Secrets of London
[14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo? (/showthread.php?tid=5601)



[14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo? - Louvain Lestrange - 13.01.2026

Sen


Szlak, którym szedł, był piaszczysty i nierówny, jakby uformowany przez wodę, która dawno temu zmieniła zdanie co do swojego biegu. Po jednej stronie ciągnęła się rzeka. Szeroka, spokojna, o powierzchni matowej jak szkło; po drugiej dzika roślinność, zbyt gęsta jak na brzeg, zbyt surowa jak na ogród. Powietrze było wilgotne i nieprzyjemnie chłodne. Chłód ten nie szczypał, lecz przenikał, osiadając na skórze jak mgła, której nie da się strząsnąć. Louvain szedł wolno, czując pod stopami ziarnisty piasek, i od pierwszego kroku wiedział, że to miejsce jest mu dziwnie znajome, choć nie potrafił przywołać jego nazwy. Im dłużej patrzył na linię horyzontu, tym wyraźniejsze stawało się wrażenie, że już kiedyś tędy przechodził. Może w innym czasie, może w innym stanie istnienia. Krajobraz nie domagał się uwagi, raczej przyjmował ją obojętnie, jakby Louvain był tu czymś spodziewanym, lecz niekoniecznym. W tej obojętności było coś wyciszającego.

Zatrzymał się i spróbował przypomnieć sobie, skąd przyszedł. Myśl cofała się niechętnie, jakby musiała przebić się przez gęsty osad. Najpierw była pustka, potem obrazy nieostre, poszarpane: napięcie, ciężar ciała domagającego się odpoczynku, świadomość granicy. A pod tym wszystkim - strach. Ogromny, przeszywający, nagi w swojej pierwotności. Strach, który rodził się z zagrożenia zewnętrznego, z chwili, w której coś zajrzało w niego samego i on nie mógł już odwrócić wzroku. Pamiętał ten moment. Pamiętał, jak pierwotne zło wychyliło się w jego wnętrza. Jakby coś, co od dawna czekało, wreszcie zostało wywołane po imieniu. Pamiętał absolutność tej chwili, przekonanie, że nie ma już drogi wstecz. I wtedy zrozumiał: skoro tamten moment był ostatni, skoro strach był tak doskonały, tak ostateczny - musiał wtedy zginąć. Myśl ta nie przyniosła rozpaczy. Przyszła spokojnie, jak fakt, który od dawna domagał się uznania. Louvain rozejrzał się jeszcze raz po krajobrazie: po piaszczystym brzegu, po wilgotnym chłodzie unoszącym się nisko nad ziemią, po rzece płynącej bez pośpiechu. Nazwa sama się narzuciła, ciężka i oczywista. Limbo. To samo, które przyszło mu zwiedzić tamtego dnia, w podróży odbytej u boku Lorda Voldemorta. Miejsce zawieszenia, gdzie nic się nie zaczyna i nic się nie kończy, a jednak wszystko zostaje obnażone. I wraz z tym rozpoznaniem przyszła ulga. Nie gwałtowna ani olśniewająca, raczej powolna, osiadająca w nim jak mokry śnieg, który wreszcie można zdjąć z ramion. Jakby w jednej chwili opadło wszystko: napięcie mięśni, czujność, konieczność nieustannego kontrolowania siebie i świata. Zimno, które przez całe czas czaiło się w nim jak skaza, zaczęło tracić sens.

Uklęknął nad brzegiem i dotknął piasku ostrożnie, niemal z niedowierzaniem, pozwalając, by sucha ziemia przesypała się między palcami. Drobne ziarna uciekały, spadały, układały się na nowo bez potrzeby ingerencji. Gest był prosty, niemal dziecinny, a jednak niósł w sobie głęboką ulgę. Nic nie wymagało kontroli, nic nie domagało się panowania. Zagarnął więcej, zanurzył dłonie głębiej i zacisnął palce na mokrym piasku, ciężkim i zbitym. Wilgoć natychmiast przeniknęła skórę; chłód był czysty, zewnętrzny, przyjemny. Zamknął dłonie, pozwalając, by mokra masa przeciskała się między palcami i zostawiała ślady, które nie piekły i nie ciążyły. To było nowe. Teraz mógł je odczuwać. Podniósł się i podszedł bliżej rzeki. Z każdym krokiem powietrze stawało się bardziej wilgotne, chłód wyraźniejszy. Najpierw zanurzył dłonie, potem stopy; nurt delikatnie poruszył piasek pod nimi, jakby sprawdzał jego obecność. Woda była chłodniejsza od niego. Świadomość ta była niemal objawieniem. Zimno, które dręczyło go za życia, odeszło tak całkowicie, że teraz świat mógł być chłodniejszy, a on pozostawał ciepły. Nie wahał się. Wszedł głębiej, aż woda sięgnęła bioder, potem torsu, a gdy w końcu zanurzył się cały, napięcie opuściło go zupełnie. Ciało uniosło się na tafli, lekkie i posłuszne, a Louvain rozłożył ramiona, pozwalając, by nurt niósł go bez wysiłku i bez celu.

