Secrets of London
[noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Szkocja (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=127)
+--- Wątek: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści (/showthread.php?tid=5602)

Strony: 1 2


[noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Brenna Longbottom - 13.01.2026

Las spowijały ciemności, znacznie głębsze niż te, jakie znali mieszkańcy miast, a choć początkowo szli ścieżką, potem przyszło im przedzierać się już przez teren, którym zwykle nie chodzili ludzie, może poza najbardziej upartymi zielarzami. Oznaczało to przedarcie się przez krzaki, ostrożne zejście po stromym brzegu ku rzece, a potem wspięcie się z powrotem i uporanie się z paroma przeszkodami takimi jak podstępne pajęczyny czy mrowiska. Brenna miała pod tym względem najłatwiej: zmieniła się zwyczajnie w wilka, co ułatwiało poruszanie się po lesie. Apollo za to, przywykły raczej do miasta niż do wiejskich klimatów, zaklął ze trzy razy, a raz się wywalił. Młody Sadwick, o dziwo, radził sobie za to całkiem nieźle, mimo ograniczonej widoczności.
– Dobra… to powinno być gdzieś tutaj – oświadczyła Brenna, przemieniając się z powrotem w człowieka i wygrzebując sobie z włosów jakąś gałązkę. I faktycznie, ledwo zrobiła parę kroków, pomiędzy drzewami mogli dostrzec ciemny zarys budowli.
Było to jedno z tych miejsc, które leżały w ruinie już dwa wieki temu, może pozostałość z czasów, gdy czarodzieje trzymali się z dala od mugoli i raczej unikali Londynu. A może jakaś mugolska budowla, potem obrzucona jakimiś zaklęciami? Była tak stara, że żadne z nich nie mogło być tego pewne. W mroku, z oddali, i gdy wysokie krzewy, wyrastające przy jednej ze ścian, przysłaniały widok, nie mogli zobaczyć za wiele, ale wydawało się, że kiedyś był to duży budynek, może nawet zamek. Jedna ze ścian runęła jednak, a choć widzieli wieżyczkę, trudno było powiedzieć, w jakim jest stanie.
Brenna jednak nie przypatrywała się zamkowi, a osunęła na kolana i zaczęła powoli przesuwać do przodu, po mchu i trawie. Serce biło jej szaleńczo, gdy szukała tego, co w notatniku opisano jako: godzina 23.09, pułapka przy dwóch kolcolistach…
Byłoby łatwiej, gdyby wiedziała, czym są kolcolisty. Chociaż nie powinna narzekać, gdyby dokładnie nie wskazano jej godziny i mniej więcej położenia, na pewno by po prostu w tę pułapkę wlazła: nie była w końcu żadną specjalistką.
Syknęła, gdy coś błysnęło jej wreszcie pomiędzy dwoma krzewami, akurat w miejscu, przez które na pewno najłatwiej byłoby przejść. W porządku. Notatnik mówił prawdę. Potem będzie musiała się zastanowić, co z tym dalej zrobić.
– Dobra, tu jest pułapka, więc ją musimy ominąć.
– Tam chyba się pali światło – mruknął Sadwick, wskazując palcem na błysk, częściowo widoczny przy krzewach.
Dwóch wartowników. Reszta śpi. Według notatki z… przeszłości albo przyszłości… przynajmniej. Brzmiało prawdopodobnie.
– Okay, czyli faktycznie chyba dobrze trafiliśmy – stwierdziła Brenna, siadając wprost na mchu i przez moment spoglądając w stronę światła. Istniała oczywiście nikła szansa, że natrafili na kogoś, kto robił biwak, ale… – I jeśli tak, to spodziewam się czterech lub pięciu osób, na pewno opiekuna dla tych smoków. Proponuję, że podejdę jako wilk i zorientuję się, czy na pewno nie napadniemy na Bogini ducha niewinnych ludzi. A potem dwoje z nas spróbuje ogarnąć wartowników, a dwójka od razu wpakuje się do środka, żeby nie dać czasu tym śpiącym na zwianie albo przyjście z pomocą. Ktoś ma inne pomysły?


RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Victoria Lestrange - 13.01.2026

Nie miała nic przeciwko przechadzce na łonie natury, ale to nie był żaden spacerek dla zdrowotności, tylko przedzieranie się przez las tak, żeby nie zwrócić na siebie nadmiernej uwagi i nie zaalarmować kłusowników (jeśli rzeczywiście gdzieś tam się kryli). W takich warunkach dużo łatwiej było źle stanąć i skręcić kostkę – cholera, nawet jeśli świeciło się światło (z tej odległości raczej skryte przez drzewa przed niepowołanym wzrokiem, było to trudne, bo poza tym nikłym światełkiem, dookoła nadal było ciemno, a cienie rzucane przez dość nisko trzymane różdżki potrafiły zmylić i ich. Lestrange nie komentowała pod nosem. Przez ostatnie miesiące jej kondycja polepszyła się znacznie, dużo lepiej radziła sobie w takich warunkach niż jeszcze pół roku temu, nawet jeśli poruszali się w trójkę niezbyt szybko, a Brenna w wilczej postaci wysforowała się na prowadzenie jako kierownik wycieczki.

Kiedy Brenna dała im sygnał, że są już blisko, Victoria zgasiła światełko na różdżce, co jeszcze bardziej miało utrudnić dalsze poruszanie się, a niedługo później rzeczywiście okazało się, że są już na skraju tego lasu, a przynajmniej tej części, gdzie skrywał się zamek służący kłusownikom za bazę. A przynajmniej wyglądało to na zamek, bo spomiędzy drzew wydawało się to… duże. Akurat Victoria przypatrywała się budowli, bo to mogło okazać się zwyczajnie pomocne, i gdy Brenna szła na czworaka po ziemi czegoś szukając, Lestrange oglądała się z lewa na prawo, próbując oszacować wielkość zamku w metrach tak na szerokość, jak i na wysokość. Notowała w pamięci otwory w wieży, mające być okieneczkami, przyjrzała się uważnie (to znaczy na tyle na ile to było w ogóle możliwe w ciemności rozpraszanej światłem gwiazd gdzieniegdzie wyglądających zza chmur o tej porze roku już częstych). Victoria mrużyła oczy, jakby to miało w czymś pomóc.

Przerwała te oględziny dopiero, gdy usłyszała syknięcie Brenny, z różdżką w gotowości była o krok od rzucenia zaklęcia… ale wtedy usłyszała głos przyjaciółki.

– Taka w ziemi? Do nadepnięcia? Czy jakaś linka? – zapytała przyciszonym głosem, by ten jednak nie poniósł się zdradziecko gdzieś dalej, a chwilę później wpatrywała się w punkt, który wskazywał Sadwick. – Tak… – mruknęła. Cóż, istnienie pułapki faktycznie się zgadzało, teraz pytanie, czy reszta to nie blef. – Zorientowanie się jest wskazane – zgodziła się z Brenną. – Jak dasz nam znać, że to dobry trop? Mam nadzieję, że nie wpadniesz na nich sama, a jedno z nas będzie musiało dobiec… – mruknęła, bo to nie tylko mogło, ale na pewno było niebezpieczne, tym bardziej ze gdzieś tu prawdopodobnie był czarnoksiężnik. – Jak się dzielimy? – zapytała. – Mam taką propozycję, że powinnam pójść do środka. Jako tako znam się na magicznych stworzeniach – znaczy nie była ekspertem, ale miała wiedzę dotycząca fauny i flory.




RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Brenna Longbottom - 14.01.2026

