![]() |
|
[7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. (/showthread.php?tid=5637) Strony:
1
2
|
[7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Anthony Ian Borgin - 20.01.2026 “Can I have this dance?”
Anthony westchnął, gasząc papierosa i raz jeszcze spoglądając na niebo z jednego tarasów rezydencji Lestrange, pomyślał, że kiedyś te bale były zabawniejsze. Roslyn nie mogła się dziś zjawić, ale nie zwalniało to go z obowiązków przyszłej głowy rodu i musiał odpowiedzieć na zaproszenie. Jesienny wiatr porwał resztki żaru, sprawiając, że zniknęły w powietrzu w mgnieniu oka i wdarł mu się pod materiał koszuli, zostawiając dreszcz. Był nieprzyzwoicie elegancki, garnitur w kolorze butelkowej zieleni szyty był na miarę, a śnieżnobiała koszula wykonana z mieszanki kaszmiru i bawełny. Pod szyją miał pasującą do maski muchę, nosił zegarek i sygnet, który podarował mu dziadek, a pantofle wykonane były z miękkiej, drogiej skóry. Prezentował się tak, jak Borgin powinien, nawet doprowadził burzę niesfornych, brązowych włosów do porządku i się ogolił, wybierając do tego papierosy bez zapachu. Co byłoby większym poświęceniem, niż to? A jednak, Anthony się nudził, pomimo przechadzania się między ludźmi, prowadząc krótkie i tajemnicze rozmowy. Oczywiście powstrzymywał swój niewyparzony język, był grzeczny i kulturalny, ale nie było tu niczego, co zwróciło jego uwagę na dłużej. Z Różyczką z pewnością byłoby dużo zabawniej, ale nie miała nastroju do spotkań towarzyskich na taką skalę. Wszedł do środka z wysuniętymi w kieszenie rękoma i nawet chciał kierować się do wyjścia, ale coś przykuło jego uwagę. Właściwie to ktoś, wyróżniający się na tle całej tej sali. Ktoś, kogo poznałby zawsze i kto promieniował, sprawiając, że cień uśmiechu przebiegł po jego wargach. I kurwa, wiedział, że nie powinien i wiedział, że Brenna była tutaj z Atreusem, ale nie mógł sobie tego odmówić, nawet jeśli miał zostawić ją w porządku. Chciał się tylko upewnić, że jakoś się trzyma, że ostatnie wydarzenia nie odebrały jej nadziei i uśmiechu. Zerknął w stronę orkiestry, która przygotowywała się do rozpoczęcia kolejnej piosenki. Poprawił marynarkę, wyprostował się i podszedł do kobiety w sukni, skłaniając się grzecznie i wyciągając w jej stronę dłoń, bez słowa, zapraszając do tańca. Półmrok i maska robiły swoje, chociaż gdyby bliżej się przyjrzała, mogłaby dostrzec znajome tęczówki. Gdy ujęła jego dłoń, ucałował jej wierzch i zaprowadził ją na parkiet, przybierając odpowiednią pozycję do tańca. Był grzeczny, jego dłonie trzymały się sztywno granic wyznaczonych przez towarzystwo, chociaż wyglądała naprawdę ślicznie. Uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie, zadziorny sposób - pozbawiony złośliwości, pozbawiony jakiejkolwiek emocji, którą mogłaby odebrać jako złą. Bo przecież Anthony nigdy by jej nie skrzywdził i nie obraził, niezależnie od tego, co Longbottom myślała o nim i o innych, którzy tkwili z nim w tym konflikcie, który tak okropnie się przeciągał. - Przepięknie wyglądasz. Zjawiskowo. - odezwał się, gdy muzyka rozbrzmiała i zaczął taniec, nie spuszczając z niej wzroku. - Mam nadzieję, że Atreus nie będzie miał nic przeciwko. Dobrze się bawisz? Nie wiem, czy próbowałaś, ale koreczki są k.. Wyborne. - chrząknął, powstrzymując przekleństwo. Miał być perfekcyjnym gentlemanem. RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Brenna Longbottom - 20.01.2026 Ach, co za bal – maskarada na sto par. Niektóre z nich Brenna rozpoznawała od razu, zdradzone przez charakterystyczną fryzurę czy maskę ledwo przysłaniającą oczy, ruchy tak znane, tak mocno wyryte w pamięci, że nie mogłaby mieć wątpliwości albo strój, który wiedziała, że ktoś wybrał na ten wieczór. Tożsamość innych była w stanie odgadnąć po chwili skupienia. Byli jednak i tacy, którzy na ten wieczór jawili się jej anonimowo, nieznani bądź zbyt dobrze skrywający się za maskami. W taką noc odrzucali twarz i stawali się maską. Zaczepiona przez znajomego, który zdołał rozpoznać ją – nie było to banalnie łatwe, przez fryzurę i srebrzystą maskę, osłaniającą górną część twarzy, ale też nie niemożliwe, jeśli znalazło się blisko i znało Brennę dobrze – przystanęła na chwilę rozmowy. Atreus zdążył odejść na moment do ogrodu, by oddać się w szpony nałogu. Nie rozpoznała Anthony’ego Borgina w pierwszej chwili, choć wydał się znajomy, dlatego zaczepiona o taniec nie protestowała, dość odruchowo pozwalając pociągnąć się na