![]() |
|
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy (/showthread.php?tid=5560) |
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 28.12.2025 Pojawili się w domu rodziców Prudence po to, aby spakować jej rzeczy. Mieli plan, w sumie całkiem sprytny. Jej mieszkanie aktualnie nie nadawało się do niczego, jednak babka Ellie miała swój własny plan, którym napastowała Prudence już od jakiegoś czasu, jakby przeczuwała to, że przyda jej się dom. Miała swoje sposoby na czytanie przyszłości, nigdy specjalnie nie kryła się z tym przed resztą członków rodziny, najwyraźniej szybciej niż sama Prudence wiedziała, że ta będzie potrzebowała nowego kąta. Sam pomysł wydawał się Prue nie najgorszy, musieli tylko pomóc jej ogarnąć mieszkanie na Horyzontalnej, które należało do niej, bo nie nadawało się aktualnie do zamieszkania, babka miała to w nosie z twierdząc, że sama sobie z tym poradzi, jednak Prudence nie do końca chciała ją stawiać w takiej sytuacji. Znaleźli się jednak w mieszkaniu jej rodziców, w jej sypialni z czasów dziecięcych, aby spakować dobytek kobiety. Dom był pusty, rodzice mieli swoje obowiązki, więc poza nimi, kotem i szczurem nie było tutaj nikogo, co w zasadzie raczej było pozytywem. Nie do końca jeszcze wiedziała w jaki sposób powinna przekazać im informację że wyszła za mąż, powinna to zrobić szybko, jak najmniej boleśnie, tyle, że póki co nie nadarzyła się ku temu okazja. Na niewielkim stoliku nocnym znajdowały się otwarte butelki, jarzębinówka, dereniówka, aroniówka, jeżynówka i inne nalewki spod rąk Penelope. Prue sięgnęła po pierwszą, a później przynosiła kolejne, które miały im ułatwić pakowanie jej dobytku. Na szczęście nie miała zbyt wielu rzeczy, nie musieli spędzić tutaj godzin, w końcu jednak opadła na swoje niezbyt wielkie łóżko z butelką w dłoni, niby nie wypiła wiele, ale już czuła alkohol krążący w jej żyłach. Nie miała najmocniejszej głowy. - Mam nadzieję, że uda nam się to wszystko ogarnąć zanim wrócą rodzice. - Wolała im się jednak nie pokazywać pijana i szczęśliwa, mogliby mieć w tej sytuacji lekki problem z zaakceptowaniem zmian, jakie pojawiły się w jej życiu, wolała się nimi podzielić na trzeźwo, ale na to dzisiaj było już zbyt późno. - Najważniejsze, żebyśmy zabrali stąd Necro i kota, wiesz czekałam z kotem na Ciebie, nadal jest po prostu kotem, nie umiałam go nazwać. - Spoglądała na męża nieco błyszczącymi oczami. Niby było już popołudnie, jednak godzina nie należała do najbardziej oczywistych, aby znajdować się w staniu chociaż drobnego upojenia, ale oni mieli co świętować, czyż nie, był to ich miesiąc miodowy. - Zrób sobie przerwę, to nie ucieknie. - Rzuciła jeszcze do Benjy'ego, bo wydawał się być mocno zaangażowany w pakowanie jej dobytku, sama sięgnęła po butelkę, jedną z wielu i upiła z niej spory łyk, skrzywiła się przy tym okropnie, orzechówka nie była najlepszym wyborem, ale przełknęła zawartość butelki, skoro ta już wpadła jej w dłonie. Benjy zasługiwał na przerwę, tak dzielnie walczył z kartonami, że nie mogła na to patrzeć, powinien nieco odpocząć, napić się czegoś mocniejszego, dzięki temu będzie im łatwiej kontynuować zadanie. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 29.12.2025 Zawsze byłem za duży na cudze porządki - za niski sufit, za wąskie przejścia, za dużo wspomnień, których nie byłem częścią wtedy, kiedy powinienem. Zapach starego drewna i czegoś słodkiego, może suszonej lawendy, może perfumowanego mydła, lepił mi się do nosa, dom rodzinny Prudence zawsze pachniał czymś domowym, nawet teraz, gdy właścicieli nie było, a ja przez moment miałem wrażenie, że gniazdko rodziców Prue kurczyło się specjalnie, żeby sprawdzić, czy się zmieszczę. Zaczęło się od tej nieszczęsnej lampy w przedpokoju, którą pamiętałem, żeby omijać, więc zamiast tego - oczywiście - trafiłem na futrynę, za szybko się prostując i uderzając w nią głową. Ta sypialnia była za mała nawet dla mnie samego, a co dopiero dla nas obojga, z całym tym nowym życiem - to było jedno z tych miejsc, które nie chciały pogodzić się z teraźniejszością. Usiadłem na podłodze między kartonami, oparty plecami o szafę, i przez chwilę tylko patrzyłem, jak Prue krąży po pokoju, jakby czas cofnął się jej o kilkanaście lat. Miałem to dziwne uczucie, jakbym włamał się do czyjegoś dzieciństwa, choć przecież byłem w tym domu już wcześniej. Ściany pamiętały plakaty, półki pamiętały książki, a ja pamiętałem siebie w wersji, której wolałbym już nie spotykać. Pakowałem metodycznie, trochę za szybko, trochę zbyt dokładnie, jak kontrabandę, solidnie i sprawnie, z nawykiem wyniesionym z roboty, w której nie było miejsca na sentymenty. A jednak ręce czasem zwalniały, gdy trafiałem na coś małego, głupiego, ewidentnie niepasującego do mnie. To był ten rodzaj zajęcia, który pozwalał nie myśleć o tym, że za ścianą wiszą zdjęcia rodziny, w której nigdy nie byłem oczywistym wyborem, a jednak moje ręce czasem zwalniały, gdy trafiałem na coś małego, głupiego, ewidentnie niepasującego do mnie. - Plan jest dobry. - Mruknąłem, składając koszulki w kostkę, jakbym robił to od zawsze, a nie uczył się tego metodą prób i błędów, bo w dziecięcym pokoju człowiek nagle chciał być porządny. Spojrzałem na Prudence znad kartonu, w głowie od razu zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, taka mała, mrugająca, która zwykle oznaczała kłopoty, z których miałem być bardzo zadowolony. Zerknąłem na stolik nocny - rząd butelek błyszczał jak alchemiczna wystawa, Penelope miała rękę do nalewek, to trzeba jej było oddać. Chwilowo odstawiłem tę jedną, którą popijałem w trakcie pracy, bo dopóki istniało ryzyko zostania przyłapanym, musiałem udawać funkcjonalnego zięcia, przynajmniej w teorii. Fakt, że teściów nie było, działał na moją korzyść, miałem w sobie jednak to znajome napięcie, jak przed wejściem do przeklętej komnaty, tylko zamiast klątwy czekała rozmowa o przyszłości, nazwisku i tym, czy aby na pewno jestem ostatecznym wyborem ich córeczki. Wolałbym mieć moment zaskoczenia, niekoniecznie zostać zaskoczonym. Teść pewnie dostałby wysypki, gdyby zobaczył mnie siedzącego na środku podłogi, dotykającego rzeczy jego córki, pakującego jej życie do kartonów, jakby to była moja robota. Miałby na ten temat bardzo konkretne zdanie, najlepiej wypowiedziane tonem, który wbijał się pod skórę jak drzazga. A była, dokładnie tym była, to była moja robota, byłem mężem Prudence, miałem na palcu obrączkę, a na karku ciężar decyzji, których wcale nie zamierzałem cofać. Czułem to dziwne zesztywnienie, nie bojowe, raczej rodzinne, ten rodzaj stresu, który nie reagował na siłę mięśni - czułem się tu jak intruz, nawet jeśli formalnie miałem już prawo być wszędzie, między kartonami a półkami, które pamiętały ją w wersji zbyt młodej na wszystko, co już zdążyło się wydarzyć. Patrzyłem, jak Prue opada na materac z butelką w dłoni, rozbawiona i rozgrzana alkoholem, z policzkami zaróżowionymi w sposób, który zawsze trafiał mnie gdzieś pod żebra. Miała ten błysk w oczach, kiedy była szczęśliwa i trochę nieostrożna, jakby świat przestał mieć ostre krawędzie. Uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż ręce nadal miałem zajęte składaniem kartonu. - Jeśli nas pszyłapią, wezmę to na klatę. - Mruknąłem, zrywając taśmę zębami. To było to, ten moment, który wisiał w powietrzu jak zaklęcie, którego nikt nie chciał rzucić pierwszy. Byłem czarną owcą szybciej, niż nauczyłem się liczyć do dziesięciu, zostanie nią w ramach znacznie milszej rodziny nie wydawało się aż tak złe, nawet jeśli nie spodziewałem się cudów. Pakowałem jej książki, drobiazgi, swetry, a w głowie układałem plan ewakuacji - nie na potwory, nie na klątwy, na teścia. Wolałem pełnię księżyca i wilkołaka niż jego spojrzenie, kiedy dotrze do niego, że jestem ostatecznym wyborem ich córeczki. Już to znałem, byłem w tym domu na Mabon, i podczas gdy matka Prue uśmiechała się do mnie jak do kogoś, kogo dało się oswoić, ojciec patrzył, jakby liczył, ile szkód mogę wyrządzić, zanim zniknę - spoglądał na mnie jak na chwilowy problem, który zaraz sam się rozwiąże. Tylko że problem wziął ślub. - Pszynajmniej tym lasem nikt nie powie, sze jestem tymczasowy. