Secrets of London
[20/09/72] Grzybobranie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Szkocja (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=127)
+--- Wątek: [20/09/72] Grzybobranie (/showthread.php?tid=5608)



[20/09/72] Grzybobranie - Helloise Rowle - 14.01.2026

Wyprawa w poszukiwaniu magicznych kwiatów i grzybów w szkockich lasach



Noc wciąż jeszcze kłębiła się nad śpiącą Doliną, gdy Helloise powróciła w progi kurzej chaty po spotkaniu z Gabrielem w Maida Vale. Upominało się o wiedźmę zmęczenie — nie zmrużyła od doby oka, a i poprzednie dni swoją nieregularnością rozstroiły jej wewnętrzne rytmy. Ostatni raz naprawdę wypoczęta była przed Spaloną Nocą i zaczynała to odczuwać.
Umysł jednakże — choć zduszony tą ciężką mgłą, obolały niemal — nie potrafił znaleźć spokoju. Jak litanię kobieta powtarzała wykaz składników, które odkryła w miskturze z Maida Vale. Woda różana, kwiaty księżycowej rosy, krew. Nieskomplikowane na pierwszy rzut oka, lecz ileż wariantów należało rozważyć, szczególnie w związku z krwią. Helloise nie potrafiłaby zasnąć, gdyby nie zmapowała ścieżek prowadzących do poznania tej mikstury.
Świt zastał wiedźmę przy migocącym płomieniu świecy, pochyloną nad kuchennym stołem. Rozwlekłym, pochyłym pismem sporządzała kolejne notatki: koncepty receptur, propozycje proporcji, warianty składników. Czy róże powinny być czarne, czy czerwone. Czy księżycową rosę ususzyć i sproszkować, czy z żywego kwiatu przygotowywać wywary. Krew zajęła najwięcej rozważań. Do lepkich blatów kuchennych kleiły się skórzane plecki ksiąg, w których chemiczka sprawdzała interakcje między składnikami, obliczała najlepszy sposób łączenia ich, próbowała przewidywać teoretyczne działanie mikstury. W leżącym przed Helloise atlasie botanicznym kobieta zaznaczyła obszary występowania księżycowej rosy — kilka połaci leśnych terenów w Szkocji otulonych małymi wsiami. Aby uczynić ze swojej teorii użytek, musiała bowiem pierw zdobyć składniki. Róż miała dostatek — zarówno wyniesionych z Maida Vale, jak i klasycznych. Wywróciła wcześniej spiżarnię do góry nogami, lecz nie znalazła ani pół słoiczka drugich kwiatów. Wiedziała, gdzie po nie iść. Wyszłaby od razu, lecz przez całą noc pałętały się wśród jej papierów listy otrzymane dzień wcześniej od Jahnavi. Zobowiązanie.
Zmorzona kolejną falą senności czarownica uniosła karteczkę z skreśloną dłonią koleżanki wiadomością. Zanurzyła pióro w kałamarzu, aby odwołać się, choć czyniła to nie bez żalu, gdy myślała, że w sprawy wiary wprowadzi Pandit niewiadomy człowiek, którego ni intencji, ni kompetencji pewna być nie mogła. Skończoną wiadomość przekazała ptakowi, lecz ptaki Helloise — jak ich pani — bywały opieszałe, toteż kaczka z listem w dziobie krążyła bezcelowo po pomieszczeniu, podczas gdy czarownica pakowała torbę. I dobrze się stało, bowiem wkrótce wiedźma zorientowała się, że żadnej z wytypowanych lokalizacji nie zna na tyle dobrze, aby teleportować się tam bezpiecznie. Tknięta tym olśnieniem dorwała skubiącą spokojnie liść sałaty kaczkę pocztową, siłą odebrała jej list i skreśliła nowy. Nie pozwoliła tym razem ptaszysku lenić się i podjadać w nieskończoność; wyrzuciła krnąbrną kwokę za okno w szary mżysty poranek.
Nie chciała zwlekać, lecz wiedziała, że nim ptak dostarczy list, a ów nienazwany człowiek wspomniany przez Navi zdobędzie odpowiedni świstoklik, minie chwila. Obiecała sobie, że wyjdzie przed dziesiątą, miała więc kilka godzin na odpoczynek. Wyzuta z sił i pomysłów, pozostawiona z bezczynnością Helloise zdecydowała się na drobną przyjemność. Kilka kropelek opium, żeby umilić sobie ten międzyczas, wypocząć lepiej. Wypocząć…
Gdy wybudziła się z zamroczenia było południe. Za oknem wciąż drobnił deszcz, ogień w chacie przygasł, mokra kaczka drzemała w cieple ostatnich płomieni. Helloise zamknęła oczy. Nie potrafiła znaleźć w członkach sił, żeby zwlec się z kanapy. Znów spała na nierozłożonej kanapie, zamiast w łóżku. Od kurczenia się na niej bolał ją kręgosłup. Sen jedynie bardziej ją zmęczył. Między mrugnięciami powiek budzącej się do życia wiedźmy mijały całe kwadranse.
Wstała po pierwszej. Ze zmiętej spódnicy wysypało się skruszałe błoto, które wyniosła z Maida Vale. Do Maida Vale należała również czarna ziemia wbita pod paznokcie. Szata kleiła się do ciała. Helloise wyglądała nędznie i równie nędznie się czuła.
Kąpiel nie była przyjemna, mimo że wanna gorącej wody w chłodne jesienne dni zdawała się remedium na wszystkie troski. Czarownica była zbyt skupiona na tym, żeby nie pozwolić sobie znów odpłynąć. Wiedziała, co rozpędziłoby chmury dociążające głowę i skrystalizowałoby zmysły. Błędne około. Obeszła się smakiem.
Również w wannie spędziła za dużo czasu, nim przebrała się wreszcie i sprytnie wczesała kołtuny w warkocz. W duchu odczuła ulgę, gdy trafiła na spakowaną wcześniej torbę i koszyki. Skupienie myśli na tym, aby teleportować się na to jedno podwórze w Little Hangleton, było bardziej absorbujące niż powinno być, lecz skończyło się sukcesem.
Być może i Helloise kazała Jahnavi na siebie czekać, lecz bynajmniej nie zamierzała dawać po sobie poznać, że kryło się za tym cokolwiek innego niż jej własny kaprys. Przemierzyła podwórko wyprostowana, swobodnie snuła wzrokiem po zakamarkach działki. Na dłużej zatrzymała się przy gęsiach. Nieruchomo patrzyła na wędrówkę gęgających skrzekliwie ptaszysk, jakby wpadła w trans. Wtem jedna z gęsi uderzyła skrzydłami w powietrze, za nią zaś pozostałe rozłożyły białe skrzydła i przebiegły kawałek podwórza, z krzykiem wachlując piórami. Helloise drgnęła, jakby spłoszyło ją to nagłe poruszenie.
Podążyła prosto do drzwi chaty, ciaśniej obciągając ramiona szalem. Do rozlatującego się domu Pandit weszła bez pukania, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie baczyła na to, że na swoich kozakach z zadartymi czubami nanosi jej do środka mokrą ziemię.
Czy jesteś gotowa do drogi? — zapytała od progu.