parkiet, przekonana, że to po prostu brat którejś z przyjaciółek albo nawet kolega z pracy. A że byli w końcu na balu, i ten mężczyzna nie próbował jej szarpać ani całować, jak tamten, który zaczepiał ją wcześniej, nie przyszło jej nawet do głowy uparcie odmawiać. Byli na balu. Na balu się tańczyło, i wręcz niegrzecznie było wzbraniać się przed jakąkolwiek interakcją z innymi gośćmi. Tyle że trochę z tym kolegą z pracy miała rację, trochę nie. Omal sama nie zaklęła, gdy go rozpoznała: znajomy głos i znajome spojrzenie, wyłapane dopiero, gdy znaleźli się już na parkiecie, a nagłe odmaszerowanie w tej chwili nie byłoby może wielkim skandalem, ale mogłoby się kwalifikować pod taki malutki. – Jestem pewna że twoja narzeczona wygląda lepiej – odparła Brenna spokojnie, nie myląc kroku. Ani ton, ani wyraz twarzy nie zdradzały, że cokolwiek jest nie tak. Nie powiedziała tego dlatego, że czuła się w obowiązku przypominać mu, że był zaręczony: nie wątpiła, że o tym pamiętał, a tańczenie nie tylko ze swoim partnerem było na tego rodzaju spędach czymś naturalnym. Częścią podtrzymywania relacji, grzecznością, czasem zabawą, czasem obowiązkiem. Mimo to przywołanie Atreusa (choć trochę ją zdziwiło, że wiedział, że byli tu razem, ale zaraz uznała, że ot pewnie Bulstrode mu powiedział) i Roselyn jakoś nadawało ton tej konwersacji i spotkaniu, które na swój sposób było trochę niezręczne po ich ostatniej rozmowie. „Trochę”, bo Brenna rzadko czuła się niezręcznie, i teraz też z pełnym opanowaniem przyjęła, że znaleźli się na parkiecie. Choć i tak pomyślała, że do diabła: jeszcze dwa lata temu nie pomyślałaby, że mogłaby tak reagować na Anthony’ego. Kiedyś go lubiła. Może do pewnego stopnia lubiła go nadal, ale w to wdzierało się dużo negatywnych emocji, i to mimo tego, że nie była świadoma, jaki znak nosił na ręku. – Nie. Po eliksirach zamieniających ludzi w elfy i zmuszających do całowania uznałam, że lepiej być ostrożnym, po co się tutaj sięga. Nie żeby choć przez chwilę w ogóle zamierzała tutaj jeść albo pić drinki. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=x4Us90M.png[/inny avek] RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Anthony Ian Borgin - 24.01.2026 Faktycznie, gdyby zwracał większą uwagę na otaczających go ludzi, pewnie większość by poznał, ale dziś mu się zwyczajnie nie chciało. Suknie były piękne, owszem, ale większość noszących je kwiatów wyglądała tak samo, chichocząc za maskami i szukając sobie jak najlepszej partii wśród wielu zebranych tu gentlemanów. Lestrange byli na tyle dużym i na tyle znanym rodem, że byli tu chyba wszyscy przedstawiciele skorowidza. Obserwował ją tyle lat, próbując zyskać jej sympatię i rękę, że poznałby ją nawet w stroju pingwina. Chociaż się odsunął, tak, jak sobie tego życzyła, uważał, żeby nic się jej nie stało. Było to cholernie ciężkie, zważywszy na rolę i zaangażowanie, które Brenna w sobie miała, będąc cennym człowiekiem Ministerstwa, ale naprawdę się starał. I starał się nie myśleć o tym, że zgodziła się z nim zatańczyć tylko dlatego, że go nie poznała. Był na to przygotowany, owszem, ale niechęć z jej strony zawsze sprawiała mu przykrość. Niby wiedział, że nigdy nie będą mogli się przyjaźnić, że była z Atreusem – tak mu się przynajmniej wydawało, bo ostatnio często ich razem widywano i że ten łakomy głupek, który pewnie teraz opychał się przy bufecie, był dla niej lepszą partią, właściwą partią. Wciąż jednak go to kurewsko irytowało. Dziś jednak był gentlemanem, uśmiechał się łagodnie i skupiał na swojej partnerce w tańcu, ostrożnie prowadząc ją w rytm granej przez orkiestrę muzyki, w której dominowały skrzypce. - Rose? Nie ma jej dziś, więc nie wiem. – odparł z delikatnym mruknięciem zamyślenia w głosie, wzruszając delikatnie ramionami. Miała jednak dobry gust, nie licząc jej wypraw do ogrodów czy kneii, gdzie wybierała nieadekwatne do jej prezencji kroje, ale najważniejsze ostatecznie było to, że Greengrass było w tym wygodnie. Longbottom nie wiedziała, że te całe zaręczyny były farsą i wynikały z zapędów jego przyszłej kryzysowej małżonki, więc jedyne uśmiechnął się, kontynuując. – Jestem pewien, że przypadłaby Ci do gustu. To wrażliwa i pełna empatii dziewczyna. Mogłyby się zaprzyjaźnić, gdyby miały jak. Obydwie były jasnym punktem, raczej niewinnym na tle tego wszystkiego, co działo się dookoła. Poprawił jej dłoń w swojej, ściągając brwi na wzmiankę o eliksirach. – Naprawdę takie zrobili..? Dość odważnie, nie