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo humor zawsze był moją pierwszą linią obrony. Wypowiedzenie tego na głos miało w sobie smak zwycięstwa, nie byłem mąciwodą, który wpada i znika, byłem jej mężem, nawet jeśli pozostali ludzie jeszcze o tym nie wiedzieli. Przez chwilę było cicho, tylko kot gdzieś się kręcił, a szczur robił swoje szczurze sprawy. Ten sam bezimienny kiciuch, słysząc o sobie, przeszedł mi pod nogami, ocierając się bezceremonialnie, jakby chciał zaznaczyć teren. - Tak, powinniśmy cię nazwaś. Wiesz, sze to się źle skończy, jeśli zostaniesz po plostu Kotem. - Pogładziłem go po grzbiecie, kiwając głową. - Nie mose całe szycie funkcjonowaś jako „hej, ty”. - Spojrzałem na niego i parsknąłem, jednocześnie kiwając głową na znak, że zamierzałem wziąć pod uwagę zarówno sugestię nadania kotu imienia, jak i krótkiej przerwy. Wcześniej jednak chciałem dokończyć tę jedną komodę - odruch, czysto roboczy, karton stał już otwarty, szuflada była wysunięta, a ja sięgnąłem głęboko, nie patrząc, jakbym grzebał w skrzynce z kablami albo starymi notatkami. I wtedy coś chłodnego, gładkiego, absolutnie niepasującego do skojarzenia „dziecięca sypialnia” przejechało mi po wnętrzu dłoni. Spojrzałem w dół, uniosłem brew automatycznie, bez udziału rozsądku, potem drugą, już świadomie. Koronka - cienka, zupełnie bezwstydna, z metką, nowiutka. Jedna. Druga. Trzecia, jeszcze bardziej ambitna w swojej konstrukcji, jakby ktoś projektował ją z myślą o sabotażu zdrowego rozsądku. Przez ułamek sekundy mój mózg zrobił bardzo nieprofesjonalną przerwę. - No, plosę. - Podsumowałem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej. „Fikuśne” to było mało powiedziane - paseczki, wycięcia w miejscach, które zdecydowanie nie powstały z myślą o wygodzie ani o praniu w wysokiej temperaturze. Przekrzywiłem głowę, uśmiech sam wlazł mi na twarz, głupi i szczery, taki, którego zwykle nie pokazywałem ludziom, bo by go źle zrozumieli - tu był całkiem zrozumiały. - Hm. - Mruknąłem, odchrząkując, jakbym właśnie natknął się na artefakt o niejasnym pochodzeniu. - Bardzo… Plaktyczne. - Rzuciłem, wrzucając wszystko do kartonu jednym ruchem, a potem wstając, zanim zdążyłem dodać do tego za dużo wyobraźni. Podszedłem bliżej, zgarniając po drodze butelkę dereniówki i biorąc z niej solidny łyk - piekła przyjemnie - oparłem się o ramę łóżka, podtrzymującą baldachim, i spojrzałem na Prue z góry, jak zawsze, czując to lekkie napięcie karku, kiedy musiałem się schylać, żeby znaleźć jej wzrok. - Okej. - Mruknąłem pod nosem, z tym głupim, bezwstydnym uśmiechem, który pojawiał się sam, bez pytania o pozwolenie. Przekrzywiłem głowę, odchrząknąłem - technicznie rzecz biorąc robiłem dokładnie to, co trzeba było robić - pakowałem, tylko tyle, nic więcej. Przez sekundę tylko patrzyłem na żonę, jakby mój mózg potrzebował chwili, żeby zsynchronizować obraz z rzeczywistością, po czym bez słowa siadłem na samym brzegu łóżka. W tej samej sekundzie poczułem, że to zły pomysł, mebel jęknął podejrzanie, jakby ostrzegał mnie w ostatniej możliwej chwili. Przeniosłem ciężar ostrożnie, ale wciąż zdecydowanie za późno, i to był moment, w którym historia powiedziała „dość”, coś strzeliło krótko, bezceremonialnie. Zamarłem. - Putain. - Wyrwało mi się odruchowo. Próbowałem się poprawić, ale było już za późno, drewno trzasnęło suchym, zdradliwym dźwiękiem, a ja razem z fragmentem ramy zapadłem się o kilka centymetrów - konstrukcja poddała się z tym charakterystycznym dźwiękiem końca pewnego etapu. - Kulwa. - Powiedziałem bardzo spokojnie, bo czasem spokój jest jedyną obroną. - Połamałem ci mebelek. Baldachim zadrżał, materac zapadł się pod moim ciężarem, a ja wylądowałem, siedząc na czymś, co jeszcze przed chwilą było meblem z wieloletnią historią. - Pszeplasam. - Dodałem, unosząc dłonie w geście kapitulacji. - To było łószko dziewczynki. Ja… Nie jestem dziewczynką… - Stwierdziłem spokojnie, patrząc na złamaną listwę wychylającą się spod materaca. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 29.12.2025 Nie wydawało jej się szczególnie rozsądne pozostanie w tym domu, decyzja została podjęta dość szybko, jako, że potrzebowali swojego miejsca na ziemi. Wymagało to odrobiny gimnastyki, ale logistycznie wszystko zostało nie najgorzej przemyślane. Zresztą wolałaby jednak nie zostawać tutaj z Benjy'm bo w tym pokoju wyglądał trochę jakby wszedł do domku dla lalek. Nie dało się nie zauważyć, że miał problem z poruszaniem się w jego wnętrzu, cóż, to miejsce było przystosowane do kogoś od niego drobniejszego, dużo drobniejszego. Do tego pamiętała podejście ojca do jego osoby, niby próbował być neutralny, ale Prue ciężko było wyprzeć z pamięci te jego zaciśniętą szczękę, gdy spoglądał na Fenwicka. Miała wrażenie, że John czasem zapominał, że nie była już tą małą dziewczynką, która całe swoje życie mieściła w tym pokoju. Prostsze więc było przystanie na pomysł babci, który wcześniej chciała odrzucić, teraz jednak postanowiła na niego przystać. Zwłaszcza, że wychodzili na tej zamianie na plus. Benjy też prędzej odnajdzie się w tamtym domu, tak jej się przynajmniej wydawało, bo było tam więcej przestrzeni, a on zdecydowanie jej potrzebował z tymi swoimi gabarytami. Poinformowała rodziców o swoich planach, wspomniała im o tym, że dzisiaj się tutaj pojawią, jako, że ostatnio tu pomieszkiwała, nie wspomniała im jednak o najbardziej istotnej sprawie, i wolałaby z tym jednak poczekać, powinni ją zrozumieć, była przecież dorosła i rzadko kiedy, nie rzadko kiedy, nigdy nie podejmowała pochopnych decyzji, jednak mimo wszystko wolała przekazać im te dobre wieści na trzeźwo, a nie uchachana nalewkami swojej matki. Plan był więc prosty, zabrać co najbardziej potrzebne i zniknąć stąd zanim się pojawią. - Plan jest, czy dobry to jeszcze się okaże, chociaż widzę, że masz do tego ukryty talent. - Wyjątkowo sprawnie szło mu pakowanie zawartości kolejnych szafek. To był całkiem interesujący widok oglądanie go jak z zaangażowaniem składał ubrania do kartonów. Miała chwilę, aby go na tym podglądać, bo sama legła w końcu na łóżku z butelką w dłoni. Nie lubiła pakowania się, na szczęście nie miała tutaj zbyt wiele dobytku, sporą część jej rzeczy została w mieszkaniu przy Horyzontalnej, a że zostało ono zniszczone to i rzeczy nie były w najlepszym stanie. Będzie musiała zacząć zaopatrywać się w nowe, z sentymentu jednak chciała zabrać wszystko, co miała w tej niewielkiej sypialni na poddaszu. - Nie musisz niczego brać na klatę, tym bardziej, że to ja dzisiaj postanowiłam sprowadzić nas na złą drogę. Poradzę sobie z własnymi rodzicami. - Penelope na pewno nie miałaby nic przeciwko takiemu spędzaniu czasu, mimo wczesnej godziny, John, cóż on nie był przyzwyczajony do takich wybryków, ale była przecież jego córeczką na pewno jakoś zrozumiałby jej argumenty. Nie zamierzała zwalać tego, że nieco się wstawili na swojego męża. Byli przecież w tym razem, no i mieli swoje lata, nikt powinien nie mieć o to do nich pretensji, gorzej ze ślubem, który wzięli bez poinformowania o tym kogokolwiek, ale i to powinni im wybaczyć. - Już nigdy nikt tak nie powie, a niech tylko spróbuje, to nie omieszkam dodać coś od siebie. - Odruchowo dotknęła obrączki na palcu, uśmiechnęła się sama do siebie, nie było już terminu ważności, właśnie pakowali jej rzeczy, by zamieszkać w swoim domku na przedmieściach Londynu, nie mogło być lepiej, nigdy. Był to naprawdę najlepszy czas w jej życiu. Wszystko wydawało się w końcu zacząć układać. Kot chyba zrozumiał, że o nim rozmawiają, bo pojawił się znikąd i postanowił zaznaczyć swoją obecność. Musieli go nazwać, nie miała co do tego wątpliwości, kot będący kotem był łatwy do zastąpienia, a ten miał z nimi zostać jak najdłużej - zdążyła się już przyzwyczaić do obecności tej małej, czarnej kulki w swoim życiu. Usłyszała to jego no proszę, przez co przeniosła spojrzenie w tamtym kierunku, po chwili dotarło do niej, którą szufladę właśnie miał pakować. Teraz połączyła kropki, komentarz był wskazany, szczególnie, gdy pod jego palce trafiła bielizna, bielizna która była wepchnięta w głąb szuflady, zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Penelope miała swój nawyk, Prue próbowała jej go wybić z głowy, jednak nigdy jej się nie udało tego zrobić. Przestała próbować, zamiast tego upychała te jej prezenty właśnie w tę szufladę, bardzo głęboko. Oczywiście, że to Benjy musiał trafić na tę zawartość, wrzucił wszystko do kartonu po tym, jak już dokładnie się przyjrzał tej jakże praktycznej bieliźnie, z której jak dotąd nie zdarzyło jej się korzystać. - To Penelope, i Ellie, one mają dziwny gust, co do prezentów. - Nie mogła postawić tego znaleziska bez komentarza, wydawało jej się, iż mąż potrzebował jakichś wyjaśnień, a nawet jeśli nie, to zamierzała mu je dać, sama. Czuła potrzebę, aby wyjaśnić zawartość akurat tej szuflady, z innych bibelotów, czy pierdół raczej nie musiała tego robić, pasowały do wizji pokoju nastolatki, to jednak nieco gorzej. W końcu podszedł do niej, oparł się o ten baldachim, pasował do tego miejsca jak pięść do nosa, bawiło ją to nawet, nie pamiętała, czy kiedy bywał w ich domu kiedyś miał szansę znaleźć się w tym pokoju, a teraz tutaj stał, jako jej mąż, co niesamowicie ją cieszyło. Spoglądała na niego, tym nieco rozmarzonym wzrokiem, widać było, że przez jej głowę przechodzi właśnie sporo myśli, próbowała znaleźć wspomnienie, zawiesiła się na chwilę, jednak nie istniało. Faktycznie, nigdy wcześniej nie był w tej jej malutkiej sypialni, jak już pojawiał się w ich domu na wakacjach, to bywał u Eliasa. Wróciła po chwili, co zwiastowało mrugnięcie. Przesunęła się nieco w bok, aby zrobić mu więcej miejsca, ona mieściła się na tym łóżku bez problemu, zostawało nawet odrobinę przestrzeni na to, aby ktoś się dosiadł, nie przemyślała jednak tego do końca. Jej mąż był trochę za duży na te dziecięce mebelki, miała się o tym bardzo szybko przekonać. Ledwie opadł na materac łóżko skrzypnęło, właściwie to nie było pierwsze, lepsze skrzypnięcie, a raczej trzask który sugerował koniec jego żywota. Zapadło się w miejscu w którym siedział, to znaczy zdążył usiąść. Odruchowo parsknęła śmiechem, akurat upijała kolejny łyk nalewki, przez co omalże się nie zakrztusiła, zaczęła kaszleć, bardzo nieuroczo jak na młodą damę. - Zdecydowanie połamałeś. - Próbowała uspokoić oddech, przymknęła na chwilę oczy, kilka łez popłynęło jej po policzkach, musiała nad sobą zapanować, ale wychodziło jej to raczej pokracznie. Jej mąż był za duży na jej łóżeczko, prosta sprawa. - Jakby zmrużyć oczy, związać Ci dwie kitki, albo zapleść dwa warkocze to może ktoś wziąłby Cię za wyrośniętą dziewczynkę. - Ktoś ślepy na oba oka. - Nie przejmuj się mebelkiem, nic takiego się nie stało, już dawno powinnam była zrezygnować z tego reliktu z baldachimem. - Nie, żeby potrzebowała w tym pokoju teraz łóżka, ale w końcu nadarzyła się okazja, aby je wymienić. - Nie weszła Ci żadna drzazga w tyłek? [/B] - Zapytała jeszcze, bo to było bardziej istotne, w końcu zapadł się wraz z pękającym drewnem, wolała się upewnić, że nie zrobił sobie przy tym żadnej krzywdy, jak przystało na troskliwą żonę. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 29.12.2025 Patrzyłem na ten pokój i wiedziałem, że to nie było miejsce, w którym powinniśmy zostać choćby na jedną noc. Nie dlatego, że coś było tu złe, wręcz przeciwnie, było za bardzo tym, czym było kiedyś - za ciasne, za delikatne, za bardzo należące do wersji Prudence, która już nie istniała. Dla mnie ten pokój był jak domek dla lalek - musiałem uważać na każdy ruch - ramieniem zahaczałem o framugi, kolanem o łóżko, a gdy się schylałem, baldachim wyglądał, jakby miał mnie udusić z czystej zemsty. Miałem niemal dwa metry wzrostu, sto trzydzieści kilo mięśni i życiorys, który nie mieścił się w pastelowych ścianach, to miejsce mnie nie chciało, ja też nie chciałem tu zostać. Jeszcze bardziej nie chciałem zostawać tu z jej ojcem w tle, nawet jeśli fizycznie go nie było, czułem go w tym domu, jak przeciąg. Pamiętałem zacisk jego szczęki, to spojrzenie, które mówiło „toleruję cię, ale nie akceptuję”, tę milczącą ocenę. Nie bałem się go, przeszedłem gorsze rzeczy niż niezadowolony teść, ale wolałem nie wdawać się w nieautoryzowane pyskówki - jedyny zięć czy nie, byłem tym, który zabrał jego córkę z miejsca, gdzie zawsze mógł ją sobie wyobrażać jako „jeszcze trochę dziecko”. Nie miałem mu tego za złe, sam pewnie zaciskałbym zęby. - To ma sens. - Powiedziałem wcześniej, gdy rozważaliśmy ofertę babci Prudence, a teraz tylko utwierdzałem się w tym w myślach. Nawet jeśli wolałbym być tym, który kupi coś swojego, to była naprawdę dobra propozycja, nikt na niej nie tracił, wszyscy mogliśmy zyskać dużo spokoju. - Logistycznie i życiowo. Patrzyłem na ten pokój i im dłużej w nim stałem, tym wyraźniej czułem, że nie byłem tu elementem stałym, raczej eksponatem czasowym. Zbyt duże barki do zbyt wąskich przejść, zbyt długie nogi do łóżka, które pamiętało zupełnie inne czasy, każdy mój ruch wyglądał tu jak nieautoryzowana ingerencja w scenografię. Nie przeszkadzało mi to w sensie fizycznym, umiałem się przeciskać przez znacznie gorsze miejsca, ale było w tym coś innego - coś, co mówiło mi wyraźnie, że to nie jest przestrzeń, w której powinniśmy zaczynać cokolwiek nowego - to był pokój pełen wspomnień, nie planów, a ja nie chciałem być wspomnieniem. Wyciągałem kolejne ubrania, sprawnie, mechanicznie, ale z uważnością, której sam bym się po sobie nie spodziewał. Pudełka zapełniały się szybko, cicho, bez dramatów, było w tym coś przyjemnie domowego, absurdalnie normalnego. Swetry składałem ostrożnie, koszule równo, jakby to miało znaczenie, może miało, to były jej rzeczy, więc traktowałem je jak coś cennego, nawet jeśli materiał był gruby. Przesunąłem karton bliżej, sięgnąłem do kolejnej szuflady, moje ręce pracowały same, automatycznie, jak przy sortowaniu znalezisk po wykopie albo po akcji, kiedy liczyło się tempo i porządek, ruchy miałem pewne, metodyczne, jakbym od zawsze wiedział, co gdzie powinno trafić. Koszule na spód, cięższe rzeczy osobno, drobiazgi zawinięte, żeby nie obijały się o siebie. Lubiłem ten moment, kiedy chaos zaczynał się poddawać, dawał złudzenie kontroli, a ja byłem mistrzem w korzystaniu z takich złudzeń. - „Uklyty talent” to ładne okleślenie. - Parsknąłem pod nosem, nie odwracając się od szafki, bo akurat walczyłem z rękawem, który uparcie nie chciał współpracować. Usiłowałem potraktować go z tą samą precyzją, z jaką normalnie obchodziłem się z rzeczami przeklętymi - jedno fałszywe załamanie i wszystko potrafiło się rozsypać. - W mojej blanszy mówi się laszej „minimalizowanie stlat”. Albo „splawne zabezpieczenie miejsca zdaszenia”. - Rzuciłem przez ramię, spod lekko opuszczonych brwi, całkiem rozbawiony. To były lata praktyki w pakowaniu się w pośpiechu i znikaniu, zanim ktoś zacznie zadawać pytania - nic szczególnego. Złożyłem kolejną koszulę, przyklepałem ją dłonią i wrzuciłem do kartonu, oznaczając go krótkim machnięciem różdżki, żeby później nie zastanawiać się, co jest czym. Logistyka to była czysta matematyka - pudełka, ciężar, kolejność - zawsze czułem dziwny spokój przy porządkowaniu cudzych końców i początków, a ten dzień był jednym i drugim naraz. Lubiłem tę prostą, mechaniczną robotę, była konkretna, każdy ruch miał sens - coś się kończyło, coś zaczynało, a kartony były dowodem, że idziemy do przodu, nie kręcimy się w miejscu. Zamknąłem jedną szafkę i otworzyłem następną, rzeczy było mniej, niż się spodziewałem, to miejsce już dawno przestało być jej bazą, było raczej magazynem wspomnień, które trzyma się z sentymentu, bo tak wypada. Odwróciłem głowę w stronę Prue, słysząc jej odpowiedź, nie od razu całkiem, raczej bokiem. Spojrzałem na nią, leżącą na łóżku z butelką w dłoni, z tą swoją spokojną, upartą pewnością, która zawsze była jednym z powodów, dla których nie potrafiłem się wycofać. Wyglądała na wyjątkowo rozluźnioną jak na kogoś, kto właśnie mówił, że zamierza samodzielnie wejść na pole minowe. Westchnąłem, opierając dłonie o krawędź kartonu, jakbym potrzebował tej sekundy, żeby wyhamować odruch. Zmrużyłem oczy, lekko kręcąc głową - znałem go aż za dobrze - ten impuls, żeby brać wszystko na siebie, nawet cudze decyzje, cudze emocje, cudze wojny. Zatrzymałem się na moment, z koszulą w dłoniach. - Wiem. - Powiedziałem normalnie, bez dalszego zawahania. - I właśnie dlatego, sze poladzisz sobie sama, ja i tak wezmę kawałek na siebie. - Pokiwałem głową raz, wolno, jakbym przyjmował do wiadomości coś, co i tak było oczywiste, ale nie zmieniało faktu, że wciąż chciałem stanąć obok niej - to nie była kwestia winy, to była kwestia instynktu. - To nie jest blanie na klatę za ciebie. - Dodałem po chwili. - To jest blanie na klatę s tobą. Współdzielenie odpału. - Uśmiechnąłem się krótko, trochę krzywo. - Wiesz, bycie czalną owcą ma jedną zaletę, człowiek pszestaje się łudziś, sze da się wszystkim dogodziś, a skolo i tak mam byś tym złym wpływem, to pszynajmniej daj mi byś nim uczciwie. Jestem twoim męszem, nawet jeśli twój ojciec potszebuje dekady, szeby się z tym oswoiś. - Wróciłem do kartonów, ale już wolniej. - Wybaczą nam. Kiedyś. Chyba. - Dopowiedziałem, obracając szalik w dłoniach. Może nie od razu miało mam to ujść płazem, może po czasie, ale to nie zmieniało faktu, że byliśmy dorośli, świadomie zostaliśmy małżeństwem i nie zrobiliśmy nic, czego mielibyśmy się wstydzić - tego byłem pewien, nawet jeśli świat potrzebował chwili, żeby za tym nadążyć. Oparłem się na chwilę o szafę i zerknąłem w jej stronę - wyglądała naprawdę dobrze, rozluźniona, trochę zmęczona, odrobinę niepasująca do otoczenia, chociaż nie tak bardzo jak ja - ten pokój był dla niej magazynem sentymentów, nie przestrzenią do życia, rozumiałem to aż za dobrze, niektóre miejsca po prostu przestają nadążać za człowiekiem, nawet jeśli nie wszyscy są gotowi to zobaczyć, jak było w przypadku Johna. Zauważyłem jej spojrzenie, to lekkie zawieszenie, jakby przewracała w głowie kartki albumu, którego nigdy mi nie pokazywała. Mrugnęła i wróciła, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. - Penelope i Ellie. - Parsknąłem cicho i potrząsnąłem głową, przesuwając dłonią po włosach, jakbym próbował odgonić obraz, który i tak już się zagnieździł. - No tak. To wiele tłumaczy. Naplawdę wiele. Mają… Intelesujące podejście. Wizjonelskie wlęsz. - Skwitowałem powoli, jak ktoś, kto przyjął wyjaśnienie, ale absolutnie nie zamierzał przestać się nim bawić, zerkając na karton, w którym zniknęła zawartość feralnej szuflady. To były naprawdę ładniusie koroneczki, takie, które zdecydowanie cieszyły oczy i absolutnie nie powinny kończyć życia w ciemnej szufladzie pod stertą swetrów i wspomnień z lat szkolnych, nawet jeśli nie do końca pasowały do narracji „pokój nastolatki u rodziców” - największe odkrycie tego dnia, bez dwóch zdań, żadne stare listy, żadne pamiątki z dzieciństwa nie miały z nimi szans. - Wiesz. - Dodałem luźno. - Mam balso doblą pamięś wzlokową. Tak tylko mówię. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym próbował wrócić na właściwe tory, ale było już po fakcie. Poza tym, skoro już pakowaliśmy całe życie do kartonów, to szkoda byłoby zostawić najlepsze artefakty bez użycia. Świat dawał nam bardzo wyraźne sygnały, a ja nauczyłem się, że ignorowanie znaków zwykle kończyło się eksplozją. Oparłem się o ten baldachim z miną kogoś, kto właśnie wszedł w kadr nie swojej fotografii, człowieka, który doskonale wiedział, że nie pasuje do scenerii, ale kompletnie przestało mu to przeszkadzać. Złapałem jej spojrzenie i widziałem, jak na moment odpłynęła, jakby próbowała mnie dopasować do jakiegoś starego wspomnienia, którego nigdy nie było - cóż, z wiadomych względów, nie mieliśmy tej okazji. Ten pokój był za mały, za delikatny, zbyt cukierkowy jak na mnie, a jednak stałem w nim jako jej mąż i to jedno wystarczało, żeby reszta była tylko tłem. Kiedy przesunęła się, robiąc mi miejsce, podświadomie już wiedziałem, że to zły pomysł, ale bywały takie złe pomysły, które należało zrealizować do końca, dla nauki. Usiadłem ostrożnie, naprawdę ostrożnie, jakby rozwaga mogła oszukać fizykę. To łóżko wyglądało niewinnie, wręcz podejrzanie niewinnie. Oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, i jeszcze raz zerknąłem na ten jeden karton z tą miną, którą zwykle miałem tuż przed rozbrojeniem czegoś, co zdecydowanie nie było niewinne - to był błąd, rozpraszanie się zdecydowanie nie służyło utrzymaniu kontroli nad otoczeniem. Materac jęknął, a potem drewno wydało z siebie dźwięk, który w mojej głowie miał bardzo jednoznaczną definicję - „koniec” - odruchowo przeniosłem ciężar, próbując ratować sytuację, która nie nadawała się do ratowania. Zapadłem się, dokładnie w tym momencie, w którym moje ciało przyjęło fakt siedzenia, deski pękły, materac ugiął się pod moim ciężarem. Zamarłem na sekundę, siedząc w czymś, co jeszcze chwilę wcześniej udawało łóżko - zostałem w nim uwięziony jak dorosły chłop w dziecięcej inscenizacji - z tą miną, którą zwykle miałem po eksplozji, której nie było w planie. Prudence parsknęła naprawdę głośnym, niekontrolowanym śmiechem, a ja spojrzałem na nią dokładnie w tej chwili, gdy zaczęła kaszleć, z nalewką w gardle, ze łzami w oczach. Nie wiedziałem, jakim cudem tak dobrze utrzymywała równowagę, ale zdecydowanie patrzyła na mnie z góry i wyjątkowo mocno ją to bawiło. Parsknąłem śmiechem tak gwałtownie, że aż musiałem oprzeć dłoń na kolanie, żeby złapać równowagę. Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek, z tym rozbawionym niedowierzaniem, jakby właśnie zaproponowała mi publiczne eksponowanie moich największych zalet. - Dwie kitki? Pszy moich balach i tej moldzie? - Przechyliłem głowę, jakbym naprawdę rozważał ten obraz, i sięgnąłem dłonią do włosów. Przeciągnąłem po nich, automatycznie, zanim jeszcze zdążyłem to przefiltrować, teraz rozpuszczonych, ciężkich, opadających na kark i ramiona. - Jasne. Jasne. Doszućmy jeszcze sukienkę w kwiatki i mose kapelusz. - Wyprostowałem się odruchowo, moje barki napięły się same, jak zawsze, kiedy coś było choćby pół-żartem o mojej posturze. - Pszelabiałem to, tak na malginesie. Walkoczyki. Pszez jakieś pół loku. Najgolsza decyzja estetyczna mojego szycia, a miałem kilka naplawdę ambitnych. To był pszelotny epizod, któly nauczył mnie dwóch szeszy. Po pielwsze, nie wszystko, co plaktyczne, jest doblym pomysłem. Po dlugie, sze są glanice, któlych nie walto przeklaczaś nawet s ciekawości. - Pokręciłem głową odruchowo, jakby sam ten ruch miał strząsnąć z pamięci tamten etap mojego życia. W innej rzeczywistości mógłbym robić karierę jako najbardziej podejrzana „wyrośnięta dziewczynka” w całej okolicy. W tej natomiast do twarzy było mi w rozczochraniu, wtedy przynajmniej wyglądałem, jakbym właśnie wyszedł z czegoś nie do końca legalnego. To wzbudzało respekt. Odruchowo machnąłem ręką, jakbym chciał to zbyć jednym ruchem. Twarz wykrzywiła mi się w krzywym grymasie, bardziej rozbawionym niż naprawdę cierpiętniczym, ale jednak. Uniosłem brew po raz trzeci tego dnia, tym razem już z pełnym przekonaniem, że los robił to wszystko specjalnie. - …Nooo. - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę z wyraźnym niezadowoleniem, tym samym tonem, jakim zwykle komentowałem klątwy aktywowane dotykiem. - Teoretycznie miałem odpowiedzieć „nie”. - Sięgnąłem za siebie ostrożnie, po omacku, bardziej sprawdzając skalę katastrofy niż faktycznie próbując coś zrobić, drzazga była konkretnie tam, gdzie najmniej wypada mieć cokolwiek ostrego. Przesunąłem ciężar, bardzo ostrożnie, jak ktoś, kto właśnie odkrył nową, wysoce niepożądaną prawdę o sobie i o meblach z dzieciństwa, próbując wydostać z zapadliska z resztką godności. - Następnym lasem siadam tylko na podłodze. Podłoga mnie tak jeszcze nie zawiodła. - Parsknąłem cicho i skinąłem głową, jakby to faktycznie domykało sprawę - nie do końca domykało, ale dawało sens, a to już coś. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 29.12.2025 Nie dało się nie zauważyć, że Benjy męczył się poruszając po tym pokoju. Był malutki, przystosowany do wersji Prudence z czasów nastoletnich, nie żeby ona jakoś specjalnie zmieniła się od tamtego momentu, na pewno nie fizycznie, nadal była drobna, jednak mało w tym pokoju było aktualnej wersji jej. Może kilka książek, które przyniosła tutaj po tym, jak jej mieszkanie zostało zniszczone świadczyło o tym, że właścicielka tej sypialni była dorosła. - Na ten moment to najbardziej logiczne rozwiązanie. - przedyskutowali to wcześniej, wyciągnęli wszystkie za i przeciw, no nie wydawało jej się, aby mogli znaleźć coś lepszego. Rynek nieruchomości w stolicy aktualnie nie należał do najprostszych, bo wielu ludzi straciło swoje domy i mieszkania. Nie tak łatwo było kupić coś odpowiedniego, a domek babci był dla nich idealny, zresztą Ellie nie wydawała się widzieć innej możliwości, nalegała na to, aby się tam przenieśli, nie było więc sensu szukać dziury w całym, wręcz przeciwnie - pomysł został zaakceptowany. Prudence zamierzała zaraz dołączyć do męża, aktualnie jednak walczyła z tymi nieszczęsnymi butelkami, a on zajmował się pakowaniem jej rzeczy, nie mogła pozwolić na to, by robił to sam, chociaż naprawdę dobrze jej się patrzyło na to, jak zgrabnie mu to wszystko wychodziło. Zamierzała za chwilę do niego dołączyć, póki co obijała się leżąc na łóżku. Tak właściwie to była całkiem miła odmiana - nie musieć robić tego samej. Doskonale odnajdywał się w jej rzeczach, widziała że pilnował detali, dbał o to, by wszystko zostało poskładane jak Merlin przykazał. Oczywiście, że musiała to skomentować, nie byłaby sobą, zwłaszcza, że radził sobie tak wyśmienicie. - Ukryty talent bardziej mi się podoba, miejsce zdarzenia brzmi jakby co najmniej ktoś tu umarł, albo zniknął, strat póki co jeszcze żadnych nie ma... - No i raczej nie powinno być. Nie było w tym nic skomplikowanego, mieli przerzucić między domami te parę kartonów, i problem będzie z głowy. Później zamierzała nieco popracować nad wystrojem domu babki, bo jak dla Prudence był nieco zbytnio kolorowy i krzykliwy, Ellie miała naprawdę specyficzny gust, który nie do końca trafiał w ten jej, a skoro tamten budynek miał się stać ich domem, to wypadało popracować nad tym, aby faktycznie było widać po wnętrzu kto w nim mieszkał. Prudence przywiązywała wagę do detali, szczegółów, dom był jej azylem, w którym chowała się przed całym światem. - Na kawałek mogę się zgodzić, bo to nasza wspólna odpowiedzialność, ale tylko kawałek, nie będzie inaczej. - Był jej mężem i zamierzała stać u jego boku podczas ewentualnej kłótni ze swoimi rodzicami, w sumie to z ojcem, wiedziała że Penelope raczej nie należała do osób, które szukały problemów, akceptowała wszystko, nic jej nie dziwiło, miała cholernie otwarty umysł. John, John był bardzo specyficznym człowiekiem, długość kija znajdującego się w jego dupie rosła z każdym mijającym rokiem. Nie miała pojęcia skąd się to wzięło, kiedyś był inny, najwyraźniej upływający czas nie miał na niego dobrego wpływu, być może też dochodziły do tego jakieś niespełnione oczekiwania, może czuł, że zawiódł, albo ona go zawiodła? Nie miała pojęcia, fakty jednak mówiły same za siebie. - To będzie jego problemem, nie zamierzam się nim przejmować. - Decyzja, którą podjęli być może była spontaniczna, jednak przemyślana. Byli dorośli, nikogo nie skrzywdzili, wręcz przeciwnie, być może John miał innego wymarzonego kandydata na zięcia, nie był to jednak ich problem. Prue była duża, potrafiła podejmować własne decyzje. - Na pewno wybaczą. - Raczej nie mieli innego wyjścia, prędzej, czy później musieli zrozumieć, że nie mogła trafić lepiej, że w końcu podejmowała takie decyzje, jakie chciała, nie patrzyła na nikogo, ani na nic, co kiedyś wcale nie było takie oczywiste. Na pewno dostrzegą, że ich córka wreszcie zaczęła żyć, a wszystko przez to, że Benjy znalazł się znowu obok niej. Pewnie będą potrzebowali odrobiny czasu, aby to przetrawić, ale w końcu to do nich dotrze. - Tak, bardzo wizjonerskie, nie można im zarzucić przyziemności. - Widziała, że Benjy wyjątkowo zainteresował się zawartością akurat tej szuflady, cóż nie powinno jej to dziwić, prawda? Te koronki potrafiły poruszyć umysł nawet najbardziej zachowawczej osoby, spojrzała na karton, w który je pakował, będzie musiała do niego wrócić, skoro już wiedział co się z nim zajmuje, szkoda by było aby ta bielizna nadal znajdowała się na dnie kolejnej szuflady. W końcu miała ją dla kogo założyć, nie wątpiła w to że doceniłby ten gest. - Zapamiętam tę informację, na pewno przyda się w przyszłości. - Nie mogła zawieźć jego pamięci wzrokowej, czyż nie? Skoro już o tym wspomniał, to warto będzie to wykorzystać w odpowiedni sposób. Przesunęła się, aby zrobić mu miejsce, zasłużył na chwilę przerwy, tak dzielnie to wszystko pakował, że w końcu powinien do niej dołączyć na tym małym łóżeczku z baldachimem, odpoczynek mu się należał. Prue jednak nie do końca przewidziała to, że to łóżko nie było przystosowane do kogoś jego rozmiarów, zabawne, bo raczej zawsze starała się przewidywać każdą ewentualność, w tej chwili jednak chyba miała nieco zamroczony umysł. Nim którekolwiek z nich zdążyło zareagować konstrukcja zasugerowała im, że to nie był dobry pomysł. Rozległ się ten trzask, a chwilę później Benjy leżał w dziurze między deskami, a materacem. Ten widok rozbawił ją do łez, nie mogła przestać się śmiać, może to nie powinna być pierwsza reakcja, ale nie umiała się powstrzymać, po pokoju roznosił się głośny i dźwięczny śmiech. Nie mogła oderwać od niego wzroku, siedział w środku tej sterty, zupełnie nie pasował do wielkości rzeczy, które go otaczały, mebelek nie wytrzymał jego ciężaru, co wcale nie było zaskakujące. - Od tyłu nie widać twarzy, bary da się jakoś zakamuflować na pewno, dałoby się to zrobić. - Przyglądała mu się uważnie, właściwie to wizualizowała sobie to, o czym przed chwilą powiedziała. - Kapelusz pewnie bym znalazła w szafie, jakiś odpowiedni, obawiam się jednak, że w moją sukienkę w kwiatki mógłbyś się nie zmieścić, tutaj musielibyśmy nieco pokombinować. - Jej sukienkę pewnie co najwyżej mógłby sobie naciągnąć na jedną nogę, może tylko rękę, ale pewnie dałoby się coś wymyślić. Na pewno byłaby z niego całkiem urocza dziewczynka, która pasowałaby do tej sypialni. - Pół roku? To długo, szmat czasu, chętnie bym Cię zobaczyła w takiej wersji. - Każdy miewał czasem takie decyzje, których później żałował. Nie do końca potrafiła sobie go wyobrazić w takiej fryzurze, być może kiedyś będzie miała szansę, aby chociaż na chwilę zrobić mu na głowie coś takiego, skoro już wspomniał o tym, że zaliczył taki epizod to się prosiło o odtworzenie. - Praktycznie jednak bardzo słabo, jak coś Cię kłuje w tyłek. Rozumiem. Nawet dla kogoś takiego jak Ty ten dyskomfort może być bardzo męczący. Pozwolisz, że na to zerknę? I pozbędę się problemu? - Skoro już ustalili, że ma w tyłku drzazgę, to warto było się jej pozbyć. - Wiesz, jak wejdzie głębiej to będzie tylko gorzej, lepiej szybko się jej pozbyć. - Dodała jeszcze, aby brzmieć nieco bardziej przekonująco. - Fakt, podłoga była bardziej stabilna, powinnam była wpaść na to, że to głupi pomysł. - Niestety tego nie zrobiła, a więc pojawiły się starty w postaci pokiereszowanego tyłka. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 30.12.2025 Męczyłem się w tym pokoju i nawet nie próbowałem tego ukrywać, nie było w tym niczego subtelnego, każdy krok wymagał kalkulacji, każdy obrót ramion kończył się zahaczeniem o coś, co ewidentnie nie było projektowane z myślą o facecie moich gabarytów. To nie był mój rozmiar świata, to nawet nie był pokój dla dorosłej Prudence, to była kapsuła po nastolatce, zamknięta na lata i otwierana tylko awaryjnie. Siedziałem zgarbiony, wciśnięty między biurkiem a szafą i czułem się jak intruz w muzeum czyjegoś dorastania. Wszystko było za wąskie, za niskie, za delikatne, nawet powietrze wydawało się lżejsze, przeznaczone dla kogoś, kto jeszcze nie dźwigał tylu decyzji. Dla mnie to był tor przeszkód, dla niej kiedyś cały wszechświat. To było otoczenie skrojone pod wersję Prue która miała mniej lat, mniej ciężaru w oczach i znacznie mniej powodów, żeby planować cokolwiek dalej niż do następnych wakacji. Parsknąłem cicho, słysząc jej komentarz, i uniosłem głowę znad kartonu, który właśnie domykałem, kolanem przytrzymując klapę, bo ta uparcie nie chciała współpracować. - Uklyty talent. - Podrapałem się w kark, patrząc na półkę z książkami, na te kilka rzeczy, które faktycznie były „jej”, kiwając z namysłem. - No, okej, zdecydowanie lepiej bszmi. - Rzuciłem okiem na ustawione równo pudełka, z tym cichym, roboczym zadowoleniem, które pojawiało się, kiedy chaos zaczynał mieć kształt. „Miejsce zdarzenia” to był już mój tryb zawodowy, nie prywatny, wtedy zwykle ktoś faktycznie nie żył, zniknął albo bardzo żałował, że dotknął czegoś, czego nie powinien. Jak na razie bilans wychodził dodatni, zero ofiar, minimalne straty moralne po mojej stronie, to się raczej kwalifikowało jako sukces. Słuchałem jej uważnie, nawet przez chwilę nie próbując udawać, że kartony wymagają mojej pełnej koncentracji. Oparłem dłonie o krawędź jednego z nich i spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym wyrazem twarzy świadczącym o rozluźnieniu, które przychodziło u mnie tylko wtedy, gdy coś było już przesądzone. Pokiwałem głową powoli, przyjmując to bez sprzeciwu - kawałek brzmiał uczciwie, w sam raz, tyle, żeby było widać, że stoimy razem, ale nie na tyle, żebym zasłaniał jej widok albo próbował być bohaterem cudzej rodziny. Taki… Małżeński kompromis - ona stała obok mnie, ja stałem obok niej, a reszta świata mogła sobie stać, gdzie chce. - Wiesz - zacząłem lekko, z tym ironicznym spokojem, który zawsze wchodził mi w ton głosu, gdy temat zbaczał w rejony rodzinne - Jeśli nigdy nie dojdzie do punktu „akceptuję”, to zlobimy dokładnie to samo, co ja zlobiłem dawno temu. Pszejdziemy nad tym do posządku dziennego i będziemy szyś dalej. Nie jesteśmy pielwszą palą, któla pszeszyła bez lodzinnego błogosławieństwa. - Dodałem bez złości, raczej z faktograficzną precyzją. Machnąłem ręką, jakby chodziło o pogodę sprzed tygodnia. Znałem ten typ, może nie Johna dokładnie, ale ideę, nawet jeśli ten człowiek był pod pewnymi względami inny niż wszyscy, których spotkałem wcześniej. Facet, któremu z czasem sztywniała nie tylko postawa, ale i myślenie. Świat miał się mieścić w ramach, a jeśli coś wystawało, to należało to przyciąć albo napiętnować, z wiekiem kij w dupie rzeczywiście rósł, jakby był miarą niespełnienia. Twarde ramy, sztywne przekonania, oczekiwania tak ostre, że można się o nie skaleczyć. Skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej. Przez całe życie nosiłem cudze problemy jak odznaki, jednym więcej nie miałem się udusić, a przynajmniej nie zamierzałem udawać, że mnie to obchodziło bardziej, niż powinno. Decyzja była szybka, tak, ale nie była głupia, nie skrzywdziliśmy nikogo, a to, że ktoś miał inny scenariusz w głowie… Cóż. Ja też miałem kiedyś kilka i żaden nie przetrwał zderzenia z rzeczywistością. Moi rodzice zdecydowanie też nie byli teściami roku, ani dekady, ani stulecia, jakbyśmy mieli być precyzyjni. Uśmiechnąłem się krzywo, ale w oczach było coś twardszego, coś, co dawno przestało boleć, a zaczęło być faktem. Właściwie… To nawet dobrze, że Prudence nie miała ich poznać - nie każdy musiał znać wszystkie potwory z bestiariusza - to była oszczędność czasu, nerwów i bardzo niepotrzebnych tyrad o genealogii, honorze i tym, kto komu rzekomo brukał krew. „Zapamiętam tę informację” zabrzmiało niewinnie tylko dla kogoś, kto nie znał tonu Prudence - ja znałem, to jedno zdanie miało ciężar zaklęcia rzuconego bez różdżki. Uśmiechnąłem się wolno, kącikiem ust, tym sposobem, który zawsze zdradzał mnie szybciej niż powinien. Wizjonerskie, jasne, te wizje miały bardzo konkretny kierunek. Przesunąłem językiem po zębach, bardziej z nawyku niż z potrzeby. - To balso lozsądne podejście. Lubię, kiedy infolmasje nie idą na malne. - Spojrzałem na nią uważniej, dłużej niż wypadało, pozwalając sobie na to bez poczucia winy. Była moją żoną, mieliśmy miesiąc miodowy, świat chwilowo nie miał nic do powiedzenia. - Wiesz, nie jestem szczególnie skomplikowanym człowiekiem. Jeśli coś cieszy oczy, to zwykle zostaje w pamięci. Na długo. - Spojrzałem na karton, potem na nią, a potem już tylko na nią, pamięć wzrokową miałem aż nazbyt dobrą, nie musiałem niczego dopowiadać, bo jej ton zrobił to za mnie. Ledwo pomyślałem, że to miłe, że Pruey robi mi miejsce, chociaż ten baldachim wyglądał podejrzanie krucho, ale może łóżko wytrzyma… Kiedy rzeczywistość postanowiła mnie skorygować. Nie zdążyłem nawet porządnie usiąść, kiedy świat postanowił mi przypomnieć o prawach fizyki, najpierw trzask, potem to krótkie, bardzo jednoznaczne poczucie, że mebel właśnie zrezygnował z dalszej współpracy, a sekundę później leżałem w dziurze między deskami a materacem jak dowód rzeczowy w sprawie pod tytułem „nie wszystko jest skalowane pod niemal dwa metry chłopa”. Potem dotarł do mnie jej śmiech, głośny, szczery, dźwięczny - taki, który praktycznie rozsadzał jej klatkę piersiową od środka i sprawiał, że absolutnie nie byłem w stanie się obrazić, nawet gdybym bardzo chciał. Leżałem tam przez sekundę, mrugając, próbując zorientować się, czy to już koniec, czy tylko nowy etap upokorzenia, po czym spojrzałem na nią z dołu, z tej dziury, w której ewidentnie nie powinien znaleźć się dorosły mężczyzna o moich gabarytach, i parsknąłem mimo siebie. Uniosłem głowę na tyle, na ile pozwalała mi sytuacja, i spojrzałem na nią spode łba, z tym krzywym grymasem między rozbawieniem a naruszoną godnością, która właśnie konała. - Śmiej się, śmiej. - Mruknąłem spod baldachimu, próbując wydostać jedno kolano. Uśmiechnąłem się krzywo, bo jej wyobraźnia ewidentnie pracowała na wysokich obrotach. - Dokumentuj mentalnie. - Rozejrzałem się po pokoju, tej całej scenografii, w której kompletnie nie pasowałem. Nie miałem jej tego za złe, widok musiał być absurdalny - ja, półtora metra ramion wciśniętych w mebelek dla dziewczynki, jakby ktoś spróbował zaparkować wóz opancerzony w budce telefonicznej. Przeciągnąłem dłonią po włosach odruchowo, jakby sprawdzając, na wszelki wypadek, czy nie zaczęły się same zaplatać. - Doceniam, sze bszmi to dla ciebie jak coś… Intelesującego. Świat jest pełen dziwnych gustów, najwylaźniej małszeństwo tylko je uwydatnia. - Parsknąłem, kręcąc głową, zanim zdążyłem się ugryźć w język. - „Chętnie bym zobaczyła”. Kaszdy tak mówi, dopóki nie zobaczy zdjęś. A zdjęcia istnieją. Niestety. Wszechświat uznał, sze dokumentacja jest konieczna. - Spojrzałem na nią z tym łobuzerskim półuśmiechem. - To nie było „dzikie” ani „lomantyczne”, wiesz mi. To było… Mylące. Ludzie nie wiedzieli, czy mają uciekaś, czy zaploponowaś mi jagody i zapytaś, czy się zgubiłem. - Uniosłem brew, spoglądając na nią z dołu, wciąż uwięziony w resztkach łóżka. - Od tyłu mose by to pszeszło. Od balso daleka. W gęstej mgle. Zakładam kapelusz, pochylam się lekko i wszyscy uznają, sze jestem wyjątkowo losłą dziewczynką s ploblemami holmonalnymi. - Przyznałem z udawaną powagą. Próbowałem wyobrazić sobie kapelusz i sukienkę w kwiatki, po czym pokręciłem głową. Jej propozycja „rzucenia okiem” na mój tyłek tylko dołożyła oliwy do ognia, zacisnąłem szczękę, zawahałem się przez ułamek sekundy, bo duma próbowała jeszcze ostatkiem sił walczyć o przetrwanie. Przez chwilę nawet nie próbowałem ripostować, bo sytuacja była tak absurdalna, że ironia zwyczajnie skapitulowała. - Losumiem algumenty. - Westchnąłem w końcu, poddając się faktom. - Są logiczne. Medyczne. Balso przekonujące, ale to nie zmienia faktu, sze jest to jeden s najbalsiej upokaszających momentów mojego szycia. Jeśli kiedykolwiek to komuś opowiesz - powiedziałem wolno, z namysłem - zapszeczę wszystkiemu. Łącznie z istnieniem tego łószka, tej sypialni i samego siebie. - Spojrzałem na nią jeszcze raz, z tym rezygnowanym, krzywym uśmiechem, i spróbowałem się podnieść, ostrożniej, krzywiąc się przy tym nie z powodu drzazgi, a z powodu niewygodnej pozycji. Bezskutecznie - utknąłem. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 30.12.2025 Na szczęście to miał być ich ostatni raz w najbliższym czasie w tym miejscu. Drzwi do pokoju znowu zostaną zamknięte i nikt nie będzie zaglądał do jego wnętrza. Będzie stał i czekał na swój moment, chociaż ten raczej nie nastanie. Nie wydawało jej się, aby miała tutaj po cokolwiek wracać, już nie teraz. Wiadomo, rodzice powtarzali jej, że zawsze będzie tu dla niej miejsce, jednak nie sądziła, że kiedykolwiek będzie jej już potrzebne. - Cieszę się, że się co do tego zgadzamy. - Była ciekawa, ile ma jeszcze ukrytych talentów o których nie miała pojęcia, na pewno sporo, przecież ominęło ich jakieś piętnaście lat życia swojego życia, podejrzewała, że w ciągu tego czasu nauczył się naprawdę wiele, nie wątpiła w to, że nie raz ją jeszcze zaskoczy. Nie tak trudno było znaleźć kompromis. Nie zamierzała robić z niego czarnej owcy, te czasy już się skończyły, mógł nią być kiedyś, w innym miejscu, ale teraz był jej mężem, jeśli coś dotyczyło ich razem, to nie widziała innej opcji, jak razem rozwiązywać problem. Tak było najbardziej sprawiedliwie, mieli stać u swego boku, walczyć razem z całym światem, nikt nie mógł im stanąć na drodze, kiedy współpracowali byli dużo silniejsi - nie miała co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. - Tak, nie jesteśmy pierwsi, na pewno mogłabym się z tym pogodzić, wątpię jednak w to, że oni faktycznie wytrzymają, być może z początku będą nieco niezadowoleni, ale w końcu nadejdzie akceptacja, wiesz nie mają nad zbyt wielu. - Pewnie gdyby ilość dzieci Bletchleyów była większa, to mogliby rozważać różne opcje, mieli jednak wyłącznie bliźniaki, nie mogli sobie pozwolić na marnowanie żadnego dziecka, kto im poda szklankę wody na stare lata? Spodziewała się tego, że ojciec nie będzie szczególnie zadowolony z decyzji, którą podjęli, miał swój plan, swoją wizję, tylko, że to nie było jego życie, tylko jej, musiał więc spasować bo moment, w którym żyła by spełniać oczekiwania innych dobiegł końca, nigdy miał się nie powtórzyć. Pewnie ciężko będzie mu się z tym pogodzić, bo Prue nie należała do buntowników, nigdy nie sprawiała żadnych problemów, a teraz cóż - przeżywała drugą młodość i nadrabiała to wszystko. W końcu czuła, że żyje. - Wiesz przecież, że rozsądek to niemalże moje drugie imię. Wspomniałeś wcześniej o wizjonerstwie, to też mnie zachęciło, przecież jestem naukowcem, eksperymenty to moja pasja, być może dojdziemy do czegoś nowego, odkrywczego. Nie mogłabym zignorować takiej możliwości. - Spoglądała na niego uśmiechając się od ucha do ucha, wiedziała, że na pewno to doceni, chociaż powinna po prostu któregoś dnia go zaskoczyć, tak to będzie najlepsza opcja. Układała w głowie plan, co oczywiście było po niej widać, bo znowu nieco zmrużyła oczy i na moment się zawiesiła. - Gwarantuję Ci, że się go nie pozbędziesz z pamięci. - Skoro miał takie podejście, to zamierzała mu obiecać, że dokładnie tak się wydarzy. Doszli już do tego, że te fikuśne koronki nie miały się dłużej marnować, więc zamierzała faktycznie dotrzymać słowa. Chciała dla niego dobrze, przesunęła się, aby zrobić mu miejsce obok siebie, miał sobie tylko odpocząć, nic więcej. Życie jednak dosyć szybko zweryfikowało ich plany, łóżko nie wytrzymało ciężaru, wystarczyło, że na nim usiadł, właściwie to oparł ciężar swojego ciała, a ono postanowiło dokonać swojego żywota. Trzask, później jego wpadnięcie w tę dziurę. Ten widok... Nie mogła powstrzymać śmiechu. Naprawdę próbowała, ale wyglądał tak cholernie absurdalnie w dziurze, na tym malutkim łóżeczku, baldachim jeszcze całkiem uroczo powiewał nad jego głową. Nieczęsto widywało się podobne rzeczy. - Wiesz, że nigdy nie wyprę tego ze swojej pamięci, prawda? - Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak pracował jej mózg, nie było szansy na to, aby zapomniała coś takiego, była jeszcze zbyt trzeźwa na ewentualne czarne dziury. - Po prostu chciałabym mieć szansę zobaczyć Twoje każde wydanie, nie było mnie obok przez tyle lat i widzę, że naprawdę wiele mnie ominęło. - Była ciekawa jak wiele, to pewnie kiedyś uda im się nadrobić, chociaż nie wydawało jej się, że wszystko, ale całkiem zabawne były te momenty, gdy dowiadywała się o nim czegoś zupełnie nowego. - Istnieją zdjęcia? Teraz Ci nie odpuszczę, będę Cię męczyć, aż mi je pokażesz. - Prue potrafiła być bardzo upierdliwa, kiedy jej na czymś zależało, a w tej sytuacji, no była skłonna zrobić wiele, aby zobaczyć go w warkoczykach, naprawdę wiele - Tak, bardzo od tyłu, w naprawdę gęstej mgle, najlepiej, aby też jedynym światłem był księżyc, wtedy mogłoby się udać. - Cóż, jego gabaryty... wyróżniały się na tle innych ludzi, nawet mężczyzn, kobiety takich rozmiarów... Pewnie było ich bardzo mało o ile w ogóle istniały. - Ok prostu nie chcę, żeby coś Cię kłuło w tyłek, wiesz ile osób miewa problemy z drzazgami w różnych miejscach? Nie jesteś pierwszy, z dwojga złego lepsza drzazga w tyłku niż... - Nie dokończyła, ale na pewno był w stanie sam domyślić się gdzie. - Nikomu nie pisnę słówka, jestem Twoim wspólnikiem w zbrodni, obowiązuje nas dozgonna tajemnica. - Dodała jeszcze bardzo poważnym tonem, naprawdę nie zamierzała puścić pary z ust. Widziała, że próbował się podnieść, trochę mu to jednak nie szło, zaplątał się strasznie w tych listewkach i materacu. Prue zeskoczyła więc z łóżka i stanęła przed nim, przez chwilę się wpatrywała w to, jak był wkomponowany w to wszystko. - Dawaj Wielkoludzie. - Wyciągnęła dłoń, aby pomóc mu wstać. Wydawało jej się to całkiem rozsądne, mimo, że przecież był prawie trzy razy od niej cięższy. Zaparła się nogami, jakby to mogło w jakikolwiek sposób jej pomóc. [roll=N] na wyciągnięcie Benjy'ego ( AF ◉◉○○○) RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 04.01.2026 To pomieszczenie było jak zdjęcie sprzed lat, zostawione na słońcu - blaknące, delikatne, nie do końca prawdziwe. Ona się w nim już nie mieściła, ja tym bardziej. Dla niej kiedyś było światem, dla mnie teraz było tylko przystankiem, ostatnim przed naszym wspólnym miejscem. Siedziałem na podłodze z kartonem między kolanami, w miejscu, które było za ciasne nawet dla samej idei mnie, nie mówiąc już o realnych gabarytach. Składałem jej ubrania powoli, metodycznie, robiąc to w taki sposób, jak gdyby to była czynność wymagająca skupienia i precyzji, a nie pretekst do tego, żeby nie myśleć o wszystkim naraz - czułem się jednak tak, jakbym próbował w ten sposób domknąć coś więcej niż tylko szafę z dzieciństwa. Każda z jej rzeczy miała swoje miejsce, swoją historię, nawet jeśli ta była chwilowo zapchnięta do kartonu po jabłkach. Nie wiedziałem, kiedy dotarło do mnie, że to naprawdę ostatni raz, ostatni raz w tym pokoju, który był za mały na mnie, za cichy na to, kim teraz była Prue, i zdecydowanie za delikatny na to, co przyniósł czas. Drzwi się zamkną, kurz osiądzie, a ten pokój zostanie w tyle, zacznie należeć do przeszłości, innego etapu życia, który zamykaliśmy właśnie taśmą klejącą i wiekiem kartonu. Lubiłem zajęcia, które dawały rękom robotę, a myślom chwilę luzu, mimo to słuchałem jej uważnie. Podniosłem jedną apaszkę, spojrzałem na nią przez moment i złożyłem dokładniej. Słuchałem Prue, gdy mówiła, i nawet nie próbowałem udawać, że to do mnie nie trafia. Trafiało. Zgadzaliśmy się w zaskakująco wielu sprawach, to nadal było dla mnie nowe… No, dobrze, może nie całkiem, bo dawno temu, w odległej przeszłości, praktycznie w innym życiu też potrafiliśmy się dogadać, więc technicznie rzecz biorąc, nie było to zupełnie nowe, ale przyjemnie odświeżające, szczególnie gdy mówiła dalej, spokojnie, rzeczowo, jak ktoś, kto naprawdę wierzył w to, co mówi. - Tak. - Stwierdziłem po chwili, a jednocześnie przesunąłem dłonią po kartonowej krawędzi, wkładając do środka pasek i chwilę dłubiąc przy sprzączce, która nie chciała ułożyć się w wolnej przestrzeni, co brzmiało metaforycznie znajomo - sam całe życie byłem czyimś niepasującym elementem, aż do teraz. Rodziny, nazwiska, historii, to nawet przestawało boleć, jak się człowiek przyzwyczaił, ale dobrze było nie czuć potrzeby, by to robić na kolejny pełen etat. - Masz lasję. To nie jest konfigulacja, w któlej mosna sobie pozwoliś na ideologiczne stlaty. - Przytaknąłem, mając nadzieję, że rzeczywiście uda nam się dojść do porozumienia z jej rodzicami, nawet jeśli ojcu z pewnością to miało zająć trochę czasu. Pragmatyzm zawsze wygrywa z ideologią, kiedy zaczyna brakować rąk do podawania tej cholernej szklanki wody. - Zlesztą. Moi mieli całe schematy, dszewa genealogiczne i balso długą listę oczekiwań. - Uśmiechnąłem się krótko, krzywo, nieco ironicznie. - Świat się nie zawalił, kiedy s niej wypadłem. - Nie było w tym patosu, raczej ulga. Wiedziałem, jak to jest mieć miejsce, do którego teoretycznie możesz wrócić, na święta czy przerwy semestralne, ale w praktyce nigdy nie chcesz. Moi rodzice mieli dom pełen pokoi i dzieci, za dużo jednego i drugiego, żeby ktokolwiek zauważył czyjś brak, gdy nie trzeba było się akurat pokazać na salonach. Zawsze był ktoś następny, lepszy, bardziej zgodny z wizją, ja nie pasowałem do żadnej, ale miałem ten wątpliwy przywilej bycia