![]() |
|
[14.09.1972] Get in the water - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [14.09.1972] Get in the water (/showthread.php?tid=5616) |
[14.09.1972] Get in the water - Alexander Mulciber - 16.01.2026 Leśne jeziorko pod Little Hangleton
Nie wiedział, po co tutaj przyszedł. A może wiedział. Trudno było orzec. Może wiedział, ale wiedza ta nie była mu do niczego potrzebna. Ostatnio często pozwalał, aby kierował nim instynkt. Znaki na niebie i na ziemi. Pozwalał, aby nogi niosły go przed siebie, jak gdyby był zaprawionym radiestetą, poszukającym żyły wodnej. "Jeżeli błądzisz, spójrz, jak biegną żyły na twych rękach", powiedziała mu kiedyś matka. "W ich biegu skryta jest historia twojej wędrówki". Alexander próbował widzieć w nich "jutro", ale zwykle widział tylko "wczoraj". Widział siatkę blizn, widział przeklęty tatuaż, skryty pod zaklęciami. Czuł na sobie dotyk kobiet, które posiadł, wspomnienia życia, jakie do tej pory wiódł. Wiedział jednak, jak przejrzeć głębiej, jak sięgnąć pod skórę, wyłuskać przyszłość spod warstw przeszłości. Wytrenował swe oczy, aby śledziły wzór linii na powierzchni dłoni, nauczył palce chiromanckich praktyk, wszystko po to, aby móc dotknąć ścieżek wytyczonych przez los. Ale dzisiaj... Dzisiaj było "dzisiaj". A Alexander stanął na brzegu znalezionego w lesie jeziora. Przypominało mu o niewielkim stawie w zagajniku nieopodal rodzinnej posiadłości Mulciberów, gdzie lubił pływać jako dzieciak. Tamten zbiornik dawno już zarósł rzęsą, ale jeziorko, przed którym stał teraz, śmiało rozpościerało przed nim swe podwoje. Wejdź do wody, zapraszało wdzięcznie szumem trzcin targanych wiatrem. Bzyczeniem uskrzydlonych ważek, krążących tuż nad powierzchnią. Być może usłyszał jego ciche szemranie, gdy spacerował po Little Hangleton bez celu, próbując uporządkować myśli. Wpatrzony w taflę wody, obracał tkwiące na palcach pierścienie pokryte znakami ochronnymi. Miał ich tak wiele, ale nie znaczyły nic. Nie były nawet zaklęte. Nigdy go przed niczym nie obroniły. Nawet przed samym sobą. Bo nie powinien nigdy wpuszczać Voldemorta do swojej głowy, pomyślał, zrzucając z palca kolejny pierścień, który osiadł na miękkim piasku przy brzegu. Sam udzielił mu przyzwolenia, pozwolił dotknąć swego umysłu, zabrać wspomnienie. Sam pozwolił mu na wszystko. Pozwoliłby na to choćby i teraz, i to bez słowa sprzeciwu. Wolał uprzedzić rozkaz niż służyć pod przymusem. W ten sposób mógł żyć przynajmniej w iluzji własnej sprawczości. Iluzji, że dokonał wyboru, że zrobił wszystko na własnych warunkach... A jednak nie mógł pogodzić się z tym, co nastąpiło. Nie umiał wyjaśnić swych uczuć. Nie sądził, aby dało się je wyjaśnić. Patrząc na stwory z cienia na ścianach chaty Helloise, poczuł podobną grozę jak wtedy, gdy Voldemort dotknął jego umysłu. Grozę nienazwaną, niewyjaśnioną, przenikającą człowieka do głębi. Alexander Mulciber był złym człowiekiem, ale nigdy nie dotknął zła w postaci tak doskonale skondensowanej. Zło pachniało destylatem heroiny. Pachniało klejem, który wdychał narkoman mijany na dworcu w Berlinie. Zło było kuszące, było prawdziwe, a przede wszystkim, było na wyciągnięcie ręki. Chciał, żeby krążyło w jego żyłach. Pożądał go. Bał się go. Jakże spaczonym czarną magią musiał być Voldemort, że sam jego dotyk zdawał się palić skórę. Alexander nawykł do obcowania z destrukcją, ale destruktywność Voldemorta nie pozostawiała miejsca na narrację, była absolutem. Alexander czuł się zbrukany przez absolut. A przecież wszystko szło tak dobrze. Do tej pory był strażnikiem narracji, wszystko musiał mieć więc pod kontrolą. Po Spalonej Nocy wolał skupiać się na rzeczach, nad którymi kontroli nie miał. Pozwalał, by się wydarzały, patrząc na nie z dystansu. Tak być musi, powtarzał sobie, obojętny. Kolejne pierścienie spadały z jego palców, po to tylko, żeby utkwić w jeziornym mule. Stracił tamtej nocy tak wiele, ale patrząc na otaczające go zgliszcza, nie był w stanie wykrzesać z siebie niczego ponad obojętność. Wziął ze sobą do Mulciber Manor tylko kilka ocalałych z pożaru książek. Nie miał czasu, żeby opłakiwać pozostałości po życiu, które już dawno było minionym. Porozmawiał z Ambrosią, porozmawiał z nią wprost, zamiast ulegać sentymentom, jakie wobec niej żywił. Uważał, że było to łaskawszym niż pozwalanie jej na życie złudzeniami. Nazywała go okrutnym, ale być może potrzebował być okrutnym. Okrucieństwo bardzo często oznaczało gotowość do zrobienia tego, co zrobić należało. Zatem Alexander skupił się na tym, co należało zrobić. Poprosił Voldemorta, aby darował błędy popełnione przez jego rodzinę. Rozmawiał z babką. Pomógł jej, żeby ona mogła pomóc jemu. Zadbał o to, żeby Lorien wróciła wreszcie do domu. Zamówił dla niej portret, próbując po latach naprawić to, czego naprawić się nie dało. Próbował mimo wszystko. "Już nie uciekam", obiecał. Alexander postąpił krok do przodu, przyglądając się, jak woda jeziora obmywa czubki jego butów. Jeżeli Lorien się zgodzi, stanie na portrecie obok niej, bo komu miał oddać część siebie, jeżeli nie jej. Chociaż spędzał w pracy dużo czasu, dzięki niej chciało mu się przecież wracać do domu, który znowu mógł nazywać domem. Dzięki niej żył. I on, i Mulciber Manor. Mulciber Manor nie było tak żywym od czasu śmierci ojca. Alexander też czuł się żywym, ponieważ mógł działać. Jeszcze przed paroma miesiącami rzuciłby to wszystko, pogrążając się we własnym egoizmie. Zawsze lubił uciekać od odpowiedzialności, jakie próbowano złożyć na jego barkach. Oczekiwania były przecież ciężarem, a obojętność... Obojętność była wygodna. Ale nagle wszystko zależało od niego. Podejmował kolejne decyzje, a każda z nich obarczona była konsekwencjami. Było tak wiele rzeczy, które musiał zrobić. Tak wielu ludzi, którzy wciąż na nim polegali. Stanley. Scarlett. Selina... Jakże dziwnym był ten stan. Czuł się przecież tak pustym w środku, a jednak zależało mu na tak wielu rzeczach. Nie było w nim pasji, było tylko powolne dążenie do tego, żeby wyprostować ścieżki, po których prowadził go los. Nie spodziewał się, że zaangażuje się w duchowe