Secrets of London
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence (/showthread.php?tid=5599)

Strony: 1 2


[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Prudence Fenwick - 12.01.2026

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Był to bardzo przyjemny, letni dzień. Słońce wisiało wysoko na niebie, na którym nie było ani jednej chmury. Pogoda dzisiaj wyjątkowo rozpieszczała. Wydawało się, że nic nie mogło popsuć tego lipcowego popołudnia, jednak oczywiście nie mogło być zbytnio kolorowo. Elias'a odwiedzili koledzy. Nie miała pojęcia dlaczego spotykali się nawet w wakacje, jakby przez te dwa miesiące nie mogli bez siebie żyć. Prudence zamknęła się w swoim pokoju, nie wychodziła z niego praktycznie przez cały dzień, byle tylko nie wpaść na żadną znajomą twarz, wystarczające było to, że musiała ich spotykać w Hogwarcie.

Zmieniło się to jednak w chwili, w której usłyszała znajomy głos dochodzący z parteru. Babcia Ellie. Tego nie mogła przegapić. Uwielbiała tę kobietę. Była jej bardzo bliska, stała się jeszcze bliska, gdy okazało się, że łączą je pewne umiejętności, które nie były szczególnie często spotykane, poświęcała Prue wyjątkowo dużo czasu, aby mogła zagłębić się w tajniki widmowidzenia, chciała, by dziewczyna nauczyła się wszystkiego, co sama wiedziała, bo miało jej to ułatwić egzystencję w świecie pełnym przedmiotów, które opowiadały najróżniejsze historie.

Powoli zaczynała panować nad tą umiejętnością, nadal bywały momenty, kiedy odpływała zupełnie znienacka, nie była w stanie nic z tym zrobić, jednak wierzyła w to, że po tych wakacjach będzie miała większą kontrolę. Zapomniała o spotkaniu z babcią przez niespodziewanych gości, którzy pojawili się w ich domu tego ranka, teraz jednak w końcu postanowiła wyłonić się ze swojej jaskini. Nie mogła się tu ukrywać przed całym światem, no i chciała przywitać się z Ellie.

Odłożyła grube tomisko, które czytała od rana na swojej szafce nocnej, wyszła z łóżka - tego, z różowym baldachimem, po czym ruszyła w kierunku drzwi. Zamknęła je za sobą, gdy opuściła pomieszczenie, nie chciała, aby żaden z kolegów Elias'a zaglądał do środka. Nie mogli zaglądać do jej świata, tylko tego brakowało.

Ubrana była zwyczajnie, była w końcu u siebie w domu, trwały wakacje, miała więc na sobie czarne ogrodniczki, włosy jak zawsze spięte wysoko, kok dyndał jej na wszystkie możliwe strony, kiedy zbiegała po schodach. Na dole dostrzegła znajomą sylwetkę, nie czekała, podbiegła do kobiety i się do niej przytuliła. - Cześć babciu. - Powiedziała cicho, uśmiechała się jednak promiennie, chyba zapomniała o tym, dlaczego zaszyła się w swoim pokoju. Zresztą skoro była tutaj babcia, to nie groziły jej chyba nieprzyjazne spojrzenia, jakimi zazwyczaj obdarzali ją koledzy jej brata, jej rodziców nie było w domu, bo pracowali, co powodowało, że wcześniej nie czuła się do końca pewnie. Chłopcy chyba byli na dworze, albo tak jej się wydawało, nie miała pojęcia, czym się zajmowali - najpewniej jakimiś głupotami, jak zawsze. Nie sądziła, żeby robili coś interesującego.

Dopiero po chwili dostrzegła, że jeden z nich właśnie przekroczył drzwi wejściowe. Przeniosła wzrok w jego kierunku, akurat ten, którego najbardziej nie chciała widzieć. Przełknęła głośno ślinę, nie do końca wiedziała, jak się powinna zachować. Jej babka jednak wydawała się być zadowolona, że mieli towarzystwo. - Aloysius, miło Cię widzieć. - Prue nie miała pojęcia skąd wiedziała, kto przed nimi stoi, ale Ellie zawsze wiedziała wszystko, więc wcale nie powinno jej to dziwić.




RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Benjy Fenwick - 13.01.2026

Wewnątrz domu Bletchleyów pachniało latem, czymś słodkim i suchym, ale w tym miłym sensie, jak rozgrzane drewno, które ktoś wcześniej umył środkiem do czyszczenia z dużą ilością pszczelego wosku. Zatrzymałem się w progu drzwi prowadzących do ogrodu, próbując nie zostawiać śladów na tej idealnie wypucowanej podłodze, chociaż krople spadały na ziemię wbrew mojej woli, znacząc klepki podłogowe czerwonymi śladami. Robiąc krok do wnętrza domu, wyprostowałem się na siłę, jakbym nie był w połowie drogi do omdlenia z mieszanki „o kurwa, ale się zgrzałem” i „o kurwa, ale to boli”, i pozwoliłem sobie na lekko drwiący, wyjątkowo swobodny uśmieszek, bo bez niego byłem tylko chłopakiem z krwią na rękach, a to nie brzmiało jak ja.
Opuściłem resztę bandy tylko dlatego, że potrzebowałem kawałka czystej szmatki, a nie dlatego, że miałem ochotę na rodzinne przedstawienia i uśmiechy jak z reklamy eliksirów na trawienie, które zawsze widniały na twarzach rodziny Eliasa, gdy pojawialiśmy się tu latem. A już w szczególności nie dlatego, że miałem ochotę oglądać minę Prudence, która - na szczęście - zaszyła się Merlin jeden wiedział gdzie i zapewne miała tam zostać do wieczora, tylko po to, by próbować nie okazywać jawnego, niepasującego do jej „bycia ponad to”, niezadowolenia z powodu tego, że żaden z nas nie zamierzał zniknąć ani przed kolacją, ani do końca weekendu, a mieliśmy piątek - warto dodać.
Drzwi zamknęły się za mną cicho, niemal grzecznie, co zupełnie nie pasowało do tego, jak wyglądałem, w czarnych krótkich spodenkach z mnóstwem kieszeni, i ze zmierzwionymi włosami przewiązanymi brązową bandaną. Ściągnąłem koszulkę, bo miała większą powierzchnię niż cokolwiek innego, co było dostępne na miejscu, a nie miałem zamiaru gnać do domu Eliasa, jak idiota, z ręką owiniętą w liść łopianu. Teraz nadal miałem ją wokół dłoni, ale przesiąkła na tyle, że krew wymieszana z potem zaczęła nieelegancko się z niej sączyć. Na zewnątrz było ciepło, wiał przyjemny wiaterek, słońce świeciło mocniej niż zazwyczaj, a prowizoryczny bandaż sprawdzał się lepiej niż przewidywałem, nic dziwnego, że nie chciałem od razu wracać, dając sobie „jeszcze pięć minut”, co pięć minut, aż wreszcie dotarło do mnie, że starzy Bletchleya na pewno już wyszli do pracy - całe szczęście, bo nie chciałem ich pomocy - drzwi były otwarte, więc wszedłem, zamierzając samodzielnie opatrzeć sobie wnętrze dłoni i przyłożyć coś zimnego na stłuczenie, potem wracając do reszty. Na nieszczęście, los znowu miał inne plany.
Najpierw zobaczyłem ją - Prudence - będąc pewnym, że ona zobaczyła mnie dokładnie w tej samej chwili, bo gdy spojrzała w moim kierunku, oczy miała szerokie, jakby ktoś właśnie wpuścił do pokoju burzę. Przełknęła ślinę, a ja prawie się uśmiechnąłem, bo oczywiście, że akurat teraz, oczywiście, że tu - świat miał kalendarz tylko po to, żeby robić mi na złość.
Oparłem się o framugę, czując, jak tępe sztywnienie w łokciu rozlewa się aż do ramienia - „Gryfoni nie jęczą, Gryfoni robią z bólu anegdoty”, powtórzyłem sobie wewnątrz głowy, na kształt mantry, która działała tylko na słowo honoru - bolało, ale nie zamierzałem tego okazywać. „Czysta krew, czysta głupota”, jak to stwierdziliby niektórzy, więc wolałem zamknąć jadaczkę, nie dając nic po sobie poznać. Prawda była taka, że ręka pulsowała mi nieustannie, niewielkim, ale uporczywym natężeniem dyskomfortu, a krew spływała po moim odsłoniętym przedramieniu w sposób zdecydowanie zbyt teatralny, jak na „zwykłe rozcięcie”.
Zrobiłem krok do środka, zanim trochę mocniej zakręciło mi się w głowie, więc znowu oparłem się o ścianę, udając nonszalancję, i wtedy usłyszałem swoje imię, wypowiedziane spokojnie, miękko, z tym tonem, który sprawiał, że nawet najgorszy gagatek nagle wyglądał jak porządny chłopiec. To było… Tak miłe, jak irytujące. Nie lubiłem, kiedy ktoś był uprzejmy bez powodu, a jeszcze bardziej nie lubiłem, kiedy ludzie się nade mną litowali, więc zrobiłem to, co zawsze - zamieniłem ból w dowcip, a dowcip w tarczę.
- Dzień dobry, pani Ellie. - Odpowiedziałem, z lekkim ukłonem, bo tak mnie wychowano. - Prudence. - Dodałem, tak wypadało, zaraz znowu wracając do jej babci. - Przepraszam za bałagan. - Wskazałem łokciem, a to było głupie, bo właśnie nim nie powinienem wskazywać. Zasyczałem cicho, nie robiąc z tego opery, sekundę później stałem już wyprostowany, z ramieniem przyciśniętym do boku, i robiłem to, co umiałem najlepiej, czyli udawałem, że mam wszystko pod kontrolą. Ponownie spojrzałem na Prue, jakby była częścią wystroju, czymś między obrazem a zegarem, który wcale nie tykał mi w głowie, przesunąłem po niej wzrokiem, już trochę wolniej, od tych jej ogrodniczek po rozczochrany kok - to był mój sport, widzieć i nie widzieć jednocześnie, rywalizacja miała przecież swoje rytuały - po czym podniosłem krwawiącą rękę trochę wyżej.
- Potrzebuję kawałka czystej szmatki. - Powiedziałem, zbyt spokojnie jak na to, co mi się działo z ręką i puchnącym łokciem. - I może trochę wody utlenionej. - Przeniosłem ciężar z jednej nogi na drugą, uniosłem brew, a krew skapnęła na podłogę, robiąc niechciany akcent kolorystyczny. - Naprawdę, nie chcę robić zamieszania. Szmata, woda, wracam do swoich idiotów. - Zrobiłem krok bliżej, żeby nie kapać po dywaniku w przejściu, przy okazji uprzedzając pytanie. Nie potrzebowałem nic więcej - naprawdę.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Prudence Fenwick - 13.01.2026

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Chłopcy bywali w tym domu, zbyt często zdaniem Prue, nie żeby mogła coś z tym zrobić, bo byli to przyjaciele jej brata, a więc zdaniem rodziców, a przede wszystkim matki byli tutaj mile widziani, co nie do końca się jej podobało. Wiedziała, że podczas wakacji odwiedzali się nawzajem, aby spędzić ze sobą jak najwięcej czasu, co jej zdaniem było nieco dziwne. Być może tak bardzo się lubili, czy coś, nie, żeby ona wiedziała do końca co to znaczy. Nie spoufalała się z nikim, aż tak bardzo, już nie.