Patrzył w nieruchome niebo Limbo, a na jego ustach pojawił się uśmiech, cichy, prawdziwy, pozbawiony ironii. Uśmiech kogoś, kto nie musi już walczyć ani tłumaczyć się ze swojego istnienia. Unosił się bezwładnie, chłodzony wodą, wolny od ciężaru ciała i ciężaru znaczeń, i po raz pierwszy miał pewność, że nic go nie ściga, że nic w nim nie czeka, by znów zapuścić korzenie. Był tylko on, rzeka i cisza. I to wystarczało.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8mVKY2l.jpeg[/inny avek]


RE: [14.09.72] O czym szepcze nasze Limbo? - Helloise Rowle - 27.01.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BJAOwAi.jpeg[/inny avek]Gdy była młodsza, tęsknie śniła za miejscem jak to. Za zmętniałą ciszą zebraną pod zasłoną, przez którą nie mogła przedostać się gwałtowniejsza emocja. Za końcem, ucieczką, bezbarwnym niczym pożerającym całą jej gwałtowność, gniew i strach. Przez wiele lat Helloise wierzyła, że obudzenie się w Limbo byłoby rozwiązaniem wszystkich jej problemów.
Tego wieczora, nim umarła, na nieskończenie krótki i gęsty moment była lasem. Chrząszczem wspinającym się w górę chropowatego pnia, sokiem szumiącym w żyłkach liści, splątanym korzeniem smakującym ziemię, promieniem słońca zaglądającym w serce kwiatu, zimną kroplą rosy toczącą się po źdźble, bystrooką łanią mknącą przez gęstwinę. A potem skoncentrowany moment zniknął, pozostawiając znajome uczucie wyzwalającego rozproszenia. Duch Helloise często opuszczał ciało, aby wędrować przez Knieję i przez Dolinę. Przez eksterioryzację czarownica wiedziała, jak to jest pozbyć się cielesnych ograniczeń, jak lekki i swobodny może być człowiek.
Po tym ostatnim rozproszeniu czekało już tylko to nic, o którym dawniej marzyła. Obudziła się po zielonej stronie Limbo, wśród dzikiej i gęstej roślinności niedopasowanej do krajobrazu rzecznego nadbrzeża.
Helloise od razu odczuła, że coś jej zabrano. Nic dawno temu przestało wpisywać się w jej smaki.
Pojaśniało jej w głowie, myśli były oczyszczone, przejrzyste, niemal ostre na oszlifowanych krawędziach. Nie pamiętała takiej jasności, a może nigdy jej nie poznała. Podniosła się do siadu, pociągnęła palcami po białych nogach. Skóra była gładka, aksamitna, bez blizn i bez tekstury, ręka sunęła po niej jak po szkliwionej porcelanie. Jasne włosy skręcały się w jedwabiste pukle loków, miękkie i zdefiniowane, nieprzypominające zwyczajowej spuszonej, skołtunionej plątaniny.
Kobieta rozejrzała się po tym, co najbliżej niej. Chcąc poznać lepiej to nowe, wysupłała spomiędzy gęstych krzewów idealnie okrągłą jagódkę. Przyjrzała się jej, obróciła owoc w palcach. Nie miał skazy. Włożyła go między zęby, rozgryzła — zimny sok był bezbarwny, nie poczuła smaku, a jedynie rozlewający się w ustach chłód. Nie sprawiło jej przyjemności muskanie placami kształtnych, zielonych listeczków porastających ziemię Limbo. Wszystko dookoła było zgaszone, wygładzone, stonowane. Pustka wewnątrz i na zewnątrz uwierała dyskomfortem. Czarownica nie potrafiła odeprzeć poczucia, że coś straciła.
Wstała i ruszyła ku rzece. Pozwoliła, aby ją wiodła wstęga matowej wody przez tę wyblakłą, przepastną krainę niczego, gdzie nawet woda wydawała się bez życia. Baczyła, aby ani kropla nie sięgnęła jej stóp. Rzeka budziła w niej niepokój. Szła z jej prądem, szła, a kraina nie kończyła się, nie zmieniał się układ krajobrazu. Nie czuła się tu zagubiona, nie czuła potrzeby uciekać (gdzie miałaby uciekać?), a jednak spacer napełniał ją smutkiem.
Z nurtem rzeki płynęło blade ciało mężczyzny, wzdłuż tego nurtu snuła się za nim brzegiem i ona, i długo obserwowała w ciszy uśmiechniętego Louvaina. Nie rozumiała, dlaczego wydaje się tak zadowolony.
Tutaj jesteś szczęśliwy? — zapytała w końcu, niepewna, czy zostanie usłyszana. Limbo kradło jej głos. Pozwalało powiedzieć słowo raz tylko, po czym wchłaniało łapczywie dźwięk, nie pozwalając mu wrócić żadnym echem.
Oczekiwanie na odpowiedź Lestrange'a było puste i bezczynne. Nie było w nim oddechu ani zniecierpliwionego bicia serca. W Limbo nie było nic.
Patrząc na Louvaina, pamiętała niewyjaśniony gniew i strach, choć nie czuła już nic z tych emocji. Nie przypomniała sobie od razu, skąd się tu wzięli. Gdy próbowała cofnąć się poza moment przebudzenia, natrafiała na cienką mleczną zasłonę, za którą rozwijał się teatr cieni. Po drugiej stronie końca widziała wśród czarnych aktorów sylwetkę tego człowieka, i widziała potwory. Obchodziła zasłonę jak znudzony, rozespany kot i wracała nad rzekę. W Limbo nie czuła już ciekawości, która kazałaby ją zerwać.