poszukiwania Helloise. Nie umiał jej odmówić, ale i nie chciał jej odmawiać. Nie chciał odmawiać Scarlett, która stroiła rano swe skrzypce w salonie. Wszystko było dokładnie tak jak należy. Wszystko było... Spokojnym. Nie zauważył nawet, że krocząc w stronę jeziora, zamoczył nogawki spodni. Woda sięgała mu już do kolan. Mimo że działał na najwyższych obrotach, wszystko było spokojnym odkąd dostał widzenie tego, przed czym drżało tak wielu. W Rumunii otrzymał wizję tego, jak umrze. Przyszła do niego we śnie, budząc go tak łagodnie, jak gdyby składała pocałunek na jego czole. Nie do tego był przyzwyczajony. Wiele pracy kosztowało bowiem jasnowidza opanowanie daru widzenia. Zachowanie kontroli, gdy wizje rzucały na kolana, wykręcały ciałem w konwulsji, odbierały przytomność. Nie spodziewał się, że śmierć może być tak delikatną. Tak czułą. Wejdź do wody. Śmierć miała nadejść z wodą. Pamiętał wodę, która powoli zalewała jego płuca w wizji zesłanej mu przez Windermere. Pamiętał, jak krztusił się, próbując wypłynąć na powierzchnię jeziora. Walczył wtedy nie o oddech, lecz o władzę nad własnym ciałem. Nie chciał bowiem oddychać. Chciał w spokoju opaść na dno, poddając się potędze żywiołu. W swojej wizji tonął w zabarwionej krwią wodzie. Gdy się ocknął, zaczął kasłać krwią. Zwrócił wtedy wzrok w stronę jeziora. Pragnął zanurzyć się w jego toni, jak każdy prorok żądny stać się świadkiem wypełnienia zesłanej mu wizji. W końcu przeciwstawił się pokusie, razem z innymi podążywszy zamiast tego w głąb lasu... A jednak całą drogę oglądał się przez ramię, jak gdyby nie mógł odżałować, że nie pożegnał się z jeziorną tonią. Wyjeżdżając w czerwcu do Francji, też się nie pożegnał, ale nawet wtedy nie czuł się tak zbrukanym jak czuł się teraz. Szykując się do wyjazdu do Francji, nie wiedział, czy wróci. Oszukiwał się, że wyjeżdża szukać spokoju pośród bezdroży, ale wyjechał tam gnany desperacją, planując samobójstwo. Zanurzył się aż po pas, i zanurzał się dalej, nie pomyślawszy o tym, żeby zdjąć ubranie. Woda podchodziła coraz wyżej, ale wciąż kroczył przed siebie. Teraz nie pchała go desperacja. Nie pchała go nawet ciekawość. Po raz pierwszy w życiu Alexander Mulciber nie miał żadnego planu. Oddychał. Wreszcie oddychał pełną piersią, chociaż od czasu Spalonej Nocy wciąż czuł się tak, jak gdyby wstrzymywał oddech. Czuł się zbrukanym, tak, ale czuł się też spokojnym. Wpatrując się w stojącą wodę, nie myślał o tym, co było, ani o tym, co będzie. Nie ma przyszłości, pomyślał tylko, zanim pozwolił strumieniowi świadomości swobodnie płynąć. W nicość rozpłynęły się przecież jego wizje, jak miraże na wzruszonej drżącą ręką tafli jeziora, gdy dotknął jego powierzchni. Nie ma przeszłości. Zniekształcone odbicie twarzy Alexandra zafalowało na wodzie, nie poznał jednak człowieka w lustrzanej toni. Odmęty jeziora pochłonęły go, zanim jeszcze zdążył mu się przyjrzeć. Był tutaj tylko na chwilę. Bo tym była przecież teraźniejszość. Chwilą. Nie porywistą falą, która rozbija się o brzeg bałwanem piany, lecz zmarszczką zaledwie na powierzchni bezmiaru jeziora. Wejdź do wody. Namokłe ubranie ciągnęło go głębiej i głębiej. Nie bał się. Nie miał czego się bać. Alexander pozwolił sobie opaść, zanurzyć się w tej ciemnej, spokojnej toni, która nie obiecywała niczego poza spokojem. Zamknął oczy. Spokój był wszystkim, czego teraz potrzebował. Wszedł do wody. RE: [14.09.1972] Get in the water - Jahnavi Pandit - 04.02.2026 Pośród mieszkańców Little Hangleton nierzadko mówiło się o pani tutejszego jeziora. Szeptali czasem podstarzali mugole wzbraniając swym wnuczętom kierować się w stronę lasu wisielców i głębokiego zbiornika wodnego na jego skraju. Ktoś odważniejszy podszedł wystarczająco blisko, by dostrzec cień wyłaniający się z wody i towarzyszącej mu bestii o błyszczących w mroku ślepiach. Magiczna część mieszkańców raczej stroniła od zapuszczania się w pełne gęstwin i podmokłych bagien okolice, przekonana, że cała ta topielica to po prostu jakaś tutejsza odmiana trytona. Ot miejska legenda opowiadana od czasu do czasu, co by uchronić niegrzeczne dzieci przed moczarami. Las szumiał wisielczą kołysankę, poruszając gałęźmi starych drzew - tych, które pamiętały czasy przed nimi i zapamiętają czasy po nich; tych które znały stare opowieści i opowiadały te nowe. Gałęzie gięły się nad srebrną taflą jeziora, wiatr poruszał jesiennymi liśćmi, a na dnie… dziewczyna śniła swój sen. Zawsze na samym dnie, otulona podwodną roślinnością jak kocem chroniącym przed zimnem i złem. Wejdź do wody. Szeptały strzygi, najbliższe jej sercu przyjaciółki. W śnie ojciec wciąż jeszcze żył. Ujmowała go za dłonie, próbując wprowadzić do chłodnego jeziora. Po śmierci matki nienawidził wody. Bał się jej. Bał się, że woda odbierze mu i córkę, tak jak odebrała żonę. A jednak, gdy stali nad brzegiem przynależącego do nich stawu, pozwalał córce sprowadzić się na samo dno. Robił to by usłyszeć jej głos. Bo przecież nie było na świecie głosu tak podobnego do tego, który miała Tarini. W śnie Jahnavi wciąż jeszcze miała rodzinę. Wciąż jeszcze dryfowała po nieskończonych wodach Oceanu Indyjskiego, nurkowała w jego zimnych falach, w których odbijały się tysiące gwiazd. Samotność otulała ją jak całun pogrzebowy. Nawet sari miała dziś białe, jak zawsze gdy schodziła na dno. Tak na wszelki wypadek. Tak tylko gdyby przyszło jej umrzeć. Chciała zostać tak bardzo w swoich snach. Z matką. Z ojcem. Zostać na dnie, gdzie ogień nie docierał. Tak wielu umarło w pożarach tamtej nocy. Tak wielu płonęło. Wciąż nadal płonęły ich dłonie i twarze. Ich dusze. Te zbłąkane, uciekające przed dymem i popiołem. Momentami myślała, że i ona umarła. Bo przecież świat się zatrzymał. Jak mógłby się nie zatrzymać, gdy tyle cierpienia spadło na ludzi? Ale przecież wciąż tu jeszcze było. Nie umarła tamtego dnia, gdy znalazła widzącego w lesie ojca. Nie umarła i dzisiaj. Po prostu śniła. W końcu i snu przyszedł koniec. Obudził ją ruch wody, zbyt gwałtowny by być częścią niezachwianego ekosystemu. Nieraz zdarzało się przecież, że mała rybka wiła się między jej rozpuszczonymi