Wolała towarzystwo babci, co mogło być uznane za dziwne, jednak wyciągała ze spotkań z nią naprawdę wiele, Ellie wzięła ją pod swoje skrzydła i uczyła naprawdę wielu rzeczy. Ostatnio skupiały się przede wszystkim na tym widmowidzeniu, które nieco komplikowało jej codzienne życie. Nigdy nie mogła bowiem wiedzieć, kiedy trafi na przedmiot, który postanowi opowiedzieć jej własną historię, zdawała sobie sprawę, że jeśli będzie nad tym pracować to z czasem ona będzie decydowała o tym, co może zobaczyć, to rysowało się zdecydowanie lepiej. Nie czuła, aby ten dar był jej przekleństwem, chociaż wiedziała, że mógł być różnie odbierany, przez niego zdarzało jej się błądzić myślami, co z dodatkiem jej choroby cóż powodowało, że zaczynała się dość mocno wycofywać, nie chciała zbytnio zwracać na siebie uwagi.

Ceniła sobie ten wakacyjny czas i spokój, którego mogła zaznać będąc w domu. Nie musiała się wysilać, nosić masek, w tym miejscu mogła być sobą, no, prawie zawsze, bo bywały dni jak ten, kiedy w jej azylu pojawiali się intruzi, przez których zamykała się w sypialni i nie chciała jej opuszczać. Bezpieczniej było trzymać się od nich z daleka, nie doprowadzać do niepotrzebnych konfrontacji.

Loys oparł się o framugę, patrzył w ich kierunku. Oczywiście, że musiał zjawić się wewnątrz domu właśnie wtedy, gdy wyłoniła się ze swojej jaskini. Przyglądała mu się dłużej niż powinna, zawiesiła się na moment, dlaczego zdjął koszulkę? Nie powinien tak paradować po jej domu, nie mógł tego robić, szczególnie, że przyciągało to jej spojrzenie bardziej niż chciałaby przed sobą przyznać, byla tylko człowiekiem. Dopiero po chwili przesunęła wzrok na jego rękę, dostała odpowiedź na pytanie, którego nie zadała, najwyraźniej postanowił sobie zrobić z koszulki tymczasowy opatrunek, bo albo jej się wydawało, albo dostrzegła krew, musiał przeciąć swoją skórę. Uniosła brew pytająco, jakby potrzebowała jakichś wyjaśnień, chociaż przecież to było u nich normalne, ciągle pakowali się w kłopoty, nie zastanawiali się nad swoimi decyzjami, ryzykowali, a później kończyło się to w właśnie taki sposób.

Kobieta wpatrywała się w niego przez chwilę, na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech. Ellie uwielbiała młodzież, kiedy przebywała blisko młodych ludzi miała wrażenie, że ubywa jej lat, nie to, żeby czuła się stara, ale dobrze było otaczać się ludźmi, dzięki którym mogła poczuć się jeszcze młodziej. - Bałagan? Chłopcze, to nic takiego. - Jej głos był przyjemny dla ucha i melodyjny, mówiła zupełnie szczerze, nic wielkiego się nie wydarzyło to tylko kilka kropel krwi na podłodze, których zaraz się pozbędą.

Prudence nie przestawała obserwować chłopaka, nie umknęło jej to syknięcie, musiało go to bardziej boleć niż mówił. Zawsze miał tendencje do ignorowania swojego stanu zdrowia, najwyraźniej to też się nie zmieniło. Przewróciła oczami kiedy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust. Oczywiście, że to nic wielkiego, zapewne powiedziałby, że to jakaś dwójka lub trójka w skali, którą kiedyś ustalili, więc nie dowiedziałaby się, że coś sobie zrobił, gdyby się nadal ze sobą przyjaźnili. Odpłynęła na moment myślami, przymrużyła oczy, wspomnienia zaczęły przeskakiwać w jej głowie niczym zdjęcia.

Kropla krwi skapnęła na podłogę, Bletchley mrugnęła i ponownie znalazła się w rzeczywistości. Przeniosła wzrok na babcię, nie sądziła, że pozwoli mu odejść bez pokazania jej tego, co mu się stało, jasne, mógł im wmawiać, że to nic wielkiego, ale tutaj zwracano uwagę na to, w jakim kto się znajdował stanie, nawet jeśli była to tylko drobna rana.

Ellie przyglądała mu się przez chwilę, niby rozumiała takie podejście, wiedziała, że młodość rządziła się swoimi prawami, przez chwilę się wahała, ale w końcu się odezwała. - Pozwolisz, że na to spojrzę, wiem, że to pewnie nic takiego, ale lepiej by było, żeby nie odpadła Ci później ręka, podejrzewam, że Twoi rodzice mogliby mieć z tym problem. - Nie chciałaby, żeby pojawiły się jakieś niepotrzebne spięcia przez to, że obrażenia zostały zignorowane.

- Prue, pójdziesz po apteczkę? - Przeniosła wzrok na wnuczkę, nie musiała pytać, dziewczyna oddaliła się w stronę kuchni, gdzie jej rodzice trzymali jakieś podstawowe środki na takie okoliczności.

- Ciebie młodzieńcze zapraszam do salonu, nie będziemy oglądać tego w przedpokoju. - Sama ruszyła przed siebie bardzo pewnym krokiem, aż w końcu usiadła na kanapie, czekała, aż młodzież pojawi się w pomieszczeniu.




RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Benjy Fenwick - 13.01.2026

Nie byłem tu po to, żeby robić sceny, wspominać cokolwiek albo wdawać się w rozmowy, krew sączyła się spod prowizorycznego opatrunku, brązowa bawełna była już do wyrzucenia, a ja nie miałem najmniejszego zamiaru tłumaczyć się komukolwiek z tego, jak do tego doszło. Wszedłem, bo musiałem, nie dlatego, że chciałem, i prawie od razu oparłem się o framugę, bo to wyglądało naturalnie, jakby to była poza, nie konieczność, a ja przecież zawsze dbałem o takie detale. Przyszedłem po szmatkę, tylko po szmatkę, wszystko inne było niepotrzebnym dodatkiem. Koszulka dawno przestała być koszulką, robiła się śliska na palcach, a ja nie zamierzałem wykrwawić się na ich werandzie jak jakiś tragiczny bohater z taniej ballady. Piekło mnie jak diabli, ale nie zamierzałem tego okazywać, zawsze było mi łatwiej żartować i utrzymywać pozę niż przyznać, że coś mnie boli, a bolało, i to bardziej, niż chciałem - wystarczająco, żebym przez chwilę poczuł to dziwne napięcie w karku, jakby świat zaraz miał się lekko przesunąć w bok, leciutko rozmywając się na krawędziach.
Od razu wiedziałem, że trafiłem w najgorszy możliwy moment, ale przecież, gdy chodziło o ten konkretny dom lub pewnych członków tej rodziny, zawsze na taki trafiałem - dostrzegłem je już od samego progu, zanim jeszcze ktokolwiek z nas zdążył cokolwiek powiedzieć - Ellie z tym swoim uśmiechem, który prawie na pewno potrafił nawet najbardziej zacietrzewionego człowieka wprawić w jakiś dziwny stan poczucia bycia całkowicie odsłoniętym, i Prudence, stojącą obok niej, coraz bardziej zesztywniałą, jakby ktoś ją wcisnął w kadr nie tego obrazu, który chciała oglądać. Oczywiście, że musiała tam być, tak jak oczywiście, że ja sam musiałem wejść dokładnie w tym momencie, w którym postanowiła zejść na dół, nie mogliśmy tak po prostu się minąć - świat miał chore poczucie humoru, a ten rodzaj zgrywania się w czasie był jego ulubionym żartem.
Patrzyła na mnie za długo, zauważyłem to natychmiast, bo ona zawsze robiła wszystko zbyt intensywnie albo zbyt… Wcale. W tym konkretnym przypadku wolałbym wszystko, tylko nie tę pierwszą opcję, więc przez solidną sekundę miałem ochotę powiedzieć coś głupiego, w stylu „zamknij buzię, bo ci muchy wlecą”, ale wtedy jej wzrok zsunął się z mojej twarzy na rękę i zobaczyłem, jak coś w niej przeskoczyło w zupełnie inny tryb. Niemal natychmiast poczułem się jak pod medyczną lupą, a tego nienawidziłem jeszcze bardziej niż gapienia się na mnie, jakby doskonale ze mnie czytała, prawie namacalnie czułem jej skanujące spojrzenie na sobie, jakby wyliczała mi słabe punkty w swojej głowie, więc zrobiłem minę pod tytułem „nic się nie stało”, bo to była moja specjalność - robienie „nic się nie stało”, nawet jak „coś” zdecydowanie się stało.
- Nie gap się tak. - Burknąłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, bo - oczywiście - uznałem to za osobistą zniewagę. - To nie pokaz iluzji. - Uniosłem brew, jakbym był ironicznie rozbawiony, a nie poobijany i coraz bardziej zażenowany znalezieniem się w centrum uwagi nie jednej, a dwóch osób zainteresowanych moim stanem, podczas gdy tylko chciałem sam się opatrzeć i wracać do reszty. Babcia Bletchley spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem, które przebijało ludzi na wylot, niezależnie od tego, ile mieli lat i jak bardzo próbowali udawać twardszych, niż byli, więc uśmiechnąłem się do niej automatycznie - dla niej zawsze byłem uprzejmy, to było coś w rodzaju instynktu, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem, chociaż wcale nie pomagało mi to, że Ellie przez ten cały czas patrzyła na mnie jak na obrazek w ramce, który trzeba tylko trochę poprawić, żeby znów nadawał się do powieszenia. Miałem na końcu języka automatyczne „naprawdę nie trzeba”, ale jej ton nie zostawiał miejsca na sprzeciw, w takich przypadkach nietrudno było domyślić się, że to nie była prośba, tylko uprzejma decyzja, całkiem łatwo dało się wyłapać różnicę. Na wzmiankę o moich rodzicach skrzywiłem się minimalnie, tego już nie skomentowałem - to był ten rodzaj autorytetu, z którym się nie dyskutowało.
- Moja ręka jest przywiązana do tego ciała, proszę się nie martwić, nie odpadnie. - Rzuciłem lekko, przybierając odpowiednio rozluźnioną barwę głosu. W rzeczywistości liczyłem krople krwi, które zdążyły spaść na ziemię, udając, że nie było ich więcej, niż się spodziewałem.
- Serio, to nic. - Powtórzyłem po raz trzeci, jakby liczba powtórzeń miała coś zmienić. - Gdyby to było coś poważnego, już bym dramatyzował. - To było kłamstwo, ale całkiem niezłe dla kogoś, kto nie znał mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie zwykłem dramatyzować przy jakichkolwiek urazach bądź obrażeniach. Mimo to, nie zaprotestowałem kolejny raz, tylko całkiem grzecznie skierowałem kroki do salonu, uprzednio odprowadzając Prue wzrokiem w kierunku kuchni - lubiłem starszą panią, miała w sobie coś, co sprawiało, że nawet ja nie czułem potrzeby grać całego spektaklu. Usiadłem na skraju kanapy, jakbym był gotowy w każdej chwili się ewakuować, oparłem łokieć ostrożnie, zaciskając zęby - nie syknąłem, tym razem nie - wbijając wzrok w drzwi prowadzące na korytarz, zupełnie nieświadomie. Dopiero po chwili złapałem się na tym, że świdrowałem wzrokiem wejście do salonu, więc trochę za szybko rozejrzałem się po pokoju, jakby mnie to naprawdę interesowało.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Prudence Fenwick - 13.01.2026

