Secrets of London
[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=5594)



[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 10.01.2026

Zaczęło się jak jedna z tych chwil, które lubią udawać, że są niewinne, całkiem zabawne, może trochę chaotyczne, ale pogodne, skończyło się zbyt wieloma wypowiedzianymi słowami i czymś, co było jednocześnie początkiem i końcem dramatu rodzinnego. Początkiem, bo zdecydowanie nie miało rozejść się po kościach przez kolejne dni lub nawet tygodnie - nie dla mnie, byłem na to zbyt wściekły, ani zdecydowanie nie dla pozostałych zaangażowanych, może z wyjątkiem Penny, która do samego końca próbowała łagodzić sytuację, nie biorąc konkretnych stron - końcem, bo moja noga nie zamierzała stanąć gdziekolwiek w najbliższym otoczeniu teścia, cóż, najchętniej już nigdy. Chwilowo nie chciałem nawet myśleć o tym, że to może okazać się wcale nie takie łatwe, jak mógłbym sobie tego życzyć.
Wyszliśmy z domu państwa Bletchleyów, zanim sytuacja jeszcze bardziej wymknęła się spod kontroli - o ile to w ogóle było możliwe, biorąc pod uwagę stan nosa Johna po spotkaniu z moją pięścią, moje własne zakrwawione knykcie i jego puchnące prawe oko - nie było dramatycznych przemówień, obrotów w zwolnionym tempie, filmowych pauz. Chwyciliśmy tylko te kartony, które stały tuż przy drzwiach, najbliższe, bo właśnie ta bliskość dawała im prawo do bycia zabranymi, bez potrzeby spędzania ani chwili dłużej w miejscu, w którym żadne z nas nie chciało być. Reszta została, z całym bagażem cudzych oczekiwań, zapewne mając do nas trafić dzięki dobrej woli Penelope, która jednak musiała się zająć poszkodowanym mężem, nie odprowadzając nas do drzwi, tylko posyłając nam spojrzenie z pogranicza szoku, smutku z powodu krzywdy Prudence, zażenowania zachowaniem Johna i dezaprobaty dla tego, co zrobiłem.
Nie było pożegnań, nie było wyjaśnień, było tylko jedno spojrzenie, jeden ruch i już byliśmy gdzie indziej. Zatrzasnąłem drzwi tak mocno, że aż zadźwięczała szyba w witrażu, chociaż wcale tego nie planowałem - popołudniowy, chłodny wiatr wywołał przeciąg, ale zabrzmiało to wyjątkowo dramatycznie, zważając na okoliczności, w jakich wyszliśmy. Opuściliśmy budynek w prawie zupełnej ciszy, po czym teleportowaliśmy się z ogródka przed szeregówką jak najbliżej naszego nowego domu. Prezentu od Ellie, jak na ironię - matki człowieka, z którym dziś się pobiłem - czegoś w rodzaju materialno-duchowego „dam wam przestrzeń, a sobie zabiorę wspomnienia, byście mogli budować własne”. Powietrze w tej części Londynu było świeże, chociaż trochę mżyło, pachniało jesienną wilgocią i czymś, co można było nazwać szansą, jeśli miało się na to dzień. Ja zdecydowanie nie miałem.
Wnieśliśmy pudła do środka, postawiłem je przy ścianie, jedno na drugim, tworząc z nich prowizoryczną wieżę, po czym jak najprędzej wymówiłem się czymś o rozpakowaniu na górze, o sprawdzeniu kilku pierdół, o wszystkim, byle nie siedzieć przy stole z Ellie, która jeszcze krzątała się, pakując swoje życie w walizki i kartony z naklejkami sprzed dekady. Na poddaszu było chłodno, pachniało starym drewnem, kurzem i środkiem do polerowania podłóg. Usiadłem na przedostatnim schodku prowadzącym na wyjście na dach, wpatrując się w ścianę, jakby mogła mi coś wyjaśnić. Słowa Johna krążyły mi po głowie, nie znajdując ujścia, nawet jeśli chciałem je odpędzić z powrotem w próżnię.
Dopiero gdy zobaczyłem przez małe okno, jak babcia Prudence wychodzi przed dom z walizką, poczułem, że coś we mnie odpuszcza. Wyszedłem na balkon, oparłem się o barierkę, zimną od przedwieczornego powietrza, zapaliłem papierosa. Charakterystyczna czarna, elegancka taksówka czekała już na ulicy, silnik mruczał leniwie. Pomachałem Ellie, ona odmachnęła, uśmiechając się, jakby chciała mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, nawet jeśli nikt z nas w to jeszcze nie wierzył. Nie byłem gotowy na rozmowy, na wyjaśnienia, na cokolwiek więcej niż ten jeden gest pożegnania. Potrzebowałem ciszy, żeby poskładać w sobie to, co się rozsypało. Dym unosił się powoli, a ja liczyłem oddechy i głębokie zaciągnięcia, prowadzące z powrotem do jakiejś wersji mnie, która jeszcze potrafiła być spokojna, by móc wrócić na dół, spędzając tu nasz pierwszy wspólny małżeński wieczór. To miał być nasz nowy dom, ta myśl powinna brzmieć radośnie, i brzmiała, przynajmniej przez chwilę. Nie byłem bez winy, częściowo sam sprowokowałem tamtą scenę, teraz musiałem przetrawić wszystko, co zdecydowanie popsuło mi morale. Nie chciałem emanować tym na Prue, zawsze załatwiałem takie rzeczy w samotności, dziś nie zdecydowałem inaczej, chociaż może powinienem. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, podczas gdy przez całe dotychczasowe życie, w takich momentach, izolacja przychodziła mi praktycznie samoczynnie.


RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 10.01.2026

Nie do końca takiego zakończenia dnia się spodziewała. Wszystko potoczyło się tak szybko, nie potrafiła przestać widzieć przed oczami skróconej wersji wydarzeń, odtwarzała je cały czas w głowie niczym zdartą płytę, powtarzała sobie słowa, które zostały wypowiedziane, a padło ich zbyt wiele i były bardzo bolesne. Spodziewała się, że wiadomość o jej ślubie może rozczarować rodziców, jednak łączyła to raczej z tym, że po prostu będą niezadowoleni, że nie chcieli, aby im towarzyszyli podczas tego ważnego dla nich momentu, okazało się jednak, że jej ojciec zrobiłby wszystko, aby do niego nie dopuścić.

W pośpiechu opuścili dom jej rodziców, nie wyjaśniali niczego, po tym, co się stało nie musieli niczego wyjaśniać. John przeszedł samego siebie, nigdy nie widziała go w takim stanie, zapętlił się w swojej wizji świata i nie dopuszczał do siebie myśli, że jego córka jest dorosła, że może sama o sobie decydować, wyrzucał z siebie zdania, które na zawsze miały wyryć się w jej pamięci, były ostrzejsze od noży, mimo tego, że wiedziała, iż nie miały sensu, to jednak dość mocno w nią uderzyły. Nie chciała patrzeć na ojca, nie zamierzała też  pojawić się ponownie w domu rodziców dopóki on nie pójdzie po rozum do głowy, jeśli miało się to nie wydarzyć nigdy to trudno, był to tylko i wyłącznie jego wybór, jego podejście. Szkoda jej było matki, bo i ona miała ponosić konsekwencje jego czynów, ale była pewna, że to zrozumie, zresztą zawsze mogli się z nią spotykać na neutralnym gruncie.

Nie wzięli wszystkich rzeczy, nie chciała dłużej patrzeć na ojca, nie chciała czuć jego obecności w jednym miejscu, pewnie to nie byłoby problemem bo Benjy nie wytrzymał i go uderzył (wcale mu się nie dziwiła), widziała, że trafił bardzo celnie, polała się krew, więc nie wchodziłby im pewnie w drogę, ale sama świadomość, że John znajduje się gdzieś obok wzbudziłaby jej dyskomfort, właśnie dlatego wyszli z ledwie kilkoma kartonami, pozostawiając resztę tam, gdzie się znajdowała. Wiedziała, że Penelope nie będzie miała nic przeciwko temu, aby zająć się przekazaniem jej tych rzeczy.