RE: [14.09.72] O czym geje nasze Limbo? - Louvain Lestrange - 01.03.2026

Unosił się bez wysiłku, pozwalając, by nurt obracał go powoli, jakby woda znała jego ciężar lepiej niż on sam. Kiedy usłyszał jej pytanie, ciche, pojedyncze, wchłonięte niemal natychmiast przez bezbarwną przestrzeń, nie otworzył oczu od razu. Limbo kradło echo, ale nie kradło świadomości. Tutaj jesteś szczęśliwy?

Słowo “szczęście” było za małe na to, co odczuwał. Nie było w nim euforii ani triumfu. Była cisza, która nie była pustką. Było rozluźnienie czegoś, co przez całe życie pozostawało zaciśnięte jak pięść, która nie pamięta już, dlaczego się zamknęła. Woda niosła go dalej, a on po raz pierwszy nie próbował nadać kierunku. Nie kalkulował, nie oceniał, nie szukał zagrożeń. W poprzednim życiu nie wszedłby do takiej rzeki. Dzika, chłodna, nieprzewidywalna, wymagałaby czujności, strategii, kontroli. Teraz była korytarzem. Przejściem. Tym samym, czym były dla niego kiedyś podniebne przestworza, bezkresnym ruchem, w którym ciało przestaje być ciężarem, a staje się tylko linią w przestrzeni. Czuł wodę przy skroniach, przy szyi, pod łopatkami. Czuł, jak jej chłód styka się z jego ciepłem i nie próbuje go pochłonąć ani zmienić. Nie walczyła z nim. Nie karała. Nie wymagała. Po prostu była. A on, po raz pierwszy od wielu lat, nie musiał być kimś więcej niż obecnością w tej samej chwili. W tamtym życiu każde istnienie było zadaniem. Każdy oddech - zobowiązaniem. Obietnice składane sobie, przysięgi wypowiadane w imię bogów i idei, ciężar wybranej drogi, którą należało uzasadniać nawet wtedy, gdy już dawno przestała być oczywista. Wszystko to zniknęło nie jak roztrzaskany gmach, lecz jak mgła, która nagle przestaje mieć powód, by się utrzymywać. Nie było tu nic do naprawienia. Nic do udowodnienia. Nic do spalania.

Rzeka przesuwała go łagodnie, a Louvain pozwalał, by jego ciało poddawało się temu ruchowi całkowicie. Ramiona rozluźniły się, dłonie przestały być gotowe do zacisku. Nawet myśli nie układały się w argumenty. Były jak spokojne, pojedyncze fale, pojawiały się i znikały, nie domagając się rozstrzygnięcia. Jedność przyszła bez wysiłku. Nie była wizją ani objawieniem. Była prostą świadomością, że nie istnieje już granica między nim a tym miejscem. Nie był tu gościem ani więźniem. Był częścią krajobrazu tak samo jak woda i piasek. I to wystarczało. Jeśli to było szczęście, było ono czyste z obowiązku. - Tak - odpowiedział w końcu cicho, nie wiedząc, czy jego głos przetrwa choć sekundę. Tutaj nie muszę być niczym więcej niż sobą. A może nawet mniej.