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Unikała parteru cały dzień, tylko po to, żeby nie trafić na kogoś, kogo wolała nie oglądać. Wiedziała, że pewnie spotkają się przy stole, przy kolacji, czy obiedzie, raczej kolacji, kiedy rodzice wrócą już do domu, bo to głównie oni naciskali na wspólne posiłki. Była w stanie znieść tę krótką chwilę, później znowu schowałaby się w swojej jaskini i jakoś przetrwałaby ten czas, kiedy jej dom był pełen osób, z którymi nie do końca chciała mieć coś wspólnego. Zdawała sobie sprawę, że mieli taki zwyczaj, bywali u siebie, nocowali, spędzali ze sobą czas, to było nieuniknione, że i w ich domu musieli się pojawić, jej brat się w końcu z nimi przyjaźnił. Wybierała więc opcję najmniej dla siebie szkodliwą, po prostu unikała interakcji z jego kolegami, wydawać się mogło, że to było całkiem proste, jak widać, jak zawsze pojawiły się drobne komplikacje.

Postanowiła wyłonić się ze swojej sypialni tylko dlatego, że usłyszała głos Ellie, nie mogła przecież zignorować wizyty babci w tym miejscu, no i oczywiście, że ledwie znalazła się na dole, to i on pojawił się w progu. Nie mogło być inaczej, ciągle to się zdarzało, im bardziej próbowała unikać kontaktu, tym gorzej jej to wychodziło. Powinna była się z tym pogodzić, chociaż nie miała w zwyczaju tak łatwo się poddawać. W tym wypadku jednak nie widziała innej możliwości, naprawę się starała, ale to nie przynosiło żadnych, nawet najmniejszych efektów.

Wpatrywała się w niego dłużej niż by chciała, trudno jednak było jej tego nie robić, kiedy znajdował się przed nią w takim wydaniu, nawet z tą głupią bandaną na głowie wyglądał dobrze. W końcu dostrzegła, po dłużej chwili tę rękę i to na niej zawiesiła spojrzenie, też patrzyła na nią dłużej niż powinna, jakby w głowie już starała się zrobić listę możliwych urazów, których mógł się nabawić. Takie kalkulacje nie były dla Prue niczym nowym, jednak dawno nie oceniała poziomu jego uszkodzeń, teraz też nie powinna tego robić, a jednak tak się stało.

- Jak? - Nie mogła nie zadać tego pytania, nie wydawało jej się, aby w jej spojrzeniu było coś niewłaściwego. Jasne, zdawała sobie sprawę z tego, że robiła to dość intensywnie, ale sam stanął w progu, a od tego miała oczy, żeby patrzeć, było to całkiem proste.

Ellie przez chwilę się nie odzywała, spoglądała za to na Prudence, to na Aloysiusa i mruknęła cicho, pod nosem, krótkie mhhhhh jakby się nad czymś zastanawiała. Nic więcej, nie wtrącała się w tę wymianę zdań, ani spojrzeń, jakby wcale jej tutaj nie było.

- Co Ty nie powiesz... - Dodała jeszcze Prue. Oczywiście, że musiał sięgnąć po jakiś kąśliwy komentarz, nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Za każdym razem, gdy dochodziło między nimi do jakichś interakcji postępował w ten sposób. Nie było w nim już Wish'a którego uwielbiała, z którym mogła spędzać czas godzinami, bez którego nie wyobrażała sobie żadnego dnia spędzonego w Hogwarcie.

Babcia odezwała się dopiero wtedy, kiedy chłopak się z nią przywitał, zauważył jej obecność, to chwilowe zamilknięcie nie było w jej stylu, tyle, że zaczęła się nad czymś bardzo mocno zastanawiać, chyba nigdy nie widziała swojej wnuczki z takim nastawieniem do kogokolwiek i to ją zaciekawiło.

- Nie możesz być tego taki pewien, bywają sytuacje, w których samo przywiązanie nie wystarcza. - Odpowiedziała w końcu chłopakowi, widziała, że próbuje udawać, że nie rusza go to, że krwawił, próbował udawać, że wszystko jest w porządku, ale jednak nie wydawało jej się, aby do końca było. Wyciągnęła argument, który wcale nie tak łatwo było podważyć i wcale nie uważała, że nie postąpiła słusznie. Ktoś musiał spojrzeć mu na tę rękę, szkoda by było, aby faktycznie ją stracił. Odesłała Prue po apteczkę, a sama udała się do salonu. - Nie wydaje mi się chłopcze, że masz tendencje do dramatyzowania. - Rzuciła jeszcze kiedy wchodziła do pomieszczenia. Nie wyglądał na takiego, a babcia Bletchley wyczuwała naprawdę wiele, i znała się na ludziach, jak nikt inny.

Kiedy Aloysius spoglądał na wejście do salonu, Ellie spoglądała na niego mrużąc przy tym oczy, zastanawiała się nad czymś bardzo intensywnie, poprawiła dłonią swoją torebkę, którą trzymała na kolanach, po chwili postawiła ją na małym, drewnianym stoliku.

Prudence pojawiła się w pomieszczeniu kilka chwil po nich, jej nadejście zwiastował charakterystyczny dźwięk fiolek, które się o siebie obijały. Nie do końca była pewna, czego będą potrzebować, więc wzięła całą apteczkę, którą przygotowali jej rodzice na wszelki wypadek, lubili mieć każdą sytuację pod kontrolą, być gotowi na wszystko, a że w tym domu bywali nastoletni chłopcy - to nigdy nie wiadomo było, co może się wydarzyć. Musieli mieć pewność, że będą przygotowani na każdą ewentualność.

Weszła pewnym krokiem do salonu, kiedy postawiła apteczkę na stole tuż obok torebki babci, jej zawartość dość mocno łupnęła, była naprawdę ciężka, sama nie wiedziała, co do końca znajdowało się w środku. Przeniosła wzrok na babcię. - Co będzie nam potrzebne? - Ellie być może nie była medykiem, jej zainteresowania leżały raczej z dala od tej dziedziny magii, jednak wychowała dwóch synów, więc miała szansę widzieć różne urazy, których można się było nabawić w domu.

Widziała, że Loys jeszcze nie pokazał tego, jak wyglądała jego ręką, więc postanowiła się wtrącić. - Żebyśmy mogły to opatrzyć, musisz to rozwinąć. - Powiedziała, jakby to nie była najbardziej oczywista z oczywistości. Starała się brzmieć neutralnie.

- Będziesz musiał bardzo ostrożnie pokazać nam co Ci się przytrafiło, nie chciałybyśmy, abyś się tutaj wykrwawił, prawda Prue? - Zwróciła się do chłopaka, a po chwili jej spojrzenie przeniosło się na wnuczkę.




RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Benjy Fenwick - 14.01.2026

Uniosłem brew, kiedy zapytała, jak patrzy, podchodząc do tego tak, jak gdyby to było jakieś filozoficzne zagadnienie, a nie oczywistość, którą każdy w tym pokoju widział gołym okiem - to było zabawne, naprawdę - zupełnie tak, jakby nie wiedziała, że jej spojrzenie w takich chwilach miało w sobie zbyt wiele tej całej intensywności, którą i teraz czułem na skórze, jak drobne, ale nieustanne ukłucia igieł. Naprawdę - gdyby spojrzenia dało się ważyć, jej właśnie dobiłoby do granicy przyzwoitości, a potem swobodnie przez nią przeniknęło, lecąc dalej wgłąb.
- Intensywnie. - Odpowiedziałem spokojnie. - Jak na żabę na sekcji. Wiesz, ten moment, kiedy wszyscy się gapią, ale nikt nie chce dotknąć. Tak właśnie. - Nie podniosłem głosu, nie musiałem, to była jedna z tych rzeczy, które działały lepiej, kiedy mówiło się je cicho. - Serio, jeśli nie chcesz, nie musisz mnie oglądać, jak eksponat w muzeum patologii. Na pewno masz masę fascynujących zajęć. Czytanie. Pisanie. Udawanie, że mnie tu nie ma. - Rozłożyłem lekko ręce, jakbym oferował jej wybór, ukrywając towarzyszące temu syknięcie, co nie wyszło mi za dobrze, bo zaraz potem spojrzałem znowu na ranę pod bandażem, z pretensją, jakby to była wina ręki, nie gestu, że mnie  zabolało.
Byłem rozproszony, chociaż starałem się wyglądać, jakby było zupełnie inaczej. Kiedy jednak Prue dorzuciła to swoje „co ty nie powiesz”, zamiast zareagować na to tak jak wcześniej, przez moment zobaczyłem w niej cień tamtej dziewczyny, którą znałem kiedyś - tej, która się śmiała, przekomarzając się, zamiast warczeć i naprawdę potrafiła zainteresować się czymś, poza tym, bym nie wschodził jej w paradę i nie zabierał tlenu - tyle tylko, że ten cień zniknął szybciej, niż się pojawił. Prawie pokręciłem głową, bo najwyraźniej mogłem mieć jeszcze wstrząs mózgu do kolekcji. Nie powiedziałem nic więcej, ale w głowie zdążyło mi przelecieć sto innych wypowiedzi, ostrzejszych, bardziej trafionych, takich, które mogłyby ją zaboleć - nie wybrałem żadnej z nich, nie dlatego, że byłem taki szlachetny, tylko dlatego, że nie miałem dziś siły na kolejną rundę.
Ellie milczała, a jej milczenie było bardziej znaczące niż niejedno kazanie, czułem na sobie jej wzrok, ten rodzaj spojrzenia, który nie oceniał, tylko notował, jakby zapisywała nas w jakimś wewnętrznym zeszycie. Niektórzy starsi ludzie zawsze mieli ten nieprzyjemny dar prześwietlania innych na wskroś, mimo to, kiedy powiedziała, że samo przywiązanie czasem nie wystarcza, wzruszyłem lekko ramieniem, zdrowym. Zbyt przenikliwe spojrzenia zawsze mnie irytowały, bo nie dawały przestrzeni na mój ulubiony sport, czyli robienie z siebie kogoś innego. Poza tym nie lubiłem, kiedy ktoś się o mnie martwił - to było niebezpieczne - już dawno nauczyłem się, że ludzie, którzy się martwią, oczekują rzeczy, a ty nigdy nie wiesz, jakich dokładnie.
Uniosłem lekko podbródek, jakbym właśnie został przyłapany na czymś, czego wcale nie robiłem, a jednak wszyscy byli przekonani, że tak, jednocześnie uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, uprzejmie, ale z wyraźnym dystansem.
- Przewiązanie to dość solidna metoda, proszę mi wierzyć. - Odparłem spokojnie. - Może nie idealna, ale w większości przypadków wystarczająca. - Nie brzmiałem ostro, raczej jak ktoś, kto pokrętnie tłumaczył, że nie jest kompletnym idiotą, nawet jeśli wszyscy zdają się mieć inne zdanie. Kiedy wspomniała o dramatyzowaniu, zerknąłem na nią uważniej - to było półprawdą - ja robiłem spektakl z rzeczy, które mogłem kontrolować, z bólu nie, bo zazwyczaj był zbyt prawdziwy, upokarzający. Uśmiechnąłem się, trochę krzywo, wzruszając ramionami, jakbym dawał jej wierzyć w to, w co chciała wierzyć, a nie przyznawał rację, że odkryła moje karty. Wystarczyło, że musiałem dać się opatrzeć, chociaż moim zdaniem nadal mogłem to zrobić bez niczyjej interwencji, szczególnie niechcianej, bo przecież goniła też do tego wnuczkę, która wolałaby być gdziekolwiek indziej, pewnie w swojej sypialni.
Usiadłem na brzegu kanapy, bo stanie zaczynało mnie męczyć bardziej, niż bym chciał przyznać - oczywiście, że nie powiedziałem tego na głos, zamiast tego oparłem zdrową rękę o oparcie i skrzyżowałem nogi, jakbym był tu tylko przelotem. Prudence wróciła z apteczką, postawiła to na stole ciężko, z takim impetem, że ja przez chwilę pomyślałem, że gdyby spadło mi to na stopę, byłbym w jeszcze gorszym stanie. Przesunąłem się trochę na kanapie, rozkładając nogi, jakby to miało mnie uczynić bardziej… Normalnym.
Spojrzałem na młodszą Bletchley, lekko przekrzywiając głowę w prawą stronę, z tym cieniem rozbawienia, który zawsze pojawiał się u mnie, gdy ktoś mówił coś aż nazbyt oczywistego. Przez moment nic nie powiedziałem, jakbym ważył, czy warto w ogóle odpowiadać, czy po prostu zrobić swoje i oszczędzić nam wszystkim tej wymiany.
- Naprawdę? - Rzuciłem spokojnie, ale z wyraźną nutą ironii. - To trzeba rozwinąć, żeby zobaczyć? Na Salazara, całe życie w błędzie. - Zawiesiłem na niej wzrok na sekundę dłużej, rozważałem, czy powinienem coś dodać, aż wreszcie wybrałem wersję pośrednią, czyli tą pozornie ugodową. - Dziękuję, Prue. Gdybyś mi tego nie powiedziała, pewnie siedziałbym tu do jutra, zastanawiając się, czy bandaż działa na zasadzie teleportacji. - Przechyliłem lekko głowę, tym razem w drugą stronę, z cieniem uśmiechu. - Doceniam, że wierzysz w moje zdolności poznawcze na poziomie kamienia brukowego, ale obiecuję, że wiem już też, jak działa materiał i grawitacja. - Spojrzałem na nią spod lekko opuszczonych rzęs, tym powolnym, mierzącym spojrzeniem, które zwykle rezerwowałem na momenty, gdy ktoś właśnie bardzo starannie tłumaczył mi oczywistości. Westchnąłem teatralnie, żeby było jasne, że robiłem to tylko dlatego, że ktoś jeszcze kazał mi być posłusznym pacjentem, nie byliśmy tu sami, bym mógł machnąć ręką.
- Nie wykrwawię się. - Powiedziałem, już mniej defensywnie, bardziej do Ellie niż do Prudence, bo ta druga raczej nie żałowałaby mnie zbyt mocno, zważywszy na nasze stosunki. - Obiecuję. Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia w tym życiu. - To była głupia uwaga, ale ja zawsze rzucałem głupimi uwagami, kiedy było mi niewygodnie. Mimo gadania, zacząłem odwijać materiał, powoli, ostrożnie, bo piekło jak diabli, a ja nie miałem ochoty robić kolejnego przedstawienia - z każdym ruchem czułem to nieprzyjemne ciągnięcie skóry, pulsowanie, jednak nie wydałem z siebie ani jednego dźwięku - byłem w tym całkiem niezły, jednocześnie nie mając chęci, by triumfować z tego powodu, to nie była umiejętność, to było doświadczenie, szereg doświadczeń, którymi nie należało się chwalić, zwłaszcza przy ludziach, którzy nie mieli zrozumieć podobnych sytuacji.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Prudence Fenwick - 14.01.2026

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

- Mhm, jasne. - Nie brnęła w to dalej, bo miała świadomość, że spoglądała na niego dość intensywnie, dobrze było jednak wiedzieć, że porównał to do żaby, której nikt nie chciał dotknąć, w tym przypadku to było dalekie od prawdy, bo ona chciała go dotknąć, sprawdzić, jak wyglądała jego ręka, czy na pewno wszystko z nim w porządku. Zamknęła na moment oczy, musiała pozbyć się tych myśli, od dawna podobne reakcje nie miały racji bytu, nie byli już sobie bliscy, ktoś inny się pewnie teraz o niego martwił, to nie była jej rola, już nie.

- Mam masę zajęć. - Powtórzyła za nim, bo to było prawdą, na pewno znalazłaby coś ciekawszego do robienia i przynajmniej nie musiałaby go oglądać, dzięki czemu te myśli dałyby spokój, chociaż pewnie nie, miały ją męczyć jeszcze przez chwilę, wracać do niej, zawsze tak było, za każdym razem, kiedy zdarzały się ku temu okoliczności. - Ale mogą zaczekać. - Przeniosła wzrok na swoją babcię. Wiedziała, że nie pozwoli mu tak po prostu wyjść stąd nim nie spojrzy na to, co sobie zrobił. Spodziewała się tego, że wyśle ją po apteczkę. Tak naprawdę nie musiała czekać na tę prośbę, ale jednak to zrobiła, dopiero później ulotniła się z przedpokoju, w którym się znajdowała, żeby przynieść potrzebne przedmioty.

Ellie przez krótką chwilę po prostu milczała. Wyczuwała dość napiętą atmosferę, która unosiła się w powietrzu, co tylko i wyłącznie ją zaciekawiło, wiedziała, że takie podejście nie brało się znikąd, musiało mieć swoją genezę. Pamiętała też o tym, że wnuczka na początku swojej edukacji nie przestawała jej opowiadać o swoim przyjacielu, z czasem to minęło, jak widać zmieniło się zupełnie. Nie umknęło jej to, Ellie potrafiła wyciągać wnioski, zawsze widziała więcej niż wszyscy inni.

- Musimy zweryfikować, czy ten przypadek należy do większości, nie martw się, to potrwa tylko chwilę, zaraz będziesz mógł wrócić do chłopaków. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Miała świadomość, że kiedy jest się młodym ciągle się gdzieś spieszy, ma się wrażenie, nieustanne, że czas ucieka przez palce, więc postanowiła uprzedzić go, że nie zamierza zajmować mu zbyt wiele czasu. Powinno się tak stać, jeśli uraz faktycznie nie był zbyt głęboki, co im sugerował, skoro miał wystarczyć tylko kawałek materiału i woda utleniona, przynajmniej jego zdaniem.

Prue pojawiła się w salonie z medykamentami, których obecność nieco zbyt mocno zaakcentowała, chciała mieć to już za sobą, im szybciej zajmą się problemem, tym szybciej Loys znajdzie się na zewnątrz, wiedziała, że i on i ona tego chcą, wyjątkowo mieli zgodność.

Zagryzła usta kiedy się odezwał, czuła, że zaczyna się irytować. Tak, była to najbardziej oczywista z oczywistości, ale nie musiał tego tak roztrząsać, próbowała być w stosunku niego neutralna, a on, on zachował się jak zawsze. Czuła, że policzki zaczynają jej płonąć, bo musiał to wyciągnąć, zawstydziła się okropnie, co można było dostrzec przez kolor jaki zaczynała nabierać jej twarz.

- Nigdy nie wiadomo, czego się po Tobie spodziewać, musisz mi wybaczyć, że nie mam zbyt wysokich oczekiwań. - Mruknęła jeszcze cicho, nie zamierzała odpuszczać, mimo, że nie znajdowali się sami. Nie chciała tego pozostawić bez komentarza, chociaż może niepotrzebnie kontynuowała ten temat.