spodziewałbym się tego po rodzinie Lestrange. I co, zostałaś elfem i musiałaś całować Atreusa, czy on Ciebie? – zapytał szybciej, niż zdołał ugryźć się w język, więc roześmiał się i pokręcił głową, dając jej znak, że wcale nie musi odpowiadać, a on raczej nie chce o tym wiedzieć. – Koreczki są bezpieczne. Zjadłem chyba z sześć i nic mi nie jest, fajne wariacje smakowe. Jedna ciotka z rodziny Rowle powiedziała mi, że przy wejściu do ogrodu serwują owocowe, ale tego jeszcze nie próbowałem. Dobrze się bawisz Brenno? Wyglądasz na całkiem... Szczęśliwą? – przekręcił głowę na bok, jakby nie był pewien, czy użył właściwego słowa, bo na tyle, jak bardzo ją znał, wiedział, że głowę ma pełną i na pewno mocno przeżyła wydarzenia z początku września. Obrócił nią delikatnie, wciąż nie naruszając żadnych stref jej ciała poza tymi, na które pozwalał taniec. Wyglądała naprawdę ślicznie, gdy materiał wirował, a pasma włosów przecinały ze świstem powietrze. RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Brenna Longbottom - 24.01.2026 – Nie wypiłam eliksiru i żadna magia nie zmuszała mnie do całowania. – Może i na szczęście, bo tej w ich relacji było już dostatecznie wiele, jakby w pewnym momencie cały świat próbował pchnąć ich w określonym kierunku. Amortencja, rytuał Beltane, anomalie teleportacyjne, wizje na statku i na plaży, nawet losy, które dobierały ich wciąż w parę. I choć nie mogła narzekać na rezultat, i zdecydowanie potrzebowali popchnięcia, bo bez niego nie ruszyli w konkretnym kierunku, to jednak teraz chyba wolała, kiedy mieli wybór. Kiedy nie decydowało przeznaczenie, a oni sami. – Myślę, że ja i ona bardzo się od siebie różnimy – skwitowała krótko, i nie miało to nic wspólnego z samym Anthonym, raczej charakterami. Choć i na pewno Borgin znał tę dużo lepiej, Brenna raczej nie miała ku temu wielu okazji. Dłoń w jego dłoni, ręka na ramieniu, dobrze wyuczone kroki, spokojne spojrzenie ciemnych oczu, nieruchoma twarz, częściowo przysłonięta maską. Jedna z wielu par na parkiecie, taki sam taniec jak inne, i tylko aura Brenny mieniła się kolorami smutku. Szczęśliwa? Nie. Nie była teraz szczęśliwa. Ogólnie na balu bawiła się dobrze, czy to z Atreusem, czy z Victorią, i nie analizowała wiele, ale ciężko było mówić tak ogólnie o szczęściu, gdy otaczała ją konkretna atmosfera. A w tym momencie… nie była wściekła, nie była zawstydzona, nie była pełna nienawiści nawet, a tu, w tej konkretnej chwili, podczas tego tańca, jedynie zmęczona i smutna. Uśmiechnęła się więc jedynie, krótko, nie odpowiadając na to pytanie. Nie dajesz wglądu tym, których nie ufasz, do tego, co tkwi w twoim sercu, w twojej duszy. Czuję się jakby bolała mnie dusza. Echo słów Dory, odbijające się w jej głowie, dla niej głośniejsze od muzyki. Mogli wspominać tu o jego narzeczonej i o Atreusie, ale to nigdy nie oni stanęli między nimi, nieważne, co chciał myśleć o tym Borgin. Brenna pół roku temu przecież nawet z Bulstrodem nie rozmawiała. Nie, nigdy nie chodziło tu o Atreusa, choć teraz była zakochana i nie aż tak głupia, by nie zdawała sobie z tego uczucia sprawy. I nie miało znaczenia, że być może Anthony potrafił kochać bardziej, że kochałby ją mocniej niż mógłby kiedykolwiek Atreus, czy że kochał Roselyn goręcej niż mógłby ją czy niż Brenna była kochana przez mężczyznę, z którym tu przyszła. Problem tkwił raczej w tym kim była ona. W tym, kim był dla niej Anthony. Anthony był utraconym przyjacielem. Twarzą, w której doszukiwała się podobieństw do twarzy siostry: tej prawdziwej twarzy, istniejącej już tylko w pamięci Brenny, której każdy szczegół wyryła ze wspomnieniach, bo musiała trzymać się cienia nadziei, że kiedyś będzie mogła ją zwrócić. Wraz z nazwiskiem, blaskiem dnia, gwarem ulic, spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Był kimś, kto patrzył jak Susanne z czarno białego zdjęcia: Susanne spoczywająca teraz w cichym, zimnym grobie. Był dziedzicem rodu, od którego członka nadszedł list, jaki podarła tego ranka, w którym słońce wstało, by oświetlić Anglię, spowitą popiołami. Był wiecznym wyrzutem sumienia, że zawiodła, bo być może mogła kiedyś mu pomóc. Był symbolem tego, że wojna niszczyła na tysiąc różnych sposobów. Był jej „a co jeśli?” Był jej „być może w innym życiu”. Był kimś, z kim w tym innym życiu mogłaby zatańczyć, uśmiechając się do niego szczerze, bez czerni i szarości, wypełniających umysł. Ale w tym, choć nie mogła go nienawidzić za grzechy ojca, za nazwisko, jakie