włosami, szukając schronienia przed drapieżnikiem; wodne węże okręcały się wokół jej wątłych nadgarstków zaintrygowane obecnością kogoś kto żywot powinien wszak spędzać na lądzie. Uchyliła ciężkie powieki, gdy świadomość powoli powracała do ciała. Woda na dnie była głębsza, zimniejsza. Poruszyła skostniałymi dłońmi. Każdy kolejny ruch był trudniejszy, gdy jezioro trzymało ją w swoich objęciach. Zostań ze mną. Szeptała toń, a ona chciała zostać. Widma rodziców rozmyły się przed jej oczami. Materiał jej sari poruszał się wraz z naturalnym rytmem wody, przypominając półprzezroczystą zasłonę. Ze swojego wodnego królestwa obserwowała w milczeniu wstępującego do wody mężczyznę. Wejdź do wody. Szeptały demony w umyśle Alexandra. Wejdź do wody. Szeptało to jedno jedyne pragnienie Jahnavi. Wejdź do wody i pozwól by cierpienie odeszło. Nastawała ciemność i cisza. Woda niosła pamięć po udręczonych duszach. Prześlizgnęła się po kamiennym dnie, by wyjść mu na spotkanie. Ludzie przychodzili tu czasem umrzeć. Dla złaknionych tego co po drugiej stronie, nie miało znaczenia czy umierali w toni stawu czy na drzewach pobliskiego lasu. Przychodzili jako pozbawione nadziei ciała, odchodzili jako zerwane z uwięzi dusze. Czasem ich grzebała w zagajniku. Czasem pozwalała im ciałom rozłożyć się na dnie by stały się pokarmem dla tych zwierząt, które nadal żyły. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Zawsze wychodziła im na spotkanie. Gdy było za późno całowała ich zsiniałe usta, by umierali z wiedzą, że ktoś był przy nich aż do końca. Najtrudniejsze były pożegnania z dziećmi. Zwłaszcza tymi, których nikt nigdy nie szukał. Jezioro przygarniało uciekające kobiety, by w jego toni odnajdywały upragnioną wolność. Podpłynęła bliżej, ujmując topielca za przedramiona, co by nie opadł niżej. Jeśli dotknie dna ujmą go splątane wywłóczniki i przęski. Jego stopy opadną w muł. Już nie wypłynie. Przypominał jej pierwszego mężczyznę, którego tu spotkała. Lata temu. On również wtedy wszedł do wody. Nie chcę, żeby wchodził do wody, abba. Szeptała rozżalona ojcu, obserwując jak mężczyzna szarpie się i wyrywa wodzie. Jak próbuje wypłynąć, złapać odrobinę powietrza. A potem jego płuca napełniły się wodą i umarł. Nie nam decydować o życiu i śmierci Jahnavi. Odpowiedział wówczas czarodziej. Gdyby zauważyła, że wpatruje się w wodę z zazdrością, może rzeczy wyglądałyby dziś inaczej, a ojciec wciąż by żył. Nie chciała, żeby jezioro pochłonęło kolejną ofiarę. Była tuż przy czarodzieju, trzymając go w bezpiecznych objęciach. Czy gdyby otworzył oczy, pomyliłby ją ze śmiercią? Z Boginią Matką? - Dlaczego się nienawidzisz? Dlaczego nienawidzisz tego z czego zostałeś stworzony?- Zapytała cicho. Nie mógł jej odpowiedzieć. Czuła w dłoniach jak słabnie. Ale może wciąż ją jeszcze słyszał. Głos czarownicy był słodki, melodyjny. Przypominał głos syren ze starych baśni i podań. Ale przecież nie była syreną, choć jej rozpuszczone ciemne włosy otulały twarz ich obojga, a materiał sari mienił się jak najpiękniejszy ogon. - Jesteś tu już długi czas… Powinieneś się obudzić nim zapomnisz jak to się robi.- Oparła dłoń o jego blady policzek. Drżał. Wciąż jeszcze żył. Ale już niedługo. Zbliżała się chwila, gdy biała zasłona otuli jego udręczone ciało, a on sam znajdzie się po drugiej stronie. Jej kciuk musnął jego dolną wargę. Wciąż jeszcze mieli moment. Wciąż jeszcze mogła go oddać w ofierze. Bąbelki powietrza uciekały spomiędzy ust mężczyzny; serce biło w jego piersi wolno, głucho - słyszała je. Woda niosła dźwięki życia, by móc je zgnieść. Zawahała się tylko przez moment. Wspomnienie słów ojca, słów o granicach, których nie wolno jej przekroczyć. Pozwoliła im odpłynąć. Objęła twarz topielca obiema dłońmi, wpijając paznokcie w skórę. Mocno. Zmusiła ciało do posłuszeństwa, do rozchylenia warg. Nim jednak woda zdążyła wypełnić jego gardło i płuca, docisnęła swoje usta do jego ust. Pocałunek nie był czuły. Nie było to zbliżenie stęsknionych za sobą kochanków. Był konieczny. Był głęboki. Oddała mu resztkę oddechu, który ją samą trzymał w jeziorze. Poczuła jak klatka piersiowa reaguje, jak ciało przypomina sobie czym jest życie. Odsunęła się. Uniósł się w jej ramionach odrobinę, jakby sam nurt sprzeciwiał się śmierci. Pociągnęła go ze sobą ku górze, gdzie na brzegu czekał już Kapitan Nemo. Pies ujadał wskakując to wyskakując z jeziora, a gdy jego pani pojawiła się w zasięgu jego wzroku, natychmiast doń doskoczył. Jahnavi rozpaczliwie chwyciła za skórzaną obrożę, pozwalając się wyciągnąć z wody. Wciąż trzymała Alexandra wolną ręką, ciągnąc go za sobą tak długo aż oboje nie znaleźli się na mokrym piasku. Obudź się. Obudź się. W milczeniu odgarnęła splątane loki z jego twarzy. Gdy się wciąż nie ruszał, wtuliła twarz w miękkie futro Kapitana Nemo. Po raz kolejny było zbyt późno. RE: [14.09.1972] Get in the water - Alexander Mulciber - 18.03.2026 Obudził się znienacka, chociaż zasnął tak lekko, że niemal niezauważenie. Ze świstem wciągnął powietrze do płuc. Kaszel, który nim po chwili wstrząsnął, był tak silny, że przez chwilę czuł się tak, jak gdyby się dusił. Przewrócił się na bok, rzężąc dłuższą chwilę, zanim zdołał złapać oddech, któremu nie towarzyszyłoby bolesne gniecenie w klatce piersiowej. Usiadł, pochylając się nieco do przodu, żeby odciążyć przeponę. Gdy leżał na plecach czuł, że się dusi. Zaparł się więc o piaszczysty brzeg, zagarnął palcami ziemię, jak gdyby potrzebował wpić się nimi w łono świata, aby przekonać się, że wciąż jeszcze jest prawdziwym. To wszystko było prawdziwe, jeżeli mógł tego dotknąć, pomyślał. Ziemia dawała oparcie, które podmywała woda. Woda znów odtrąciła go ze swych objęć, ale ziemia była czymś trwałym. Czymś namacalnym. Alexander nie zwrócił uwagi, że cały uwalony jest mokrym piachem. Zatrzymał w dłoni kilka drobnych kamyków, zakopanych do tej pory w przybrzeżnym mule. Czuł jak ich ostre krawędzie wpijają się w skórę. Prawdziwymi były drobne skaleczenia, jakie zostawiły po sobie na wnętrzu jego dłoni. Jeżeli krwawił, wciąż żył, powtarzał sobie. Podniósł przekrwione oczy, nieświadom, że