Secrets of London
[Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta (/showthread.php?tid=5612)



[Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Ambrosia McKinnon - 15.01.2026


Dzień zapowiadał się na przyjemnie spokojny. Wstała rano, a z kuchni już dochodziły nieśmiałe zapachy przygotowywanych potraw. To był ten jeden z nielicznych dni, które spędzała w rodzinnym domu, a nie zaszyta na Nokturnie, gdzie bliżej jej było do zejścia na Podziemne Ścieżki, a nie wyjrzenia przez okno na posępny krajobraz Little Hangleton. Ale każdy sabat tak wyglądał - mama nalegała, by pojawiali się wtedy w domu, by dopełnić tej osławionej świątecznej atmosfery. Ale te konkretne chyba wcale nie miały być takie spokojne.
Było ledwo popołudniu, a oni siedzieli z Oliverem na poddaszu, w sytuacji głębokiej na cztery skurwyjce. Cztery rozwrzeszczane listy, które piały w nieznanym języku, a ją telepało na samą myśl o tym że mogły pojawić się następne. Z resztą, babcia sama kazała im wynosić się z salonu, póki nie rozwiążą tego problemu, listy się nie uspokoją, albo nie nadejdzie czas na świąteczny obiad.

Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, -

Krew poczuła - spod ziemi wygląda -

I jak upiór powstaje krwi głodna:

I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.


Głosiły kolejne listy i może nawet doceniłaby ich treść, gdyby nie fakt że szeleszczące zgłoski wcale nie chciały być zrozumiałe. Jakikolwiek nie był to język, ona nie miała chęci go zrozumieć, szczególnie że w pobrudzone okno coś znowu zapukało.

- Zaklej je! - wrzasnęła do brata, kiedy zauważyła sowę i kolejną kopertę. Niedoczekanie. Sama doskoczyła do framugi, machając przy tym rękoma i chcąc odstraszyć ptaszysko, ale w tym momencie koperta rozkleiła się i zaczęła wrzeszczeć nową linijkę.

Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

Z Bogiem i choćby mimo Boga!




RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Oliver McKinnon - 17.02.2026

To miał być fajny dzień. Ogólnie Oliver lubił Yule, bo chociaż charakter chłopaka był trudny (tak przynajmniej mówiła mama, która przecież nie pokalałaby się używaniem wyrafinowanych przekleństw, które często padały z ust Ambrosii), to każdy w rodzinie wiedział, że młody McKinnon lubił święta i kochał swoją rodzinę. Był jednak błękitnym ptakiem - osobą, która chodziła własnymi ścieżkami, która robiła to, co chciała a jej kompas moralny był jeszcze bardziej skrzywiony od dziadkowego. W tym wszystkim chodziło głównie o wygodę robienia tego, co się chciało, jak kot który raz otrze się o nogi właściciela, by zaraz po tym dla zabawy zapolować na mysz i bawić się nią przez godzinę, zanim ta padnie z wycieńczenia. Czy ją zje? Nie, fuj.

Nawet pokusił się o fajne prezenty dla rodziny, ale oczywiście coś musiało się zjebać. WYJĄTKOWO to nie była jego wina, z czego w duchu się cieszył, bo oberwało się jego drogiej siostrzyczce, nie jemu (w końcu!). Gorzej, że wytypowano go na ochotnika, by sprzątnąć ten bałagan, który narobiły wyjce. Babcia wywaliła ich na poddasze, żeby móc w spokoju przygotowywać dom, a oni... Kurde no, jak zwykle mieli różne podeście do całej tej sytuacji. Gdy kolejna sowa przysiadła na parapecie, spomiędzy warg Olivera wydobył się niemalże szczenięcy chichot. Próbował go zdusić kaszlem, ale średnio mu to wyszło.
- Szzzzzzzzczzzzzzzzzzzzzzszszszszlalala - próbował naśladować dziwny język, w którym darły pizdę skurwyjce. Nie dało się zakleić tych kopert, bo te rozrywały się, uniemożliwiając wepchnięcie karteluszkowego origami z powrotem. - Dobra, było fajnie, ale chodź tu.
Znudziło mu się nabijanie z siostry głównie dlatego, że zaczynały go boleć uszy i mózg od tego szeleszczenia i chrzęszczenia. Próbował złapać jednego ze skurwyjców gołymi rękami, ale ten wysmyknął mu się spod palców w ostatniej chwili. McKinnon zmarszczył brwi.
- Tak się bawisz? Sklej pizdę - jak nie chciały po dobroci, to nie. Oliver wyciągnął różdżkę i spróbował rzucić zaklęcie, które zakleiłoby mordę jednemu z listów.