nosił, to wiedziała, że nawet jeżeli nie on rzucił cruciatusa w pewną dziewczynę, próbującą pomagać innym na gruzach Anglii, to gdzieś była lub będzie inna dziewczyna, której noce przez niego wypełnią strachy. Która będzie płakała samotnie, bo straciła matkę, bo dręczyły ją złe wspomnienia, bo bała się o przyszłość. Nie musiał do tego nosić mrocznego znaku na ramieniu – choć tego była nieświadoma, to będącego tam, na ręce, którą ją obejmował – nie musiał osobiście zabijać, wystarczyło, że pomagał w tym na inne sposoby. Dzięki drobnym rzeczom, które zrobiły dziesiątki ludzi w imię Voldemorta, Derwin nie żył. Dzięki drobnym działaniom, budującym wieżę, Anglia stanęła w ogniu. Nie, nie chodziło o wybory jego ojca, jego wuja, jego dziadka, a o te, których dokonywał sam. Zaakceptowanie tego ot tak po prostu było wbrew samej jej naturze. Niektórzy mogli mówić, że lojalność wobec przyjaciół powinna być ważniejsza. Widywała to często w pracy, wzrok odwracany przez żonę, gdy mąż krzywdził córkę, bo przecież go kochała, sąsiadów zapewniających, że to miły człowiek, że zawsze im pomagał, choć w ogródku miał dwa ciała, a oni nie chcieli robić kłopotów, wspominających o tych dziwnych dźwiękach z szopy. Ale ona choć poszłaby w ogień za ludźmi, których kochała, to istniała też lojalność wobec tych, którzy jej zaufali, którym obiecała wiele rzeczy, i ci, którzy nie potrafili się sami obronić, a także wobec samej siebie. Istniały rzeczy, z którymi nie potrafiłaby się pogodzić. – A ty, dobrze się bawisz? – spytała, gdy obróciła się w tańcu, do wtóru melodii. Czuję się jakby bolała mnie dusza. Ale to przejdzie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=x4Us90M.png[/inny avek] RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Anthony Ian Borgin - 25.01.2026 Nie mogła zauważyć, ale odetchnął lekko. Obraz Atreusa całującego się z Brenną wyleciał z jego umysłu, przypominając balonik, z którego ktoś spuścił powietrze. Wiedział oczywiście, że mogą być często w sytuacjach intymnych, ale wciąż źle znosił tę myśl. Rozumiał, ale trudno było mu się pogodzić. - Lepiej całować się bez eliksiru, to prawda. Tak wiesz, prosto z głębi serca. – przytaknął, posyłając jej lekki uśmiech. Anthony przy Brennie zawsze zachowywał się dużo łagodniej, jakby próbował być postrzegany, jak człowiek dorosły i odpowiedzialny. Jak ktoś wartościowy. – Nie aż tak chyba, ale ja się mało na tym znam. Na pewno obydwie jesteście opiekuńcze względem ludzi, o których dbacie. To dobra dziewczyna, ma życzliwe serce. Nie bardzo Roselyn jeszcze znał, wciąż wiele było przed nimi. Widział jej smutną stronę, widział jej złość i zrezygnowanie, widział ból i bezradność względem kniei i był pewien, że ktoś taki nie może być złym człowiekiem, a z drugiej strony, każda róża ma kolce. Nie mógł powstrzymać się od spoglądania na nią. Zawsze wydawała mu się idealnie piękna – miała ładny kolor włosów, przyjemną sylwetkę i ten błysk w spojrzeniu, uśmiech, który był najbardziej zaraźliwy na świecie. Chciał ją chronić i będzie chronił zawsze, nawet jeśli nie będzie tego chciała. Prawda była taka, że gdzieś w środku od lat wiedział, że Brenna zasługuje na bohatera, na kogoś dobrego i szlachetnego, urodzonego we właściwej rodzinie. Kogoś jak jego przyjaciel właśnie, może bez tej całej jego słabości do kobiet i uwielbienia do flirtu. Nie był pewien, czy on w ogóle był w stanie kiedykolwiek się ustatkować. Uniósł brwi na jej uśmiech, jakiś inny niż zwykle i powstrzymywał się, żeby go głośno nie interpretować. Jego palce odrobinę mocniej zacisnęły się na jej ciele i dłoni, jakby chciał pokazać, że mógł ją podtrzymać i ją złapie, gdy będzie upadała. Nie będą nigdy razem, jego fascynacja przeminie, ale nie da się przecież ot tak wymazać kogoś, za kim biegało się dziesięć lat. Bo chociaż na Longbottom nie zasługiwał, to sądził, że nie był aż takim potworem, że nie zasługiwał na nic. Robił to, co musiał i do czego go wychowano, nie umiejąc się od tego odwrócił. Bał się chyba najbardziej, że zostałby wtedy zupełnie sam, a gdy nabrał odwagi, nie było już odwrotu. Tony nie wróżył sobie przez to długiego życia, był zbyt pyskaty i zbyt niezależny, żeby na dłuższą metę się podporządkowywać, nawet jeśli to było Voldemort. Zwłaszcza, że on wcale nie chciał zabijać, nie widział w tym żadnej satysfakcji – nawet jeśli wierzył w to, że szlachetna, czarodziejska krew była po prostu lepsza i miała większy potencjał magiczny. Każdy wybór