kilka drobnych naczyń przebiegających po ich powierzchni pękło pod wpływem narastającego ciśnienia wtedy, gdy walczył o oddech: poczuł tylko nieprzyjemne zadrażnienie, gdy zamrugał, zalany na nowo napływem wrażeń. – To nie tak – wychrypiał, z trudem łapiąc powietrze. Chwytał je łapczywie, gwałtownymi haustami, próbując się nie zakrztusić. Przecież nie chciał umrzeć. Nie tak naprawdę. Chciał tylko... Poczuć spokój. Bo przez krótką chwilę czuł się niemal szczęśliwy. Nawet nie pamiętał już, jak to jest. Po prostu chciał wejść do wody. Pozwolić, aby go zabrała. – To nie tak – powtórzył, ale kaszel nie pozwolił mu wyartykułować słów. Alexander nie pożądał śmierci, lecz wypełnienia przepowiedni. Nic nie mógł przecież poradzić na to, że przepowiadał sobie wyłącznie śmierć. Być może zrobił to wszystko po to właśnie, żeby się z nią spotkać. A więc matka miała rację, pomyślał Alexander, wpatrując się w nabożnym skupieniu w twarz siedzącej obok kobiety. Pierś jego unosiła się i opadała, gdy z trudem przyjmował na siebie ciężar kolejnych oddechów. Miała rację, gdy składała modły przed ołtarzem Śmierci. Śmierć była bogiem i siedziała teraz u jego boku. A więc prorokowi przyszło wreszcie mówić z bogami... Patrzył na jedną z ich rodzaju, nie śmiąc przy tym mrugnąć. Śmierć była piękna. Nie miała potwornej twarzy bogini Kali, do której zanosiła modły Selina Mulciber. Nie, to nie była Czarna Kali w jej niszczącym aspekcie, z twarzą wykrzywioną gniewem i pogardą. Spowita była w biel, nie straszyła jednak bielą nagich kości. Spodziewał się jej owiniętej w kir, którego czerń odpowiadałaby ciemności kłębiącej się w pustce oczodołów. Spodziewał się potępienia, nie łaski. "Dlaczego się nienawidzisz? Dlaczego nienawidzisz tego z czego zostałeś stworzony?" Alexander zaczął śmiać się chrapliwie. Przedziwny był to śmiech. Zdawał się należeć do kogoś innego. Do kogoś żywego. Nie pasował do jego zmartwiałej twarzy. Jak mógłby jej to wyjaśnić? Że niczego bardziej nie pragnie niż wybudzić się z tego snu? Nie wiedział już, co było snem, a co jawą. Nie był tego pewny nawet wtedy, gdy otwierał oczy. "Powinieneś się obudzić zanim zapomnisz, jak to się robi", przypomniała mu z dziwną tkliwością w głosie zanim go pocałowała. Pamiętał ten pocałunek. Jego usta były zimne, jej też. Nie dbał jednak o to, że oboje zdają się drżeć. W skostniałych z zimna palcach czaiła się pożądliwość, z którą zbliżył się do siedzącej obok kobiety, ciężko oparłszy się czołem o jej czoło. Była taka delikatna. Taka krucha. Taka... Nie wiedział, do czego ją porównać. Bransoletki na jej przedramionach mieniły się jak łuski, ale przecież nie była syreną, chociaż miała głos syreny. Syreny pożerały serca żeglarzy, aby nasycić swój głód krwi, a ona delikatnie oparła dłoń na jego piersi, jak gdyby chciała uspokoić serce, które rozbijało się szaleńczo o żebra. Odetchnął nią, ignorując pieczenie w klatce piersiowej. Pachniała kadzidłem, wonnym olejkiem, a może mirrą. – Nie całuj mnie z litości – wyszeptał ledwo słyszalnie Alexander. Wplótł dłonie w mokre włosy kobiety, które spływały kaskadą na jej szczupłe ramiona. Pocałował ją tak, jak całować mógł tylko tonący. RE: [14.09.1972] Get in the water - Jahnavi Pandit - 19.03.2026 W pierwszej chwili Jahnavi poczuła ulgę. Nieznajomy żył. Śmierć musiała ustąpić, niepomna tego, że każdy jej kiedyś ulegnie. Ale jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj ciemnowłosy czarodziej zdołał wyszarpnąć dla siebie jeszcze trochę czasu. Może dni, miesięcy, lat. Nieważne. Liczyła się każda minuta i łyk powietrza. Przecież tak naprawdę ich życia były tylko namiastką wieczności. Było w tym coś przerażająco pięknego. - To nie tak. Podciągnęła kolana do piersi, obejmując klejące się do skóry, mokre sari. Nie dbała o to, że woda pozostawiła materiał nieprzyjemnie zimnym i niemal przezroczystym. Ciało było tylko ciałem. Zbieraniną kości i mięśni, naczyniem na duszę. To w duszy tkwił pierwiastek ich boskości. Jeśli “nie tak” to jak? Chciała zapytać, ale wiedziała, że głos ją zawiedzie. Więc milczała, pozwalając mu mówić. Ludzie kochali mówić, a ona kochała słuchać ich opowieści. Czy była w tym podobna przerażającym syrenom i ich trytonim kuzynom? Chyba nie. A potem na nią spojrzał - więc i ona spojrzała uważnie w przeraźliwie niebieskie oczy. Nie takie jak jej. Jej przypominały kolorem płytką pokrytą sinicami wodę jezior, jego zaś bezchmurne niebo letnią porą. Takie które niosło żar. Ale nie czuła w nim ciepła. Nie było ciepła w człowieku, którego wyciągnęła z głębiny. Może powinna była pozwolić mu odejść? Pomyślała. W tej samej chwili zganiła się za własną myśl. Widziała śmierć tak często, że zatraciła już w nią wiarę. Śmierć nie była “ucieczką”. Nie, gdy wciąż miałeś coś do załatwienia na ziemskim padole. Wtedy twoja dusza utykała - błądziła zawieszona między światami nie należąc do żadnego z nich. Och jakże by się biedne dziewczę oburzyło, gdyby powiedział jej że widzi w swoich wróżbach jedynie śmierć! O jakże by się zagniewało! Czyż on nie wiedział, że gdy wieszcze i wróżbici zaglądali za kotarę przyszłości, ta mogła płatać im figle! Symbole były tylko symbolami. Przepowiednie zbitkiem słów, które dało się interpretować na milion sposobów. Ich wróżby przypominały zawsze dżina wyrwanego ze złotej lampy, który obiecywał spełnić trzy życzenia, ale w gruncie rzeczy każde jedno wiązało się ze skutkami ubocznymi niewyobrażalnymi dla samego pytającego. Tym właśnie byli! Jak mógł się boczyć, że widział tylko Śmierć, skoro śmierć była ostatecznym końcem ich podróży. Dostrzegał przyszłość która miała nadejść niezależnie od biegu czasu czy losów świata. Widział w snach wodę i rzucał śmierci wyzwanie, tak naprawdę wcale nie chcąc umrzeć. Nie! Chciał tylko zobaczyć co jest jeszcze dalej - tam, gdzie nawet jego własny dar go nie wpuścił. Och jakże by ta młodzieńcza buta rozeźliła pannę Pandit. Nie był on wszakże pierwszym, ni pewnie ostatnim jasnowidzem, który dostrzegł w snach czy ogniu swój koniec. Dlaczego więc traktował to jak zaproszenie, a nie ostrzeżenie od bogów? Dlaczego nie