Przeniosła wzrok na babcię, przypomniała sobie o jej obecności dopiero, kiedy ta się odezwała. - Prawda, to byłaby ogromna strata, nie wiem, jak byśmy sobie z nią poradzili. - Dodała, w jej głosie można było wyczuć ironię. Zupełnie nie bawiła jej ta sytuacja, dawno nie czuła się w swoim domu tak niezręcznie, bardzo chciałaby móc zamknąć się w swojej sypialni, jednak wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej, do tego Ellie była tego świadkiem, pewnie zaczęłaby zadawać niewygodne pytania na temat tego, dlaczego reaguje w ten sposób, a ona nie miała siły na to, żeby jej wszystko wytłumaczyć, więc nadal stała niedaleko stolika i czekała na rozwój sytuacji.

- Podoba mi się takie nastawienie, skoro już nam to obiecałeś, to na pewno nie może być inaczej. - Ellie uśmiechnęła się do chłopaka, który w końcu zaczął rozwijać ten swój prowizoryczny bandaż. Robił to ostrożnie, powoli, nie pokazywał po sobie, że sprawia mu to dyskomfort, nawet na chwilę się nie skrzywił, chociaż przecież musiało go to boleć.

Prudence wbiła spojrzenie w jego rękę, czekała na to, aż zupełnie pozbędzie się tego materiału, była ciekawa tego, co pod nim zastaną. Leczenie od zawsze ją interesowało, niemalże od początku swojej eukacji w Hogwarcie wiedziała, czym zamierza się zajmować po tym, jak opuści zamek, przeczytała więc już w swoim dość krótkim życiu wiele ksiąg związanych z uzdrowicielstwem, jednak rzadko kiedy miała okazję stosować to, co z nich wyciągnęła w praktyce. Tutaj zresztą też się do tego nie pchała, miała być wsparciem babci, która być może nie miała żadnego specjalistycznego doświadczenia, jednak niejedno już w swoim życiu widziała.

Na jej twarzy pojawił się grymas, gdy dostrzegła w końcu jego rękę, to nie wyglądało najlepiej, nawet z takiej odległości, w której się znajdowała, nie musiała szczególnie się przyglądać ranie, by dotarło do niej, że jest paskudna i głęboka. Przeniosła wzrok na babcię, bo to ona była dorosła, to ona miała tutaj jakikolwiek autorytet.

Ellie nie zwlekała, dość szybko sięgnęła po apteczkę, przeglądała fiolki, aż w końcu wręczyła jedną z nich chłopakowi. - Zacznij od tego, będzie smakowało okropnie, ale musisz wypić całą fiolkę, aby zaczęło działać, będziesz musiał też tutaj chwilę poczekać. - Uprzedzała go o wszystkich krokach, które musieli podjąć. - Prue zanjdziesz mi maść, tą, która jest specjalnością Penny?- Zapytała, jednak Prudence wiedziała, że to pytanie nie wymagało odpowiedzi, kiwnęła więc głową, i zaczęła szukać, zajęło jej to krótką chwilę, aż w końcu mały, szklany słoiczek trafił jej w ręce.

- Pokaż rękę. - Powiedziała do Aloysius'a, poza maścią znalazła kilka gazików, i wodę utlenioną, o których sam wspominał. Musiała to najpierw zdezynfekować, jeśli ręka faktycznie nie miała mu odpaść, no, albo ta rana miała nie zacząć się babrać.




RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Benjy Fenwick - 14.01.2026

Patrzyłem na nią z półuśmiechem, który był bardziej tarczą niż wyrazem czegokolwiek miłego, i miałem wrażenie, że każde jej spojrzenie wbija się we mnie jak szpilka - dosłownie jak we wspomnianą żabę w formalinie - nie bolało bardziej niż otwarta rana na ręce, tylko drażniło. Problem w tym, że ja zawsze gorzej znosiłem drażnienie niż ból - ból dało się zignorować, drażnienie domagało się reakcji. Mimo to słuchałem odpowiedzi z tym samym znudzonym spokojem, którego używałem jak tarczy, chociaż gdyby ktoś zajrzał mi do głowy, zobaczyłby chaos - wszystko, czym zazwyczaj się zasłaniałem, tego dnia działało jak nie za dobrze naoliwiony mechanizm, nawet jeśli na zewnątrz byłem złożony z uprzejmych reakcji, ironii i lekko uniesionej brwi. W pierwszej chwili, kiedy przytaknęła moim słowom, że z pewnością ma całą masę zajęć, miałem ochotę odetchnąć z ulgą, a potem… Dodała, że mogą zaczekać, i zamiast oddechu, parsknąłem krótko, odruchowo, przez zęby, prawie bezgłośnie, nie ukrywając tego, co pomyślałem. Znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że to nie była decyzja z gatunku racjonalnych, to było wyzwanie, zawsze wszystko robiła z jakiegoś powodu, nawet jeśli twierdziła, że to przypadek.
Nie powiedziałem nic od razu, bo Ellie, chociaż nic nie mówiła, z pewnością słuchała każdego słowa, jakie ze sobą wymienialiśmy, a ja, wbrew pozorom, potrafiłem być kulturalny - nawet jeśli wszystko we mnie chciało już uciec w całkowitą defensywę. Byliśmy rywalami, formalnie, oficjalnie, z uporem godnym lepszej sprawy, za to nieoficjalnie… No, cóż, stała przede mną w swoim własnym domu i wkurzała mnie jak nikt inny, w sposób absolutnie nie na miejscu - to nie brało się z niczego, wynikało z tego, że atmosfera gęstniała, gdy spędzaliśmy ze sobą zbyt wiele czasu, a ja nie lubiłem, kiedy robiło się między nami tak… Intensywnie, to słowo zawsze brzmiało głupio, ale nie znajdowałem lepszego. Zawsze wtedy stawałem się nagle boleśnie świadomy tego, jak blisko jest - tego, że pamiętam, jak pachniały jej włosy, kiedy miała trzynaście lat i wbiegała na schody, śmiejąc się, bo znowu coś jej się udało, tego, że pamiętam jej rękę na mojej, kiedy uczyliśmy się razem zaklęć i oboje byliśmy zbyt uparci, żeby przyznać się do błędu. Tego, że przez dwa lata byliśmy nierozłączni, a potem przez kolejny rok udawaliśmy, że nie umiemy mówić, pisząc do siebie jak idioci, mijając się codziennie na korytarzach.
Uniosłem brew powoli, nadal nie przestając patrzeć na Prue, z tym przeciągłym spojrzeniem, które zawsze zapowiadało, że zaraz coś powiem, a ona nie będzie zadowolona.
- Wzruszające poświęcenie. - Mruknąłem, ale bez jadu, bardziej jakbym notował fakt. Wiedziałem, że to nie było „jasne”, znałem ten ton aż za dobrze, to było „przestań, bo mnie wkurzasz”. Pamiętałem, jak kiedyś czekała na mnie pod szatnią, tuż po przegranym meczu Quidditcha, bo wiedziała, że mam kiepski dzień, jak przynosiła mi jabłka, bo „cukier pomaga myśleć”, jak siedzieliśmy na schodach, i jak rysowała mi na dłoni gwiazdy - pamiętałem za dobrze - teraz stała i patrzyła na mnie, jakbym był czymś obrzydliwie frustrującym, może nawet niebezpiecznym, albo jakby się bała, że jeśli będziemy stać twarzą w twarz za długo, to zrobię coś głupiego. Więc tylko skinąłem głową, grzecznie, jak przystało na dobrze wychowanego panicza czystej krwi, chociaż w środku miałem ochotę wyjść z siebie i stanąć obok, tylko po to, by następnie dwa razy trzasnąć drzwiami.
Ellie wreszcie coś powiedziała, toteż kiwnąłem głową, udając, że jestem idealnym, uprzejmym młodzieńcem, który słucha starszych i nie ma nic do ukrycia. Prawda była taka, że byłem spięty jak struna, a ona miała to swoje spojrzenie, które mówiło „widzę więcej, niż myślisz”.
- Jasne. - Mruknąłem. Nie lubiłem takich spojrzeń, czułem się przy nich jak otwarta księga, a ja nie byłem fanem czytania mnie bez mojej zgody. - Proszę bardzo. Zweryfikujmy. - Brzmiało to grzeczniej, niż się czułem, bo ja nie lubiłem być „weryfikowany” - nienawidziłem, gdy ktoś zaglądał mi pod skórę, dosłownie i metaforycznie. To była jedna z tych rzeczy, których nauczyłem się dawno temu - ból to prywatna sprawa - a zarówno Ellie, jak i Prudence patrzyły, intensywnie, zbyt intensywnie, ta druga jeszcze przy okazji świdrowała wzrokiem moje ciało, jakby próbowała mnie rozłożyć na części i złożyć z powrotem według jakiejś swojej wersji instrukcji. Jasne, to mnie wkurzało, strasznie, a jednocześnie… No, cholera. Przez te dwa lata potrafiliśmy czytać się bez słów, wystarczyło jedno spojrzenie, jedno uniesienie brwi, jeden ruch dłoni, potem przez ten głupi rok próbowaliśmy udawać, że słowa pisane są bezpieczniejsze, papier uchroni nas przed tym, co niewygodne - nie ochronił - ale czy ta umiejętność tak naprawdę zdołała zniknąć, jak wywabiony kleks?
Spojrzałem na babcię Bletchley, mrugając jednokrotnie, gdy coś jeszcze przyszło mi do głowy, z tym samym uprzejmym półuśmiechem, którym zwykle rozbrajałem dorosłych - to był odruch - stary, wyuczony, skuteczny.
- Nie chcę sprawiać kłopotu. - Dodałem, trochę ciszej, ale wciąż wystarczająco wyraźnie. - Ale ona… - tu zawiesiłem głos na ułamek sekundy, zerkając na Prudence - ma masę zajęć. Sama mówiła. Może możemy to zrobić bez przynoszenia całej apteczki? - To było żałosne, wiedziałem o tym, ale było jedyne, co potrafiłem powiedzieć w tej chwili, by spróbować wpłynąć na to, żeby Prue jednak się wycofała, na nic więcej nie było mnie stać.
Nie zadziałało, nic dziwnego, że kiedy Prue wyszła po apteczkę, poczułem tylko częściową ulgę, chociaż jednocześnie szybko dołączyło do tego coś w rodzaju nagłej pustki, która natychmiast mnie wkurzyła - nie miała prawa pojawiać się tak znienacka, nie chciałem tak tego odczuwać, to było absurdalne. Skupiłem się więc na pani Bletchley, na jej spokojnym spojrzeniu, na tym, jak mrugnęła do mnie porozumiewawczo, jakbyśmy byli w jakimś tajnym sojuszu. Usiadłem ciężej, niż planowałem, bo ręka zaczynała pulsować, a ja zaczynałem mieć tego wszystkiego dość - tej troski, tej ciszy, tego napięcia, spojrzeń.
Prudence wróciła z apteczką jak z arsenałem, postawiła ją na stole z hukiem. Podniosłem na nią wzrok i przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały, to była ta chwila - ta jedna, niebezpieczna, w której napięcie robi się gęste jak powietrze przed burzą, w której nie wiadomo, czy ktoś zaraz rzuci zaklęcie, czy po prostu trzaśnie drzwiami.
Jej rumieniec był… Irytująco widoczny, irytująco… Znajomo-nieznajomy, taki sam i inny, znałem go i nie znałem. Kiedyś znałem go aż za dobrze. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy kłamie, przez chwilę poznaliśmy się lepiej, niż ktokolwiek inny miał do tego prawo, wiedzieliśmy, jak brzmią nasze kroki na schodach, jak wygląda nasze pismo, kiedy jesteśmy zmęczeni, i jakie mamy miny, kiedy coś nas naprawdę boli, ale nie chcemy się do tego przyznać. Teraz, oczywiście, byliśmy w tym miejscu, gdzie każde słowo było jak mała wojna. Jej ciche mruknięcie o niskich oczekiwaniach skwitowałem lekkim przechyleniem głowy, i prawie przewróciłem oczami.
- Och, wybacz. - Powiedziałem spokojnie, ale z tym ostrym akcentem w głosie, którego nie potrafiłem się pozbyć, a który w zupełności zastępował „następnym razem spróbuję nie zawieść cię aż tak spektakularnie”.
Zacząłem odwijać materiał powoli, celowo - każdy ruch był jak pretekst do tego, żeby nie patrzeć na nią, a jednocześnie mieć powód, by nie uciec. Materiał odkleił się od skóry z nieprzyjemnym uczuciem, krew była ciemniejsza, rana głębsza, niż chciałem przyznać, ale nie skrzywiłem się. Czułem jej wzrok - palący, skupiony, zbyt uważny, jakby mnie analizowała - próbowała zrozumieć coś, czego nie chciałem jej dać. Zawsze tak było, nawet wtedy, kiedy byliśmy przyjaciółmi - zawsze chciała wiedzieć więcej, zawsze zadawała pytania, nawet jeśli nie zadawała ich na głos.
- Nadal wyglądasz, jakbyś zaraz miała mnie przypiąć do tablicy korkowej i opisać. - Rzuciłem, nie odrywając wzroku od ręki. - Brakuje tylko notatek i tych małych flag. - To było fizyczne, jak dotyk bez dotyku, jakby przesuwała palcami po mojej skórze, chociaż stała kilka kroków dalej. Poprawiłem się nieco na kanapie, zmieniając pozycję - ból pulsował mi w przedramieniu, ale ignorowałem go z uporem, który graniczył z głupot, nie pierwszy raz.
- Wiem, pani Ellie. Nie zamierzam uciekać przez okno. - Powiedziałem uprzejmie, chociaż moje spojrzenie mimowolnie poleciało w stronę drzwi. Otworzyłem to, co mi podano, powąchałem, skrzywiłem się minimalnie. - Jeszcze. - Uściśliłem, po czym wypiłem zawartość jednym haustem. Smak był dokładnie taki, jak zapowiedziała - okropny, gorzki, lepki, jak zgniłe zioła i ziemia, z czymś metalicznym w tle - idealny, żeby odwrócić uwagę od tego, co naprawdę było trudne do przełknięcia. Odstawiłem pustą fiolkę i dopiero wtedy pozwoliłem sobie na kolejny minimalny grymas.
A potem Prudence powiedziała, żebym pokazał rękę. Nie od razu to zrobiłem, nie dlatego, że byłem uparty, tylko dlatego, że nagle wszystko w tym pokoju zrobiło się zbyt… Zbyt. Uniosłem wzrok powoli, z tą specyficzną, przeciągniętą pauzą, którą zwykle robiłem, kiedy coś we mnie zgrzytało, a jednocześnie nie chciałem tego pokazać. „Pokaż rękę”, dokładnie tak to sformułowała, jakby wydawała polecenie tresowanemu zwierzakowi, to było ironiczne, bo teraz… Teraz byliśmy jak dwa koty zamknięte w jednym pomieszczeniu, gotowe się podrapać, ale też dziwnie świadome, że drugie wciąż istnieje. Wyciągnąłem do niej rękę, ale zatrzymałem się w połowie ruchu, jakbym nagle przypomniał sobie, że to nie jest już ten sam gest co kiedyś, że nie oznacza tego samego, nie niesie tego samego ciężaru, i kiedy to zrobiłem, poczułem to cholerne napięcie. To nie było w mojej głowie, to było fizyczne, jakby powietrze zgęstniało. Zanim pozwoliłem jej się do mnie zbliżyć, odwróciłem głowę w stronę Ellie.
- Z całym szacunkiem - powiedziałem uprzejmie, choć w moim głosie było coś defensywnego - ale czy pani nie mogłaby tego opatrzyć? - Spojrzałem z powrotem na Prudence.  „Wydaje mi się, że ma pani więcej doświadczenia” byłoby tu słusznym wyborem argumentu, ale zamiast tego mój mózg zrobił salto i fikołek, wybierając coś, co nawet dla mnie było nieprzekonujące. - Ona ma… -  Zawahałem się ułamek sekundy, co było u mnie rzadkością. - Masz irytująco małe dłonie. To będzie trwało wieki. - Prawie przełknąłem ślinę - porażka, te słowa trąciły porażką, nawet nie musiałem czekać na odpowiedź. - Możemy to już zrobić? - Zapytałem, próbując odzyskać rezon, tym tonem, który zawsze brzmiał, jakby wszystko było mi obojętne.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Prudence Fenwick - 14.01.2026

