotem do jej dziupli. Dmuchnął leciutko w jej drobną twarzyczkę, jak gdyby próbował podsycić tlące się płomię ogniska. Wróżki popadały wtedy w letarg, który może i nie trwał długo, ale wystarczająco, aby Jim zdążył podebrać im nieco miodu z ula. Nie wziął dużo. Zawinął dwie niewielkie bryłki w zerwane z drzewa liście, po czym zręcznie zeskoczył na ziemię tuż obok Helloise. Podzielił się z nią wróżkowym miodem, który przyjemnie parzył język. Komunia dwójki dzieciaków, których dzieliło niemal wszystko. Wszystko poza starym psalmem i liściem pomazanym wyrwaną Kniei słodyczą. Od tamtej pory minęło już dobrych kilka lat, w ciągu których zdążyli się trochę z Helloise zapoznać. A bo to Jim wpadł do chatki na kurzej łapce z prośbą o jakąś maść na oparzenia, a bo to przyniósł jej znowu jakieś kwiatki... Nie żeby zdołał ją nawrócić na właściwą drogę. Ale kto powiedział, że dzieło ewangelizacji będzie łatwym? Helloise zadawała mu trudne pytania na temat wiary chrześcijańskiej, które prowokowały do rozmyślań. Umacniały Jima w jego przekonaniach, który zadawał podobnie trudne pytania na temat Matki.

Biegnąc, naprędce streszczał Helloise opowieść o Mojżeszu zawartą na kartach Księgi Wyjścia. Wreszcie dotarli jednak na miejsce. Jim zzuł sandały ze stóp, bo chociaż żaden głos nie nakazał mu tego tak, jak Mojżeszowi, święta musiała być ziemia, po której właśnie stąpał. Bo patrzyli przecież na cud! Z zachwytem pokazał Helloise na krzak, który po chwili... Naprawdę buchnął płomieniem.

...Więc powiedział do siebie: "Podejdę, żeby się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku. Dlaczego krzew się nie spala?" – powtórzył Jim słowa Pisma, po czym znowu się zaśmiał, głośno i radośnie.