– Coś tu błyska i chyba jest zakopane, płytko pod ziemią – odparła cicho. – Linki nie widzę. Nie wiem, co to dokładnie, bo się nie znam, a chyba wolę nie ryzykować sprawdzania dokładnie…
Już wolała przedzierać się przez krzaki i ciernie, bo jeśli pułapka była magiczna, to mogła zrobić wszystko, od odrzucenia po widowiskowe wysadzenie w powietrze.
– Po prostu przybiegnę z powrotem… a jeśli zacznę wyć, to będziecie wiedzieć, że coś nie tak – stwierdziła, chociaż całkiem wierzyła w to, że o ile jako człowieka by ją zauważyli, to jak wilk powinna być w stanie okrążyć ten budynek i nie dać się zobaczyć. Zwłaszcza że dotąd wszystko z tych dziwnych zapisków się sprawdzało, i jeśli miało tak być dalej… to się nie zorientują, a ona wiedziała, które miejsca omijać.
Z tej perspektywy nie widać było całej brały: ciężko było też ocenić rozmiary, bo część muru została zniszczona. Nie było to na pewno coś na miarę Hogwartu, może nie dorównywało też leżącemu gdzieś w pobliżu dworkowi Cape, ale z pewnością było posiadłością, może nawet zameczkiem… wiele, wiele lat temu. Wyglądało na to, że widzieli błyski przez jakieś okna na parterze, częściowo przysłonięte przez krzewy, w niezniszczonej części budynku, położonej w pobliżu dawnego wejścia. Zniszczenia z jednej strony tworzyły sporo kryjówek, z drugiej jednak ułatwiały im sprawę – dało się wnioskować, gdzie prawdopodobnie będą śpiący, bo o ile kłusownicy nie szykowali się teraz do odparcia szturmu i nie chowali po jakichś zakamarkach, to pewnie tkwili w tej części budowli, która była w najlepszym stanie.
– Jakieś preferencje, chłopcy? – rzuciła, oglądając się ku nim, a na słowa Lestrange kiwając tylko głową: na pewno jeśli wpadną na pisklaki, to ona miała więcej wiedzy niż którekolwiek z nich. Zasadniczo oba zadania wydawały się porównywalne pod względem ryzyka, więc nie pchała się koniecznie do jednego z nich, chociaż biorąc pod uwagę to, co wyczytała w zapiskach: raczej powinna iść do środka z Victorią. Wypadało jednak zapytać.
Sadwick wyglądał trochę tak, jakby miał nadzieję, że jego preferencją może być dokonanie szybkiej ewakuacji, a Apollo po prostu westchnął ciężko.
– Sprawdź lepiej, czy zobaczysz, ilu ich siedzi przy tym świetle, jak nie więcej niż dwóch, powinniśmy to ogarnąć z młodym i możecie zdejmować resztę. Ale jak więcej, lepiej, żebyśmy trzymali się razem.
– Jasne – zgodziła się bez protestów, nie wdając się w wyjaśnienia pod tytułem „dostałam dziwną wiadomość, przewidującą wydarzenia z dnia i nocy, i według niej wartowników będzie dwóch”. Zwłaszcza że naprawdę nie chciała ryzykować, że kogoś spotka krzywda, i planowała w końcu wszystko sprawdzić. – Powinnam wrócić za parę minut.
Znów zmieniła się w wilka, i chwilę później przedarła się przez krzewy, kierując się bliżej budynku. Nie podbiegała do wejścia, ale zbliżyła się nieco do krzaków, które rosły przy ścianie budynku, by upewnić się, że faktycznie w jednym z pomieszczeń na parterze płonie światło, a potem obiegła go, szukając innych wejść, a konkretnie tego jednego, które opisano w notatkach. Wróciła do całej grupy kilka minut później, okrężną drogą, nie chcąc, by gdyby ktoś wyjrzał przez to okno, dostrzegł, jak tu biegła.
– Okay, przy głównym wejściu prawie na pewno jakieś pieczęcie, nie pakowałabym się tamtędy, ale do środka da się dostać z drugiej strony, korzystając z zawalonego kawałka ściany. Do środka przez okno nie mogłam zajrzeć, ale słyszałam dwa głosy, na moje grają w karty, więc możecie ich zaskoczyć, chłopcy. Widać za to przez wejście kawałek dziedzińca i jestem pewna, że leży tam jakaś klatka, na moje za dużo zbiegów okoliczności, żeby to byli jacyś biwakowicze.


RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Victoria Lestrange - 15.01.2026

– Nie nie, nie sprawdzaj – znaczy wiedziała, że Brenna tego nie zrobi, ale gdyby jednak… Victoria chciała po prostu wiedzieć, na co powinni uważać i co ominąć, żeby się nie władować w tę pułapkę przypadkiem. Z opisu brzmiała jak coś, co najpewniej reaguje na dotyk, ale bez linek podcinających nogi, to było już coś.

Kiwnęła głową, choć bała się co by było gdyby rzucili na Brennę zaklęcie wyciszające… Ale najpierw musieliby zdążyć. Być może Lestrange reagowała nieco paranoicznie, ale z tymi padalcami wszystko było możliwe. Tym bardziej, że sama nienajlepiej widziała w tej ciemności i nie potrafiła sobie wszystkiego jakoś dobrze oszacować. A na pewno nie na tyle, żeby ułożyć w głowie jakiś duży plan, a Victoria jednak była z tych poukładanych osób, pedantycznych, która wierzyła w kalendarz i lubiła mieć przynajmniej jakiś zarys planu oraz opcje awaryjne. Jasne, w tej pracy nie dało się tak do końca, było w końcu mnóstwo zmiennych, ale nie zmieniało to faktu, że gdy miała wybór, to wolała mieć jakieś twarde podwaliny planu. Ale to nie był ten dzień. Zdołała oszacować tylko tak mniej-więcej gdzie mogą się znajdować ludzie w tej ruinie, ale to tyle, choć lepsze i to.