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Usłyszała jego parsknięcie, to spowodowało, że ponownie na niego spojrzała. Znowu bardzo intensywnie, najwyraźniej nie mógł się powstrzymać. Taksowała go wzrokiem przez kilkanaście sekund, nie wiedziała, co w tym było śmiesznego. Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że została tutaj tylko ze względy na swoja babcię, gdyby nie ona - już dawno schowałaby się w swojej sypialni, gdzie było względnie bezpiecznie. Nie przekraczali tej granicy, nie wchodzili do niej, na szczęście. To było w tej chwili najbardziej bezpieczne miejsce w całym domu. W każdym innym miejscu, mogła się nadziać na któregoś z nich, zresztą widać to było na załączonym obrazku, ledwie opuściła swój pokój, a stanęła z nim twarzą w twarz i nie mogła tak po prostu odejść, nie w tej chwili. Nie kiedy okazało się, że potrzebował pomocy, a jej babcia nie zamierzała mu odpuścić i pozwolić, aby ignorował ból.

- Daleko temu do bycia wzruszającym. - Odburknęła. Gdyby nie to, że jak zawsze wpadł w kłopoty nie musiałaby stać tak blisko niego, nie musiałaby znowu przyzwyczajać się do jego obecności. Wspomnienia minionych lat nie uderzałyby w nią z taką siłą, a chociaż chciała zapomnieć, to wiedziała, że nigdy nie będzie jej to dane, że te obrazy zostaną w niej na zawsze, w przeciwieństwie do ich przyjaźni, która też miała być na zawsze, ale nagle przestała istnieć. To było frustrujące, okropnie frustrujące, w tej chwili naprawdę żałowała, że nie może być jak wszyscy inni, że w pewnym momencie te wspomnienia wyblakną i nie będą takie wyraźne. Pamiętała wszystko, każde słowa, które padły z jego ust, każdy gest, te drobne, niby nie zauważalne rzeczy, które dla niej robił, bo wtedy się o nią troszczył. Teraz zachowywali się, jakby byli sobie zupełnie obcy, nie, nie obcy, jakby byli śmiertelnymi wrogami, a to, że żadne z nich jeszcze nie trzasnęło drzwiami było spowodowane tylko i wyłącznie obecnością w tym pomieszczeniu jej babci.

- Dziękuję za zaufanie. Postaram się to zrobić jak najszybciej, żebyś nie musiał marnować czasu na takie drobnostki. - Jak wiadomo czas był bardzo cenną walutą, szczególnie, kiedy było się takim młodym i pełnym wigoru. Ellie o tym nie zapominała. Naprawdę chciała tylko spojrzeć na jego rękę, odrobinę pomóc mu złagodzić ból, nie musiała bowiem być specjalistą, żeby wiedzieć, że mimo jego postawy, mimo tego, że starał się pokazywać, że wszystko jest z nim w porządku, to nie do końca tak było. Nie krwawiłby tak mocno nawet przy tym prowizorycznym opatrunku, który sam sobie zorganizował, trzeba było nieco bardziej specjalistycznych środków, aby mu z tym pomóc.

- Wydaje mi się, że gdyby Prudence naprawdę chciała wrócić do swoich zajęć to już by jej tutaj nie było. - Ellie wydawała się być wręcz tego pewna, że gdyby jej wnuczce naprawdę zależało na tym, żeby się stąd ulotnić, to by to zrobiła. Mogła szukać dla siebie wytłumaczenia, jednak ona wiedziała swoje. Nikt nie trzymał jej tutaj przecież siłą, postanowiła zaangażować się w te drobne zadanie z własnej woli. - Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. - Spojrzała na chłopaka uważnie, jakby chciała powiedzieć coś więcej, ale tego nie zrobiła. Czuła, że znał Prue bardziej niż byłby w stanie przyznać, na pewno nie bez powodu opowiadała mu o nim przez całe dwa lata wakacji, kiedy wspominała o tym, że ma najlepszego przyjaciela. Nawet jeśli wszystko mówiło, że już teraz nimi nie byli, to pewnych rzeczy się nie zapominało, one zawsze siedziały w człowieku, nawet jeśli nie chciał tego przed sobą przyznać. Pani Bletchley nie umknęła ta napięta atmosfera między młodzieżą, czuła, że musiało wydarzyć się coś większego, niestety nie miała się dowiedzieć co, a szkoda, lubiła wiedzieć, tak po prostu. Prudence jednak ostatnio stała się wyjątkowo zamknięta w sobie. - Niestety wydaje mi się, że nie obejdzie się bez apteczki, to ta gorsza wiadomość, ale nie będzie tak źle. - Dodała jeszcze, nie mogła mu tego odpuścić, naprawdę obawiała się tego, co znajdowało się pod tym bandażem, musiała mieć pewność, że będą mieć pod ręką odpowiednie medykamenty.