RE: [20/09/72] Grzybobranie - Jahnavi Pandit - 01.02.2026

Poranki w Little Hangleton nigdy nie zaczynały się nagle. W jej domu nie było miejsca na gwałtowne budziki, trzaskanie drzwiami czy pośpiech od którego traci się dech.
Dom budził się pierwszy, trochę jak stare zwierze, niezadowolone wobec samego faktu istnienia poranka.Dopiero potem budził swoich mieszkańców. Belki trzeszczały cicho, jak gdyby przeciągały się po kolejnej nocy, a zamieszkujące strych gościsze tuptały cichutko wabione zapachem pozostawionego dla nich wieczorem jedzenia. Deski podłogi, które przez noc zdążyły nasiąknąć chłodem i jesienną wilgocią, prostowały się powoli. Trzaski, ciche stuknięcia, zgrzyty - język starych domów, znany przez jego mieszkańców. Tak znajomy i bliski. Nie były to dźwięki groźne, raczej przypominały czułe głaskanie po policzku.
Wraz z domem budził się ogród. Zawieszone w oknie pęki ziół poruszały się na wietrze, ocierając o starę ościeżę. Krople rosy spadały z liści, powoli opadała poranna, naniesiona znad stawu mgła. Ptaki ćwierkały. Świt sączył się przez wymienione szyby w sypialnianych oknach, źle zasunięte zasłony i szczeliny w deskach.