Bo nawet, jeśli Brenna miała jakieś dane o tej grupie, nawet jeśli obecność pułapki się potwierdziła, to mogła być tam tylko po to, by uśpić czujność Longbottom. Żeby zaufała zapiskom mocniej, by wtedy już konkretnie wpaść w prawdziwą pułapkę. Brązowooka miała nadzieję, że to jednak nie będzie tak. Gdy jednak Bren zmieniła się znowu, by sprawdzić teren, sama nie opuszczała różdżki.

– Wszystko w porządku, panowie? – zwróciła się do Apollo i młodego Sadwicka szeptem, nie będąc pewna, czy oboje byli tak w pełni gotowi na to, co mogło się tutaj za chwilę zacząć dziać.

Victoria nadal nasłuchiwała i próbowała cokolwiek dostrzec w ciemności, gdy czekali na powrót Brenny. Na całe szczęście obyło się bez wycia, nie musieli się więc zrywać, by przyjść jej z pomocą, a niedługo później zresztą dołączyła do nich z informacjami.

– No dobrze, trzeba więc obrać taktykę Bulstrode’a, to jest najpierw obić mordy, a potem ewentualnie zadawać pytania… – westchnęła cicho, bo sama nie wyznawała na co dzień tej metody rozwiązywania spraw, czasami jednak nawet ona dostrzegała, że cel uświęcał środki. Klatka, opuszczone ruiny na kompletnym zadupiu, pułapka w ziemi. Nie – to zdecydowanie nie był przypadek. – To prowadź. Rozumiem, że rozdzielamy się tam przy tej zawalonej ścianie? – upewniła się jeszcze, czy na pewno dobrze zrozumiała.




RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Brenna Longbottom - 16.01.2026

Brenna, paradoksalnie, była kimś, kto lubił szukać w ludziach dobrych cech i łatwo zaczynał kogoś lubić, a nawet darzyć mocniejszymi emocjami, a jednocześnie też kimś, kto miał skłonności do podejrzliwości. Można by pomyśleć, że to powinno się wykluczać, u niej jednak jakoś się łączyło – być może dlatego, że czujność i wietrzenie podstępów zakorzeniły się w niej pod wpływem pracy i wojny. Nie ufała więc tym zapiskom do końca: mimo tego, że przewidziały wypadek Lazarusa, chociaż zgodziły się fakty dotyczące drobnego wypadku w Ministerstwie i choć wszystko, co w nich się znalazła na temat kłusowników i ich kryjówki były zgodne z tym, do czego Brenna doszła po tygodniach mozolnej pracy, zbierania danych i ich analizowania.
Ale musiała zaryzykować. Sprawa była paskudna, zamieszano w nie mnóstwo osób, a w dodatku w grę wchodziła czarna magia. Dwóch ludzi, których ujęły w Londynie, było ewidentnie czarnoksiężnikami. Krwi jednorożców nie używało się do nieważnych rytuałów. A choć nie każdy czarnoksiężnik był śmierciożercą i mogli mieć do czynienia ot z nokturnowymi mętami… to nie mogła wykluczyć powiązań. Nie wspominając o tym, że chciała zamknąć tę sprawę, rozbić wreszcie całą siatkę – przecież w więzieniu siedziało już w sumie osiem osób, a to wciąż nie był koniec! – i móc skupić się na innych, bardzo palących rzeczach.
– Mam zamiar zastosować taktykę rozbrojenia… i mieć nadzieję, że będą stawiać opór, a wtedy będzie można z czystym sumieniem przejść do obijania mord – odparła Victorii pół żartem, pół serio. Zaklęcia rozbrajające i informacja o Ministerstwie były całkiem niezłym wstępem, ale miała szczerą nadzieję, że zdążą szybko znaleźć coś, co potwierdzi wszystkie podejrzenia. – Tak myślę, chłopcy pójdą w stronę światła… ehem, nie miało zabrzmieć to tak, jak to zabrzmiało… a my wejdziemy w głąb budynku i spróbujemy dopaść resztę, zanim się pozbierają. Powinnam być w stanie ich wywęszyć… mam nadzieję…
…poza tym sam rozkład budynku sugerował Victorii mniej więcej, gdzie pewnie da się spodziewać ludzi – wnioskując po tym, gdzie byli wartownicy, i która część wyglądała na najlepiej zachowaną – a i to, co zapisano w notatniku Brenny było zaskakująco dokładne.
*
Poprowadziła ich okrężną drogą do muru, przez który mogli przedostać się do środka, dzięki temu, że był częściowo zniszczony. Na szczęście nie wymagało to wspięcia na dużą wysokość, a jedynie podciągnięcia się – lub podsadzenia – i przeciśnięcia przez dziurę, która znajdowała się jakieś półtora metra nad ziemią. Na dziedzińcu, na który dostali się tą drogą, faktycznie leżała klatka, a nawet kilka klatek i gdy się zbliżyli, mogli dostrzec, że jedna nie była pusta: w środku siedziały dwie przytulone do siebie lunabelle. Brenna przez moment zrobiła taki ruch, jakby chciała iść je wypuścić, ale się powstrzymała. Jeszcze ktoś by ich zauważył – to mogło poczekać. A przynajmniej teraz mieli już pewność, bo była przekonana, że nawet jeśli to nie byli ich kłusownicy na trzymanie lunabelli w tak ciasnej klatce znajdzie się jakiś paragraf.
Opadła znów na wilcze łapy, gdy Apollo i Sadwick zaczęli się skradać ku światłu – wartownicy siedzieli w pomieszczeniu w pobliżu wejścia, drzwi do niego były lekko uchylone, i pewnie nie byłoby szans, aby przegapili kogoś, kto próbowałby dostać się tamtędy. Brenna i Victoria odbiły zaś na bok, do części budynku, która zachowała się najlepiej, przylegającej do częściowo zwalonej wieży.
Zapach ludzi był tu całkiem dobrze wyczuwalny…