Chcąc nie chcąc, Prue wróciła do pomieszczenia, w którym był on. Nie zrobiła tego szczególnie dyskretnie, zresztą tak czy siak czekali na to, aż pojawi się tutaj z tą nieszczęsną apteczką. Pierwsze koty za płoty, dość szybko udało się babci namówić do do tego, żeby pozwolił im obejrzeć ranę. Może dobrze się stało, że Ellie przyszła tutaj akurat w tym momencie, inaczej pewnie by to zignorował i jeszcze mogłoby mu się stać coś poważniejszego. Nie, żeby ją to martwiło, nie powinno jej to martwić, a jednak tak się stało. Mrugnęła, bo znowu zaczęła gubić się w swoich myślach, jak zawsze kiedy Loys znajdował się gdzieś obok, nic nie mogła z tym zrobić, dobrze, że w miarę szybko się na tym złapała, głupio by było, jakby zauważyli, że odpłynęła, nie znosiła jak ktoś ją na tym przyłapywał, zwłaszcza on.

Zaczął odwijać materiał, robił to powoli, jakby wcale się nie spieszył, nie przestawała się wpatrywać w jego rękę, bo naprawdę ciekawiło ją, co znalazło się pod tym bandażem. Nie chodziło o niego, a o lekcję, którą mogła wyciągnąć, nieczęsto zdarzało się, że mogła w praktyce uczestniczyć w podobnych zadaniach. Tak, jasne, miała to być tylko lekcja, nie bez powodu jednak się skrzywiła, nie bez powodu zastanawiała się, czy bardzo go to boli, musiało boleć, tylko jak zawsze się do tego nie przyznawał, udawał bohatera, miał tendencje do ignorowania bólu, nigdy nie pokazywał, że cierpi, tym razem było podobnie. Wiedziała jednak, że musiało go boleć, mógł udawać nawet przed samym sobą, że to nic takiego, ale na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że rana była bardzo głęboka.

- Jak zawsze myślisz, że chodzi o Ciebie... - Rzuciła jeszcze, chociaż powinna się ugryźć w język, jej babcia tu była, nie mogła o tym zapominać. - To po prostu ciekawy przypadek medyczny, gdyby ktoś inny tu siedział też bym się mu tak przyglądała. - Dodała jeszcze, jakby chciała bardzo, ale to bardzo wyjaśnić mu, że chodziło tylko i wyłącznie o to, jak wyglądała jego ręka. Nie do końca było to prawdą, chciała się upewnić, ze na pewno wszystko z nim w porządku, chociaż nie powinno jej to już obchodzić, nie mogła jednak powstrzymać dawnych nawyków.

- To jeszcze odrobinę mnie niepokoi. - Powiedziała Ellie lekkim tonem, bardzo lekkim jak na atmosferę jaka wisiała w powietrzu, nic jej nie umykało, wyczuwała to napięcie między nimi, odrobinę ją to bawiło nie wiedzieć czemu, być może widziała w tym początek jeden ze swoich powieści, tak, wpadła na nowy, całkiem błyskotliwy pomysł, który zamierzała przelać na papier.

Aloysius wypił całą zawartość fiolki bez zająknięcia. Później zaczął wyciągać rękę w kierunku Prue, była nawet zdziwiona, że tak łatwo poszło, jednak zatrzymał ją gdzieś w połowie drogi. Oczywiście, przecież nie mogło pójść zbyt prosto, nie powinna chwalić dnia przed zachodem słońca, była ciekawa, co tym razem, co znowu mu nie pasowało, na co czekał. Im szybciej opatrzy mu tę rękę, tym szybciej stąd wyjdą, naprawdę tego nie rozumiał?

No i się odezwał, tym jakże grzecznym, oficjalnym tonem, nie patrzył w jej stronę, tylko na babcię. Wiedziała, że coś jest na rzeczy, czekała więc tylko kiedy wydusi to z siebie. Ellie spoglądała na niego z ciekawością. Nawet nie drgnęła, gdy spytał, czy ona mogłaby go opatrzyć, chociaż wydawało jej się to dziwne, kiedy zaś usłyszała jego argument, zagryzła policzek od środka, żeby nie dać po sobie poznać, jak bardzo ją on rozbawił. Musiała być poważna, nie mogła nadużyć zaufania tego młodego człowieka, chociaż to co mówił było tak okropnie absurdalne, że ciężko jej się było powstrzymać usta przed samowolnym uśmiechem. Miała jednak lata doświadczenia, jakoś jej się to udało. Wpadła też na pewien pomysł, przeniosła na krótką chwilę wzrok na swoją torebkę, miała ze sobą karty, bardzo dobrze, na pewno nadarzy się okazja, aby je wykorzystać, już ona się o to postara, była ciekawa, co mówią o nich, na pewno miały wiele do powiedzenia, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. - W przypadku takich zranień to nawet lepiej, małe dłonie nie są mankamentem, wręcz przeciwnie, będzie delikatniejsza. - Dodała jeszcze, niby mogła to zrobić za Prudence, ale po tym co zobaczyła nie mogłaby sobie tego wybaczyć, ominęłaby ją naprawdę spora dawka rozrywki.

- Dostaniesz przyspieszoną wersję, skoro tak Ci zależy na czasie. - Po raz kolejny zrobiła się czerwona, naprawdę użył tego argumentu? Do tego powiedział, że przez drobne dłonie się ślamazarzy, to nie było miłe. Najchętniej rzuciłaby ten słoiczek, te gaziki i stąd poszła, ale wtedy by wygrał, a nie zamierzała mu tego ułatwiać nigdy.

- Pokaż tę rękę. - Powtórzyła się, tym razem jednak nie czekała na jego ruch, sama wyciągnęła dłoń, aby złapać go za rękę i nieco ją do siebie przesunąć. Zrobiła to delikatnie, mimo tego, że na jej twarzy widać było irytację, naprawdę znowu pokazał się jej z wspaniałej strony. - Nie ruszaj się. - Powiedziała jeszcze. - Będzie piekło. - Kolejna sucha informacja. Nie spoglądała na niego, nie, nie robiła tego. Skupiła się na tej ranie, którą mogła obejrzeć z bliska. Uniosła buteleczkę z wodą utlenioną, otworzyła ją i bez ostrzeżenia powoli zaczęła skraplać ranę. Kiedy woda utleniona dotknęła krwi zaczęła się pienić, co świadczyło o tym, że działała, uderzyła też w nich ta charakterystyczna woń, coś jak powietrze po burzy, chociaż w małej skali, bo tlen zaczął się uwalniać. Sięgnęła po gazik, bardzo ostrożnie zaczęła pozbywać się zaschniętej krwi, no już nie do końca zaschniętej, bo zmieniła ona konsystencję. Była skupiona, jakby przełączyła się zupełnie na inny tryb, nie zwracała uwagi na to, że to właśnie jego ręka. Po chwili odłożyła pierwszy ze słoiczków na stół i sięgnęła po ten drugi, kiedy odkręciła wieczko przyjrzała się gęstej maści, która się w nim znajdowała, jej barwa była bursztynowa, a aromat całkiem przyjemny dla nosa. Pachniała żywicą i cytrusami. Wiedziała, że powinna zadziałać, bo przecież stworzyła ją jej mama, a Penny nie miała sobie równych w tworzeniu maści, czy eliksirów. Bardzo powoli, ostrożnie, zaczęła nakładać mu ją na ranę, tak, aby pokryła jej każdy milimetr.




RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - Benjy Fenwick - 15.01.2026