Pierwsze powoli przeciągały się bezpańskie koty, które na noc zawsze wpuszczała do środka i karmiła śmietanką. Otwierały leniwie ślepia, otrząsały ze snu, by zniknąć w zakamarkach domostwa czy uwalić się na wciąż ciepłym piecu. Potem wstawały gęsi - zawsze oburzone. Zawsze przekonane, że świat im robi na przekór. Gęgały niezadowolone, biegając po kuchni, zniecierpliwione brakiem ziarna. Druzgotek w wannie rozchlapywał chłodną wodę na kafelki, skandując niemo jeść, jeść, jeść.
Jahnavi budziła się zawsze o tej samej porze. Zawsze parę minut po piątej. W tym momencie nie spała już od dobrej chwili. Leżała owinięta kocem na swoim posłaniu na podłodze, cieniutkim materacu, który dostała gdy przenieśli się z ojcem. To zdrowe dla pleców. Powtarzał Merrick Shacklebolt, robiąc wszystko by córka nigdy nie dowiedziała się jak bardzo bieda zagląda im w okna. I to nie tak, że nie miała łóżka. Już je miała, bo dostała je w prezencie. Wepchnięte w kąt niedużej sypialni. Ale jak mogłaby na nim spać, kiedy tak dobrze spało się na nim Nemo? Nowofundlandczyk leżał rozwalony na całym łóżku, chrapiąc tak głośno, że obudziłby pewnie nieboszczyka. Wyraz pyska miał tak błogi, że Navi nie miałaby serca go zrzucać z miękkiego materaca. A położyć się obok nie szło, bo pies zajmował całą przestrzeń.
Spojrzała na podłogę przy łóżku i stłumiła cichy śmiech. Alexander leżał na połowie koca, który udało mu się cudem wyszarpnąć spod Kapitana Nemo. Noc musiała być długa i  pełna prób - wcześniej próbował psa przesunąć, podważyć, a nawet udawał że wychodzi z pokoju tylko po to by wywołać reakcję. Widząc te marne próby Nemo tylko przewrócił się na drugi bok i westchnął ciężko. Navi nie mogła być pewna, ale miała przeczucie, że Kapitan rozłożył się jeszcze szerzej. Mężczyzna musiał skapitulować i pocieszyć się fragmentem koca, choć i tak częściowo leżał na chłodnym drewnie. A przecież mógł ją obudzić.
Teraz, kiedy już nie spała podniosła się i narzuciła na śpiącego czarodzieja swój własny koc. Miała tylko nadzieję, że zapach ziół który wiecznie się do niej kleił mu nie przeszkadzał. Ale to wciąż lepsze niż marznąć.


Poranki wiązały się z pewną rutyną. Najpierw, wciąż jeszcze w swojej długiej koszuli nocnej, karmiła zwierzęta; wsadzała gęsi do wanny, by spędziły trochę czasu w wodzie, dawała druzgotkowi rybę, wypuszczała koty na dwór. Gdy zwierzęta miały już swoje zajęcia, przychodził czas na dom. Otwierała wszystkie okna, wpuszczając do środka mróz. Powietrze wypełniało chatkę zapachem lasu i ogrodu, szałwii i tymianku. Był w tym zapachu spokój. Światło odbijało się w miedzianych misach wypełnionych składnikami do eliksirów. Przytargała z tarasu wielki gar pełen nazbieranych wczoraj malin i borówek leśnych. Nie było to łatwe, ale w końcu dotaszczyła go na piec. Rozpaliła jednym zaklęciem naniesione wieczorem drwa, pozostawiając owoce na ogniu. Zasypała je sporą ilością cukru - akurat co by było na dżemy czy powidła. Niedługo przyjdzie zima i nic nie będzie. W zimę wszystko obumierało. Ale potem następowała wiosna i świat kwitł na nowo. Zawsze przychodziła wiosna.