RE: [18.07.1959] Igrając z ogniem - Helloise Rowle - 28.12.2025

Gdy się poznali, Jim nauczył ją zupełnie nowego, przepięknego hymnu do Matki. Opowiadał też historie o Naszym Panu, który był wielkim nekromantą. Legendy Jima przypominały nieco sposób, w jaki niektórzy potomkowie Salazara Slytherina wypowiadali się o swoim przodku — z tą czcią i dumą. Postać zapewne była zatem czarodziejem podobnego formatu, a skoro chłopak mówił o nim nasz pan, ów Jezus musiał być praojcem jego rodu. Usłyszawszy garść historii, Helloise polubiła całkiem ową wybitną figurę Chrystusa. Nie było chyba dziedziny magii, w jakiej by się ten heros nie specjalizował: transmutacja wody w wino, wywołanie duchów Mojżesza i Eliasza na górze Tabor, egzorcyzmy, uwarzenie wywaru Żywej Śmierci, który działał trzy dni, nekromantyczne rytuały na Łazarzu, magia bezróżdżkowa, czytanie aur dwunastu uczniów, jasnowidzenie zdrady Judasza, i jeszcze wszystkie te uzdrowicielskie zdolności. Szczególną sympatią Helloise zapałała do Jezusa, gdy Jim opowiedział o wypędzeniu kupców ze świątyni. Inspirujący pokaz gniewu i siły, o jakim rozmarzyła się nastoletnia czarownica, szczególnie gdy wspominała gorzko w głowie, jak babuszka Teofila w ostatni sabat próbowała nakłonić ją do siedzenia u swojego boku na stoisku jarmarcznym, jawnie urągając godności młodej panienki.
Hela zachwycona opowieściami nowego znajomego zapytała, czy jego pan, ten Jezus Chrystus, nie zostawił aby jakichś pism. Okazało się, że owszem, zostały po nim pisma i rozanielony Jim sprezentował dziewczynie Biblię. Helloise skrycie liczyła, że po tak wielkim nekromancie i alchemiku Jim odziedziczył jakieś ryciny, opisy rytuałów czy formuły. Jakież było jej rozczarowanie, gdy na jednej z pierwszych stron pojawił się opis gobelinu rodowego Jezusa z domu Dawida. Od razu przypomniały jej się te niewyobrażalnie nudne wieczory, gdy ojciec niestrudzenie wyjaśniał swojej nadpobudliwej córuchnie Skorowidz Czystości Krwi. Naprawdę? Jim podarował jej kronikę swojego rodu czy o co w tym wszystkim chodziło?
Rowle dała Biblii jeszcze jedną szansę, skoro dostrzegła, że księga jest podzielona na dwoje. Przekartkowała do drugiej części, która zaczęła się od tego, jak przez aranżowane małżeństwo rozwiązywali w rodzie Jima problem bękarta. Helloise straciła cierpliwość. Doprawdy, mało co ją tak nudziło, jak genealogie rodowe i procedury postępowania z pozamałżeńskimi dziedzicami. Przerzuciła jeszcze zniechęcona do końca. Było trochę o smokach, ale nie tak znowu wiele. Wcale się temu nie dziwiła, gdy przeczytała, że smok ostrzący zęby na ciężarną kobietę (czy Niewiasta z Apokalipsy Jana to była jakaś prababka Jima?) był powodem, dla którego ród Dawida się od smoków odwrócił i chciał je zgładzić. Niesamowicie zdenerwowała ją ich postawa, ale nie zamierzała wypominać nowemu koledze błędów odległych przodków.
Tego samego dnia posłała do rezerwatu list, że potrzebuje kopii Skorowidza, co wzbudziło w domu nadzieje, że być może w Heli objawiła się chęć nadrobienia braków. Czyżby zapragnęła zostać wzorową czystokrwistą damą?
Nic z tych rzeczy. Dziewczyna wcisnęła Skorowidz Jimowi przy najbliżej okazji.
To o mojej rodzinie, powiedziała mu wtedy, otwierając na odpowiedniej stronie i pokazując palcem swojego ojca, ówczesną głowę rodu Rowle. Pomyślałam, że ci się spodoba, skoro tak pilnie studiujesz waszą kronikę rodową. Zawahała się niepewna, czy powinna poruszać przy nim drażliwe tematy, ale jako że nie zwykła gryźć się w język, ostatecznie się zdecydowała: Wiesz, to nie szkodzi, że twój pra-pradziad, był bękartem. Skoro został uznany przez Józefa, musiał być odpowiedniej krwi. I… nie dziwię się, że twoja rodzina nie zajmuje się smokami. Smoki zjadły kilkoro moich krewnych, to prawda, ale nigdy nie próbowaliśmy ich za to strącać z niebios. Trzeba rozumieć ryzyka. Mój pan przodek — to pan dodawało tyle powagi, a przecież nie mogła być gorsza, gdy Jim ciągle mówił o swoim przodku Pan Jezus — nie był wielkim nekromantą, ale umiał nawiązywać właśnie ze smokami więzi tak głębokie, że pozwalały mu oglądać ze swoich grzbietów chmury.
Och, jak szybko krew odpływała z twarzy Helloise z rodu Rowle i jakże urosły jej oczy, gdy Jim wyjaśnił, że nie, on wcale nie jest Jamesem z rodu Dawida, a Biblia to nie jego rodowa kronika.
Po pierwszym szoku przeszła nad tym jednak dziewczyna do porządku dziennego. Iskry sypały się uroczo z Jima niczym ze smoczogników i poczciwa była z niego istota, a Helloise znajdowała się daleko od domu, w którym osądzaliby ją pochopnie za takie znajomości. Choć, oczywiście, zaproszenie do Snowdonii złożone w chwili podniecenia smoczymi tradycjami rodu Dawida cofnęła w popłochu.