Odrobina losowości
1 – trafiamy prosto do pomieszczenia, gdzie śpi dwóch panów
2 – jeden pan poczuł zew natury i prawie się z nim zderzamy, jak będzie wychodził w kalesonach
3 – natykamy się na gościa pijanego jak bela leżącego przy wejściu
4 – klatka z lelkiem wróżebnikiem wisi w pobliżu wejścia do budynku i ten się drze na ich widok
[roll=1d4]


RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Victoria Lestrange - 17.01.2026

Byłoby prościej, gdyby każdego czarnoksiężnika można było podciągnąć pod bycie Śmierciożercą, może wtedy mieliby już więcej informacji o tej zdecydowanie terrorystycznej organizacji, ale to w rzeczywistości nie było tak. Wielu z ujętych czarnoksiężników nie miało tatuażu z wężem i czaszką na przedramieniu, lecz to nie sprawiało, że byli mniej groźni bądź mniej ważni, a przynajmniej dla biura aurorów. Śmierciożercy byli tylko jedną składową ich pracy, wcale nie zajmując lwiej części wśród spraw, którymi się zajmowali. Bo więcej czasu poświęcano jednak na tych nokturnowych czarnoksiężników… Może było ich więcej, może byli mniej ostrożni… Ale ci, którzy tykali krew tak niewinnego stworzenia, jakim był jednorożec, mieli szczególne względy u Victorii.

Przez „obijanie mord” miała na myśli właściwie po prostu rzucanie zaklęć jako pierwsi, bez zagajenia rozmowy pod tytułem „hej, kim jesteście i co tu robicie, proszę okazać wszystkie dokumenty w tym licencję na teleportację” – a więc właśnie rozbrojenie, unieruchomienie, by potencjalny przeciwnik nie mógł odwinąć się czymś paskudnym. Jeśli się pomylą to po prostu przeproszą (i poproszą o dokumenty…), a jeśli nie, a Victoria była prawie pewna, biorąc pod uwagę atmosferę okolicy, pieczęcie na wejściu, najpewniej wartowników i klatkę na dziedzińcu, że nie ma tutaj mowy o pomyłce, tym bardziej, że w okolicy chyba nie było żadnych legalnych wykopalisk archeologicznych?

– Taka też jest dobra – ona też mówiła tak pół żartem, pół serio, bo w naturze Victorii nie leżało rzucanie się na ludzi z pięściami, była na to zbyt spokojna i ułożona (choć niewykluczone, że bardzo rozzłoszczona wycelowałaby komuś pięścią w nos). Przygryzła usta, tłumiąc śmiech, gdy Brenna tak niefortunnie dobrała kolejne słowa. – Dobra, skoro wszystko jasne… Panowie, gdyby coś szło nie tak, dajcie znać może za pomocą czerwonych iskier – zaklęcie Vermillious, kształtujące czerwone snopy iskier, które zatrzymują się w powietrzu, byłoby prędzej czy później możliwe do zauważenia przez którąś z nich… gdyby coś poszło bardzo nie tak, bo wszystko było tutaj możliwe.