celebrował swojego życia, gdy wiedział jak przyjdzie mu je zakończyć? Zamrugała, po czym oparła podbródek o swoje kolana, wciąż nie przerywając z czarodziejem kontaktu wzrokowego. Czy śmierć mrugała? Ale Navi nie była Śmiercią. Nie była uosobieniem niszczycielskiej mocy, która przerywała tkaninę rzeczywistości, skinieniem dłoni niszczyła światy i sprawiała, że obumierały prastare cywilizacje. Navi była po prostu dziewczyną w kompletnie przemoczonym sari, które ktoś zbudził z przyjemnej drzemki. Może dlatego nie potrafiła tak naprawdę Alexandrowi pomóc? Wzdrygnęła się słysząc jego śmiech. Nie było w tym cienia ulgi czy prawdziwej radości. Śmiał się groźnie i naraz cały wydał jej się straszny. Ale nie poruszyła się z miejsca, gdy się zbliżył, zamarła w swojej pozie jak relikt z buddyjskich świątyń, przed którym palono kadzidła i wznoszono modlitwy. Mniej człowiek - bardziej idea. Oparła dłoń o jego klatkę piersiową, w geście, który nie miał zbyt wiele z czułości jako takiej. Upewniła się, że żyje. Nierówne, ale wyczuwalne bicie serca było jedynym gwarantem. Serce pompowało krew do umysłu. Umysł karmił impulsami nerwowymi mięśnie. Mięśnie wprawiły w ruch ciało. Ciało domagało się krwi i powietrza. Cykl życia zamknięty w boskim stworzeniu. Nie całuj mnie z litości. Cóż złego było w litości? Przecież czuła wobec niego tak niewyobrażalnie głęboki wymiar współczucia; widziała jego cierpienie, bo nikt kto nie cierpiał nie decydował się na szukanie ukojenia w odmętach jeziora. Bała się o niego, chciała mu pomóc, więc… z litości oddała mu swój ostatni oddech, który trzymał ją samą pod wodą. Uciekła spojrzeniem, gdy wplótł palce w jej mokre włosy. Nieznajomy był blisko. Był zbyt blisko. Ale nie zdołała się odsunąć, nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Gdy została pocałowana, w pierwszej chwili nie wiedziałą co zrobić. Nie mogła się ruszyć, nawet wyciągnięty z wody był od niej silniejszy. To nie był pocałunek jak te które znała. Choć nie znała ich zbyt wiele, bo w całym Little Hangleton był tylko jeden taki mugolski chłopiec, który ją kiedyś raz pocałował. Pamiętała, że jego usta były cieplejsze i zaraz potem strasznie się zarumienił i zaczął ją przepraszać. Ale smakował jabłkiem w karmelu, które zjedli na letnim festynie. Ten mężczyzna nie smakował… niczym. Jego usta były zimne i sine, a oczy przekrwione. Rozchyliła wargi, nie chcąc, żeby ją skrzywdził bardziej. Bała się bólu. On tylko zdawał się brać i brać. Było w tym tak wiele… desperacji. Nie! Nie, nie, nie nie! Mokra, brudna od przybrzeżnego piasku dłoń Navi odnalazła policzek czarodzieja. Rzut na AF czy w ogóle poczuł [roll=N] T R Z A S K
Ciężko powiedzieć czy zadziałała adrenalina czy naraz mizerne dziewczę znalazło w sobie pokłady prawdziwie heraklicznej mocy, ale cios wyprowadziła naprawdę godny podziwu. I gdy tylko zdołała się wyrwać spod dłoni Alexandra i odsunąć na tyle na ile pozwalały drżące z emocji nogi i ręce, uświadomiła sobie co zrobiła. Zatrzymała wzrok na czerwonej plamie rozlewającej się po policzku czarodzieja, tak wyraźnie odcinającej się od jego jasnej skóry. Uchyliła drżące, zsiniałe usta, ale jedynie poruszała nimi, jak mała rybka wyjęta z wody. Zresztą zaraz docisnęła jeszcze bardziej przerażona swoje palce do warg, mrugając gwałtownie. Nie zdołała zahamować łez.Nawet nie próbowała, zbyt pochłonięta swoim strachem. Nie chciała go skrzywdzić! Nie chciała! Cóż za straszny odruch. Zupełnie jakby ją jaki demon opętał. A przecież wcale nie chciała go zranić. Spróbowała odchylić się jeszcze bardziej. Łzy przesłoniły jej pole widzenia na tyle, że nie była pewna, w którą stronę pwoinna uciekać. Do jeziora! Do jeziora! Nie pójdzie tam za nią. Ale jeśli pójdzie - utonie. Więc może do lasu. Nie była pewna czy da radę na poranionych stopach przebiec nawet na skraj. A w lesie czaiły się duchy i zjawy. Mogłyby go skrzywdzić. Opętać. Więc tkwiła nieruchomo w miejscu. Kapitan Nemo nie miał takich życiowych rozterek jak jego Pani. Gdy tylko zrobiła się między całującym, a całowaną przestrzeń, wpadł na Alexandra z siłą stukilogramowego wora mięśni, tłuszczu i mokrego futra. Rzut na impact Kapitana Nemo [roll=1d100] Wielki nowofundladczyk w niczym nie przypominał puchatego pełnego miłości misia, którym zdawał się być wcześniej. Gdy zawisł nad powalonym czarodziejem wyglądał dokładnie tak jak powinien wyglądać pies stróżujący - po prostu kurewsko groźnie. Przyszpilił go do ziemi, po czym przysunął ciężki łeb do jego twarzy, obnażając pożółkłe zębiska. Może i nie planował go pożreć na śniadanie, kto wie, ale z pewnością gardłowy warkot był zwykle wystarczającym straszakiem. Sekundy zdawały się ciągnąć w nieskończoność, gdy dźwięki jeziora, jej ciężkiego oddechu i powarkiwania psa zlewały się w jedno. Aż wreszcie… Jahnavi ostrożnie wyciągnęła drżącą dłoń do Kapitana Nemo. Wplotła palce w miękkie futro z prostym poleceniem “zostaw”. Pies niechętnie zlazł z Alexandra, ani myśląc jednak ruszać się z miejsca między nimi. Stanowił naturalną barierę; bezpieczną ostoję dla dziewczyny. Czarownica w milczeniu rozejrzała się dookoła. Na najbliższym głazie znalazła to czego szukała - lekko zgniły mech. Zebrała go trochę i wyciągnęła na otwartej drżącej dłoni w stronę mężczyzny. Palcem wskazała na jego poranioną od ściskanych kamieni skórę. Sygnał był prosty: weź to zioło i przyłóż do rany. Krwawienie i ból ustaną. // przewaga locki (bo jeziorko leży w granicach jej działki) - piesek chroniący swoją panią. Krzywdy nie uczyni ale może nastraszyć.