* * *

Dolina utopiona w gęstym skwarze lipcowego dnia wydawała się ospała, zduszona ogniem popołudnia. Parująca cisza otaczała również chatkę na kurzej stopie, gdzie w półmroku chłodnej kuchni przycupnęła Helloise łuskająca leniwie groszek. Niespodziewanie rozwlekły rytm pochrapywania drzemiącej w sąsiednim pokoju babki został przykryty poruszeniem wśród kur. Dziewczyna porzuciła skrzynkę zielonych strączków i wstała, aby wyjrzeć na podwórze, gdzie dopadł ją w podnieceniu Jim.
Brzmiał jak szaleniec, lecz jego szaleństwo serdecznie ją bawiło, odkąd przełknęła nieporozumienie, jakie naznaczyło początek ich znajomości. Podążyła toteż za nim boso jak stała, a uśmiech jej rósł, gdy słuchała relacji rozemocjonowanego chłopaka. Niemożliwym było wejść Jimowi w słowo, szczególnie że Hela z trudem dotrzymywała mu kroku w tej gonitwie.
Z ulgą wypadła ze słonecznej kadzi pod osłonę soczystego cienia drzew u obrzeży Kniei i… zaśmiała się, widząc dyptam.
— Czy przemówił już? — zapytała, dysząc lekko od wysiłku. Pytała tonem lekkim i przyjaznym, nie miała rzecz jasna na myśli złośliwego okpienia Jima.
Helloise zebrała ze swoich lśniących od potu policzków poprzyklejane kosmyki jasnych włosów wypadłe z potarganego biegiem warkocza. Czuła, jak sukienka — choć z przewiewnego lnu — klei jej się do pleców. Siadła w dziki gąszcz traw i, wciąż rozbawiona odkryciem, przyjrzała się lepiej płonącemu krzakowi.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego krzew się nie spala?


RE: [18.07.1959] Igrając z ogniem - Jim - 11.04.2026

Odkąd Jim zapoznał się z rodowodem Helloise nieco ostrożniej używał przy niej sformułowań typu "wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi", bo chociaż była to najprawdziwsza prawda, jako panienka z rodu czystej krwi, mogłaby się tym faktem bardzo oburzyć. Wystarczyło wspomnieć, jak straszliwie przejęła się tym, że Jim mógłby pochodzić z nieprawego łoża, pocieszając nieco zdezorientowanego chłopaka, który musiał wyjaśnić jej, że do żadnego mezaliansu w jego rodzinie nie doszło. A nawet gdyby, to jego rodzice dawno już umarli. Wciąż miał jednak Ojca w Niebie, i Matkę Boską, czuwającą nad nim, jak nad własnym synem. Bał się, że będzie to trudne do wyjaśnienia, ale Helloise w mig załapała, o chodzi, bo wyznawała wiarę w boginię o trzech twarzach, uwielbiając Dziewicę, Matkę i Staruchę. Uwierzyć w Ojca, i Syna, i Ducha Świętego było jej już ciężej. A jednak nie patrzyła na niego z pogardą, gdy z płomienną żarliwością tłumaczył jej podstawy swej wiary. Może dlatego, że mimo tego, że miała ojca i matkę, o których pochodzeniu wypowiadała się tak dumnie, mieszkała z dala od nich. Mieszkała w skromnej chatce w lesie, a nie w wielkich, podniebnych pałacach, jakie budowali władcy przestworzy dla swych smoków. Nie bywała na dworach, jak jaśniepaństwo, a chociaż miała nazwisko, wszyscy mówili do niej po prostu Helloise, a nie "panna Rowle". Jim nie pytał, dlaczego. Gdyby ktoś go kiedyś zapytał, dlaczego uciekł z domu, też by nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie miało to żadnego znaczenia. Czasem żal mu było jednak Helloise. Nie dlatego, że żyła w Kniei, bo musiała kochać las, którego sekretów strzegła tak pilnie, pokazując czułość wokół otaczającej jej przyrody gestem i słowem. Żal mu było jej, bo była tutaj całkiem sama, chociaż miała rodzinę, która żyła, i miała się wcale dobrze. Jim był sierotą, ale wciąż miał cyrk. A jedynym, kogo Helloise zdawała się mieć na wyłączność, była bogini Matka. Nie potrzebowała jego litości, ale przecież nie litością ją obdarzał, lecz przyjaźnią. Zwłaszcza, że do smoków nic nie miał. Pluł ogniem równie często, co one, czasem dla uciechy Helloise, zwłaszcza, gdy potrzeba było rozpalić pod kuchnią. Gdy pokazywał jej poparzone palce, śmiał się, pytając, czy uwarzyłaby taki eliksir, żeby mu wyrosły ognioodporne łuski. Być może była to naiwność. Tak samo naiwnie wierzył w Boga, w płonący krzew, który się nie spalał. W Helloise, która była dla niego tak po prostu miła. Ale Jim nigdy nie nazwałby tego naiwnością.