Słowo, które wypowiedział, rozpłynęło się bez echa. A jednak coś w nim drgnęło. Nie dlatego, że odpowiedział lecz dlatego, że pytanie nie zniknęło wraz z ciszą. Nie było jego. Zrozumienie przyszło powoli, jak chłód przesuwający się wzdłuż kręgosłupa. To nie była myśl. Nie był to odruch sumienia, które przez lata przybierało w jego głowie obcy, kobiecy ton. Znał ten mechanizm aż za dobrze. Wewnętrzny głos, który potrafił brzmieć jak kpina, jak ostrzeżenie, jak pokusa. Ale to nie było to. To pytanie miało źródło. Usłyszał je tak wyraźnie, jakby ktoś stał tuż nad nim, mimo że nurt rzeki powinien był połknąć każdy dźwięk, rozciągnąć go, zdeformować, rozproszyć w bezbarwnym szumie. A jednak słowo przebiło się czyste. Nienaruszone. Tutaj jesteś szczęśliwy? Otworzył oczy. Ulga, która jeszcze przed chwilą była jak miękki baldachim rozpostarty nad świadomością, pękła w jednym miejscu. Przez szczeliny wsączyła się irytacja. Niewielka, lecz ostra jak igła. Nawet tutaj, pomyślał z niedowierzaniem, że nawet tutaj nie dano mu spokoju. Powoli uniósł głowę znad wody i spojrzał ku brzegowi. I zobaczył ją. Najpierw sylwetkę, zbyt wyraźną na tle wyblakłej zieleni. Potem jasność skóry, włosy, nieruchomość postawy. Stała tam, jakby była elementem krajobrazu, który nie chciał przyznać się do własnej obcości.

Przecież zwierzęta nie miały mieć duszy. Więc co, do diabła, robiła tutaj ona? Nagłe napięcie przeszyło jego ciało. Zerwał się z bezwładnego unoszenia, gwałtownie zanurzając nogi w wodzie, która przed chwilą była łagodnym łożem. Stopy zapadły się w grząski grunt, miękki i niestabilny. Chwilę szukał oparcia, palce wbiły się w osuwający się piasek, aż wreszcie wyprostował się, odrzucając z ramion ciężar nurtu. Wyszedł na brzeg szybkim, zdecydowanym krokiem. Woda spływała z niego strużkami, lecz nie było w tym już nic z błogosławieństwa. Każdy krok był odzyskiwaniem pionu, odzyskiwaniem granicy. Stanął przed nią, a jego spojrzenie było chłodne i nieprzyjemnie trzeźwe.

- O nie, nie, nie. Absolutnie. W żadnym cholernym wypadku. Omiótł ją wzrokiem, jakby sprawdzał, czy jest rzeczywista, czy tylko upartym cieniem, który nie rozumie, że nie został zaproszony. - To jest moja śmierć, nie twoja. - powiedział twardo. - Znajdź sobie własną, bigotko, i daj mi już święty spokój. W jego głosie zabrzmiała nuta gniewu, której nie próbował ukrywać. W Limbo słowa nie miały echa. Ale w jego spojrzeniu odbiło się coś ostrzejszego niż cisza, determinacja, by bronić tej krainy od wszystkiego, co przypominało życie. Nie potrzebował jej tutaj. Nie w tej przestrzeni, która wreszcie była wolna od zobowiązań, od sporów o sens, od konieczności przekonywania kogokolwiek do czegokolwiek. Limbo nie wymagało towarzystwa. Nie potrzebowało świadków. Było wystarczające samo w sobie, i on, przez tę krótką, doskonałą chwilę, również był wystarczający. A teraz stała przed nim ona. Zagubiona bigotka, która całe życie myliła głos własnej potrzeby z głosem bogów. Kobieta, która tak długo wsłuchiwała się w szelest liści i trzask gałęzi, aż zaczęła wierzyć, że każdy podmuch jest objawieniem. Samotność nie uczyniła jej mądrzejszą, uczyniła ją dzikszą. W jej spojrzeniu było już więcej instynktu niż rozumu, więcej reakcji niż refleksji. Louvain poczuł, jak powraca do niego ta sama irytacja, którą za życia odczuwał wobec wszystkiego, co nie potrafiło istnieć bez dramatycznego uzasadnienia. Nie chciał jej w swojej śmierci. Nie chciał jej w tej ciszy, którą dopiero co uznał za własną. Jeśli Limbo miało być uwolnieniem, to nie od ciała ani od bólu, lecz od ludzi, którzy wciąż potrzebowali, by świat reagował na ich obecność. A Helloise była właśnie taka: nawet w nicości domagała się odpowiedzi, sensu, odbicia. On nie potrzebował już ani jej gniewu, ani jej wiary, ani jej nieustannego tarcia o rzeczywistość. Chciał tylko być. A ona, nawet tutaj z pewnością będzie próbowała wciągnąć go z powrotem w grę, z której właśnie się wyzwolił.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8mVKY2l.jpeg[/inny avek]