miał swoje konsekwencje, wiedział o tym. Demony coraz częściej sięgały do jego głowy, chociaż starał się maskować to humorem i pewnością siebie. Uciekał w pracę. I teraz miał też Rose, za którą był odpowiedzialny i wiedział, że z czasem, będzie to dla niej zbyt niebezpieczne. - Taniec z Tobą to najlepszy element mojego wieczoru, zaraz po nim koreczki. – odparł zgodnie z prawdą, przyglądając się wirującej na parkiecie kobiecie, która siłą swojego charakteru przyćmiewa te tkwiące obok. Było to słodko gorzkie – było nieznośne cierpkie, gdyby mógł czytać jej w myślach i głębiej spoglądać w jej oczy. Starał się skupiać na tym, co było pozytywne. - Ludzie chyba potrzebowali tego balu, dużo się śmieją i rzucają żartami. Lestrange zawsze był dobry w organizacji takich wydarzeń, moja siostra tak twierdzi. Była tu dziś trochę, ale zabrali ją już do domu. – dodał jeszcze, kręcąc głową na obraz, który pojawił mu się na kilka sekund przed oczami. Młoda mała śliczną sukienkę, jasnoniebieską i maskę obszytą perełkami, ale była dużo za młoda do tego towarzystwa i do siedzenia tak późno. Borgin gdy wrócił do rzeczywistości, znów spojrzał na Brennę. Rozmawiał z nią swobodnie, równie swobodnie się zachowywał, jakby to, że go wtedy odrzuciła, pozwoliło trochę zejść mu na ziemię. – Myślałem, żeby kupić sobie kota, jak pozbędę się smrodu spalenizny z mieszkania. Powinni skończyć remont niedługo. Masz jakieś rady o kotach? Nigdy nie miałem kota. Wyjaśnił, przekręcając głowę na bok. Chciał rozmawiać o wszystkim tym, co było błahe i proste, sprawić, żeby chociaż na chwilę się uśmiechnęła tak, jak robiła to kiedyś, gdy rozmawiali w Hogwarcie lub jak wtedy dała mu czekoladową żabę. RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Brenna Longbottom - 25.01.2026 Nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła, nie z powodu jakiegokolwiek zakłopotania czy zawstydzenia, a raczej bo omawianie swoich pocałunków z jego przyjacielem zdawało się jej nie najlepszym tematem na wieczór. Właściwie to z kimkolwiek innym też, w końcu o takich rzeczach zwykle dziewczyna dyskutowała z siostrami albo przyjaciółkami, jeżeli z kimkolwiek (ewentualnie z bratem czy ojcem, ale podejrzewała, że zwykle przyjmowało to kierunek "ale jak to, całowałaś się z XYZ?! Zabiję go/Jakie ma wobec ciebie plany/Dlaczego on/Kiedy planujecie ślub!"). – To dobrze, że w ten sposób o niej myślisz. Zwykle to pomaga w małżeństwie, kiedy w ten sposób widzi się swoją partnerkę. Czy wierzyła że Roselyn to opiekuńcza dziewczyna o życzliwym sercu? Czemu by nie miała w to uwierzyć? Choć nie wątpiła, że sama Greengrass by jej nie polubiła, a ona z kolei przy kontakcie z nią pewnie musiałaby zastanawiać się, czy ta opiekuńczość nie oznaczała opieki nad bliskimi, wracającymi po paleniu Londyniu. Nie nazwałaby pewnie Atreusa szlachetnym bohaterem: był odważny, nieraz pomagał ludziom, ale w archetyp takiego rzadko były wpisane szaleńcza ambicja, szukanie poklasku czy nawet odrobina samolubstwa przy dążeniu do swoich celów… bo już skłonności do flirtu pewnie do tych rycerzy z niektórych opowieści całkiem by pasowały. Tyle że Brenna nie szukała rycerza, od takiego wolała dostać miecz do ręki, a chociaż gdyby ktoś powiedział jej tak w kwietniu, że mogłaby się zakochać w kimś takim jak Bulstrode – albo że ktoś taki jak Bulstrode mógłby zainteresować się ją – pewnie byłaby bezbrzeżnie zdumiona, to chyba nawet lubiła, że nie próbował jakoś ukrywać tego, co można by uznać za wady. Nie przejmowała się i dawnymi miłostkami, wcale nie czując, że musi walczyć z jakimś cieniem: mogłaby o nich myśleć co najwyżej w kontekście zastanowienia się, czy jest kolejną w ich korowodzie, liczbą, która potem będzie dalej rosnąć… Ale chwilowo chyba ogólnie nie chciała zamartwiać się przyszłością. – To muszę być naprawdę niesamowite koreczki, skoro przyćmiły inne elementy wieczoru – odparła po prostu, choć jego słowa o tym tańcu wywoływały jakąś gorycz. – Czy ja wiem? Na pewno z jakichś powodów był potrzebny Lestrangom, a ludzie lubią tańczyć i przede wszystkim plotkować. Podobno w tutejszej oranżerii grasują utopce, wedle tych plotek, tak nawiasem mówiąc. Na pewno ta mgła im wyszła, a płonące drinki robią furorę. Ach i koreczki, rzecz oczywista – odparła, bo cokolwiek myślała o tym balu, przyczynach jego zorganizowania i własnej obecności, nie miała zamiaru stać… znaczy się tańczyć i narzekać. Ani zachowywać grobowego milczenia, niezależnie od własnego nastroju: robiła więc to co inne angielskie pary w takich okazjach, od wielu, wielu lat, rozmawiała. Do rozmawiania zawsze miała pewien talent. – W przypadku kotów kluczowa jest jedna zasada. Ten, na czyich kolanach usiadł, jest zwolniony ze wszystkich domowych obowiązków, a inni mają mu usługiwać, póki kot się nie ruszy. A, i jeszcze twoje łóżko należy do kota, on tylko pozwala ci się z nim kłaść. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=x4Us90M.png[/inny avek] RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Anthony Ian Borgin - 26.01.2026 Anthony nieco spoważniał, czego nie mogła zauważyć pod maską. Jego brwi drgnęły, jakby był zaskoczony, że użyła terminu „małżeństwo”, bo on tak daleko nie wybiegał. Rose zasługiwała na więcej, a przede wszystkim na kogoś, kto powinien zapewnić jej bezpieczeństwo. Podobnie jak Brenna, nie wybrałaby kogoś takiego, jak on, na męża. - Nie jestem pewien, czy jestem dobrym kandydatem na męża. – odparł całkiem szczerze, a jego ramiona drgnęły lekko. Nie lubił planować, bo żyli w takich czasach i miał taki temperament, że jutro mogliby znaleźć go martwego gdzieś w Londynie i wcale nie byłby zdziwiony. Wszystko balansowało na krawędzi, świat trząsł się i dygotał, a on, chociaż powinien pozbyć się impulsywności i niewyparzonego języka, nie potrafił tego zrobić. – A Ty? Jak Ty widzisz swojego partnera? Zapytał zaciekawiony, chociaż zdawał sobie sprawę, że przechodził w tryb kogoś, kto świadomie się nad sobą znęcał. Miał zawsze wyobrażenie tego, kto by do niej pasował, bo przecież sam się jej oświadczył, ale nigdy nie pytał o to, czego oczekiwała ona. Brunetka była na tyle silną i niezależną kobietą, że z pewnością nie mógłby to być typowy tradycjonalista, który chciałby swoją małżonką rządzić i zamykać ją w klatce. Nie, ona miała skrzydła i potrzebowała nieba do latania. Roselyn też je miała, ale jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy i nie umiała ich rozwinąć. Los był przewrotny, a ludzie skomplikowani. On starał się łamać te wszystkie zakazy, ale wciąż nie mógł żyć tak, jak chciał. Nie mógł oddychać pełną piersią. - Są! To chyba kwestia marynaty do mięsa i do ryby, bo są takie i takie. – przytaknął z entuzjazmem, sugerując tym samym, jak prości byli mężczyźni. Oczywiście kobiet też to tyczyło, bo głodna kobieta była absolutnie nieznośna, a nie mogły jeść oficjalnie tyle, ile chciały. Bo przecież figura miała znaczenie. – Mgła nadaje nuty tajemnicy, zgadzam się. Podkreśla maski, pozwala na większą anonimowość, chociaż wydaje mi się, że wszyscy tu się znają i to nie ma znaczenia. – odparł z delikatnym wzruszeniem ramion, przesuwając ich nieco w lewo, bo tańcząca nieopodal para zaczęła się brzydko rozpychać. Obrócił ich tak, aby to on ewentualnie dostał z łokcia, a nie Brenna. Słuchał uważnie tego, co mówiła o kotach i na jego twarzy pojawił się zaskoczony grymas. – Czy kot musi spać w łóżku? Nie może mieć swojej poduszki? – zapytał, jakby ta wizja zupełnie mu nie pasowała. Łóżko i pościel były święte, wolał, aby zostały czyste i pachnące olejkami do prania. – Czyli jakbym poszedł po tego kota, to on musi sobie mnie wybrać i zająć kolana? To się łączy? Bo wiesz, ja większość czasu mieszkam sam, mało, kiedy bywam w rezydencji rodowej. Więc byłoby niesamowicie niepraktycznie, gdybym nie mógł wstać i się czymś zająć, a nie mam skrzata. – uzasadnił trochę swoje pytanie o kolana, jednocześnie zastanawiając się, czy lepiej byłoby znaleźć hodowlę czy może pójść do schroniska. Cieszył się, że mogli rozmawiać w ten sposób, o sprawach prostych i przyziemnych, jakby cały ten cyrk dokoła nie istniał, a oni byli na szkolnym balu. Jego też bolała dusza, podobnie, jak ją, ale żadne z nich wzajemnie o tym nie wiedziało. RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Brenna Longbottom - 27.01.2026 – Dlaczego nie? – spytała, może odruchowo, może naprawdę ciekawa odpowiedzi, a może w pewnej bezczelności, skoro on ją wypytywał. I tak się ograniczyła, do pewnego stopnia: nie strzeliła pytania „a co, terroryści to marny materiał na mężów?” Na pewno były w końcu kobiety, które właśnie o takim marzyły. – Nie zastanawiałam się nad tym wiele, tak samo jak nie myślałam specjalnie o małżeństwach. Nie wymyślamy w końcu swoich partnerów. Rzadko w ogóle myślała o chłopakach w innym niż przyjacielski kontekst, chociaż gdyby parę lat temu ktoś ją o to zapytał – gdy jeszcze była młoda uważała w sumie małżeństwo za coś jednocześnie