Wyszli bez słowa, bez pożegnania, więcej słów nie było już w tym miejscu tego dnia potrzebne, wszystko co miało zostać powiedziane zostało powiedziane, czuła ogromną gorycz, była rozczarowana, przybita, nie spodziewała się, aż takiej eskalacji. Na kolacji podczas Mabon widziała nastawienie ojca do Benjy'ego, jednak nie spodziewała się tego, że było ono aż tak złe. Nie sądziła, że jej mąż, jej wybór okaże się być dla niego, aż takim ciosem. Wiedziała, że lubił kontrolować sytuację, trzymać rękę na pulsie, jednak nigdy nie zachował się w ten sposób. Był w tej swojej wyimaginowanej nienawiści okropnie zawzięty, nie dało się mu niczego wytłumaczyć, zresztą nie sądziła, że byłby ją w stanie zrozumieć. Nie po tym, co dzisiaj zobaczyła.

Teleportowali się do swojego nowego domu, to miał być naprawdę miły wieczór, mieli zacząć w końcu odnajdywać się w tym miejscu, budować swoją rutynę, swój azyl, a jednak nastroje zupełnie tego nie okazywały. Nie tak to miało wyglądać. Babcia Ellie jeszcze kręciła się po domu, Prue starała się udawać przed nią, że wszystko jest w porządku, chociaż widziała w jej spojrzeniu coś, co sugerowało, iż zdawała ona sobie sprawę, że coś się stało. Nie wypytywała jednak, na szczęście, nie chciała jeszcze o tym rozmawiać. Sprawa była jeszcze zbyt świeża. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie wspomniała Ellie o tym, że nie wszystko poszło po ich myśli, nie chciała, aby ta zastanawiała się dlaczego pojawili się tutaj w takich wisielczych nastrojach. Babcia Bletchley zawsze przecież czuła i widziała więcej, niż wszyscy inni, nic jej nie umykało, nie było sensu aby się zbytnio niepokoiła.

Przekazała karton, który trzymała w dłoniach Benjy'emu, który dołączył go do prowizorycznej wieży, którą udało im się zbudować. On później gdzieś zniknął, ulotnił się, pewnie musiał przetrawić to, co się wydarzyło. Wiedziała, że to co powiedział było tylko wymówką.

Prue nie opuszczało poczucie winy, nikt nie powinien traktować go w ten sposób, nie w tamtym miejscu, sama zaprowadziła go do rodzinnego domu wierząc, że jakoś to będzie. Myliła się jednak, nie przewidziała takiego scenariusza i miała o to do siebie pretensje.

Pożegnała babcię, odprowadziła ją do drzwi, zamierzała pomóc jej z zniesieniem wszystkiego do taksówki, ale ta otaksowała ją wzorkiem, co wystarczyło, by Prue zrozumiała, że był to zły pomysł. Ellie lubiła sama zajmować się swoimi sprawami, ciągle podkreślała to, że jest w kwiecie wieku, tym razem nie mogło być inaczej. Zamknęła za nią drzwi, wtedy też odetchnęła głęboko. Nie musiała już udawać, że nie jest, aż tak źle, bo było przecież fatalnie.

Ruszyła bez zastanowienia na górę, gdzieś tam bowiem był Benjy, poruszała się cicho, szła korytarzem mijając kolejne puste pomieszczenia, aż w końcu zauważyła bo na balkonie. Przez krótką chwilę się w niego wpatrywała, dopiero po jakichś dwóch minutach ruszyła przed siebie, aby znaleźć się gdzieś obok.

Weszła na balkon bez słowa, nie do końca wiedziała co powinna powiedzieć, zamiast tego ruszyła przed siebie, aż wreszcie znalazła się tuż za swoim mężem. Na pewno usłyszał jej kroki, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

Zrobiła krok w bok, aby znaleźć się obok niego. Najgorsze było to, że nie słyszała całej wymiany zdań jaka padła między nimi podczas tamtego epizodu, czuła, że ojciec mógł mu powiedzieć coś, czego nie powinien, jeśli do niej odezwał się w ten sposób, to mogło być tylko gorzej.

Ich ramiona się ze sobą stykały, sięgnęła dłonią do jego ręki, aby spleść ich palce ze sobą, wolała zacząć od gestów, niżeli słów. To one wyrażały więcej. Trwała tak w ciszy przez chwilę, próbowała zebrać myśli, niekoniecznie jej się to jednak udawało.

- Nie sądziłam, że zachowa się w ten sposób. - Powiedziała cicho, niemalże szeptem. - Przepraszam, że Cię tam ze sobą zabrałam, nie powinnam. Nigdy więcej nie popełnię podobnego błędu, on wybrał. - Ojciec wybrał swoją wersję wydarzeń, swoje racje, swoje poglądy, to było całkiem proste do wydedukowania.




RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 10.01.2026

Stałem na balkonie dłużej, niż było to potrzebne, paląc papierosa - zaciągałem się bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby - ten ruch miał mi przypomnieć, że coś wciąż było normalne, nasz plan na wieczór nie spierdolił się całkiem, tylko przesunął o kilka centymetrów w bok. Barierka była zimna pod moimi przedramionami, metal wciskał się w skórę, co było dobre, namacalne, realne. Lubiłem ból, kiedy był prosty, bez podtekstów. Przyglądałem się, jak Ellie wsiadała do taksówki, poprawiając płaszcz i kiwając mi raz jeszcze głową z tym swoim uśmiechem, który zawsze niósł ze sobą więcej, niż słowa. Odkiwnąłem, nawet się uśmiechnąłem, chociaż było to bardziej wymuszone napięcie mięśni niż szczera emocja, dopiero wtedy kiedy samochód ruszył i zniknął za linią horyzontu, coś we mnie w końcu opadło, wraz z tym wyrazem warg, jakby dom przestał być chwilowym dworcem, punktem styku żyć dwóch pokoleń, a zaczął być miejscem, w którym mogłem pozwolić sobie na zrzucenie masek.
Zaciągnąłem się jeszcze raz i wtedy usłyszałem kroki. Nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, że to Pruey - nie chodziło nawet o to, że byliśmy tu sami, jej kroki miały po prostu swój własny zakres rytmów, do którego zdążyłem przywyknąć, nie wiedzieć, kiedy dokładnie. Tak jak u większości ludzi, w zależności od sytuacji, brzmiały trochę inaczej - lżej, ciężej, mniej lub bardziej wesoło. Dziś były wyjątkowo bezszelestne. Zawsze tak chodziła, cicho i powoli, kiedy nie była pewna, co powiedzieć, bardziej myślała niż działała. Stara, skrzypiąca podłoga nie ułatwiała jednak pozostawania niesłyszalnym - no, chyba że było się kimś mojego pokroju - nawet jeśli to dzisiejsze pojawienie się mojej żony nie zostało głośno zaanonsowane, przez moment udawałem, że jej nie słyszę, wpatrując się w krajobraz przed sobą, potrzebowałem tej jednej dodatkowej chwili, żeby być gotowym. Czułem jej obecność, zanim się do mnie zbliżyła, powietrze zmieniło temperaturę, jakby ktoś otworzył niewidzialne drzwi, wypuszczając na zewnątrz trochę ciepła. Kiedy stanęła obok, nie spojrzałem na nią od razu - patrzyłem przed siebie, na ulicę, na drzewa, na latarnie, które wyglądały jak wycięte z pocztówki - to była naprawdę ładna, dobra okolica - świat tutaj wyglądał absurdalnie zwyczajnie po tym, co się wydarzyło.
Dotknęła mojej dłoni, splatając nasze palce, a ja ścisnąłem ją odruchowo, trochę mocniej, niż planowałem - ten gest był znajomy, bezpieczny, przede wszystkim jednak przypominał mi, że nie byłem tu sam, nawet jeśli bardzo chciałem udawać, że jestem. Milczeliśmy chwilę, nie bezzasadnie, bowiem w tym czasie próbowałem ułożyć w głowie zdania, które nie brzmiałyby twardo, ciężko, odpychająco - takie, które nie wynikałyby z tej naturalnej, nienaturalnej potrzeby duszenia wszystkiego w sobie - to było trudniejsze, niż się spodziewałem, zwłaszcza dzisiaj.
Zamrugałem, wyrywając się z zamyślenia, kiedy w końcu to Prue odezwała się jako pierwsza - jej głos był cichy, lecz i tak każde słowo wpadało we mnie jak kamyk do wody - mały, ale robiący kręgi na powierzchni, zanim znajdzie się głębiej, poruszając coś w środku.
Przez chwilę nie odpowiadałem - stałem tak, patrząc przed siebie, nie na miasto, nie na niebo, tylko na tę cienką linię horyzontu, gdzie jedno przechodziło w drugie - wciągnąłem powietrze, wypuściłem je powoli nosem, kręcąc głową.
- Hej. - Powiedziałem w końcu, nadal patrząc przed siebie. - To nie był twój błąd. - Wiedziałem, że to zdanie zabrzmiało tanio, ale było prawdziwe. - Nie wiń się za coś, czego nie mogłaś pszewidzieś. - Dodałem. - Nie jesteś wlószką. Jeszcze. - Kącik ust drgnął mi w czymś, co miało być uśmiechem, ale wyszło bardziej jak cień uśmiechu. Miałem wrażenie, że jeśli nie zajmę rąk czymś konkretnym, zacznę mówić za dużo, a nie chciałem, żeby to był dzień, w którym coś jeszcze zostanie zniszczone. Przekręciłem papierosa między palcami, strząsnąłem popiół, prawie trafiłem do doniczki, prawie. Odwróciłem się w stronę Prue, w końcu, patrząc w te brązowe, lekko zmatowiałe oczy - znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że to, co malowało się na jej twarzy, nie była poza, to było zmęczenie.
- Nigdy mnie nie lubił, nawet zanim mogłem daś mu jakiś konkletny powód. - To nie była skarga, to była faktologia, głowa rodziny Bletchley zawsze miała swoje przekonania na temat osób z konkretnych środowisk, tak jak one z pewnością miały je o nim, mój ojciec na pewno, to właśnie stąd brały się te wszystkie teorie i uprzedzenia, potwierdzone i spekulowane. - Nie potszebował zaploszenia, szeby byś sobą. - Dodałem ciszej, bez cienia zgryzoty, nie raniło mnie jego podejście, nie to odpowiadało za mój nastrój, tylko to, w co uderzyły jego słowa. - On by znalazł sposób, szeby to wyciągnąś, plędzej czy później. - Nie musiałem mówić, czym „to” było, nie wiedziałem nawet, czy chciałem powiedzieć cokolwiek, co mogłoby doprowadzić do powtórzenia wszystkiego, co usłyszałem od jej ojca. Nie dlatego, że nie byłem gotowy, żeby wypowiedzieć te słowa na głos, ale też dlatego, że niektóre zdania żyją tylko po to, żeby cię zatruwać od środka, i nie chciałem, żeby one znalazły nowy dom w pamięci mojej żony. Zamiast tego kontynuowałem tę inną myśl, wcale nie łatwiejszą, lecz przynajmniej taką, o której mogłem mówić trochę swobodniej. - Dziś, jutlo, za miesiąc. To nie była bomba s opóźnionym zapłonem. To była mina. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, jakbym chciał wygładzić napięcie z jej skóry, nie wiedziałem, czy to działa, ale próbowałem. - Nie pszeplasaj mnie za to, sze plóbowałaś. - Odwróciłem wzrok, znów w stronę miasta, przy czym wciągnąłem dym, wypuszczając go bokiem, w przeciwną stronę do tej, z której stała Prue. - To jest… Nolmalne. Chcieś, szeby ludzie, któlych kochasz, byli w jednym pokoju i nie szucali w siebie noszami. - Uśmiechnąłem się krzywo, patrząc na żonę kątem oka, to był mój automatyczny tryb, gdy robiło się za poważnie - nie byłem z tego dumny, ale działało. Stała obok, za blisko jak na dystans, który próbowałem sobie narzucić, i jednocześnie dokładnie tam, gdzie powinna być. Widziałem w jej twarzy to samo, co czułem w sobie - zmęczenie i coś, co jeszcze nie miało nazwy, ale wymagało spokoju.
- Pszeplasam, sze wyszedłem. - Zawahałem się na sekundę. Gdybym został na dole, powiedziałbym coś głupiego albo nic, a obie wersje byłyby gorsze, ale to było szczere, naprawdę szczere. - Nie chciałem cię zostawiaś s tym samej. Po plostu… Musiałem pszetlawiś kilka szeszy. - Rzuciłem, jakby to były drobiazgi, chociaż w rzeczywistości prawie wszystkie słowa, które dziś padły były ostrymi, precyzyjnymi nożami. - Nic, s czym bym sobie nie poladził. - Dodałem od razu, uspokajająco, to było i nie było kłamstwo - małe, poręczne wykrzywienie rzeczywistości, w której raczej miałem to wcisnąć głęboko, znowu zamknąć w sobie, jak nigdy nie gojącą się ranę z tendencją do babrania się właśnie w takich chwilach, tylko od środka. Zawahałem się przez ułamek sekundy, a potem spróbowałem zmienić ton, choć wciąż nie było to łatwe. Ścisnąłem jej dłoń i zerknąłem na nią z boku.
- Mose… Zejdziemy na dół. - Powiedziałem, próbując sprawić, żeby zabrzmiało to normalniej, niż się czułem, lżej, prawie codziennie. - Zlobimy helbatę, usiądziemy w altanie, cokolwiek, hm? - Zgasiłem papierosa o barierkę i wrzuciłem niedopałek do pustej, pordzewiałej puszki po czymś, czego etykieta była już dawno nieodczytywalna, która stała obok. Nie musieliśmy dziś niczego naprawiać, mieliśmy cały wieczór dla siebie w naszym pustym domu, szkoda byłoby stracić ten wieczór na roztrząsaniu przeszłości.


RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 10.01.2026

Rzadko kiedy zdarzało się, aby Prue nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć. Często gubiła się w swoich myślach, po tym błądzeniu jednak była w stanie jednak wydusić z siebie coś. Dzisiaj to nie do końca działało, bo właściwie jak można byłoby skomentować to, co się wydarzyło? Padły komentarze, które spowodowały nieodwracalne zmiany, nic nie mogła z tym zrobić, nie było czasu na żadną reakcję, to było poza nią.

Naprawdę chciała dobrze, miała świadomość, że ojciec miał swoje poglądy, swoje podejście, które budował przez lata, jednak wydawało jej się, że może uda jej się chociaż odrobinę na niego wpłynąć - to było błędem. John Bletchley uważał, że wie wszystko najlepiej i nikt nie mógł niczego z tym zrobić. Powinna się tego domyślić, chociaż liczyła, że spróbuje być nieco bardziej przychylny, stało się zupełnie odwrotnie. Wylał z siebie swój żal, skomentował to w naprawdę paskudny sposób i to by było na tyle. No, przy okazji pierwszy raz w życiu ktoś przyłożył mu w twarz, co było odmianą. Jego rodzina wiedziała jak to wygląda, jakim był typem człowieka, uważał siebie za jedyną osobę, która miała prawo decydować, która wszystko wiedziała najlepiej, niby nie narzucał swojego zdania, jednak nie miał problemu z tym, aby komentować wyborów, których dokonywali jego bliscy, nie zawsze były to miłe komentarze, raczej chłodne kalkulacje, tym razem jednak coś w nim pękło. Zachował się tak, jakby coś go opętało. Nie było powrotu do tego, jak miała widzieć ojca. Jego obraz z tego wieczoru na zawsze zostanie przy niej, gdyby chodziło tylko o nią, pewnie zacisnęłaby zęby, i zatrzymała to w sobie, próbowała łagodzić sytuację, tylko, że nie chodziło o nią. Nie mogła mu wybaczyć tego, w jaki sposób potraktował jej męża, to było zbyt wiele.

Wybrała go, już dawno go wybrała, to z nim chciała spędzić resztę życia, nikt nie mógł jej tego zabronić, na pewno nie ojciec, była przecież dorosła, miała prawo do podejmowania swoich własnych decyzji, szkoda, że nie zauważał tego, że w końcu była szczęśliwa i zaczęła żyć, a nie egzystować. Za bardzo był zacietrzewiony w swoich uprzedzeniach.

Pojawiła się na balkonie, miała nadzieję, że nie przeszkodzi Benjy'emu w zbieraniu myśli. Wydawało jej się jednak, że powinna znaleźć się tuż obok niego, nawet jeśli miała nie mówić zbyt wiele, czasem wystarczała tylko obecność drugiego człowieka dla odzyskania odrobiny równowagi. Słowa jej ojca były okrutne, wiedziała, że jej mąż przeżył swoje, jednak to co padło mogło być pewnego rodzaju powrotem do przeszłości. Już dawno przecież nikt nie widział w nim Aloysius'a, nie wyciągał jego tożsamości, nie mówił o nim w ten sposób, w jaki zrobił to jej ojciec.