Rzucam na transmutację, próbując zmienić mordę skurwyjca w czystą, białą kartkę bez szpar, 4K
[roll=PO]

Pomysł był dobry, ale wykonanie już gorsze. Karta ani drgnęła, a skurwyjec jakby tylko na to czekał.

I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,
Naprzód braci rodaków gryźć muszę,
Komu tylko zapuszczę kły w duszę,
Ten jak ja musi zostać upiorem.
Tak? zemsta, zemsta, etc, etc,


- Ty gnoju - warknął i rzucił się w stronę liściku, który wydawał się jak na złość recytować kolejną zwrotkę. - Wymyśl coś a nie się sową zajmujesz!
Jakby nie mogła po prostu zamknąć okna.


RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Ambrosia McKinnon - 26.03.2026

- PRZECIEŻ PRÓBUJĘ - odkrzyknęła Ambrosia jakoś tak żałośnie, ale wciąż było w tym bardzo dużo złości, bo niestety nazwa skurwyjców była niezwykle tożsama. Ktokolwiek wpadł na to, jak pobudzić je do życia, był sam nieskończenie wielkim skurwysynem. To nie było wrzeszczenie przez list mamy, które zwykło przyprawiało o palące poczucie wstydu, że zawiodło się robiła i robił przypał przed kolegami, oj nie. Gównarzeria bawiła się najwyraźniej wybornie, obierając sobie za cel sam dzień święty, a mimo tego połowa rodziny wydawała się za winowajczynię obierać właśnie ją samą! Już widziała to zniesmaczone spojrzenie babci i mamy, tak jakby ona sama te listy kleiła.

Potém pójdziem, krew wroga wypijem!
Ciało jego rozrąbiem toporem,
Ręce, nogi gwoździami przybijem:
By nie powstał i nie był upiorem.


Kolejne dwa listy rozśpiewały się jeden po drugim, wykorzystując jakąś chwilę nieuwagi, żeby znowu pojawić się znikąd, rozplątać i zacząć wyć w nieboskim jęzku. Szeleszczenie było tym bardziej denerwujące, im dłużej trwało i człowiek dobitniej sobie uświadamiał że nic nie rozumie.

Rosie wyciągnęła różdżkę. W zaklęciach była tragiczna, ale zawsze mogła spróbować. Czego więc się podjęła, to sklejenia framugi okna, tak by nie pozostała żadna szpara, przez którą list mógłby wcisnąć się do środka.

// transmutacja ○○○○○ na sklejenie okna
[roll=T]



RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Bard Beedle - 14.05.2026

Rodzina McKinnonów z pewnością należała do tych specyficznych. Wystarczyło powiedzieć tutaj, że po śmierci zamiast umrzeć, jak robili przyzwoici ludzie, powstawali z martwych i to nawet nie czekali trzech dni, a potem dodać jeszcze, że poza tym prowadzili zamtuz, i och, czy wspomnieliśmy, że w zamtuzie zatrudniano sporo martwych dziewcząt? Nie oznaczało to jednak, że McKinnonowie nie pragnęli odrobiny świątecznej magii: z Yulową choinką, świątecznym puddingiem, prezentami i…
…na pewno bez wyjców, wrzeszczących w bardzo dziwnym języku.
Babcia McKinnon straciła w końcu cierpliwość i wtargnęła do pomieszczenia, w samą porę, by usłyszeć kolejne wersy polskiej i kompletnie dla niej niezrozumiałej poezji.
– Ambrosio! Z kim ty się zadajesz, że przysyłają ci takie wiadomości? – obruszyła się kobieta, prowadząca interesy na podziemnych ścieżkach, należąca do rodziny, której wrogowie zapewne niekiedy znikali w tajemniczych okolicznościach, usunięci przez podejrzane persony, przychodzące do babci McKinnon na herbatkę.
Machnęła różdżką, w kolejną kopertę, która trafiła do pomieszczenia, próbując powstrzymać wybuch następnego skurwyjca.
– Olivierze, idź pomóc matce. Jeżeli nic nie pomaga, pozamykamy wszystkie okna, wygłuszymy to pomieszczenie tutaj i tu zostawimy otwarte okno… – wyburczała starsza pani, spoglądając na kopertę takim wzrokiem, że gdyby miała choć trochę przyzwoitości, spłonęłaby ze wstydu. – Już ja znajdę nadawców!