Parsknąłem, bo nie mogłem się powstrzymać - to był odruch, jak kichnięcie, coś we mnie musiało odreagować tę jej minę, to napięcie, ten sposób, w jaki patrzyła, jakby chciała mnie rozebrać na części pierwsze i złożyć z powrotem, ale niekoniecznie w tej samej konfiguracji - i wtedy znowu na mnie spojrzała, tak intensywnie, że przez moment miałem wrażenie, że ktoś mi włożył palce pod żebra i ścisnął płuca. Przez te kilkanaście sekund nie powiedziała nic, tylko mnie mierzyła wzrokiem, jakby próbowała zrozumieć, co jest ze mną nie tak, a to przecież wcale nie była nowa zagadka, już zdążyła mnie ometkować, ja ją również, zdążyliśmy sobie przypiąć łatki, a potem zmienić je na te, które bardziej pasowały naszej nowej relacji. Nie byłem głupi, wiedziałem, że jest tu tylko przez Ellie, gdyby nie jej babcia, już dawno by zniknęła w swoim pokoju, tym azylu, do którego my, chłopcy, nie mieliśmy wstępu - nie to, by ktokolwiek z nas czegoś tam szukał, mogła sobie zachować to miejsce dla siebie, dalej traktować je jak świętość, byleby nie wchodziła nam - mi w drogę. A wchodziła, warto dodać, aż za często, regularnie.
Wytrzymałem jej spojrzenie, zawsze to robiłem, to był nasz sport - znałem tę jej mowę ciała, pamiętałem ją aż za dobrze, ten mikroskopijny ruch brwi, kiedy się skupiała, sposób, w jaki wstrzymywała oddech, jakby bała się spłoszyć własne myśli. Przez dwa lata byłem pierwszą osobą, która to widziała, potem przez rok byłem tą, która czytała to w liścikach, jak w zaszyfrowanych raportach z pola bitwy, a teraz… Teraz byłem obiektem. Uśmiechnąłem się krzywo, jak zawsze, kiedy coś mnie jednak dotykało, tylko nie zamierzałem dać jej tej satysfakcji - stała za blisko - zdecydowanie za blisko jak na kogoś, kto powinien sobie pójść, zamiast interesować się „nagłym przypadkiem medycznym”.
Słuchałem Ellie jednym uchem, kiwając głową, jak grzeczny chłopiec, którym nie byłem - jej ton był spokojny, miała ten rodzaj autorytetu, który nie potrzebował podnoszenia głosu ani straszenia, po prostu się z nim rodzisz albo nie, a ona zdecydowanie przyszła z nim na świat, z tym, że to nie oznaczało automatycznej racji.
„Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę” - nie zdawałem, nie chciałem.
- Zakłada pani, że ludzie zawsze robią to, co chcą. - Odparłem grzecznie, ale z lekką nutą obrony, której nawet nie próbowałem ukryć. - To dość optymistyczne podejście. - Zerknąłem na babcię Bletchley, nie z oburzeniem, raczej tym spokojnym, mierzącym spojrzeniem, które zwykle miałem dla ludzi, którzy trafiali bliżej prawdy, niż było mi wygodnie. - Czasem zostaje się, bo wypada. Albo dlatego, że ktoś inny tego oczekuje. Albo dlatego, że… - Urwałem, bo nie zamierzałem kończyć tego zdania - nie w jej domu, nie przy niej. Nie spojrzałem na Prudence, świadomie, jakbym mógł w ten sposób nie dopuścić do tego, co jej babka właśnie próbowała mi włożyć do głowy. To było bezpieczne - mówienie o niej w trzeciej osobie, jakby jej tu nie było - nie chciałem widzieć jej twarzy, kiedy to mówiłem, nie chciałem wiedzieć, czy coś ją to obchodziło, gdyby wiedziała, jak blisko byłem tego, żeby się wkurzyć na serio, postanowiłaby jak najszybciej opuścić pomieszczenie, albo właśnie zostałaby tu celowo, w sumie nie miałem pojęcia, to też mnie drażniło.
- Ludzie są bardziej skomplikowani, niż się wydaje. - Dodałem, spokojniej, nie powiedziałem nic więcej, nie zaprzeczyłem Ellie, nie potwierdziłem - po prostu pozwoliłem, żeby miała swoją wersję. To już było podejrzane samo w sobie, zazwyczaj miałem coś do powiedzenia na każdy temat, a tu tylko wzruszyłem ramieniem, tym zdrowym.
- Skoro to ta gorsza wiadomość, to brzmi jakby miała być jakaś lepsza. - Mruknąłem. Może byłem zmęczony, może nie miałem już siły się kłócić, a może po prostu nie chciałem być tym, który zawsze wszystko ignoruje, nawet jeśli to głupie.
Zacząłem odwijać prowizoryczny bandaż wolniej, niż powinienem, bardzo świadomie, jakby to miało coś zmienić i ten moment nieuchronności dało się rozciągnąć w czasie. Czułem jej wzrok na mojej ręce, na każdym ruchu palców, ale nie spojrzałem na nią - wiedziałem, że jeśli podniosę wzrok, coś się we mnie przesunie, a ja nie miałem dziś ochoty na przesunięcia. Zareagowała natychmiast, oczywiście, że zareagowała - zawsze reagowała, zawsze dokładnie tak, jak tego nie potrzebowałem.
- A jak mam myśleć? - Oparłem się lekko o kanapę. - Wybacz, jeśli przeceniam swoją atrakcyjność w tej sytuacji, ale to ty się na mnie gapisz. - To było obronne, wiedziałem o tym, czułem, jak to dziwne uczucie zaciska mi się pod żebrami, jakbym próbował zamknąć coś, co nie chciało się zamknąć. Patrzyła na mnie znowu tak, jakby próbowała przewiercić mi czaszkę na wylot i znaleźć tam odpowiedź na pytanie, którego nie zadała - kiedyś spoglądała tak, gdy coś ją fascynowało, teraz wyglądało to bardziej jak sekcja zwłok w toku. Odwróciłem głowę lekko w bok, oparłem się mocniej o oparcie kanapy i wypuściłem powietrze nosem, wolno, kontrolowanie, w środku miałem bałagan, nienawidziłem tego - nienawidziłem, że potrafiła zrobić mi to jednym spojrzeniem. Parsknąłem, bo cisza robiła się lepka, a ja nie znosiłem, kiedy powietrze między nami gęstniało do konsystencji syropu na kaszel - musiałem odkrztusić to, co zebrało mi się pod żebrami. Ellie mówiła spokojnie, jakby ta cała sytuacja była tylko kolejną herbatką o piątej, jej głos działał jak kojący urok, problem w tym, że nie do końca rozbrajał napięcie - kiedy skomentowała, że małe dłonie mogą być zaletą, miałem ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałem się.
- Proszę się nie martwić, pani Bletchley, ja naprawdę nie potrzebuję specjalnego traktowania. Zależy mi na czasie, nie na delikatności, nie jestem z porcelany. - Uśmiechnąłem się i skinąłem głową, bo wypadało, byłem kulturalny, nawet jeśli w środku wszystko mi się jeżyło - nie chciałem wyglądać jak rozkapryszony dzieciak, już i tak byłem w sytuacji, w której oddałem kontrolę, a to było coś, czego nienawidziłem. Kontrola była moją walutą, bez niej czułem się nagi, a technicznie rzecz biorąc - teraz byłem półnagi, krwawiący, w domu Bletchleyów, świetnie.
Uniosłem lekko kącik ust, kiedy Prudence rzuciła o tej „przyspieszonej wersji”- nie dlatego, że mnie to bawiło, raczej dlatego, że wiedziałem, iż trafiłem w czuły punkt, a to było jedyne pole, na którym jeszcze umiałem z nią wygrywać.
- Doceniam troskę o mój napięty grafik. Wiesz, że w normalnych okolicznościach zaprotestowałbym przeciwko temu traktowaniu mnie jak worka kartofli. - Rzuciłem, ale ciszej niż zwykle. - Ale skoro już zaczęłaś… - Czułem jej irytację niemal fizycznie, jak napięcie w powietrzu, ale pod spodem było coś jeszcze - coś, czego nie chciałem nazwać, bo wtedy musiałbym się do tego odnieść.
Kiedy Prue chwyciła mnie za rękę, poczułem to jak impuls elektryczny - nie metaforycznie, tylko dosłownie - ciało zareagowało szybciej niż głowa, napięciem, mikroodruchem cofnięcia, który zdołałem powstrzymać tylko dlatego, że wiedziałem, jak głupio by to wyglądało. „Nie ruszaj się” - jasne - jakbym potrafił. Zamilkłem, naprawdę, na ułamek sekundy mózg mi się wyłączył, gdy jej palce zamknęły się wokół mojego nadgarstka i pociągnęła mnie trochę bliżej, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, a nie była. Napiąłem się instynktownie, mięśnie same zareagowały, zanim zdążyłem pomyśleć.
- Wiesz, że nie musisz mnie porywać. - Mruknąłem, już ciszej, bez tej całej pokazowej bezczelności. - Sam bym przyszedł. - Ale nie cofnąłem ręki.
Nie spojrzałem na nią, patrzyłem gdzieś obok, na ścianę, na jakiś obraz, który widziałem setki razy, ale nigdy naprawdę. Skupiałem się na oddychaniu, na tym, żeby nie reagować na każdy jej dotyk jak idiota, mimo to poczułem, jak coś we mnie się prostuje, jakby ktoś powtarzalnie wciskał jeden przycisk. Siedziałem na tej kanapie i pozwalałem jej robić swoje, ale to też było kłamstwo - ja jej nie „pozwalałem”, ja to „znosiłem”, różnica była subtelna, ale dla mnie ogromna. Znosiłem jej bliskość, skupienie, ten sposób, w jaki przestała na mnie patrzeć jak na człowieka, a zaczęła jak na problem do rozwiązania, paradoksalnie to było gorsze, bo kiedy patrzyła na mnie jak na wroga, przynajmniej wiedziałem, na czym stoję - teraz była profesjonalna, chłodna, precyzyjna, a to mnie rozwarstwiało bardziej niż jakiekolwiek przenikliwe spojrzenie, irytując mocniej niż jakakolwiek obelga.
Piana zaczęła się pojawiać, a ja poczułem ten zapach, który zawsze kojarzył mi się z lecznicami i szkolnym skrzydłem szpitalnym - zapach, który mówił „nie jesteś niezniszczalny, tylko głupi”, nie lubiłem go, ale chyba jeszcze bardziej raziło mnie, że czułem jej dotyk, gazik przesuwający się po skórze, delikatnie, zbyt delikatnie, to było najgorsze - gdyby była brutalna, łatwiej byłoby mi to znieść, mógłbym rzucić jakąś kąśliwą uwagę, obrócić to w pojedynek, ale ona była… Dobra w tym. Jej ruchy były… Dobre, precyzyjne, ostrożne, zupełnie tak, jakby chciały mi udowodnić, że wszystko, co powiedziałem o „irytująco małych dłoniach” było zupełną bujdą, ale przecież już to doskonale wiedziałem - to nigdy nie miało związku z rzeczywistością, bo to był mój bezpiecznik - żart, zaczepka, coś, co pozwalało mi nie powiedzieć „boję się twojej bliskości bardziej niż bólu” - kiedy gazik przesuwał się po skórze, zacisnąłem zęby, ale nie cofnąłem ręki. Zasada numer jeden - „nie okazywać słabości”, zasada numer dwa - „nie okazywać słabości przy niej”, a gdzieś pomiędzy, pod wieloma głębokimi warstwami, kryło się coś jeszcze - to jedne „do” tkwiące tam jak drzazga…
- Zawsze musisz być taka… Dokładna? - Zapytałem cicho, bez zadziorności, której zwykle używałem, ale szybko się z tego wycofałem. - Nie, nieważne. Głupie pytanie. - Nie patrzyłem na nią, ale widziałem kątem oka, że jej brwi były ściągnięte, tak jak usta - zaciśnięte w cienką linię. Wiedziałem, że była wkurzona, bo kiedyś znałem każdy jej wyraz twarzy, wiedziałem, co znaczy każde jej milczenie, teraz mogłem tylko zgadywać, ale chociaż ten jeden raz wiedziałem, że robię to dobrze.
- Ja po prostu… - Urwałem, wkurzony na siebie, bo nie, to nie było nieważne, ale nie miałem słów, które nie brzmiałyby jak oskarżenie albo jak wyznanie, a żadnego z tych dwóch nie chciałem. Poczułem, jak moje palce minimalnie się poruszyły się pod jej dotykiem, jakby szukały czegoś, czego nie powinny - cofnąłem je natychmiast, jakby mnie sparzyły. - Nie ruszam się! - Powiedziałem, zanim zdążyła mi to znowu powiedzieć. - To było… Odruchowe. Poza tym, jeśli to ma być szybka wersja, to chyba mamy różne definicje słowa „szybko”. - Rzuciłem, próbując wrócić do swojej roli, maski, która zawsze mnie ratowała, zacisnąłem szczękę, zmotywowany do tego, by pozwolić jej skończyć. Tak - „pozwolić”, jakby to było coś, co kontrolowałem, nawet jeśli prawda była taka, że nie kontrolowałem niczego - ani tej sytuacji, ani jej, ani tego, że kiedy mnie dotykała, chciałem, żeby przestała, i jednocześnie, żeby nigdy nie przestawała.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]