Przystanęła go, splotła ze sobą ich dłonie, żeby wiedział, że jest tutaj, gdyby jej potrzebował, a może to ona potrzebowała jego, sama nie do końca wiedziała, dla niej również nie był to przyjemny wieczór. Poczuła palce zaciskające się na jej, to wystarczyło, aby powoli zaczynała się uspokajać.

- Trochę mogłam, przecież wiem, jakim jest człowiekiem. - To, że jeszcze nie widziała go w takim stanie niczego nie zmieniała. Ojciec był, jaki był, miał swoje poglądy, bardzo mocno wbite do głowy i powinna wiedzieć, że nic z tym nie zrobi, nawet jeśli chodziło o nią. Nie zamierzał zrozumieć innego punktu widzenia, zamiast tego wyładował na nich swój gniew związany z utratą kontroli nad tym, co działo się w jego idealnym świecie.

Benjy się do niej odwrócił, uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, chciała odczytać emocje z jego twarzy, zobaczyć, jak się miewał, odezwała się ponownie. - Podejrzewam, że wtedy jedynym powodem było Twoje nazwisko, jakbyś miał na to jakikolwiek wpływ. - Był to odwrócony klasizm o którym też już kiedyś ze sobą rozmawiali. Konwenanse, które kształtowały współczesny świat.

- Pewnie tak by się stało, niektórzy ludzie nie są w stanie widzieć więcej, szkoda, że jest jedną z takich osób. - Wydawało jej się, że ojciec będzie w stanie zrozumieć nieco więcej, jednak miała o nim chyba zbyt dobre zdanie. Dzisiaj sporo się zmieniło, bezpowrotnie.

Nie odwracała wzroku, nawet gdy Benjy spojrzał ponownie w stronę horyzontu, miała wrażenie, że ojciec dotknął miejsc, których nie powinien, które były ukryte gdzieś głęboko, być może odkopał coś, co powinno być zakopane. Nie miała pojęcia, co dokładnie między nimi padło, nie słyszała całej tej wymiany zdań, jednak nie musiała jej słyszeć, aby wiedzieć, że pewnie wyciągał najbardziej nieprzyjemne komentarze. Skoro był w stanie do niej odezwać się w ten sposób, co dopiero do jej męża.

- Niby tak, próba została podjęta, zakończyła się paskudnym niepowodzeniem, na pewno nie zostanie powtórzona. - Zależało jej na to, aby jej najbliżsi mieli ze sobą cywilizowane stosunki, jednak nic z tego nie wyszło, musiała to zaakceptować.

- To zrozumiałe, nie musisz mnie przepraszać. Nie wiem, co Ci powiedział, ale co by to nie było, to na pewno mija się z prawdą, nie zna Cię, nie wie jakim jesteś człowiekiem, niczego o Tobie nie wie. - Dodała jeszcze łagodnym tonem. Nie miała pojęcia co mogło między nimi paść, nie chciała też się o to jakoś szczególnie wypytywać, nie teraz.

- Jakbyś potrzebował kiedyś coś z siebie wyrzucić, to wiesz, że jestem obok i będę zawsze. - Dodała jeszcze, nie należała do osób, które zamierzały naciskać, czy na siłę wyciągały myśli innych osób, jednak zależało jej na tym, aby Benjy wiedział, że może jej powiedzieć o wszystkim. Tak, to mogło wydawać się oczywiste, bo byli przecież małżeństwem, ale i on i ona również przeżyli swoje, mieli sporo zabliźnionych ran o których wcześniej nie rozmawiali.

- Tak, to dobry pomysł, w końcu to pierwszy wieczór w naszym nowym domu. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, nie mogli pozwolić na to, żeby ktoś popsuł im pierwsze, wspólne chwile w tym miejscu.

Benjy zgasił papierosa, był to moment, w którym mogli opuścić balkon, zejść na dół. Nie było sensu zwlekać, więc odwróciła się na pięcie, ruszyła w stronę drzwi, nie wypuszczała przy tym jego dłoni ze swojej, nie chciała tego robić.




RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 11.01.2026

John Bletchley zawsze uważał, że wie najlepiej, widzi więcej, rozumie więcej, kalkuluje trafniej, i że jeśli coś nie pasuje do jego obrazu świata, to problemem nie jest obraz, tylko rzeczywistość. Nikt nie mógł mu tego odebrać, nikt nie mógł mu tego wytłumaczyć. Wylał z siebie żal, złość, rozczarowanie, poczucie utraty kontroli. Zrobił to w sposób paskudny, bezceremonialny, celny jak nóż - i to by było na tyle - nie próbował być uprzejmy, nie próbował być dyplomatyczny, nie próbował nawet udawać, mówił jak ktoś, kto w końcu dostał okazję, by powiedzieć wszystko, co przez lata trzymał na wodzy. A ja słuchałem, przynajmniej do pewnego momentu, aż coś się we mnie nie przelało, nie dlatego, że chciałem - tylko dlatego, że byłem do tego przyzwyczajony. Nie pierwszy raz ktoś wyciągał rzeczy, które wolałem zostawić zakopane, nie pierwszy raz ktoś używał mojego nazwiska jak broni.
„Aloysius Rookwood”, dawno już nikt mnie tak nie nazywał, dawno nikt nie próbował mnie zdefiniować przez to, kim byłem, a nie kim jestem - do teraz - trudno byłoby mi powiedzieć, bym był całkowicie zaskoczony jego podejściem, w końcu wiele z tych słów wypowiedział już w Mabon, w kuchni, ale tym razem zdecydowanie przekroczył granice, których nie powinien był przekroczyć.
Na balkonie było chłodniej, niż się spodziewałem, oparłem dłonie o balustradę i wciągnąłem powietrze, próbując skupić się na czymś fizycznym, na czymkolwiek, co nie było myślami - zapaliłem papierosa, chociaż wcale go nie chciałem, był raczej jak rekwizyt, moje ręce ręce potrzebowały zajęcia. Wbiłem wzrok w krajobraz przed sobą, bo lubiłem widok miasta z oddali, gdyż pozwalał myśleć o rzeczach w skali, w której człowiek przestaje być aż tak ważny - tego popołudnia nie działało. Większość znanych mi sposobów poradzenia sobie z ciężarem tego, co miałem w środku, wydawała się nieskuteczna, a nowe - jak na złość - nie chciały się pojawić.
Usłyszałem kroki za sobą, zanim ją zobaczyłem, to był dźwięk, który mój mózg zarejestrował automatycznie. Stanęła obok mnie, nie powiedziała nic, po prostu splotła nasze dłonie - to było lepsze niż jakiekolwiek pytanie, bo wiedziałem, co z tym zrobić. Odpowiedziałem odruchowo, to był jedyny język, który znałem na tyle dobrze, by zareagować od razu, fizyczność była łatwiejsza, dotyk nie wymagał tłumaczenia. Rzadko kiedy byłem w sytuacji, w której nie wiedziałem, co powiedzieć, ale jeszcze rzadziej zdarzało się, żebym w ogóle próbował coś mówić w tematach, które dziś padły - przez lata nauczyłem się milczeć w momentach, które inni uznaliby za wymagające słów, milczenie było bezpieczniejsze, zawsze było, dzisiaj jednak nawet ono nie dawało mi tej iluzji kontroli, do której przywykłem.
Patrzyłem przed siebie, chociaż tak naprawdę niczego nie widziałem - miasto na horyzoncie było tylko zbiorem świateł, rozmytych konturów, przypadkowych dźwięków - wszystko to działo się gdzieś obok mnie, jakby nie miało ze mną nic wspólnego, a jednak czułem, jak każde słowo, które padło wcześniej, wciąż we mnie krąży, szuka miejsca, w którym mogłoby się zatrzymać - nie było takiego - komentarze, które wypowiedział jej ojciec, nie należały do tych, które można było zignorować, nie były drobnymi ukłuciami. Były jak coś, co wchodziło pod skórę i nie chciało wyjść.
Stałem obok, oparty o barierkę, czując dłoń żony w swojej, jakby była jedynym dowodem na to, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, a nie było tylko wyjątkowo brutalnym snem. Słuchałem jej uważnie, nie tylko słów, ale też pauz między nimi, tych momentów, w których głos lekko jej drżał, chociaż starała się tego nie pokazać. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że ta pozorna stabilność była wysiłkiem, nie naturalnym stanem - dokładnie tak jak u mnie w tej samej chwili. Słowa o winie, o tym, że „trochę mogła”, sprawiły, że poczułem, jak coś we mnie drgnęło - nie zamierzałem ich tak po prostu zaakceptować - ktoś, kto powinien był akceptować jej wybory, próbował włożyć w jej ręce ciężar, który do niej nie należał, a ona go przyjmowała, bo zawsze miała tendencję do brania na siebie za dużo - to było jedno z tych jej niebezpiecznych przyzwyczajeń, każde z nas miało własne, ale akurat tego należało się wyzbyć. Decyzje podejmowane przez jej ojca nie były ani jej winą, ani niczym, za co powinna czuć się odpowiedzialna.
Wciąż patrzyłem przed siebie, na poszarzałe, jesienne niebo, na pierwsze światła miasta, które migotały w oddali, jakby nic się nie stało, a to był zwyczajny wieczór, jeden z wielu. Nie potrafiłem pozbyć się z głowy obrazu Johna z tamtej chwili, nie tego sprzed lat, nie tego z opowieści, nie tego, którego znałem z nielicznych spotkań, tylko tego konkretnego, zaciśniętego w sobie, napęczniałego własną racją, podczas gdy coś w nim rzeczywiście pękło i wylało się na nas bez ostrzeżenia. To wspomnienie osiadło mi w głowie jak lepki kurz, którego nie dało się zdmuchnąć.
Przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka - zawsze tak robiłem, kiedy chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem pewien, co. Zwykle wiedziałem, co robię i po co, ale tego dnia robiłem wiele rzeczy bez celu - albo raczej z celem, którego nie chciałem nazywać. Rzadko kiedy zdarzało mi się nie wiedzieć, co powiedzieć, częściej zdarzało mi się nie chcieć mówić - to była subtelna różnica, której większość ludzi nie dostrzegała - myśleli, że milczę, bo nie mam nic do dodania, w rzeczywistości milczałem, bo wiedziałem, że jeśli zacznę, to nie będę potrafił się zatrzymać, a tego nauczyłem się unikać.
- To nie znaczy, sze powinnaś była to blaś na siebie. - Odparłem. - Znajomość czyjegoś chalaktelu nie zobowiązuje do pszewidywania jego wybuchów. - Powiedziałem nisko, prawie bezgłośnie. - Wiedzieś to jedno. A spodziewaś się, sze ktoś jednak będzie lepszy, to dlugie. - Nie byłem pewien, czy to zabrzmiało tak, jak chciałem, czy zabrzmiało jak wsparcie, pocieszenie, czy jak próba odsunięcia jej od problemu. Zbyt często jedno i drugie brzmiało podobnie. Nie mówiłem tego z goryczą - to był fakt, jak stwierdzenie, że pada deszcz albo że noc przychodzi zawsze za wcześnie, kiedy człowiek nie jest na nią gotowy.
Odwróciłem się do niej, kiedy podniosła głowę - znałem jej twarz na pamięć, a jednak teraz wyglądała inaczej, napięcie było widoczne w linii szczęki, w oczach. A potem przeszliśmy do kwestii tego, dlaczego John zareagował tak jak zareagował - parsknąłem cicho, nie mogąc się powstrzymać.
- Ach, tak. - Mruknąłem. - Moja ulubiona część bioglafii. - Zaciągnąłem się dymem, po czym dodałem z udawaną lekkością. - Nie tszeba zadawaś pytań, nie tszeba poznawaś człowieka. Wystalczy wymówić jego nazwisko, i jusz wiadomo, kim jest i co s nim zlobiś. - Nie powiedziałem, jak często przez lata słyszałem to „Rookwood” wypowiadane tonem, który miał znaczyć więcej niż samo słowo.
Nie powiedziałem „odrzucić”.
Nie powiedziałem „bać się”.
Nie powiedziałem „potępić”.
Ale wszystkie te słowa były gdzieś pomiędzy.
- Niektószy nie chcą. - Poprawiłem ją. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś bierze odpowiedzialność za cudze słowa, zwykle to ja byłem tym, który miał się z nimi pogodzić. - Niechęś bywa balso wygodna. - Wciągnąłem powietrze wolno, nie całkiem, nie spektakularnie, ale wystarczająco, żebym mógł głębiej odetchnąć. Papieros dogasał, ale nie spieszyłem się, żeby go zgasić.
- Większość ludzi mnie nie zna i nie chce poznaś. - Wzruszyłem ramionami. Nie mówiłem tego jak ktoś zraniony, raczej jak ktoś, kto znał zasady gry. - To nie jest coś nowego. - Nie dodałem, że czasami sam nie byłem pewien, czy znam siebie. Nie miałem ochoty opowiadać jej wszystkiego, co padło - jeszcze nie - nie dlatego, że jej nie ufałem, ale dlatego, że nie chciałem, żeby te słowa przeszły przez jej głowę tak, jak przeszły przez moją. Nie chciałem, żeby nosiła je razem ze mną. Nie byłem dobry w rozmowach o sobie, byłem dobry w rozmowach o innych, w analizach, wyciąganiu wniosków. Mówienie o własnych rzeczach było jak wchodzenie na grunt, który mógł się zapaść. Poczułem, jak moje palce zaciskają się na jej dłoni, zanim zdążyłem się powstrzymać, ciało reagowało szybciej niż głowa.
- Nie jestem dobly w takich szeszach. -  Powiedziałem w końcu, nie sprecyzowałem, nie wydawało mi się, że musiałem. Nie byłem dobry w rozmowach o tym, co dzieje się we mnie, nie byłem dobry w przyznawaniu, że coś mnie dotknęło, nie byłem dobry w pokazywaniu słabości, całe życie uczono mnie, że to błąd.
- Jeśli coś wyszucam, to laszej pszypadkiem. - Dodałem po chwili. - I zwykle w nieodpowiednim momencie. - To był żart, albo raczej coś, co próbowało nim być. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś mówił takie rzeczy bez warunków, bez przypisów, bez drobnego druku na dole strony. Całe życie uczono mnie, że trzeba być przygotowanym - na atak, na ocenę, na to, że ktoś prędzej czy później użyje przeciwko tobie wszystkiego, co wie. Byłem przyzwyczajony do wersji świata, w której wszystko miało cenę, wszystko było transakcją, nawet jeśli udawano, że jest inaczej - zaufanie, spokój, bliskość - każda z tych rzeczy prędzej czy później okazywała się czymś, co trzeba było spłacić. Nikt nie mówił, co zrobić, kiedy ktoś chce po prostu zostać.
- Kocham cię. - Powiedziałem nagle. To nie było zaplanowane, nie było eleganckie, nie było odpowiednio osadzone w rozmowie, po prostu się wydarzyło, jakby coś we mnie uznało, że skoro już i tak wszystko się rozsypało, to może warto powiedzieć jedną rzecz, która jest niepodważalna. - Chcę, szebyś była szczęśliwa, cała leszta mnie nie obchodzi. - Nie byłem człowiekiem od wielkich wyznań, nie byłem romantykiem, nie umiałem mówić pięknie o uczuciach. Nie wierzyłem w symbolikę losu, w magiczne momenty, ale nawet ja wiedziałem, że są chwile, które coś znaczą, niezależnie od tego, czy chcesz w to wierzyć - to była jedna z nich.
Zgasiłem papierosa jednym ruchem, bez ceremonii, nie było potrzeby niczego celebrować. Zrobiłem krok, potem drugi, trzymając Prue za rękę, drzwi zamknęły się za nami z cichym trzaskiem. Balkon został po drugiej stronie, razem z dymem, napięciem i wszystkim, czego nie było już sensu ciągnąć dalej. Byliśmy w naszym wspólnym domu, po raz pierwszy zostaliśmy tu sami, to było najważniejsze, nie cudze wyobrażenia o naszym życiu.


RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 12.01.2026

- Nie zobowiązuje, jednak jako osoba z doświadczeniem powinnam podejść do tego inaczej. - Tak, wiedziała, że nie była odpowiedzialna za czyny swojego ojca, jednak znając jego charakter mogła po prostu nie doprowadzić do tego spotkania. Zresztą miała do siebie żal, że straciła poczucie czasu, prościej byłoby, aby opuścili jej dom rodzinny wtedy kiedy jeszcze byli tam sami. Miałaby szansę przygotować się do rozmowy, tak skończyło się na tym, że potoczyła się ona sama, dość niefortunnie.

Nie chciała tego. Nie chciała, żeby Benjy wysłuchiwał podobnych komentarzy, bo na to nie zasługiwał. Jej ojciec miał swoje zdanie, swoje podejście, które było tylko zlepkiem jego poglądów, które nie do końca miały sens. Minęło przecież tak wiele czasu, a ten nadal zachowywał się tak, jakby jej mąż był kimś innym, jakby nadal był Rookwood'em, a to przecież zostawił za sobą. Zresztą nie ma się co oszukiwać, już jako Rookwood potrafił znaleźć specjalne miejsce w jej sercu. Nazwisko nigdy nie miało dla niej znaczenia. Chodziło o niego, po prostu, o to jakim był człowiekiem, jaki był dla niej.

- Tak, mam wrażenie, że tego zachowania nie byliby w stanie przewidzieć nawet najwspanialsi z jasnowidzów. - Próbowała brzmieć lekko, nie dało się jednak nie zauważyć, że zachowanie ojca spowodowało u niej zauważalną zmianę nastroju. Spodziewała się, że będzie zirytowany, ale nie, że aż tak. Popsuła jego idealny obrazek, założenia, tylko szkoda, że nikt nie pytał jej, czy on się jej podobał. Zazwyczaj akceptowała wszystko, starała się podejmować jak najmniej kontrowersyjne decyzje, robiła to, czego od niej oczekiwano, ten jeden, jedyny raz jednak postanowiła postąpić inaczej. Wybrała siebie, swoje szczęście, swoje marzenia. Dla jej ojca było to najwyraźniej zbyt wiele. Musiała się z tym pogodzić, zresztą sam doprowadził do tego, że znaleźli się w dosyć patowym położeniu, to stało się tylko i wyłącznie przez niego. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, zachowywał się, jakby go okropnie skrzywdziła, a przecież nie zrobiła niczego złego, nikogo nie skrzywdziła, nikogo nie zabiła, nie popełniła żadnego przestępstwa, po prostu postanowiła podążać za głosem serca.

- Wstyd mi za niego, wiesz? - Nie potrafiła zrozumieć tego podejścia. Jasne, bywały momenty, kiedy sama słuchała ojca, dystansowała się przez jego komentarze, zakładała rzeczy, których nie powinna, ale wtedy była dzieckiem. Gdy dorosła otworzyła oczy i zrozumiała, że świat nie był czarno-biały. Nikt nie miał wpływu na to, jakie nazwisko nosił, nikt sam nie pchał się na świat, nie chciał urodzić się w dokładnie tej, a nie innej rodzinie. Pochodzenie wcale nie definiowało jego wartości, czy tego jakim był człowiekiem. Łatwo było zakładać pewne rzeczy, nie próbując poznać człowieka, to było jednak krzywdzące, okropnie krzywdzące.

- Tak, to jest okrutne, ale wiele osób ma takie podejście. - Ich świat rządził się swoimi prawami, nazwisko często było najważniejszą cechą rozmówców, czasem nawet nie dało się dojść do rozmowy, jeśli było nieodpowiednie. Na to nie mogli mieć wpływu, chociaż w sumie, wystarczyło aby trzymali się od takich ludzi z daleka, szkoda tylko, że jej ojciec okazał się być jedną z takich osób, musiała to jednak jakoś przetrawić. Wiedziała przecież, że nie będzie łatwo przekazać mu wieści, bo kierował się jakimiś swoimi bezsensownymi przekonaniami, które nie do końca miały podstawy aby mieć wpływ na realia, a jednak był w tym okropnie zaciekły. Jego strata, nie wiedział co tracił, może kiedyś przejrzy na oczy, oby wtedy nie było na to zbyt późno.

- To tylko i wyłącznie ich strata, nie mają możliwości zobaczyć co kryje się pod powierzchnią i jak bardzo wartościowym człowiekiem jesteś. - Jego wygląd mógł sprawiać pewne pozory, nazwisko również, jednak to, co kryło się głębiej było zupełnym przeciwieństwem tego, co mogło się wydawać komuś na pierwszy rzut oka. Uważała, że miała sporo szczęścia, że dopuścił ją do siebie, pokazał wnętrze, od początku mieli do siebie słabość, jakoś tak wyszło, aż w końcu został jej mężem. Nie mogła sobie wymarzyć lepszego scenariusza. To, że inni nie chcieli widzieć więcej było tylko i wyłącznie ich problemem. Nie do końca podobało jej się to, że świat działał w ten sposób, nie mogła jednak z tym nic zrobić, nie miała wypływu na obcych ludzi, mogła tylko i wyłącznie dbać o to, aby sama nigdy nie stała się kimś takim, chociaż czy właściwie jej to groziło? Miała szansę zobaczy, że takie uprzedzenia nie prowadzą do niczego, że były zupełnie niepotrzebne, tylko komplikowały sytuację. Warto było dawać szansę każdemu, kto stawał na drodze.

- Nie musisz być dobry w takich rzeczach, chcę po prostu, żebyś wiedział, że jeśli coś Cię męczy, to tu jestem - Miała świadomość, że nie łatwo było dzielić się swoimi myślami, czy słabościami, to wymagało ogromnego zaufania, ale nie tylko. Zdawała sobie sprawę, że Benjy przez wiele lat musiał trawić wszystko sam, nie miał nikogo kto by go wspierał, pewnie trudno będzie mu się wyzbyć przyzwyczajeń, jednak chciała, żeby wiedział, że była obok, zawsze gotowa go wysłuchać, albo po prostu być. Nie musiał nawet zbyt wiele mówić.

- Dobre i to, może z czasem tych przypadków będzie więcej, aż w końcu przestaną być przypadkami. -  Oswojenie się z nową sytuacją, z tym, że byli małżeństwem wymagało czasu. Prue nigdy nie miała w zwyczaju niczego narzucać, czy naciskać, liczyła na to, że z czasem po prostu sam zacznie mówić, jeśli coś będzie leżało mu na sercu. Wiedziała, że to może potrwać, ale nie przejmowała się tym jakoś szczególnie, wierzyła, że uda im się z czasem pozbyć tych przyzwyczajeń, które wynikały z nieodpowiednich doświadczeń.

Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, kiedy ponownie się odezwał. Odruchowo mocniej ścisnęła jego dłoń, oczy jej błysnęły, napięcie wydawało się opuścić jej ramiona. Nie spodziewała się usłyszeć teraz tego z jego ust, zaskoczył ją, poczuła jednak przyjemne ciepło, które rozchodziło się po ciele. Były to całkiem proste słowa, jednak niosły ze sobą wszystko.

- Też Cię kocham, najbardziej na świecie. - Nie mogła nie odpowiedzieć mu tym samym. Tworzyli rodzinę, wybrali się nawzajem, mieli być swoim oparciem podczas również tych gorszych dni, okazało się, że akurat ten dzisiejszy niósł ze sobą nieco rozczarowania, pewnie mieli przeżyć jeszcze wiele podobnych, razem jednak było to dużo łatwiej przetrwać.

- Jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd. - Tylko i wyłącznie dzięki niemu, temu, że był obok, że postanowił zostać. Chciała, żeby to wiedział. Nic nie miało tego zmienić, a na pewno nie niezadowolenie i fochy jej ojca. Zbyt wiele czasu poświęciła na egzystencję, żeby nie doceniać tego, iż w końcu zaczęła żyć. Sporo się zmieniło w ostatnim czasie i podobały jej się te zmiany. Dawały jej radość, i w końcu jakąś wizję na przyszłość, wspólną przyszłość, to było w tym najdoskonalsze.

Opuścili balkon trzymając się za ręce, pozostawili za sobą jesienny chłód. Weszli do swojego nowego domu, mogli świętować to, że znaleźli sobie miejsce, w którym będą mogli zacząć budować wspólną przyszłość. Nikt nie mógł im w tym przeszkodzić, mimo tego, że nie wszystko dzisiaj poszło po ich myśli, nie mogli pozwolić, aby to im zawadzało.