Czy babci McKinnon uda się rozproszyć magię skurwyjca?
[roll=TakNie]


RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Ambrosia McKinnon - 29.05.2026

Dawno już przestała się dziwić temu, jaką profesję obrała sobie jej rodzina, a jednocześnie jak zależało wszystkim na łączących ich więziach. A może nigdy tego tak naprawdę nie kwestionowała, bo był to dla niej zawsze stan oczywisty. Coś, co trwało zanim pojawiła się na tym świecie i co miało na nim pozostać, kiedy już z niego odejdzie. Nie była bowiem przekonana, czy uda się jej pójść w ślady ojca, dziadka i całej reszty McKinnonów, którzy umrzeć nigdy nie umieli. Czasem bardzo tego chciała, czasem tej opcji absurdalnie wręcz nienawidziła. Nie wyobrażała sobie jednak momentu, kiedy miałaby nie oglądać ich twarzy nad syto zastawionym stołem, nad którym śmiali się, przekrzykiwali, trochę przekomarzali, ale w gruncie rzeczy to cieszyli ze swojego towarzystwa.

Szkoda tylko, że w takim przyjemnym dniu, kiedy gromadzić się miała cała rodzina, ktoś postanowił sobie robić z niej żarty. Równie okrutne co niewybredne, bo Rosie powoli traciła do nich cierpliwość, z rozpaczą machając różdżką i oczywiście nie mogąc wykrzesać z niej odpowiedniego czaru, który zakończyłby całą tę głupotę.


Z duszą jego do piekła iść musim,
 Wszyscy razem na duszy usiędzie


Zawył kolejny skurwyjec, kiedy babcia wparowała na poddasze. Blondynka krzyknęła, z manierą nastolatki, której ktoś właśnie mówi co ma robić, a ona bardzo ale to bardzo nie chce, bo wie wszystko lepiej. Szkoda w sumie, że McKinnon nie znała polskiego, bo może by ją nawet zaintrygowała treść utworu. Zamiast tego miała w sobie tylko złe emocje.

- Babciu, z nikim! Przysięgam ci, nikt normalny z moich znajomych nie mówi takimi szlaczkami - zapłakała, kiedy Oliver został odesłany do mamy. Pobiegł niemalże z radością. - Oh, babciu, jesteś genialna! Wlecą do domu, ale zamkną ryjce i będziemy mieć spokój! - wyprostowała się gwałtownie, bo to wcale nie był taki głupi pomysł (nie żeby się po babci spodziewała czegokolwiek innego). Zanim jednak zabrała się do wyciszania, postanowiła zrobić to samo co babcia i spróbować rozproszyć aktualnego śpiewaka.


// rozproszenie ◉◉◉○○ na skurwyjca
[roll=Z]



RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Bard Beedle - 18.06.2026

– A ktoś nienormalny z twoich znajomych? – podchwyciła babcia, krzywiąc się lekko, bo oto ani jej nie udało się powstrzymać skurwyjca przed ogłoszeniem kolejnych słów w barbarzyńskim języku, ani jej wnuczce.
Póki z niej nieśmiertelność wydusim,
Póki ona czuć będzie, gryźć będziem
zadeklamował ktoś z wielkim zaangażowaniem, patosem i ogromną ilością decybeli. A babcia McKinnon zrobiła taką minę, że było jasne, że jeżeli dopadnie nadawców tych kopert, to jedna śmierć to będzie za mało, aby ich ją za tę ukarać. A gdy pojawiła się i wybuchła kolejna koperta, uniosła różdżkę, niczego jednak już nie komentując, i zabrała za choćby czasowe wygłuszenie pomieszczenia.
Tyle że…
Wyglądało na to, że nie jest to potrzebne, a przynajmniej chwilowo. Strzępy wyjców leżały na podłodze, w okno jednak nie pukała już żadna sowa, gotowa do szybkiej ucieczki. Pani McKinnon w końcu zdała sobie sprawę z dziwnej ciszy, która zdawała się aż dzwonić w uszach i podeszła do okna z podejrzliwym wyrazem twarzy.
Nie było już żadnych ptaków.
Pochyliła się w końcu, stęknęła, wymamrotała coś, co brzmiało jak „mój biedny krzyż” i uniosła samymi koniuszkami palców jedną z kopert, tę najmniej zniszczoną. Dało się odczytać na niej jeszcze nazwisko McKinnon.
– Wygląda, jakby zapisało to jakieś dziecko – mruknęła. – Wyrzuciłaś ostatnio jakieś z Ataraxii? Co to za dziwny język? Chiński? Czy to mógł być wygłup tych twoich panien Chang?


RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Ambrosia McKinnon - 03.07.2026

Otworzyła buzie i zaraz ją zajęła, bo to w sumie było bardzo trafne pytanie i jakoś do tej pory nie brała pod uwagę, że ktoś nienormalny akurat mógłby się znaleźć. Potrząsnęła wreszcie głową, trochę urażona że jak to tak można było jej sugerować, ze miewała nienormalnych znajomych. Nie to, żeby sama posiadała jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jakiż to element czaił się dookoła niej i na Śmiertelnym Nokturnie. Niestety, tutaj nie było zbyt dużego pola do manewru, ale to już nie była jej wina, że ktoś postanowił rodzinny biznes prowadzić piętro niżej od alei czarnoksiężników, a on chciała być bliziutko.

Ostatnia koperta zjadła sama siebie i zapanowała dookoła cisza, podczas której Rosie bała się niemal oddychać. Tak jakby zaczerpnięcie powietrza miało sprowokować strzępki magii i na nowo powołać je do życia. Przez dłuższą chwilę więc, wodziła tylko spojrzeniem zielonkawych oczu, od babci, która właśnie pomstowała na swój krzyż, do tego co działo się na podłodze. Cała zasypana była resztkami korespondencji. Koperty, kartki na których zapisane zostały nieznajome słowa, a do tego sowie pióra ptaków, które próbowały dobić się przez już zamknięte okna.

Po pierwsze, nie wyrzucała żadnych dzieci, przyrzekam — wyprostowała się, przetrzepując materiał sukienki. Dla porządku. — Po drugie, tak mi się babciu wydaje, że to jednak nie jest chiński. Ja się ich zdążyłam nasłuchać i one jednak inaczej gadają. To… to jest jednak co innego. I one wcale nie są moje? — obruszyła się nieco. — A może to nie ja tu jestem winna, tylko w Zamtuzie coś się ostatnio stało, co? I ja teraz stałam się celem tych ataków, żeby zrobić całej rodzinie na złość? A co jeśli to tylko początek i zaraz sypnie się na nas wszystkich lawina skurwyjcowa?




RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Bard Beedle - 05.07.2026

Okres Yule, dzieciom często kojarzący się z prezentami, choinką i zabawą w śniegu, dla dorosłych był w wielu domach czasem wiecznej irytacji w pogoni za idealnością: idealnie wysprzątanym salonem, umytymi oknami (i może na Nokturnie niewielu ulegało tej presji, ale dla babci McKinnon plamka na szybie dziś byłaby chyba powodem do załamania nerwowego), nieprzypalonego obiadu i góry jedzenia, którego przed świąteczną kolacją nie wolno ruszyć, choćby umierał z głodu, a po świątecznej kolacji trzeba wpychać w siebie na siłę, bo „tyle tego i szkoda wyrzucać!”. Nic dziwnego, że jakiekolwiek odstępstwo od normy i zakłócanie przygotowywań wywoływało nerwowe drganie powieki i chęć dokonania mordu. A te wyjce były czymś znacznie więcej niż zakłócaniem przygotowywań. Grały na nerwach, uszy od nich więdły i pani McKinnon nie byłaby łaskawa, gdyby złapała winnych.
– Kto byłby na tyle szalony, aby wysłać takie koperty nam wszystkim? – spytała, w swojej świętej wierze, że przez jednego z krewnych wprawdzie stracili wszelkie wpływy tam, w świetle słońca, ale tutaj rządzili twardą ręką i informacjami szeptanymi do uszu dziewczynek z zamtuza. Cudowna cisza, jaka zapadła w budynku, udobruchała ją jednak trochę i surowy wyraz twarzy złagodniał. – Spróbujemy się dowiedzieć, kto je rozsyła i dopilnujemy, żeby nie zrobił tego więcej. Posprzątaj tutaj, mamy niedużo czasu, zanim trzeba będzie siadać do stołu, a świąteczna pieczeń wciąż jeszcze nie jest gotowa. A jeszcze kot potłukł kilka bombek, naprawdę, w takim momencie…