Teraz zgarnął porzucone pośród traw buty, które zzuł wcześniej z nóg, aby nie bezcześcić świętej ziemi. Właściwie to uważał za głupotę, żeby chodzić w butach, kiedy było tak gorąco, ale ukradł mu je jeden z młodszych braci. A że Jim nie chciał przed nim wyjść na niewdzięcznika, w butach trza było od czasu do czasu pochodzić.

Powiedz – poprosił, klękając na ziemi obok Helloise. Klęczał z oczami utkwionymi w płonącym krzewie, z wyprostowanymi plecami. Z przepełnioną spokojem twarzą, na której odmalował się wyraz powagi. – Powiedz, Helloise. Bo Bóg nie przemówi, chociaż bardzo pragnąłbym, aby przemówił. – Jakaś ostateczność tkwiła w tym stwierdzeniu. Nieodwołalność, z jaką zwykł wypowiadać wyznanie wiary, nieobarczona jednak gniewem, ani nawet zawodem. Jim podniósł rozognione spojrzenie na Helloise.

Uśmiechnął się do niej.

Gdy się uśmiechał, w jego oczach płonął ogień.

Powiedz mi, co mówi krzew, a ja powiem ci, co mówi ogień – obiecał łagodnie. Przedziwną była wiara tego chłopaka. Przedziwnym było, że jeszcze chwilę temu biegł tutaj, cały w skowronkach, robiąc dodatkowe okrążenia, żeby nie zostawić Helloise w tyle, a teraz w milczeniu siedział na ziemi, nieruchomo niemal, kontemplując płonący krzew. Wcześniejsza radość nie wygasła, lecz tliła się w nim powoli, nigdy nie znikając przecież całkowicie, nawet wtedy, gdy Jim zdawał się smutnym.