Znaleźli się w kuchni, po tym jak zeszli ze schodów. Prue zatrzymała się przy jednym z blatów, znała ten dom jak własną kieszeń, spędziła w nim bardzo dużo czasu, nigdy jednak nie spodziewała się, że kiedyś przyjdzie jej tutaj zamieszkać ze swoim mężem, uśmiechnęła się do siebie na tę myśl, to był naprawdę ciekawy zwrot akcji.

- To co, herbata, herbata z wkładką, wkładka bez herbaty? - U rodziców skosztowali trochę nalewek jej mamy, alkohol jednak powoli przestawał krążyć w ich żyłach, a wcale nie miałaby nic przeciwko temu, aby nadal czuć tę lekkość bytu, szczególnie po tym dość ciężkim dniu. Uważała też, że warto było oblać nową nieruchomość, czekała jednak na decyzję Benjy'ego, wpatrywała się w mężczyznę nawet na moment nie opuszczając spojrzenia.




RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 13.01.2026

Rzadko bywałem w sytuacjach, w których nie wiedziałem, co powiedzieć, jeszcze rzadziej w takich, w których nie wiedziałem, co zrobić z własnymi myślami, tym bardziej, że przez lata wypracowałem w sobie mechanizmy, które działały niemal automatycznie - jeśli coś było zbyt głośne, zbyt bolesne, zbyt niebezpieczne, odkładałem to na bok i przetwarzałem później albo wcale, najlepiej wcale, jednak tego dnia nie dało się niczego odłożyć, nie dało się jednak ukryć, że mimo to - próbowałem.
Wzrok miałem skierowany gdzieś na przód ogródka, który wyglądał tak samo jak pamiętałem go sprzed lat - z jednej czy dwóch wizyt w tym miejscu - był trochę zaniedbany, trochę zbyt starannie przystrzyżony w niektórych miejscach, jakby ktoś nie mógł się zdecydować, czy chce nad nim panować, czy dać mu spokój. Krzewy zostały przycinane zbyt równo, jakby próbowano nad nimi zapanować, a potem najwyraźniej stracono cierpliwość, ścieżka miała omszone, zarośnięte kamienie a przysychający na jesień trawnik tracił resztki soczystej zieleni, szczególnie tam, gdzie został za bardzo skoszony. Najpewniej Ellie próbowała tu zaprowadzić porządek, ale najwyraźniej zabrakło jej woli twórczej, co wyjątkowo pasowało do moich wspomnień o tej kobiecie. Lubiła rzeczy, które nie były doprowadzone do perfekcji - takie, które wyglądały, jakby ktoś w pewnym momencie uznał, że ma dość udawania, że wszystko musi być równe. Ja też zawsze preferowałem takie miejsca, niedoskonałe, prawdziwe, nieudające, że wszystko jest pod kontrolą. Jej syn, natomiast… Ewidentnie niekoniecznie. 
Nie zgadzałem się ani trochę na to, aby Prue brała odpowiedzialność za reakcje swojego ojca, nie dlatego, że nie rozumiałem, skąd to się brało, tylko dlatego, że próbowała przyjąć na siebie ciężar, który nie był jej, znowu, jakby to była jej naturalna pozycja, ten lekki półskłon wobec cudzych błędów. Pokręciłem głową, wolno, z namysłem.
- Nie, Pluey. Nie ty jedyna mogłaś to pszewidzieś I zapobiec dlamatom. Ja tesz mogłem. I wiesz co? Pszewidziałem i nic s tym nie zlobiłem. - Nie było w tym gniewu, raczej coś na kształt spokojnej, twardej zgody na to, jak wyglądała rzeczywistość. Wiedziałem, że to nie skończy się herbatką i uprzejmymi uśmiechami. - Po tym, co mi powiedział w Mabon, wiedziałem dokładnie, jaki to będzie lodzaj losmowy, gdy jusz do niej dojdzie, a mimo to wszedłem w nią dziś świadomie. Mogłem się wycofaś, byś balsiej… Dyplomatyczny, ale wyblałem inaczej. - Uniósłbym kącik ust, gdyby to był moment na żart, ale nie był. - Nie plowokowałem go pszypadkiem. Moja postawa nie była wynikiem zaskoczenia, to było „okej, zobaczmy, co się stanie”, więc jeśli jusz, to ja tesz mam tu swój kawałek odpowiedzialności. - Westchnąłem, gdy powiedziała, że wstydzi się za niego, bo praktycznie od razu coś we mnie drgnęło. Zacisnąłem palce na balustradzie, a potem puściłem.
- Nie lób tego, kochanie. To twój ojciec, jasne, ale to nie znaczy, sze ty masz za niego myśleś. - Powiedziałem od razu. Nie lubiłem, kiedy brała na siebie winy, które do niej nie należały. Nie lubiłem tego u nikogo, ale u niej szczególnie. - To nie jest twój wstyd. Nie chcę, szebyś blała to wsystko na siebie tylko dlatego, sze ten ktoś nosił kiedyś twoje nazwisko. - Mówiłem spokojnie, ale stanowczo, tak, jak mówi się rzeczy, które chce się wbić komuś do głowy na stałe, bo chciałem, żeby to zapamiętała. Nie musiała wstydzić się za innych dorosłych ludzi, ani za niego, ani za mnie, ani za kogokolwiek innego, to te osoby musiały być odpowiedzialne za własne konsekwencje, zrzucanie ich na kogoś nie było fair. Nie była śmietnikiem na ojcowskie niespełnione ambicje. - To, sze ktoś jest lodzicem, nie lobi s niego automatycznie mądlej osoby. Czasem lobi s niego tylko stalszą welsję kogoś, kto nigdy nie nauczył się zamykaś ust, kiedy powinien. - Zmarszczyłem lekko brwi, bo to zdanie wyszło ze mnie szybciej, niż się spodziewałem. - Nie biesz na siebie jego błędów. Tak samo jak ja nie biolę na siebie błędów swojego stalego. Szadne s nas nie ma takiego obowiązku, plawda? Albo oboje go mamy. Osobiście wolę pielwszą opcję, hm? - Wzruszyłem ramionami, nie dlatego, że mnie to nie obchodziło - po prostu wiedziałem, że świat się nie zmieni, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli - gdybyśmy zaczęli żyć tak, żeby nikogo nie urazić, nie zdenerwować i nie rozczarować, to byśmy w ogóle nie wyszli z domu, a ja nie miałem zamiaru być cieniem tylko po to, żeby komuś było wygodniej. Nie chciałem, by ona nim była, wystarczająco długo dostosowywała się pod cudze standardy, nie potrzebowała tego robić w tym wypadku.
Słowa o tym, co jest „pod powierzchnią”, były… Spodziewanie niespodziewane. Dobre, ale dziwne, wciąż działały na mnie tak, jakby ktoś zajrzał do pomieszczenia, do którego zwykle wpuszczałem tylko siebie, i zamiast się skrzywić, powiedział „hej, tu jest coś wartościowego”. Nie byłem na to specjalnie przygotowany, nawet jeśli to nie był pierwszy raz, gdy mogłem poczuć się doceniony przez kobietę, która mnie kochała, naprawdę kochała, z tymi wszystkimi „ale”, których nie było mało, i to wcale nie była przesada, tylko fakty.
- Nie wiem, czy jestem asz taką pelełką. - Rzuciłem, jakby od niechcenia, po chwili jednak westchnąłem i potarłem kark, jakbym chciał zetrzeć z siebie to dziwne wrażenie, jakie pojawiało się we mnie na podobnie szczere słowa uznania, zwłaszcza ze strony osoby, od której płynąc miały tak wiele wagi. - Wiesz, sze przez większość szycia byłem dokładnie tym, co widzieli. Albo tym, co sobie dopowiadali. I w sumie… Było mi s tym wygodnie. Nie musiałem nic tłumaczyś. Poniekąd dalej tak mam. - Skrzywiłem się lekko, nie dlatego, że całkowicie się z nią nie zgadzałem, bagatelizując wszystko, co powiedziała, raczej dlatego, że byłem świadomy własnej przeszłości - nigdy nie miałem w sobie potrzeby, by być „kimś wartym odkrycia”, zawsze bardziej obchodziło mnie to jedno konkretne spojrzenie niż sto opinii. Jeśli to była ich strata, to dobrze, naprawdę, bo ja nie miałem już ani czasu, ani energii na ludzi, którzy oceniają mnie po opakowaniu, kiedyś od czasu do czasu mnie to wkurzało, teraz… Chyba po prostu przestało mnie to obchodzić.