***

Szła ostrożnie za Brenną, teraz uważając jeszcze bardziej, bo całkiem po ciemku, nie chcąc zdradzić ich pozycji. Bren była dużo sprawniejsza fizycznie niż ona, ale przynajmniej nie prezentowała sobą już aż tak tragicznego poziomu jak jeszcze kilka miesięcy temu. Bez większego problemu podciągnęła się więc na mur, a potem przecisnęła przez dziurę. To Apollo był tu chyba w najgorszej kondycji, ale sama nic nie komentowała, magia w końcu pomagała im na różne sposoby, więc wielu funkcjonariuszy wcale nie było sprawnościowymi asami. Lestrange zatrzymała się, przyglądając się klatkom, na oko pustym, aż nie dostrzegła poruszenia w jednej z nich. Lunaballe… Biedne stworzenia. Jeśli to nie byli ci konkretni kłusownicy, to z pewnością byli jacyś, może nawet powiązani z tamtymi – i, co najważniejsze, nie zdążyli się jeszcze stąd zawinąć, więc istniała szansa, że dorwą się do jakichś listów, notatek, czegokolwiek, co mogłoby ich nakierować dalej… O ile nie zdążą się tego pozbyć.

Jedno było pewne: mieli za mało czasu, by im uciec oraz nie musieli się martwić o to, że robią nalot na niewinnych ludzi.

Skradały się we dwie, Victoria miała nieco bardziej utrudnione zadanie, bo jej buty nie były tak ciche jak wilcze łapy. Miały pewną przewagę, nawet jeśli szły po ciemku, bo one spodziewały się tutaj ludzi, którzy z kolei nie spodziewały się ich.

…ale i tak Victoria poczuła jak serce zabiło jej mocniej, gdy nagle zza zakrętu wyszedł na nie gość, którego jasne galoty mocno odznaczały się w półmroku. Niemal wpadł na nie i wyglądał na kompletnie zdezorientowanego. Nie mogła mu się dziwić.

Niewiele myśląc, bo nie wiedziała nawet, czy typ ma przy sobie różdżkę, machnęła swoją, próbując wpłynąć na jego umysł tak, by ten nie był w stanie wydawać z siebie dźwięków i nie zawołał po pomoc, póki jeszcze mrugał zaskoczony.


// Zauroczenie ◉◉○○○
[roll=N]


RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Brenna Longbottom - 17.01.2026

Apollo przez sam mur przedostał się sprawnie – był chyba człowiekiem całkiem wyćwiczonym, natomiast absolutnie nieobeznanym z lasem i przyrodą, bo gdy przedzierali się przez ten, jakimś cudem dawał radę potknąć się o prawie każdy korzeń. Ewentualnie przyroda po prostu go nienawidziła, taka opcja też istniała.
Panowie w każdym razie ruszyli w stronę światła, gdy one weszły do budynku.
Brenna wyczuwała zapach ludzi. Usłyszała też nadchodzącego człowieka na sekundę przed tym, jak się pojawił, ale nie zdążyła zaalarmować o tym Victorii – ten wyłonił się zza rogu, nie był jednak ewidentnie przygotowany do walki i nie biegł, bo zorientował się, że mają tutaj intruzów. Sądząc po jego stroju i zaskoczeniu na widok bladolicej kobiety i wielkiej wilczycy, wygrzebał się zapewne spod koca, i ruszył za zewem natury – w tak starym i zrujnowanym budynku pewnie trudno było o sprawną kanalizację.
Gdyby na ich miejscu stał ktoś z Rosierów, być może natychmiast zapragnąłby zatrudnić tego ciemnowłosego, młodego i niesamowicie dobrze zbudowanego mężczyznę w kampanii reklamowej. Gdyby mieli tutaj jakiegoś mugolskiego twórcę męskiej bielizny, ten pewnie padłby wręcz na kolana, gotów oferować najlepsze kontrakty i sesje zdjęciowe na Hawajach. Były tu jednak tylko one i Victoria machnęła różdżką, sprawiając, że choć mężczyzna otworzył usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
A Brenna nie czekała, skacząc ku niemu, wciąż w wilczej postaci.

af
[roll=PO]