Dopiero kiedy miała ogarnięty dom, mogła ogarnąć się sama. Znikała za drzwiami łazienki, by obmyć twarz i rozczesać splątane włosy. Zakładała choli z dłuższym rękawem. Alexander dał jej w prezencie piękne sari, więc starała się je nosić, gdy przychodził z wizytą, na znak wdzięczności. Dzisiaj wybrała to w kolorze nieba. Było grubsze od pozostałych, a dzień zapowiadał się wyjątkowo chłodny. Drapowanie nie zajmowało wiele czasu, gdy się miało tyle lat praktyki. Wsunęła na dłonie metalowe bransoletki i potrząsnęła nimi. Metal uderzył dźwięcznie o metal, a zwabiony dźwiękiem druzgotek podpłynął do brzegu wanny. Podrapała go po łysej głowie .
Dopiero gdy była gotowa wróciła do kuchni. Włączyła stary gramofon. Może i miał otłuczony brzeg tuby, a korbka działała na słowo honoru, ale wciąż działał. Igła opadła na płytę z lekkim zgrzytem, a po chwili w domu rozległa się jednostajna melodia Jai Ambe Gauri Aatri. Navi poczuła, że poranek wreszcie jest porankiem, gdy muzyka wypełniła jej domową przestrzeń. Sięgnęła po przygotowaną tacę z kadzidłami, których zawsze używała do porannego oczyszczania. Dym nie osiadał tu na zbyt długo, uciekając przez uchylone okna. Obchodziła chatkę powoli, unosząc to opuszczając kadzidła w rytm jej niemej modlitwy. Ale przecież nie były nieme skoro głos z płyty brzmiał głośno i wyraźnie.
W końcu i z tym zadaniem sobie poradziła i wreszcie, wreszcie mogła nastawić wodę na poranną herbatę. Tą lipową, którą dostała od Heli. Bo o Heli właśnie myślała. I o Alexandrze, ale to dlatego, że Alexander po prostu wstał. Uśmiechnęła się ciepło na przywitanie, a gdy podszedł natychmiast sięgnęła po stojącą na blacie miseczkę ze specjalnie przygotowaną henną rozrobioną w odrobinie wody różanej. zanurzyła środkowy palec by potem odbić bindi pomiędzy brwiami czarodzieja. No. Nie wolno tak było funkcjonować bez opieki bogów. A wszyscy potrzebowali opieki po tym okropnym wrześniu.
Dłonie Jahnavi pokryte były odbitą henną, która układała się w delikatne wzory i stare symbole, czubki palców i paznokcie w pełni czerwone - im dalej wzdłuż przedramienia, tym subtelniejsze wzory.
I wtedy właśnie, odkładając miseczkę na miejsce, nieuważnie machnęła sari. Porcelanowy słonik (jeden z prawdopodobnie tysiąca czy więcej z jej kolekcji) poleciał na podłogę i strzaskał się. Stała tak w milczeniu przez dłuższą chwilę. Smutek pojawił się w jej jasnych oczach. W całym ciele. Bo Navi przeżywała emocje całą sobą, gdy głos nie pozwalał jej ich wyjawić. I tak patrzyła na nieszczęsne kawałki, nim nie pozbierała ich z podłogi. To był jeden z tych, które dostała od mamy. Odłożyła go na bok, co by później skleić. Otarła zbierające się w kąciku oczu łzy. Nic to, to tylko figurka. Nic to.
Wskazała tylko Alexandrowi kubek z gorącą herbatą i gar z powoli gotującym się dżemem. Mógł sobie wziąć trochę do chleba. Nie miała teraz czasu o tym myśleć, bo do okna zaczęła stukać gęś Helloise. Navi wszędzie poznałaby Krystynę. Jedna z najgłośniejszych ptaszyn jakie znała, a przecież znała ich sporo. Podsunęła gęsi ziarno i wzięła ją za gruby kuperek na ręce. Krystyna jak i cały pozostały zwierzyniec musiała się niestety do miłości czarownicy przyzwyczaić, bo zaraz została usadzona na kolanach, gdy Navi przysiadła przy swoim krzywym stole.
Poznania Bogini nie należy zaczynać od murów Kowenu. Więc odkąd? Czy ichnia Bogini nie miała swoich ścian, nie miała złotych ołtarzy i pięknych pomników? Twój kolega… Spojrzała z nieco uniesionymi brwiami na Alexandra. No tak, on dużo wiedział i dużo pracował. Zgadzałoby się. Krystyna zawiesiła wzrok na na chlebie. Łapczywie. Ale Navi nie zwróciła na to uwagi, bo wróciła do czytania listu. Carrbridge. Las sosnowy. Czy tam też można było zostawić wianek, który się szykowało dla pani Bogini? Hm. Ciekawe. No dobrze, mogli iść do tego lasu, wyprawę do Londynu zostawią sobie na inny czas. A jak las to grzyby. Nie zdążyła zebrać zbyt wielu w tym sezonie. Wygrzebała spod na wpół gotowego wianka z kwiatów i ziół, kawałek kartki i pióro. Trzeba było odpisać… No i upewnić się, że taki świstoklik to nie żaden problem…
Nie musiała się Helloise spieszyć, bo przecież nie umawiały się na żadną konkretną godzinę. To był dobry czas, żeby zająć się dokończeniem wieńca dla Bogini. Miała już w tym wprawę, bo przecież jeden nawet od niej niedawno zamówiono. Specjalnie na tą okazję! Coś niesamowitego.