- Jestem zwykłym kimś, kto zlobił sporo głupich szeszy i telas plóbuje ich nie lobiś. Tyle. - Odchrząknąłem, wzruszając ramionami, nie mówiłem tego z kokieterią, po prostu tak to widziałem. Nie byłem już tym samym człowiekiem, którym byłem kiedyś, nie chciałem nim być, tak naprawdę nigdy nie aspirowałem do bycia kimś takim, po prostu przez długi czas wydawało mi się, że nie mam wyboru, wszystko jest już zapisane, a moje nazwisko niesie za sobą ciężar, którego nie da się zrzucić, jakby było znamieniem wypalonym na skórze, którego nie da się usunąć, nawet jeśli przestajesz się z nim utożsamiać. Nie wiedziałem, czy da się odpokutować za swoje czyny, nie wiedziałem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak wystarczająca ilość prób podejmowania dobrych decyzji, które równoważą te złe. Wiedziałem tylko, że próbowałem, odciąłem się od tego, co mówiło moje nazwisko, a także tego, co ludzie z nim wiązali, kim według nich miałem być. A teraz… Teraz ktoś nie tylko próbował ponownie wcisnąć mnie w tamte ramy, co wykorzystać tamtą dawną formę do tego, by wywrzeć wpływ na kogoś, kto był dla mnie znacznie ważniejszy niż opinia otoczenia o mnie samym - to właśnie to było niedopuszczalne. Niewiele mogliśmy z tym jednak zrobić, te słowa już zostały wypowiedziane, John podjął tę decyzję, tego popołudnia zdecydowanie postarał się pokazać to, co miał w zanadrzu, i każde z nas musiało to jakoś przetrawić, jeśli nie chcieliśmy dać mu mieć ostatniego zdania.
Nie od razu odpowiedziałem na słowa o tym, że mogłem pozwolić sobie na to, by się przy niej uzewnętrznić - to był ten moment, w którym człowiek czuje, że powinien powiedzieć coś sensownego, ale w głowie ma tylko biały szum i kilka niepasujących do siebie myśli. Stałem więc chwilę, patrząc gdzieś obok niej, jakbym nagle bardzo zainteresował się balustradą, i próbowałem wymyślić zdanie, które nie zabrzmi ani zbyt miękko, ani zbyt dramatycznie. Nie byłem dobry w takich chwilach, zawsze miałem wrażenie, że jak powiem coś zbyt poważnego, to wyjdzie sztucznie, a jak nie powiem nic, to wyjdzie jeszcze gorzej. Słowa nie przychodziły tak, jak powinny, ale nie miałem zamiaru wiekami gapić się na nią jak idiota, szukając w głowie czegoś mądrego, więc zrobiłem to, co umiałem najlepiej - uniosłem lekko brew i spojrzałem na nią z tym półuśmiechem, który zwykle miał sugerować, że mam wszystko pod kontrolą, nawet jeśli w środku wyglądało to, jakby ktoś wyłączył wszystkie sensowne odpowiedzi i zostawił tylko te głupie albo za ciężkie, a ja nie miałem zamiaru wchodzić w ciężkie.
- Czyli mam losumieś, sze mogę pszyjść, szuciś „jest do dupy” i to się będzie liczyło jako komunikacja czy powinienem to loswinąś jakoś balsiej? - Pokręciłem głową, jakbym właśnie dostał instrukcję obsługi do czegoś, czego nigdy nie potrafiłem używać. - Dobla. - Mruknąłem, niemal od razu, by nie myśleć o tym zbyt długo. - Splóbuję. - Dodałem, już bez żartobliwych wstawek. Nie „obiecuję”, nie „na pewno” - „spróbuję”, to było maksimum, na jakie mnie było stać w tej chwili, ale było szczere, tak samo jak te następne słowa o miłości. Wcześniej jednak przesunąłem dłonią po karku, czując to znajome napięcie, które zawsze pojawiało się, gdy rozmowa robiła się zbyt prawdziwa. - Jestem dorosłym facetem, nie. - Dodałem, jakby to cokolwiek wyjaśniało. W domyśle mówiło wiele, bo przecież jako ktoś w moim wieku powinienem umieć mówić, kiedy coś mnie zżera, prawda? Więc dlaczego to było tak cholernie trudne? - Upszedzam tylko, sze w moim pszypadku to mosze wyglądaś tak, sze będę siedział, patszył w jeden punkt i udawał, sze analizuję coś balso wasznego, a w szeczywistości będę się kłócił sam ze sobą o to, czy w ogóle walto coś mówiś. To… Nie jest standald. Chyba. Laczej. Mój jest. Pszynajmniej tak słyszałem. - Nie brzmiało to jak deklaracja, bardziej jak instrukcja postępowania, którą czytałem komuś na głos pierwszy raz w życiu, bez obrazków, bez spisu treści, ale przynajmniej nie udawałem już, że tej instrukcji nie ma.
Nie byłem wylewny w sprawach związanych z tymi delikatnymi uczuciami, nigdy taki nie byłem, nie wydawało mi się, by słowa o miłości przychodziły mi tak łatwo jak u większości ludzi, nawet teraz, kiedy miałem je już na wyciągnięcie ręki, oswojone, nie tak straszne jak kiedyś, ale gesty… Z nimi było prościej, nie wymagały składni, tylko obecności. Słysząc odpowiedź, ścisnąłem  dłoń Prue mocniej, kciukiem zataczając powolny, niemal nieświadomy krąg na jej skórze. Staliśmy na balkonie, obok siebie, nie naprzeciwko, to miało znaczenie, patrzyliśmy w to samo miejsce, na świat, który czasem był uparty, krzywy i niesprawiedliwy, ale który teraz zdawał się… Do zniesienia.
- Dobsze to słysześ. - To była cała moja poezja, ale w tym ściskaniu jej dłoni, milczeniu, w tym, że nie musieliśmy się spieszyć ani udowadniać niczego światu, było wszystko. To „razem” nie było hasłem, tylko praktyką, na dobre dni i te gorsze, które już zaczęliśmy kolekcjonować. Przesunąłem się odrobinę bliżej, mocniej opierając się ramieniem o jej ramię, by poczuć to przyjemne ciepło, jakim emanowała - to był odruch, chociaż jeszcze jakiś czas temu się nim nie wydawał, nie dla mnie - nie musiałem mówić, że jestem szczęśliwy, po prostu taki byłem. Na wielkie słowa z pewnością miał nadejść czas.
Zaciągnąłem się powietrzem, które pachniało chłodem, jesienią, czymś świeżym. Zgasiłem papierosa i tym razem zrobiłem to spokojnie - nie tak jak wtedy, gdy go podpalałem - bez agresji, bez symboliki, po prostu dlatego, że już go nie chciałem.
Zatrzymałem się na chwilę w progu kuchni, omiatając wnętrze wzrokiem, jakbym musiał oswoić się z myślą, że to nie jest czyjeś miejsce, tylko nasze - nowe ściany, nowe zapachy, inna akustyka kroków - wszystko brzmiało trochę inaczej. Oparłem się biodrem o blat obok Prudence, nadal trzymając ją za rękę, i spojrzałem na nią z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zwiastował decyzję podszytą lekką przekorą, nawet jeśli tym razem odpowiedź była bardzo jasna - to był dzień, który zasłużył na coś mocniejszego niż liście i gorąca woda. Uniósłbym brwi, gdyby to był konkurs, ale to było raczej ciche, porozumiewawcze puszczenie do niej oka. Byliśmy dorośli, jutro żadne z nas nie musiało koniecznie iść do pracy i byliśmy w swoim własnym domu, całkowicie sami.
- Sama wkładka. - Powiedziałem bez wahania. - Zdecydowanie. - Puściłem jej rękę tylko na moment, żeby sięgnąć po szklanki, ale zaraz wróciłem bliżej. Stanąłem obok niej, bark przy barku, a potem uśmiechnąłem się szerzej, pierwszy raz, odkąd się tu dziś pojawiliśmy, napięcie powoli ustępowało.
Koniec sesji