RE: [14.09.1972] Get in the water - Alexander Mulciber - 05.04.2026 A co dobrego było niby w litości? Bezwzględność, oto była cecha godna podziwu. Rację mieli starożytni, którzy woleli zginąć, aniżeli dopuścić się hańby. Dobić cierpiącego było aktem miłosierdzia, aktem łaski. W śmierci można było odnaleźć godność, uważał Alexander. Nie znajdywał jej natomiast zbyt wiele w zmartwychwstaniu. A jednak okazał litość swojemu bratu. Nie dobił go, skazując go w zamian na niewyobrażalne wręcz katusze życia w zawieszeniu. Nie było to okrutnym? Patrzeć jak powoli więdnie ciało brata, będące mu więzieniem. Patrzeć jak się męczy w otoczeniu magicznej aparatury, uwiązany do szpitalnego łóżka. Nie zasłużył jeszcze na wybawienie śmierci, stwierdził, świadomie przedłużając jego agonię. Jego litość wobec Donalda była okrucieństwem zamierzonym, ale co z litością pozbawioną wyrachowania? Ta była jeszcze gorsza. Bo przecież okazał litość Lorien. Myślał, że wybiera właściwie, odsuwając ją od rodziny, której częścią zawsze chciała być. Powinien wziąć ją dla siebie, dawno, dawno temu. Wybrać wątły puls jej miłości, zmusić, żeby jej serce biło dla niego, nie dla Donalda, a potem... Nie, nie chciał do tego wracać. Nie chciał przecież, żeby była nieszczęśliwa, chociaż przyczynił się do tego wieloma decyzjami, jakie podjął. Być może próba oszczędzenia jej bólu nie zawsze oznaczała wyzwolenie od niego. Niewystarczająco był więc bezwzględnym, choć myślał, że postępuje litościwie. Tak jak wtedy, gdy okazał litość Ambrosii. Nie dzielił się z nią prawdą na temat okrucieństw, jakich się dopuszczał, wierząc, że zdoła ją od nich uchronić. Śmierciożerców odnalazła na własną rękę. A on wyszedł na większego głupca niż ona na hipokrytkę, gdy zdał sobie sprawę, że wszystko, co dla niej robił, nie miało dla kobiety absolutnie żadnego znaczenia. Nieważne, że traktował ją z czułością. Byłoby lepiej, gdyby był wobec niej okrutnym jak Louvain. Nie sądził jednak, żeby zdołała znieść jego okrucieństwo, skoro szczyt okrucieństwa Louvaina Lestrange'a był dla niej tym samym, co ochłap litości Alexandra Mulcibera. Jeżeli więc jego litość była okrucieństwem, to czym było jego okrucieństwo? Jeżeli jego łagodność raniła równie głęboko, co cudza brutalność, to czym było okrucieństwo, którego nigdy naprawdę jej nie pokazał? Gdy spojrzał na wykrzywioną szczerym przestrachem twarz kobiety obok, zrozumiał, że musi być czymś przerażającym. Czymś absolutnie potwornym. Wyjątkowo nie spodziewał się wymierzonego mu policzka. Nie uchylił się przed nim, nie poruszył się nawet, pozwalając, aby głowa odskoczyła mu pod impetem ciosu. Wysunęła się z jego rąk jak sen, którego nie był w stanie pochwycić, a jednak należała do jawy. Do jawy należała biała suknia uwalona piachem. Należały do niej również łzy, którymi się zalała, i drżące usta, zimne, zasiniałe. Mógł tylko wyobrażać sobie, jak musi teraz wyglądać. Nie miał jednak siły szukać swojego odbicia na dnie jej oczu. Odbierał tylko ją, wlewała mu się jak woda do płuc, intensywna jak żywioł, który nie był winny temu, że chciał odejść w jego objęciach. A jednak woda go wypluła. Alexander czuł jedynie obrzydzenie wobec samego siebie, ale i to wrażenie zdawało się jak gdyby przytępiałym, gdy kobieta wyszarpnęła się spod jego dłoni. Nie był w stanie rozpoznać jej intencji. Czuł jednak jej strach. Czuł jej żal. Nie spodziewał się, że wciąż będzie miała w sobie żal. Nie rozumiał tego. Być może był zbyt zmęczony, żeby rozumieć. Nawet jeżeli wierzył w to, że nie walczył o oddech, zanim odpłynął. Jeżeli walczył, przeciwstawiając się wodzie, wymusiło to na nim własne jego ciało, zdradziecka fizjologia, odruch, którego nie potrafił wygasić. Odruch, który wciąż kazał mu żyć. Wtedy, we Francji, gdy sądził, że mógłby się tego odruchu wyzbyć, wybrał utonięcie dlatego, że wymagało odwagi. Samobójstwo było aktem tchórzostwa, za który należało zapłacić bólem. Ocalić honor, okupiwszy go ofiarą. Ludzie wybierali szybką śmierć, niewymagającą finezji. Bezbolesną, pozbawioną żalu. Mężczyźni wieszali się albo wsadzali sobie różdżki w gardła, dławiąc się swoim ostatnim zaklęciem, mającym rozsadzić czaszkę. Kobiety piły truciznę albo otwierały sobie żyły. To było zbyt łatwe. W wodzie czułeś, że umierasz. W wodzie mogłeś zacząć żałować. A żal był jeszcze gorszy niż ból. Alexander całe życie uchylał się od konsekwencji swych działań, więc przynajmniej w ostatnim akcie swego tchórzostwa zamierzał godność zachować. Śmierć była decyzją, którą należało podjąć w pełni świadomie. Alexander zdążył jedynie stęknąć głośno, zanim przygniotło go potężne cielsko zwierzęcia. Nie próbował walczyć, chociaż wciąż miał swoją różdżkę na podorędziu. Pozwolił, aby pies przycisnął go do ziemi. Słyszał warkot dobywający się z gardzieli nowofundlandczyka, widział zębiska obnażone tuż nad swoją twarzą. Skrzywdzenie go wydawało się jednak Alexandrowi czymś niewyobrażalnym, nawet jeżeli jawiło się przez chwilę jako konieczność. Z ciężkimi łapami opartymi na żebrach nie mógł bowiem zaczerpnąć powietrza. Wystarczyło słowo, żeby pies rozszarpał mu gardło. Nawet wtedy by go jednak nie winił. Alexander zaczął znowu odpływać, w końcu jednak ciężar na piersi zelżał, a potem całkowicie ustąpił. Rzężąc, obrócił się na bok, wykaszlując powietrze, którego zaczerpnął zbyt łapczywie. W końcu jakoś zdołał usiąść. Barki jego wznosiły się i opadały. Oddech zatracił swój naturalny rytm, klatka piersiowa pracowała nierówno. Najpierw gwałtowny wdech, potem kilka krótkich, pourywanych wydechów. Kaszel. Znów odetchnął zbyt głęboko. Zbyt chciwie. – Dobry pies – stęknął, przyciskając ręką żebra. Oddychanie bolało. Siedzieli tak dłuższą chwilę. A może tylko Alexandrowi wydawało się, że upłynęło dużo czasu. Odliczał go oddechami, ale gdy bolało szybko tracił rachubę, zaczynał więc od nowa. Myślał, że kobieta odejdzie i zostawi go samemu sobie, ale wciąż trwała obok. – Nie chciałem cię skrzywdzić. Myślałem... – Urywane słowa, które nie miały znaczenia. W końcu widział jej strach, czuł napięcie jej ciała, gdy wreszcie go odepchnęła, panikę, gdy zalała się łzami. Zawsze umiał przecież sprawić, by ludzie się go bali. – Nie znikaj. Proszę. – Nic ci nie zrobię, chciał jej powiedzieć. Zamiast tego odłożył na bok różdżkę, żeby się nie bała. Powiódł przekrwionym spojrzeniem ku kobiecie i z powrotem, jak gdyby oceniał dzielącą ich odległość. A potem potoczył różdżkę w jej stronę, patrząc na ślad, jaki zostawia na mokrym piasku. Być może nie wydawało się to zbyt mądrym, Alexander rozumiał jednak, że uratowała mu właśnie życie... Mimo że nie próbował się zabić. A może jednak próbował, zastanowił się. Nie było