chłopcem, w innym wypadku pewnie znacznie szybciej spisano by mnie na straty, a tak przez lata próbowano zrobić ze mnie kogoś, kim nigdy nie byłem. Wypierdoliłem z domu wcześnie, zanim zdążyli mnie ustawić w szeregu, chociaż dużo wcześniej zrozumiałem, że dla nich bycie czarną owcą to była funkcja, nie wyjątek. W tej rodzinie czarne owce były potrzebne, żeby reszta mogła wyglądać jaśniej. U Bletchleyów tak nie było, to było widoczne już na pierwszy rzut oka. John robił to, co robił, bo się martwił. Po prostu nie zawsze słusznie, chociaż w swoich oczach miał ku temu solidne podstawy. Prusy spojrzała na mnie z tym uśmiechem, który zawsze oznaczał jedno - plan - już układała go w głowie. Ten moment, kiedy mrużyła oczy i zawieszała się na chwilę, znałem aż za dobrze, to był ten sam wyraz twarzy, który oznaczał „zaraz zrobimy coś potencjalnie przełomowego”. Zamknąłem ostatni karton i klepnąłem go dłonią, to była kropka nad „i”, w takim wypadku mogłem rzeczywiście zrobić sobie chwilę przerwy. - Oczywiście, sze jesteś naukowcem. - Mruknąłem z rozbawieniem, powoli upijając łyk nalewki. Nie potrzebowałem szczegółów, wystarczył ton. - Jak mógłbym o tym zapomnieś. - Zerknąłem na nią uważniej, już zdążyłem przywyknąć do tego, że w naszym wypadku taki dialog zawsze kończył się… Interesująco. Uśmiechnąłem się łobuzersko. To było urocze i niebezpieczne jednocześnie. - Jeśli zamieszasz pszeplowadziś demonstlasję empilyczną, obiecuję czynny udział. Asysta telenowa, obselwacja uczestnicząca, pełne zaangaszowanie, analiza polównawsza pszed i po. Mogę nawet udawaś sceptyka, jeśli tego wymaga metodologia. - Zerknąłem w stronę kartonu z koronkami i z powrotem na nią. Najbardziej ryzykowne eksperymenty zawsze zaczynają się od słów „nie mogłam zignorować takiej możliwości”. Uśmiechnąłem się szeroko, bo wiedziałem, dokąd to zmierza, a raczej miałem bardzo dobre przypuszczenia. - Mamy czas, a wklótce będziemy mieli duszy dom pełen pomieszczeń idealnych do badań. Byłoby gszechem naukowym nie splawdziś wszystkich zmiennych. To bszmi jak inteldyscyplinarny plojekt. Baldzo śliski etycznie, ale obiecujący. - Pokiwałem głową wolno, raz, drugi. - To balso śmiałe załoszenie, ale jako plaktyk od klątw i anomalii mogę potwieldziś, sze niektóle oblasy zostają na zawsze. Szczególnie te, któle łamią dotychczasowe paladygmaty, mają efekt długotlwały. Antropolog, badaczka, była uzdrowicielka, eksperymenty miała we krwi. Ja zresztą też, tylko z innej strony, klątwy, artefakty, rzeczy, które nie powinny działać, a jednak działały, idealna mieszanka wybuchowa. - A skolo jusz mówimy o zapleczu… - Dodałem ciszej, mój ton zszedł o pół tonu niżej. - Kitelek tesz mose się okazaś całkiem uszyteczny. Buduje autolytet i daje balso konieczne poczucie plofesjonalizmu. - Potrząsnąłem głową z rozbawieniem. Przesunęła się, robiąc mi miejsce na łóżku. Zasłużona przerwa, tak to wyglądało na papierze, w praktyce była to decyzja, która zakończyła żywot mebla. Usiadłem, właściwie tylko oparłem ciężar ciała, to był jednak ten moment, w którym świat uznał, że ma inne plany. Trzask był natychmiastowy, bez ostrzeżenia. Jedno, krótkie pęknięcie, a potem świat zapadł się pode mną w sposób absolutnie kompromitujący - konstrukcja łóżka poddała się bez walki, a ja wylądowałem w dziurze między deskami a materacem, z baldachimem powiewającym nade mną, jak kurtyna w kiepskim teatrze. Przez ułamek sekundy było cicho, a potem jej śmiech wypełnił pokój. Nie miałem serca jej tego odbierać. Śmiała się do łez, za co zdecydowanie nie mogłem jej winić, bo z pewnością wyglądałem absurdalnie, zdecydowanie nie pasowałem do tej przestrzeni. Westchnąłem, długim, teatralnym westchnieniem człowieka, który właśnie zrozumiał, że przegrał bitwę, zanim w ogóle ją podjął. Oparłem potylicę o krawędź łóżka, patrząc w sufit z tą miną, jakbym rozważał bardzo złe decyzje życiowe, bo dokładnie to robiłem. - No i widzisz. - Mruknąłem w końcu, krzywiąc się półgębkiem, uśmiech miałem już zdradziecki, kapitulacja byłaby taktycznym ruchem, ale chwilowo zamierzałem to odwlekać. - To bszmi balso niewinnie, kiedy tak mówisz. „Kaszde wydanie”, jak kolekcja ksiąszek, pięknie, sentymentalnie i balso niewinnie, a w plaktyce oznacza systematyczne niszczenie mojego wizelunku. Uwaszaj, czego sobie szyczysz. Jeśli je zobaczysz, stlacę lesztki autolytetu. - Parsknąłem, mimo sytuacji, bo jak tu nie parsknąć - nawet utknięty w szczątkach łóżka nie byłem w stanie tego nie skomentować, krzywiąc się przy próbie podniesienia, która zakończyła się absolutnym fiaskiem i jeszcze gorszym zaplątaniem w listwy. Baldachim miał mnie najwyraźniej za zakładnika. Prawda była taka, że niektóre tomy powinny zostać wycofane z obiegu, a inne w ogóle się nie pojawić na rynku wydawniczym. - Wiesz… - Kontynuowałem powoli. - Ploblem polega na tym, sze ja naplawdę mam stanowczo zbyt duszo komplomitujących doświadczeń. S lósznych oklesów szycia. S lósznych faz błędnych decyzji. S lósznych welsji mnie, któle absolutnie nie powinny ujsześ światła dziennego. - Pokręciłem głową, parskając cicho, teatralnie, jak człowiek, który właśnie zrozumiał, że sam sobie podcinał gałąź, na której siedział. - Były welsje lobocze, welsje testowe i jedna balso podejszana edycja specjalna, któlej nikt nie zamawiał. - Spojrzałem na nią z dołu, spod rzęs, dalej z tym półuśmiechem, który zwykle zwiastował kapitulację opóźnioną w czasie. Oparłem mocniej potylicę o krawędź łóżka, jakby to miało pomóc. - Walkoczyki to tylko wieszchołek góly lodowej. Były tesz inne flyzury, któle wyglądały jak plowokacja. Ublania, któle powinny być kalalne. I spojszenia pełne pszekonania, sze wiem, co lobię. Jest etap „myślałem, sze skószana kultka mnie ulatuje”, „to nie był dobly pomysł połączyś to s tym”, faza „zbyt powaszny jak na swój wiek”, „udaję, sze nic mnie nie obchodzi”, „dlaczego ktoś pozwolił mi wyjść s domu w tym płaszczu”, jest tesz kilka balso podejszanych koszul i jeden okles, w któlym nie powinienem był nigdy pozwoliś komukolwiek lobiś zdjęcia. - Parsknąłem krótko. - A jednak ktoś je zlobił. - Materialny dowód na to, że ignorowałem wszelkie sygnały ostrzegawcze od losu. Wszechświat miał poczucie humoru. Westchnąłem przeciągle i zamknąłem na moment oczy, jakby to mogło cofnąć fakty zapisane na pergaminie rzeczywistości. - Mam dokumentację młodzieńczych ekspelymentów, klyzysów toszsamości, faz „to ma sens”, któle absolutnie nie miały sensu. Były podejmowane s pełną świadomością i to jest w tym wszystkim najgolsze. - Przyznałem w końcu, z tą rezygnacją człowieka, który wiedział, że walczy z czymś większym od siebie. Przesunąłem dłonią po twarzy, próbowałem tak zetrzeć obrazy, które same mi się wdzierały do głowy. - Wtedy faktycznie moglibyśmy spszedaś welsję, sze jestem balso losłą, enigmatyczną dziewczynką s legend ludowych. Doceniam wysiłek konceptualny. - Zgodziłem się ostatecznie, tylko dlatego, że mnie to bawiło. Poruszyłem się, próbując wstać, ale zaplątałem się jeszcze bardziej, listewki nie miały litości, i wtedy poczułem to kłucie. Drzazga, oczywiście, akby sytuacja była jeszcze zbyt mało upokarzająca. - Dobsze, sze celujesz w plewencję. - Mruknąłem, gdy zaczęła mówić o problemach. - Doceniam tloskę. S dwojga złego… - Zawiesiłem głos i prychnąłem. - Tak, dokładnie tam tesz bym jej nie chciał. - Przyznałem, nie chcąc wdawać się w wizualizacje. Uniosłem na nią wzrok, kiedy tym swoim poważnym tonem ogłosiła dozgonną tajemnicę, i skinąłem głową z namaszczeniem. Próbowałem się podnieść jeszcze raz, bez większego sukcesu, więc po prostu westchnąłem, niemal w tym samym momencie, w którym zobaczyłem, jak zeskakuje z łóżka i staje przede mną, zaparta, skupiona, gotowa mnie wyciągać z tej kompromitującej pułapki. Patrzyła na mnie z góry, choć fizycznie to ja byłem olbrzymem. Spojrzałem najpierw na jej dłoń, potem na nią, a potem nie mogłem się powstrzymać. - „Wielkoludzie”, selio? - Odmruknąłem rozbawiony, ale bez sprzeciwu, widząc jej wyciągniętą dłoń. Zerknąłem w dół, na jej nogi. - Ty wiesz, sze to jest cholelnie zuchwałe, jak na kogoś twoich wymialów, plawda, maleńka? - Mimo to chwyciłem jej dłoń, delikatnie, żeby jej nie pociągnąć razem ze sobą w otchłań połamanych desek. Przez piętnaście lat nauczyłem się rzeczy, których nigdy bym się o sobie nie spodziewał - jak znikać bez śladu, jak przeżyć w miejscach, które nie chciały mnie przyjąć, jak być problemem, zanim ktoś zdąży go nazwać. A potem, zupełnie niepostrzeżenie, nauczyłem się też współpracować, stać obok, a nie naprzeciwko, dziś najwyraźniej ta współpraca działała wyjątkowo korzystnie. W końcu udało mi się wyplątać i stanąć na nogach, górowałem nad nią jak zwykle, ale tym razem z poczuciem, że to ona wygrała. Stanąłem wreszcie stabilnie, odruchowo wykorzystując ten moment bez wahania. Jednym płynnym ruchem przyciągnąłem ją do siebie, to było najoczywistsze na świecie, jakby ten gest istniał między nami od zawsze. - Viens là, ti belle. - Mruknąłem cicho, tym leniwym tonem, który zdradzał, że nigdzie mi się nie spieszy. - Chodź tu, mała. - Skoro dziś używaliśmy takich etykietek, sama ją sobie przypięła, nie mogła narzekać - prawda? Najpierw pochyliłem głowę i musnąłem pocałunkiem czubek jej włosów, krótko, naturalnie, bez demonstracji, a dopiero potem objąłem ją ramionami. Oparłem podbródek na jej głowie, idealnie dopasowanej do mojego mostka, i zamknąłem na chwilę oczy, czując pod sobą jej ciepło i zapach, ten znajomy punkt odniesienia w świecie, który bywał zbyt głośny i zbyt ostry. Pachniała słodko, ale nie cukierkowo, domowo, jak coś, co wróciło dokładnie tam, gdzie powinno