odległego, ale i naturalnego – rzuciłaby najpierw bez namysłu, że na to jest jeszcze czas, a potem, że kogoś miłego, zabawnego, normalnego. Bo przecież to nie tak, że kiedykolwiek wzdychała do tych chłopców, którymi zachwycały się koleżanki, i jakby ją zapytać o wybór między epickim romansem, a stabilnym związkiem, nie wahałaby się, że to drugie jest lepsze. Jakby musiała o tym pomyśleć szczerze rok czy dwa temu, to może by nawet doszła do wniosku, że tak naprawdę najszybciej znajdowała wspólny język z mężczyznami takimi jak Vinc czy Alex, absolutnie nie wpisującymi się w typ „ktoś miły” ani „ktoś normalny” (chociaż podpadającymi pod „ktoś zabawny”). Może dlatego, że pod wieloma względami byli podobni, i tymi złymi, jak pakowanie się w kłopoty i dobrymi, jak troska o rodzinę… i może i dlatego, że pod innymi byli tak różni – choćby pod względem bycia nieprzyjemnym dla większości ludzi. Było prawie jakby ją i Prewetta ulepiono z jednej gliny, ale wypalono w innych piecach. Teraz przemknęło jej chyba przez głowę, że ktoś, z kim mogła rozmawiać i ktoś, z kim mogli być równi, ale to nie było jedno z tych przemyśleć, którym chciałaby się dzielić na prawo i lewo, zwłaszcza że ciężko było być tu subiektywnym, kiedy do głowy wciskał się pewien auror. - …chociaż jeśli twój kuzyn znów postanowi wysyłać mi gratulacje ślubne, może rozważę ślub tylko po to, by zrobić mu na złość? – rzuciła. Och, nie miała zamiaru wspominać o wyklejankach, wierszykach o Atreusie, własnych zdjęciach i fotografiach tentakuli. To była słodka tajemnica, jej i Stanleya. Ale nie mogła wciąż i wciąż nie zastanawiać się, czy te gratulacje faktycznie wysłał Stanley, czy człowiek, który włamał się jej do sypialni, i była ciekawa, czy reakcja Anthony’ego coś jej powie. Maski skrywające twarze utrudniały jednak odczytanie zbyt wiele. – Nie sądzę, żeby musiał zająć kolana. Niektóre pewnie potrzebują czasu – skwitowała i może wzruszyłaby ramionami, gdyby nie to, że nie wypadało podczas tańca. – Ale tak sobie myślę, że chociaż istnieją wyjątki od reguły, to sama reguła brzmi… jeśli twój kot nigdy nie próbuje z tobą spać, musi się ciebie bać. …a to, obawiała się, bywało częstym przypadkiem. Chyba nie do końca dowierzała, że inaczej niż przemocą i zaszczepieniem strachu mogłeś utrzymać kota z dala od człowieka, którego sobie wybrał. I to było zdaniem Brenny szalenie smutne. Chciała widzieć w ludziach dobro, wierzyć, że większość z nich ma je w sobie, ale czasem było to naprawdę trudne. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=x4Us90M.png[/inny avek] RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Anthony Ian Borgin - 08.02.2026 Zaskoczyła go pytaniem, bo tak naprawdę nie wiedział, jak na to odpowiedzieć – jak znaleźć słowa. Nie chodziło o samą kwestię wojny i przynależności, chodziło o coś więcej. Wydał z siebie ciche mruknięcie zamyślenia, zawieszając spojrzenie gdzieś na jej sukni, jakby srebro mogło przynieść mu inspirację. - Bo ciężko być żoną kogoś, kto ma zostać głową rodu. I to Borginów. To niekończące się oczekiwania Brenna. A to tylko kropla w morzu. – miał tu na myśli swój charakter, który też nie był najlżejszy. Tony był impulsywny, trochę był też księżniczką i miał wysokie wymagania względem jedzenia, czystości i sposobu wykonywania obowiązków. Był zazdrosny, nerwowy, miał nieprzerobione traumy i notorycznie podważał autorytety, łamiąc zasady. Gdy o tym wszystkim pomyślał, mała cząstka w jego sercu szepnęła o tym, że całe szczęście, Longbottom tego uniknęła. – Nie, ale mamy czasem wpływ na to, kogo wybierzemy. I szukamy konkretnych cech, które nam się podobają. Cholera, czemu on kilka lat temu nie zapytał jej o typ chłopaka, który się jej podobał? Czy wizualnie chociaż miał szansę? Zasługiwała na lepszego mężczyznę, to było pewne, ale czego mogła szukać kobieta silna i niezależna, która przecież nie chciała, aby ktoś ją chronił i się dla niej poświęcał? Bo Brenna czasem robiła tak, jakby to ona w związku miała nosić spodnie. Czy jej relacja z Atre budowana była na ciągłych spięciach i iskrach, tworząc przyciąganie, któremu nie można było się oprzeć? Zwilżył usta, bo zachciało mu się trochę pić, a jednocześnie nie chciał, aby piosenka się skończyła. Nie był pewien, czy będzie chciała z nim jeszcze chwilę porozmawiać. Łatwiej było myśleć o kotach i koreczkach. -Że słucham? Co? – zapytał inteligentnie, przekręcając głowę na bok, kolejny raz już podczas tego wieczoru wzięty z