Może nie pomyślał o zabraniu ze sobą różdżki, a może po prostu nie zdążył zareagować, bo Brenna z impetem uderzyła w klatkę piersiową, obalając mężczyznę na podłogę. Przygwoździła go i wprawdzie nie warknęła, nie chcąc alarmować innych, ale gdy spróbował unieść głowę, spojrzał wprost w wilczą paszczę. Nie narobiła przy tym wszystkim może bardzo wielkiego hałasu, ale uderzenie o ziemię nie było bezgłośnie: jeśli ktoś był w pobliżu i nie spał, istniała szansa, że to usłyszał.
Podobnie zresztą jak dźwięk, który dobiegł gdzieś z zewnątrz - jakiś trzask. Najwyraźniej Sadwick i Apollo też "zaczęli zabawę"


RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Victoria Lestrange - 18.01.2026

Gdyby to były inne warunki, Victoria może i gapiła się na przystojnego młodzieńca choćby po to, żeby nacieszyć oczy, ale tutaj i teraz mogła sobie pomyśleć tylko, że szkoda, że się tak marnuje, bo mógł zdecydowanie lepiej wybrać swoją karierę z taką twarzą i ciałem, które dość dobrze było wyeksponowane w jego obecnym ubiorze, choć wątpliwe, że chciałby przed dwoma funkcjonariuszkami paradować w kalesonach…

Jej zaklęcie na całe szczęście podziałało i mężczyzna nie mógł zawołać po pomoc – to bardzo ułatwiało sprawę. Tak, nie było tu całkowicie cicho i bezgłośnie, ale przynajmniej obyło się bez gwałtownych, przeszywających dźwięków, które z pewnością mogłyby kogoś wyrwać ze snu, albo przynajmniej zaalarmować. Brenna zareagowała równie szybko, obalając faceta na ziemię, robiąc co prawda przy tym trochę hałasu, ale być może nie będzie tak źle – to był w końcu zamek, facet równie dobrze mógł zaspany szurnąć o ścianę, albo się potknąć (i miała nadzieję, że reszta kłusowników, bo tym z pewnością byli, dokładnie tak pomyśli, albo nic nie usłyszy). I teraz, gdy Longbottom w wilczej postaci przyszpilała mężczyznę do podłogi, Victoria rzuciła się do niego, by go sobie obmacać… i w innych warunkach być może uśmiechnęłaby się do niego złośliwie, ale teraz szukała różdżki, by mu ją zabrać, żeby nie mógł narobić bałaganu. To znaczy mógł też potrafić czarować bez różdżki, ale wtedy nadal trzeba było wykonywać gesty rękami i na to też miała zaraz coś zaradzić, bo wyprostowała się nieco nadal kucając , by rzucić na niego zaklęcie obwiązujące go ciasno linami, żeby nie mógł się ruszać i nadal tutaj leżał – milczący, nie mogąc wezwać pomocy.


// Kształtowanie ◉◉◉◉○
[roll=PO]

Na szczęście zaklęcie wyszło i nie musiała go poprawiać, ani sięgać w tej chwili po kajdanki, które trzymała w kieszeni spodni. Po tym uśmiechnęła się do młodzieńca krzywo, podniosła się i kiwnęła na Brennę – mogły iść dalej, jednego miały z głowy… To chyba nie był jego dobry dzień.




RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Brenna Longbottom - 19.01.2026