RE: [Yule 1971] Skurwyjcowe święta - Ambrosia McKinnon - 09.07.2026

Głupio aż było się przyznać, ale Ambrosia bardzo lubiła tę nudną rutynę, którą stanowiły święta. Głupio, bo zawsze chciała być tą fajną ciocią, która bawiła się ze swoimi kuzynami, kiedy inni dorośli zajmowali się poważnymi sprawami. Lubiła te roześmiane dzieciaki i to jak beztroskie zdawały się być. Ba, lubiła nawet Olivera, chociaż nigdy by mu się do tego nie przyznała twarzą w twarz, bo był czasami nieznośnym bachorem. Była w niej jakaś tęsknota za domem, własną rodziną i roześmianym głosem kogoś, kto byłby w stanie odwiedzać z nią wszystkie rodzinne zgromadzenia. Sama sobie zgotowała tę pustkę, a może zanadto dużo wiary pokładała w przepowiedniach, które wyszeptała swojego czasu jej matka. Wierzyła, że pewien rodzaj przyszłości był jej pisany, ale zamiast tego siedziała jeszcze chwilę temu z Olivierem na strychu i próbowała rozbroić arsenał obrzydliwych skurwyjców.

Gdyby mogła, wysadziłaby je wszystkie w powietrze, ale nawet nie była przesadnie dobra w tym typie zaklęć. Pozostawało więc zatrzaskiwanie okna i modlenie się, że brat coś poradzi, ale niestety, oboje polegli. Kiedy tak patrzyła na babcię, która już była bardzo, ale to bardzo stara, mimowolnie zastanawiała się, co stanie się kiedy wreszcie jej zabraknie. Wyglądali z dziadkiem trochę… pokracznie, ale w ten pocieszny, pełen miłości sposób. W końcu Philip nigdy nie miał się już zestarzeć i przeżywał kolejne już swoje życie jako ghoul, upadły cukiernik i właściciel Kościanego Zamtuza. Nigdy o to nie pytała, ale zastanawiała się czy oboje mieli plany wziąć sprawy we własne ręce, kiedy babcia umrze. Czy… czy dziadek postanowił, że nie pozwoli jej na to, wiążąc na zawsze do świata żywych, czy może pozwoli jej odejść w spokoju.

Babciuuu… ten sam typ szaleńca, który gotowy jest przyjść do Kościanego Zamtuza, chociażby — uśmiechnęła się nieco kwaśno, ale było między nimi pewne porozumienie co do tego, kto właściwie zaglądał do rodzinnego przybytku. W ogóle trzeba było być trochę szalonym, żeby zaglądać do normalnego burdelu, a ich, mieszczący się na Podziemnych Ścieżkach, to był w ogóle poziom wyżej do co tego wszystkiego. — Już się biorę za to wszystko, ale obiecaj mi że jak zejdziesz na dół, to najpierw sobie usiądziesz, okej? — upewniła się jeszcze, odprowadzając babcię spojrzeniem, kiedy ta wreszcie ruszyła ze strychu. Drzwi skrzypnęły za nią i cisza przez moment niemal dzwoniła w uszach blondynki. Rozejrzała się - resztki listów i kopert były rozrzucane dookoła. Część cała, ale inne zostały podarte, albo nieudolnie przetransmutowane w coś innego. Dobrze, że miała różdżkę, bo nie widziało jej się zbierać tego wszystkiego ręcznie. Uniosła więc dłonie i zamachała nimi, wykonując odpowiednie gesty i zaprzęgając magię do działania. Zbierała wszystko na jedną kupkę, tak by potem było jej łatwo wszystko zebrać i wynieść ze strychu, a potem wyrzucić do śmietnika.


Koniec sesji