być od początku. Ten pokój mógł być za mały, łóżko mogło nie wytrzymać, kartony mogły czekać, w tej jednej sekundzie wszystko było dokładnie tak, jak powinno. RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 04.01.2026 Nie przywiązywała do tego miejsca jakiejś szczególnej wagi, to już od dawna nie był jej dom, raczej pokój do którego mogła wrócić, gdyby coś poszło nie tak, nie korzystała z tej możliwości przez wiele lat, nigdy nie było, aż tak źle, żeby musiała to robić. No poza tym ostatnim razem, kiedy faktycznie wszystko się posypało, to jednak było już za nią, zdecydowanie wolała opuścić to miejsce, zamknąć za sobą drzwi i pozwolić na to, by na meblach znowu zaczęły opadać drobiny kurzu. Nie znosiła prosić o pomoc, wracać z podkulonym ogonem, ale w tym przypadku nie miała innego wyboru. To jednak minęło, ten krótki epizod w jej życiu minął, na całe szczęście, bo nie uważała za szczególnego osiągnięcia wracanie pod dach rodziców po ponad dekadzie. Jasne, dobrze było wiedzieć, że miała miejsce do którego mogła wrócić, jednak wolała nie mieć ku temu kolejnych okazji. Udało im się znaleźć nowy dom, dzięki czemu mogli zabrać stąd jej rzeczy i rozpocząć układanie swojego własnego świata gdzieś indziej, wcale nie tak daleko, babka okazała się mieć bowiem wcale nie najgorszy pomysł, na który przystali. Wiedziała, że rodzice mogą różnie zareagować na podjęte przez nich decyzje. To mogło być dla nich niespodziewane, a raczej na pewno miało być, tak samo jak to, że ich jedyna córka nie chciała, aby znaleźli się przy niej podczas tak ważnego dnia, nie zamierzała jednak się tłumaczyć ze swojego zachowania, była dorosła, mogła robić co chciała, wierzyła zresztą, że z czasem zrozumieją jej wybór, nie wszystko dało się bowiem przewidzieć, czy zaplanować i to była jedna z takich sytuacji. - W końcu zrozumieją, wybaczą, przejdzie im, zresztą nigdy dotąd nie zrobiłam niczego, aby się na mnie chociaż przez chwilę zezłościli, więc to też może być ciekawym doświadczeniem. - Należała raczej do tych idealnych latorośli, które przynosiły swoim rodzicom wyłącznie dumę, zawsze musiał być jednak ten pierwszy raz, czyż nie? To był chyba ten moment w jej życiu. - Szkoda tylko, że będziesz tego świadkiem, sama nie wiem, czego się po nich spodziewać, ale z czasem powinni to zrozumieć. - W końcu była to ich wspólna decyzja, postanowili wziąć ślub nikomu nic nie mówiąc, chcieli połączyć ze sobą swoje drogi życia i to zrobili. Było to całkiem logicznym posunięciem. - Wypadłeś stamtąd z hukiem, chociaż wymyślili całkiem niezłą bajeczkę, sama wierzyłam w to, że postanowiłeś podbijać Australię. - Nie mogli sobie przecież pozwolić na to, żeby coś nadszarpnęło ich reputację, wygodniej było wymyślić opowieść, swoją własną narrację. Prue miała świadomość, że świat z którego pochodził Benjy był bardzo brutalny, rządził się swoimi prawami, pewnie miał wymyśloną rolę, jaką powinien w nim grać, kiedy jeszcze nie było go w planach, nikt nie patrzył na to, czego chciał, czego pragnął, musiał się dostosować do ogólnie przyjętej wizji. Mało kto miał w sobie tyle odwagi, aby to wszystko porzucić, uciec od tego, tak naprawdę nadal nie miała pojęcia, jak wiele kosztowało go podjęcie takiej, a nie innej decyzji, zresztą nie wydawało jej się, aby akurat on był szczęśliwy gdyby musiał tańczyć tak jak mu zagrają. Zawsze robił to, na co miał ochotę. Potwierdził jej słowa, no jasne, że była naukowcem, nie mogła ignorować kolejnych możliwości pogłębiania swojej wiedzy, każda dziedzina życia, była ku temu odpowiednia, tacy jak ona musieli korzystać z okazji, które same się pojawiały, to był jeden z takich momentów. - Prawda, trafił mi się idealny kompan do przeprowadzania takich doświadczeń, sporo już widziałeś, masz ogromną wiedzę, nie wypada zignorować możliwości. Trzeba będzie oficjalnie rozpocząć te badania, jak nieco się rozgościmy w naszym nowym domu. Będziemy musieli bardzo dokładnie je przeprowadzić, tak, aby nic nam nie umknęło, a później wszystko odpowiednio udokumentować, sądzę jednak, że efekty będą na tyle zadowalające, że może się okazać, że to będzie pierwszy z wielu eksperymentów o które się pokusimy, wróżę nam doskonałą współpracę przez lata. - Cóż, poniekąd potwierdzili chęć tej współpracy nakładając sobie obrączki na palce, mieli czas, mogli pozwolić sobie na naprawdę wiele podobnych eksperymentów, które mogły im przynieść same korzyści. Tak, to miał być dopiero początek, a mieli przecież całe lata życia przed sobą. - Te w Mungu były paskudne, kanarkowe, podejrzewam, że wiele osób zrezygnowało z pracy właśnie przez nie, nikt nie wygląda w tym dobrze, ale powinnam mieć gdzieś coś bardziej odpowiedniego, ze stażu, czy coś. - Skoro sam o tym wspomniał to zamierzała dorzucić i kitelek do ich zaplecza, nie zamierzała odbierać mu tej przyjemności, pewnie znalazłaby coś jeszcze, gdyby nieco dokładniej przejrzała swoje wszystkie rzeczy, będzie musiała to zrobić, żeby pewnego pięknego dnia, czym go zaskoczyć. To był dalekosiężny plan, powoli układała sobie w głowię listę rzeczy, które mogą pomóc jej w realizacji go. Benjy zamknął karton, miał do niej dołączyć na tym miniaturowym łóżeczku, odpoczynek należał mu się po tym, jak dzielnie walczył z jej rzeczami i nie narzekał, tyle, że los miał co do tego zdecydowanie inne zdanie. Ledwie usiadł na krańcu materaca, a rozległ się trzask, nie było już ratunku, zapadł się dość niezgrabnie, nie zdążył zareagować, mebel nie wytrzymał jego ciężaru, zdecydowanie był stworzony tylko i wyłącznie dla nastoletnich dziewczynek. Trudno jej się było opanować, bo ten widok, był naprawdę zabawny. Popłakała się ze śmiechu, chociaż wiedziała, że nie była to dla niego komfortowa sytuacja, musiał jej to wybaczyć. Powinni chyba niedługo opuścić to miejsce, nawet meble im sugerowały, że czas na nich. - Systematyczne niszczenie wizerunku brzmi bardzo brutalnie, bardziej ujęłabym to jako zdolność kamuflażu, odkrywanie swoich ukrytych osobowości, każdy miewał w swoim życiu nie do końca przemyślane decyzje. Zresztą nie sądzę, aby faktycznie którakolwiek z nich byłaby w stanie wpłynąć na Twój autorytet. - Naprawdę była ciekawa, co ją ominęło przez tę ponad dekadę, kiedy tak o tym mówił jeszcze bardziej rozbudzał jej ciekawość. Miała świadomość, że niektóre eksperymenty pewnie prosiły się o zapomnienie, jednak na tym polegała droga w poszukiwaniu siebie, czyż nie? - Były podejmowane z chwilową pełną świadomością, jak się się jest młodym to ma się wrażenie, że wszystko się wie najlepiej, na tym chyba to polega. Kiedy jednak tak o tym mówisz, to prosi się o to, abym jakoś namówiła Cię do demonstracji tych wszystkich wersji Twojej osobowości, poszukiwania własnego ja musiały być naprawdę intensywne. - Skoro wszystko zaczynało się na warkoczykach, które już nie były szczególnie typowe, to ciekawe, co jeszcze miał do ukrycia. Gdy mówił o tym w ten sposób to prosiło się o to, aby spojrzeć na dowody i móc ocenić, czy faktycznie było tak źle. - Zawsze da się dopasować jakąś koncepcję. - Uśmiechnęła się z racji na to, że w końcu się z nią zgodził. Byłby naprawdę uroczą dziewczynką, pewnie każdy schodziłby jej z drogi, nie chcąc znaleźć się zbyt blisko. To była naprawdę zabawna wizja. Widziała, że próbował się wydostać z pułapki, w której się znalazł, jednak łóżko nie chciało go wypuścić, nadal tkwił między tymi deskami, nie mógł się z nich wyrwać, kto by się spodziewał, że taki mebelek może mieć w sobie, aż tak ogromną determinację? - Wiesz jak to jest, strzeżonego Merlin strzeże, lepiej zapobiegać niż później szukać rozwiązań. - Jedna mała drzazga potrafiła powodować naprawdę ogromny dyskomfort, szczególnie kiedy miała znajdować się w takich miejscach, warto było więc rzucić na to okiem, i się jej pozbyć, jeśli faktycznie postanowiła się tam zagnieździć. Podjął kolejną próbę wydostania się ze swojej tymczasowej pułapki, jednak i ona zakończyła się niepowodzeniem, stwierdziła, że jest to odpowiedni moment na to, aby zaangażować się w sprawę, nie mogła tak stać i patrzeć, musiała reagować. Nie, żeby spodziewała się tego, że jej działania mogą przynieść jakikolwiek efekt, bo przecież jego masa... cóż, bardzo przekraczała tę jej, ale Prue nie poddawała się bez walki. Wyciągnęła więc dłoń w jego kierunku, chciała się do czegoś przydać. - Wiem, ale co z tego? W małym ciele duży duch, czy coś. - Uśmiechnęła się szeroko, oczywiście, że było to zuchwałe, miało zakończyć się raczej niepowodzeniem, jednak nie zmieniało to faktu, że zamierzała podjąć próbę. Razem zawsze było łatwiej radzić sobie z przeciwnościami losu. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, jakimś cudem jednak współpraca popłaciła, Benjy wydostał się spomiędzy tych desek, które chwilę wcześniej nie chciały go wypuścić. Odnieśli spektakularny sukces, co niesamowicie ją cieszyło. Gdy stanął stabilnie na nogach przyciągnął ją do siebie, tego się nie spodziewała, więc udało mu się to zrobić jednym, płynnym ruchem. Wystarczyła sekunda, aby znalazła się tuż obok niego, nie, żeby jej to przeszkadzało. - Przecież jestem, i nigdzie się nie wybieram. - Zawsze miała być tuż obok, gotowa go wesprzeć, jeśli tylko będzie tego potrzebował. Nic więcej nie miało znaczenia oprócz tego, że w końcu mieli siebie. Złożył pocałunek na jej włosach, a później zamknął ją w swoich ramionach, uśmiechała się nadal sama do siebie, nigdzie nie czuła się tak bezpieczna, jak w jego ramionach, wtedy wszystko przestawało istnieć, świat wydawał się zatrzymywać w miejscu, a istotne było tylko to, że są razem i nic nie miało ich więcej rozdzielić. Koniec sesji
|