zaskoczenia. Co Stanley Andrew Starszy Borgin w ogóle sobie wyobrażał, pisząc do Brenny? Spiął się, jego głowa zaczęła podążać nie w tym kierunku, w którym powinna. – Jak to wysłał Ci gratulacje ślubne? Kiedy? Moment, bierzesz ślub...? Zgubiłem się, ale zapewniam, że jak go dorwę, to wyperswaduję mu, aby Ci się nie naprzykrzał. – ton jego głosu wskazywał na to, że się przejął i mówił poważnie. Niejednokrotnie mówił, żeby zostawił Longbottom w spokoju, nawet jeśli z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu jej nie lubił i nie potrafił docenić tego, co w sobie miała. Staszek zawsze miał okropny gust do kobiet, pomijając już nawet jasnoblond włosy, które tak cenił, odkąd zaczął się nimi interesować – chyba w czwartej klasie? Jedno było pewne, musiał to z nim wyjaśnić. Nie chciał, aby sprawiał jej kłopot i ją narażał. - Nie wiem, co jest gorsze Brenna: kot w łóżku czy kot, który się mnie boi? Nie chciałbym takiego kota. – ściągnął brwi, czego przez maskę nie mogła zobaczyć. Każdy by jednak zwrócił uwagę, że jej imię zawsze wypowiadał bardziej miękko i delikatnie, niż imiona innych ludzi. – Nie jestem straszny, przesadnie rozpieszczam, jak się zaangażuje. To byłby na pewno gruby kot. Mógłby może spać… Ale musiałbym codziennie zmieniać pościel, a to szalenie upierdliwe. Moje papiery w robocie się nie kończą, przysięgam. Tak, jakby ktoś potraktował je zaklęciem powielającym! Poskarżył się z westchnieniem, bo praca w departamencie skarbu była wymagająca, zwłaszcza gdy musiał nosić maskę spokojnego i surowego komornika, zamiast sypać żartami i się drażnić, bo przecież chciał dostać kiedyś awans, na co ciężko pracował. Chciał też, aby miewali więcej tak normalnych rozmów, podczas których czuł się trochę, jak w bańce. Było to trochę niebezpieczne, bo umiała sprawić, że gadał i gadał. RE: [7.10.72, Maida Valen] Dancing is a dangerous game. - Brenna Longbottom - 09.02.2026 Dziedzic? Niektóre osoby to wręcz przyciągało. A i nijak nie wydawało się Brennie czymś niezwykłym: chyba po prostu zawsze czuła się zobowiązana zajmować wieloma rzeczami i nie postrzegała czegoś takiego jako trudne. Ale tak, dochodził ten drugi element: Borginowie. Rodzina kojarzona ze sklepem na Nokturnie i opowieściach o ścinaniu głów wrogom. Nazwisko, które jej konkretnie kojarzyło się z mrocznym znakiem. Słusznie? Może nie, ale historia Crawleyów, głowa podrzucona na biurko Harper, dla niej to było jednoznaczne. Ale... - Są pewnie kobiety, które to zachęca - stwierdziła krótko na ten temat. - Myślę, że to bardziej skomplikowane, Anthony. Mam wrażenie, że mniejsze znaczenie ma to, czego szukamy niż to, co sprawia, że postanawiamy zostać. Albo to, co sprawiało, że postanowiło się odejść. Uśmiechnęła się, tak trochę ironicznie, kiedy odpowiedział. Niewiele z tą odpowiedzią mogła zrobić, ale de facto przecież potwierdzał, że ma kontakt ze swoim poszukiwanym kuzynem… inna sprawa, że poszukiwania prowadzono w dziwny sposób, gdy nawet szukający nie wiedzieli, dlaczego kogo szukają, bliscy nie zostali przesłuchani i gdyby miała zamiar użyć tego przeciwko niemu, łatwo mógłby wyłgać się czymś w stylu „oj, no nie widziałem go od dawna, ale liczę, że wróci wkrótce z podróży, skąd miałem wiedzieć, że Ministerstwo go potrzebuje”? – Czyimś zdaniem już wzięłam, najwyraźniej, chociaż trzeba przyznać, że ja nie miałam o tym pojęcia. I nie proszę, żebyś komukolwiek coś wyperswadowywał. Zdaniem Brenny najgorszym było bycie człowiekiem, którego ktoś niewinny musiał się bać. Jego kot, syn, żona, ale też przypadkowe dziecko czy dziewczyna spotkana na ulicy. Ale to było jedno z tych przemyśleń, którymi ani myślała się dzielić. – Mógłbyś też opanować zaklęcia, przyciągające kocie futro. Albo po prostu rzucić mu kocyk na poduszkę. – Nie żeby zdaniem Brenny kocyk wystarczył, aby powstrzymać kota przed zawłaszczeniem większej ilości przestrzeni, ale mógł tę obecność włosów wszędzie dookoła ograniczyć, jeśli kota się nauczy, że to jego miejsce. Chociaż ktoś, kto miał problem z sierścią, niekoniecznie zdawał się jej najlepszym opiekunem, nie zamierzała go zniechęcać: ostatecznie zwierzak pewnie będzie u niego szczęśliwszy niż w schronisku. – Sądzę, że to częsta przypadłość papierów, zwłaszcza w Departamentach takich jak twój. Może potrzebujesz zatrudnić asystenta – rzuciła jeszcze, puszczając jego dłoń w chwili, w której melodia umilkła. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=x4Us90M.png[/inny avek] |