Więc Jahnavi mieszała na nowo czerwone i żółte kwiecie z ogrodu wraz z ziołami. Każdy pojedynczy kwiat namoczyła w specjalnie przez siebie przygotowanym eliksirze słodkiego snu, by unoszący się zapach koił zmysły oglądającego. Wiązała wstążki i zebrane z dna jeziora muszle po żyjących tam skorupiakach. Poprzednio już wykorzystane sproszkowane pancerzyki chropianków nieszczególnie jej tu pasowały, ale parę lat temu założył w jej najładniejszym różanym krzewie gniazdo lelek wróżebnik. Złożył jaja, a gdy pisklęta się wykluły wyruszyli w dalszą drogę. Po ich obecności pozostały tylko pióra, które Navi zachowała. Jedno z nich wczepiła wianek, mocując wszystko razem własnoręcznie plecioną nicią.

Obliczenia: +15 (rzemiosło 3k), +5 (główny zawód postaci, +20 (tworzenie maści i eliksirów), +10 (tworzenie świec i kadzideł), + 10 (ONMS), +10 (Zielarstwo) - 20 (biedak)
[roll=1d100+50]

Coś było ze stroikiem nie tak. Nie wiedziała jeszcze do końca co, ale na pewno coś. Nie chciała dawać takiego Bogini, bo jeszcze się obrazi! Więc poprawiła parę główek kwiatków, dołożyła jeszcze jedno pióro, co by było symetrycznie i westchnęła. No jeśli to jej się nie spodoba to już nie wiedziała co zrobić.
[roll=1d100+50]

W międzyczasie Alexander zdążył wyjść po świstoklik i wrócić. Miło z jego strony, że zgodził się go załatwić. Inaczej cała ta wyprawa mogła wziąć w łeb!
Gdy Helloise otworzyła drzwi wejściowe czarownica podniosła głowę znad stroika. Twarz miała brudną od kolorowych proszków, którymi ozdobiła każdy fragment swojego dzieła.
Uśmiechnęła się ciepło. Podniosła z krzesła, bo kto to widział witać gościa na siedząco. Otrzepała dłonie i podeszła powoli do koleżanki. Nie przejmowała się naniesioną ziemią. Wystarczyło przecież zamieść i nie będzie żadnego problemu!
Czy jesteś gotowa do drogi.
Była. Nawet gdzieś miała przygotowany koszyk. Skinęła lekko głową. Co prawda najlepiej się zbierało grzyby tuż po deszczu i to nad ranem, ale może jeszcze lokalni grzybiarze nie wybrali wszystkiego co najllepsze!