to jednak ważne. Odruchowo pochylił się do przodu, opierając się rękoma o ziemię. Oddychało mu się tak nieco łatwiej. Pokręcił głową na wyciągnięte w jego stronę zielsko, z wzrokiem wciąż wbitym w ziemię. Nie przeszkadzały mu rany na dłoniach. Wolał skupić się na pieczeniu, niż na bólu, jaki czuł oddychając. Oddychał już nieco wolniej, ale wciąż płytko, nie chcąc sprowokować kolejnego napadu kaszlu. Podjął jednak decyzję. – Powiedz, jak masz na imię. RE: [14.09.1972] Get in the water - Jahnavi Pandit - 06.04.2026 Okrucieństwo przyjmowało wiele twarzy - było twarzą rodzonego brata targanego strachem i zazdrością o matczyny kolor oczu; twarzą nieszczęśliwego, bezsilnego kochanka, który utracił siły by raz za razem walczyć o swoją kochankę; twarzą człowieka złamanego przez przepowiednie, jak nadrzeczna trzcina łamana jest przez wrześniowy wiatr. Okrucieństwo kryło się w jego myślach, mowie, uczynkach i zaniedbaniach; było stawiane na piedestale jako coś tak niezwykle męskiego i godnego podziwu w świecie, gdzie pożerało się lub stawało się kolacją dla kogoś “silniejszego”. Jahnavi się bała. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Jej pierś skryta za materiałem sari unosiła się i opadała w przyspieszonym oddechu, ona sama wczepiła się w Kapitana Nemo jak gdyby pies był jedynym gwarantem bezpieczeństwa. Może tak po prostu było? Kto inny miałby ją teraz ochronić przed zagrożeniem tak banalnym? Mówiło się, że dumnie było umrzeć w walce z wrogami ojczyzny, w uczciwym pojedynku na śmierć i życie; spłonąć w ogniu zesłanym przez Złych Ludzi. Zagrożenie znane światu nakładało na twarz maskę, a na głowę czarny kaptur. Ale ten mężczyzna nie był wielkim demonem, który spopielił część Lasu Wisielców i pozbawił życia kilkoro z jej sąsiadów. Był po prostu słabym mężczyzną gnębionym przez własne mary, gotowym utonąć w jej jeziorku. I to czyniło go najgorszym z potworów. Mijały kolejne minuty. Nie liczyła jak wiele, bo to nie miało żadnego znaczenia. On dochodził do siebie po obezwładnieniu przez Kapitana, a ona siedziała wtulona w psa, niezdolna do podniesienia się i odejścia w swoją stronę. Nie chciała żeby umarł, ale ludzki lęk nie pozwalał jej podejść bliżej do leżącego czarodzieja. Upłynęło tak dużo czasu. Przynajmniej tak się wydawało pannie Pandit, która utkwiła wzrok w poruszającej się klatce piersiowej czarodzieja. Pilnowała czy oddycha. Gdy się odezwał, odwróciła głowę w stronę jeziora. Mówił o tym, że nie chce jej skrzywdzić, ale jak mógł tak mówić, skoro jedyne co zrobił to ją zranił, potem do siebie docisnął i w dodatku sprawił ból, gdy próbował ją całować jakby byli sobie kimś bliższym. Nie byli! Nie znała go! Co on sobie takiego niby myślał? - Nie znikaj. Proszę. Zerknęła tylko, nie poruszając głową. Wystarczyło, że Nemo wlepiał w czarodzieja ślepia, nie pozwalając mu się zbliżyć. Wydęła delikatnie usteczka, bardziej rozżalona niż poważnie spanikowana. Potrafiła docenić “proszę”, ale brakowało jeszcze “przepraszam” za to wszystko co zrobił przed chwilą i “dziękuję” za wyciągnięcie go z lodowatych odmętów. Był bardzo bezczelnym mężczyzną. Okropnym. Musiała mu pokazać, że ją rozzłościł. Nie do końca wiedziała jak to zrobić, więc tylko zmarszczyła brwi i nadęła lekko policzki, spoglądając na niedoszłego topielca ze zbolałą miną obrażonej sarenki. Gdy poturlał różdżkę w jej stronę, bezgłośnie pisnęła przestraszona, cofając się. Nie spodziewała się tego. Kapitan widząc toczący się patyk instynktownie postanowił go zaaportować, wydając z siebie głębokie szczeknięcie. Pochwycił różdżkę w zęby, machając ogonem. Oddał ją pani, a ta podrapała go za uchem. W zaciśniętych palcach nadal trzymała lecznicze zioło, ale nieznajomy… opierał się. Chciał cierpieć i nie rozumiała dlaczego. Może bał się, że próbuje go otruć? Nie pomyślała o tym wcześniej. Zbiła go jak jakieś okropne chłopaczydło ze wsi, to logiczne, że nie ufał jej. Więc machnęła jeszcze raz ręką, tym razem odsłaniając poranioną o nadbrzeżne kamienie stopę. Popatrz, to działa. To naprawdę leczy! Przesunęła metalowe bransoletki zdobiące jej kostkę i przyłożyła do najbardziej krwawiącej rany jeden z listków. Przybrał szkarłatnoczerwony kolor, ale gdy go odsunęła - po ranie pozostała jedynie mała zaczerwieniona blizna, niemal niewidoczna pod malunkami z henny. Resztę liści znów wyciągnęła w stronę mężczyzny. ruszyła się ze swojego miejsca, choć a. Poprosił, żeby nie odchodziła, więc została. Nie mogła go opuścić - nie miał tu pewnie nikogo kto mógłby mu pomóc, nawet dusze spoglądające na nich spomiędzy drzew szeptały tylko między sobą, ani myśląc się zbliżyć do dwójki nad jeziorem. - Powiedz jak masz na imię. Milczała. Jak niby mogłaby mu wytłumaczyć, że nosi imię, którego żaden Anglik nie potrafi wypowiedzieć poprawnie? Nazwano ją córką Jahnu, błogosławioną rzeką Ganga, choć jej domem był ocean. Ale jej rodzice wierzyli, że to Ganga dała oceanom początek, zrodziła wszystkich, a jej wody niegdyś staną się miejscem spoczynku ich prochów. Nie było piękniejszego prezentu nad imię, które jej ofiarowali. Dlaczego miałaby je zdradzać temu mężczyźnie, który próbował ją skrzywdzić? Znów minęło kilka minut. A potem w niemym poleceniu skinęła w stronę Kapitana. Nowofundlandczyk podniósł się ciężko, powoli pokonując odległość między Navi, a czarodziejem, którego najchętniej by zjadł na kolację. Ale obwąchał mokrą twarz Alexandra, przesuwając nos niżej. Zacisnął zębiska na kołnierzyku koszuli mężczyzny. W tym czasie ona powoli przesuwała czubkiem różdżki Mulcibera po piasku. Przytargał na wpół bezwładnego czarodzieja bliżej. Na tyle blisko, żeby dziewczyna mogła samodzielnie ująć go za ranne dłonie i wcisnąć mu między palce zioła. Pomoże. Zdawała się znów mówić, chociaż żaden dźwięk nie opuścił jej gardła odkąd opuściła jezioro. Porzucona różdżka leżała tuż przy wyrzeźbionym w ziemi prostym “Jahnavi”. Dopiero wtedy podniosła się powoli na nogi. Odsunęła się o dwa-trzy kroki, ale nie ruszyła dalej. Czekała czy mężczyzna znajdzie w sobie siłę i odwagę pójść za nią. Tu już nie mogła mu pomóc. RE: [14.09.1972] Get in