RE: [18.07.1959] Igrając z ogniem - Helloise Rowle - 24.06.2026

Ona nigdy by się z Jimem nie zamieniła na bycie osieroconym dzieckiem. Wolała być samotna i pogardzona niż pozbawiona ojca i matki. Nieważne, jak słodką bywała religijna komunia z Boginią-Matką czy Matką Maryją, gdy Helloise zwijała się w kłębek smutków, chciała do mamy — do swojej mamy. Wymieniała z nią listy, widywała ją przy świątecznym stole. Nie wymieniłaby tego za najliczniejszą przyszywaną rodzinę.
Wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi — lecz niektórzy stworzeni zostali ulubieńcami Matki.
Jim był jednym z pierwszych pytań, w których Matka Natura rzucała młodej, uczącej się rozumieć świat czarownicy nierozwiązywalne filozoficzne wyzwanie. Jim był jednocześnie wybranym i nieczystym. Jak Helloise miała pomieścić ten paradoks wewnątrz swojej wiary? Pobłogosławiono mu w łonie matki poprzez złożenie w nim surowego żywiołu. Wybrano go, lecz wybrano spośród mugoli.
Być może otrzymanie płomienia magii nieprzeznaczonego swemu gatunkowi było nagrodą; wyróżnieniem, które powinno się szczególnie cenić. Czarownica przeżyła moment fascynacji tą ideą. Helloise kochała ogień. Jim umiał poprawić jej humor, był dla niej dobry i wcale nie głupi. Może otrzymał od losu szansę, aby być jednym z nich? W cierpliwych tłumaczeniach i koleżeńskich teologicznych sporach próbowała delikatnie wyrwać z niego to, co chrześcijańskie i mugolskie. Chciała przeobrazić to dziecko z obcego plemienia w kogoś, kogo jej bracia widzieliby jako podobnego im. Chciała, żeby mówił, jak oni, myślał, jak oni, wierzył, jak oni. Może on nie musiał podróżować z mugolackim cyrkiem wystawiony na wieczną szykanę. Mogliby być z Jimem przyjaciółmi z jej marzenia.
W pewnym momencie spojrzała na niego i na swoje starania, i uświadomiła sobie smutno, dlaczego tacy jak Jim nie siadają z Rowle'ami do jednego stołu. On nie chciał opuścić mugolskiego bożka i nie potrafił patrzeć na świat tak, jak ona patrzyła. Z przerażającą konsekwencją jego bóg prowadził go w słabość: oto w herezji chrystusowej dobrymi byli poniżeni, biedni, bezsilni, chorzy, nienasyceni, cierpiący, nadstawiający drugi policzek, umartwieni. Kłamstwo tego boga przewracało porządek świata, odsuwając istotę ludzką od wszystkiego, co mogło być w niej piękne: potęgi, szlachetności, siły. Zupełne przewartościowanie ideału. Helloise nie rozumiała, dlaczego Jim wciąż motał się w swojej wielkiej, wielkiej winie i żalu za grzechy, podczas gdy ona od swoich grzechów odsuwała się wyniośle każdego dnia.
Popełniła błąd, została ukarana, nie zmierzała przyjmować więcej batów niż to konieczne — dlatego trwała w skromnej chacie pod lasem, nie w pałacu, gdzie jej próbowano wtłoczyć skruchę i posłuszeństwo.
Jim sam siebie mienił grzesznikiem.
Dzięki Jimowi Helloise zrozumiała, dlaczego czarodzieje jak jej ojciec nie chcieli do swoich dzieci dopuszczać ludzi szerzących te mugolskie idee niewolnicze. Jim nie był złym człowiekiem, nigdy nim nie pogardzała, nie nienawidziła go — ale zrozumiała. Jej bogowie domagali się, aby ich otaczali czcią ludzie mocni i wielcy, nie grzeszny paproch wyznający własną nędzę.
Wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi — Helloise potrafiła uwielbiać każde stworzenie będące dziełem Matki. Spędzili z Jimem wiele radosnych dni. Upierała się, żeby poparzonym dłoniom maściami przynosić ulgę. Dawała mu do rozgrzania swoje skostniałe palce podczas zimowych spacerów. Zafascynowana patrzyła, jak w jego gardle nieosłoniętym łuskami rodzi się ogień. Sypały się z niego iskry, a ona za ogniem codziennie tęskniła. Lubiła Jima.
To tylko oleje eteryczne — rzuciła tamtego lipcowego popołudnia z pozbawionym protekcjonalności, szczerym uśmiechem na lśniącej od potu, zarumienionej wysiłkiem i upałem twarzy, na której odznaczał się spalony słońcem czubek nosa. — Wydziela ich mnóstwo, gdy jest gorąco. Oleje palą się na powierzchni rośliny, ale nie robią jej krzywdy.
Suche trawy zaszeleściły pod bosymi stopami, gdy czarownica obeszła dyptam i stanęła za krzewem, górując nad ciemnozielonymi liśćmi, aby znaleźć się naprzeciw klęczącego Jima zapatrzonego w to zjawisko. Płomień dotarł do kwiatu i zgasł.
— Zwykle nie zapala się sam. Musiał złapać twoją iskrę. Wygląda na to, że to ty jesteś płomieniem boga, którego szukasz. — W jej oczach to Jim był gorejącym krzewem, nie samosiejka spod lasu. On był źródłem ognia, roślina ten ogień jedynie od niego pożyczyła. Helloise ujęła różową główkę kwiatu między dwa palce i spuściła na delikatne płateczki wzrok, gdy myśli jej znów powędrowały ku smutnej refleksji. Jim jak zawsze szukał źródła boskości w czymś na zewnątrz. Poniżał się przed krzewem, któremu sam dał płomień. — Możesz zrobić mu to jeszcze raz — zaproponowała Helloise.