Brenna też nie była ślepa i może w innych warunkach doceniłaby jak nieziemsko przystojnego gościa właśnie dosłownie zwaliła z nóg, gdyby nie to, że ten był przestępcą, a ona musiała go aresztować. Gdy Victoria szukała jego różdżki, ona przemieniła się z powrotem, ale wciąż trzymała kłusownika przyciśniętego do podłogi, dopóki czar Lestrange go nie skrępował, przez co nie mógł się szarpać.
Przynajmniej teraz już rozumiała, dlaczego według notatki z godziny bliskiej północy miała złapać Adonisa.
Zsunęła się na ziemię i w pośpiechu zacisnęła mu te kajdanki na nadgarstkach. Wolała nie ryzykować, że zejdzie im tutaj dłużej i jeśli czar przestanie działać ten człowiek ucieknie albo, co gorsza, zaatakuje je od tyłu. A gdy wstała z zewnątrz dobiegł kolejny huk, a potem nastała cisza: i Brenna mogła tylko wierzyć, czy to w umiejętności Apolla, czy w to, że jej notatki były prawdziwe i właśnie skończyli rozprawiać się z kłusownikami.
Nie zamierzała jednak czekać, bo w ciągu dalszym było coś o „próbie ucieczki”, poderwała się więc i ruszyła szybko w stronę, z której nadszedł ten człowiek, zwłaszcza że zdawało się jej, że słychać stamtąd jakiś trzask – jakby ktoś czy to otworzył drzwi, czy coś zrzucił w pomieszczeniu. I kiedy skręciła za róg, okazało się, że ktoś faktycznie się obudził, może zaalarmowany odgłosami walki Apolla i Sadwicka, a może usłyszał Victorię i Brennę.
Gdzieś z boku raban zaczął robić jakiś ptak w klatce, ale Brenna nie miała czasu patrzeć w tamtą stronę, bo kiedy wpadła do środka, rozbłysło światło.
– Co do kurwy?! – krzyknął ktoś. W pomieszczeniu, niewielkim – pewnie to było łatwiej ogrzać – i poprzerabianym, za pomocą zaklęć i magicznego rzemiosła zapewne, by dało się tu mieszkać, na jednym z łóżek właśnie siadał mężczyzna. Drugi stał już, musiał podnieść się moment temu i zdążył sięgnąć po różdżkę. Ani śladu pisklaków, ale niekoniecznie sypialni z nimi w jednym pokoju.
Obaj panowie byli niekompletnie ubrani i, niestety, tym razem nie był to miły widok.

af, unik przed spellem pana, który wstał
[roll=PO]

Umknęła przed czarem zgrabnym ruchem, tak że ten trafił w ścianę, a jednocześnie rzuciła własne zaklęcie, próbując wytworzyć ciśnienie, które wyrwie mu różdżkę z ręki. Drugi mężczyzna chwytał tymczasem własną.

[roll=W]


RE: [noc z 8 na 9.10.72, Szkocja] Smocze opowieści - Victoria Lestrange - 20.01.2026

No zgoda, był przestępcą i trzeba go było aresztować, ale to na szczęście nie zabraniało patrzeć i może będzie ku temu okazja trochę później, gdy tu już zrobią porządek, bo Victoria nie przyjmowała do wiadomości wersji, w której to się nie udaje.

Lestrange odruchowo odwróciła głowę słysząc wybuch od strony, z której przyszły (przy czym nie słyszała, by ktoś krzyczał „Bombarda Maxima”, a jak wiadomo, w niepisanych zasadach leżało, że trzeba było te inkantację wykrzyczeć na głos), , mogła mieć tylko nadzieję, że Apollo i Sadwick nie potrzebują pomocy, bo one we dwie zaraz ruszyły przed siebie, najpewniej tam, skąd wyszedł Adonis w kalesonach. Na oko od środka budynku Victorii wydawało się, że kierują się właśnie do tej niezawalonej części, nadającej się do jakiegoś tam zamieszkania.

Trzask, skrzypnięcie, czy cokolwiek to było, potoczyło się lekkim echem po kamiennej ścianie i sprawiło, że Victoria poprawiła uchwyt na różdżce, by być gotowej w każdej chwili rzucić zaklęcie i zareagować. W półmroku obie z Brenną były chyba bardziej słyszalne niż widzialne ze względu na kolor ubrań i sama teraz zastanawiała się, czy ktoś usłyszał je… czy raczej tamten huk.

Doszła do wniosku, że musiało chodzić o wybuch, bo on i je zaalarmował…

Victoria rozejrzała się po komnatce bardzo szybko, by ocenić z iloma przeciwnikami będą miały tutaj do czynienia i czy przypadkiem nie było tutaj czegoś, na co powinny uważać, kątem oka dostrzegła ptaka w klatce, ale męski głos sprawił, że to na tym się skupiła

Niestety żaden z dwójki mężczyzn nawet nie dorównywał urodą tamtemu, który leżał teraz skuty i pozwijany w kokon, nie mogąc nawet krzyknąć, choć teraz jego ewentualne wrzaski nie zrobiłyby różnicy… Chyba, że kłusowników było tutaj jeszcze więcej.

Brenna na szczęście uniknęła zaklęcia, które rozbiło się o ścianę i najwyraźniej obrała już swój cel, Victoria zamierzała więc zająć się tym drugim, który próbował teraz w trymiga zebrać się z łóżka z różdżką, ale na jego nieszczęście – miała przewagę zaskoczenia.

I nie zamierzała pozwolić, żeby miał czas sam zaatakować, więc sama również spróbowała mu wytrącić różdżkę z ręki, wytwarzając mu przy ręce ciśnienie.


// Kształtowanie ◉◉◉◉○
[roll=PO]