the water - Alexander Mulciber - 12.04.2026 Alexander Mulciber nie zwykł prosić, kiedy mógł stawiać żądania, dziękował rzadko, a przepraszać, cóż, nie przepraszał wcale. Nie leżało to w jego naturze. Ani przez chwilę nie pomyślał, że siedząca obok dziewczyna może chcieć go otruć. Po prostu skaleczenia na dłoniach wydawały się nieważnymi w perspektywie czasu. Nieistotnymi, gdy pomyśleć, jak bliski utonięcia był. Czemu jednak miałby pozbywać się śladów ran, skoro stanowiły zapis tego, co przeżył? Nakładały się na linie, które wprzódy wyrysowało na jego rękach przeznaczenie. Nie byłyby przecież złymi bliznami. Nie byłyby nawet trwałymi. Nosił na swoim ciele o wiele gorsze blizny, takie, których nie mogłaby uleczyć żadna magia. Nosił też i takie, które czułby pod skórą nawet gdyby sprawił, że zniknęły. Blizny wyryte nie w tkance, lecz w pamięci. Tych po wkłuciach wstydził się przecież najbardziej, ale jeszcze bardziej wstydził się ich pozbyć. Nie tylko dlatego, że musiałby je wtedy pokazać, odsłonić przed kimś pokłute przedramiona. Najgorszym byłoby przyznać się przed samym sobą, że wcale nie chce się ich pozbywać. Tylko to mu pozostało po czasach, kiedy wtłaczał opioidy w żyły. Tylko to mu pozostało poza wieczną tęsknotą uzależnionego. Blizny. Ślady po ostrych kamieniach, którymi pokaleczyło go jezioro, wypadałoby w porównaniu jak rzewne wspomnienie z czasów dzieciństwa. Jak niewinna szrama po upadku z miotły na zajęciach z latania. Przypominałyby mu o tym dniu, a nie byłoby to przecież złe wspomnienie. Wiedział, że przyjdzie mu wspominać ten dzień dobrze. Przeszłość nie była dla Alexandra jedynie wspomnieniem, lecz zapisem dokonanym w żywej tkance. Dowodem, że jego ciało było areną wyborów, pragnień i przemocy. Przeszłość determinowała w pewnym sensie przyszłość, choć czasem bywało też na odwrót. Nawet teraz przyszłość była możliwa do wyłuskania spod poznaczonej bliznami skóry. A jednak Alexander nie chciał jej dotykać, rozdrapywać, co mogło być, a co juź było. Dzisiaj po prostu przeżywał dzisiaj. Przytrzymał się więc grubej sierści psa, gdy ten szarpnął go za kołnierz, nie spodziewając się, że zwierz próbując przeciągnąć go po mokrym piasku. Gdyby nie bał się, że wywoła to atak kaszlu, Alexander zaśmiałby się w głos. Kiedy ostatnio widział taką monumentalną bestię? Puścił psa, gdy ten przywlókł go w stronę kobiety. Pozwolił jej przyłożyć do swych ran lecznicze zielsko, choć w innych okolicznościach zapewne odtrąciłby jej dłonie. Nie chciał żadnej pomocy. Z gorszych rzeczy udało mu się przecież wylizać... Potrzebował po prostu odetchnąć. Wysuszyć się przy ogniu. Odpocząć na tyle, żeby móc się stąd bez szwanku teleportować. No i zapamiętać jej dom. Należało się bowiem odwdzięczyć tej kobiecie. Nie była wytworem jego umysłu, lecz żywą istotą. Być może domyśliłby się, co jest przyczyną jej milczenia, gdyby miał choćby chwilę na zebranie myśli. Wszystkie jednak poświęcił na to, żeby wstać. Wcześniej zgarnął z ziemi różdżkę, powiódłszy palcami wzdłuż imienia, które miała pewnie niedługo wymyć woda jeziora. A może zatrą je małe żyjątka gnieżdżące się w przybrzeżnym mule. Alexander podniósł wzrok na czekającą na niego kobietę. Jahnavi. Niemo obrócił imię na języku, podążywszy za nią i za delikatnym pobrzękiwaniem jej bransoletek. Wbrew pozorom nie chwiał się ani nie kulał. Wyglądał tak, jak gdyby wszystko było z nim w porządku. Tylko barki trzymał lekko uniesione, a jedno ramię bardziej przyciskał do klatki piersiowej. Robił wszystko bardzo powoli, jak gdyby każdy ruch musiał zostać wcześniej dokładnie przemyślany. Kiedy siedzieli przy brzegu, nauczył się kontrolować oddech, wciąż jednak trzymał rękę na żebrach. W tym miejscu bolało go najbardziej, ale zachłysnął się wodą, więc normalnym było, że kłuło, gdy oddychał. Dopóki szedł równym rytmem, unikając gwałtownych ruchów, dało się przeżyć ból. Czasem tylko na twarzy widać było wyraz napięcia. Przypominał sobie wtedy, żeby oddychać płytko, nie nabierając zbyt wiele powietrza. W końcu jednak się odważył. – Jahnavi – powiedział. Wymówił jej imię ostrożnie, chcąc właściwie położyć akcent. Wyczuwał w imieniu kobiety wpływ starożytnego sanskrytu, z którego wyewoluowała grupa średnioindyjskich prakrytów, a potem języki nowoindyjskie. Hindi. Bengali. Marathi. Było ich tak wiele, że nie byłby w stanie umiejscowić różnicy. Sanskryt rozpoznałby jednak wszędzie, ponieważ z niego wywodził się romski. Podobieństwa bywały uderzające, choć nie zawsze pozwalały na łatwe dojście do porozumienia. Składnia i słownictwo uległy zmianie na przestrzeni wieków. Niewielu wiedziało o tym, że jego przodkowie wywędrowali z terenów Indii, że w dialektach, jakimi się wciąż posługiwali, przebrzmiewają wpływy wszystkich miejsc, jakie odwiedzili. Niektóre słowa nosiły wspomnienie rządów perskich szachów, inne wywodziły się z greki, a końcówki w pewnym momencie zaczęły odmieniać się podobnie do języków Słowian. Język stanowił zapis wędrówki, a może był wędrówką sam w sobie: Alex wędrował, szukając w głowie romskiego dialektu, który najpełniej oddawałby naturalny rytm języków indyjskich. Nie był zbyt dobry w bałkańskich odmianach vlax romani, ale dzięki latom spędzonym w Rumunii posługiwał się doskonale dialektem wołoskim. Choć ten kształtował się pod wpływem języka rumuńskiego, zachować zdołał wiele cech indoaryjskich. Miękkość samogłosek, sylabiczny rytm. Intuicyjna wiedza, w którym momencie należy wziąć oddech, aby prześlizgnąć się lekko po słowie, które Anglik wypowiedziałby ciężko, gardłowo wręcz, nieświadom tkwiącej w nim melodii. A melodyjny był to przecież język. – To twoje jezioro? – spytał po romsku, celowo dobierając słowa, które były proste, znajome, choć wybrzmiewały w hindi nieco inaczej. – Długo tu mieszkasz? – A raczej "czy długo masz tu swój dom?". Pewne zwroty były przecież tak samo uniwersalne jak słowo matka w językach świata. "Dom". "Woda". "Żyć." – Jak ma na imię twój pies? Ale potem znowu zaniósł się kaszlem, i trzeba było czekać, aż się uspokoi, bo przesadził z mówieniem. A prawie udało mu się dojść pod drzwi chatki. |