Secrets of London
[29.09] From the perfect start to the finish line - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [29.09] From the perfect start to the finish line (/showthread.php?tid=5641)

Strony: 1 2


[29.09] From the perfect start to the finish line - Bard Beedle - 21.01.2026

Był koniec września, ten moment roku, w którym lato odchodzi bez pożegnania, zostawiając w powietrzu wilgoć i zapach gnijących liści, późny wieczór, może za kwadrans dziewiąta. Na zewnątrz padało bezustannie, jakby niebo postanowiło się zemścić za całe wyjątkowo suchy sierpień - deszcz bębnił w szyby tak mocno, że zagłuszał nawet tykanie starego zegara na kominku. W salonie paliło się kilka lamp naraz - ta stojąca przy fotelu, z abażurem w kolorze starego miodu, mała mosiężna na kominku i jeszcze jedna, z frędzlami, która stała na bocznym stoliku - wszystko razem dawało to ciepłe, bursztynowe światło, które raczej otulało, niż jasno oświetlało przestrzeń.
Szeleszczący papier, delikatne stuknięcia o mahoniowy blat, zapach tego samego kadzidła, które paliłam od lat - „głupstwo”, mówili - jednak karty zawsze wiedziały, kiedy przyjść miało coś więcej niż zwykły przypadek. Wiedziałam, że coś się zbliża, chociaż nie umiałam jeszcze nazwać tego uczucia. Cienie drżały na suficie, a ja czytałam ze starej talii tarota, powoli, z namysłem, dotykając obrazków samymi opuszkami palców, traktując je tak, jakby były żywe. Wyciągnęłam pierwszą - Gwiazda - uśmiechnęłam się pod nosem, druga, Koło Fortuny, trzecia była Pustelnikiem, i wtedy właśnie usłyszałam pukanie. Nie było głośne, raczej stanowcze, niesione echem, przebijające się nawet przez szum deszczu.
Podniosłam się z fotela, czując w kolanach sprężystość, której ludzie w moim wieku zwykle nie mieli, pozbawiając się tego wewnętrznego ognia, który odpowiadał za wigor i żywiołowość, ja natomiast byłam dojrzała, owszem, ale w środku kryłam jeszcze sporo iskier. Przeszłam przez salon, mijając regały z księgami, których tytuły nie istniały w żadnej mugolskiej bibliotece, i rośliny, które nocą lekko się poruszały, jakby żyły własnym życiem, co nie było dalekie od prawdy. Deszcz dudnił w dach, a wiatr wciskał się w szpary, przynosząc zapach mokrej ziemi i czegoś jeszcze, czego nie dało się tak po prostu nazwać - to się czuło głęboko w duszy.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ją - Prudence - stała przemoczona, z włosami przyklejonymi do skroni, z oczami błyszczącymi od deszczu i czegoś jeszcze, czego nie dało się zrzucić na pogodę, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że miała w nich burzę. Nie czekałam, aż cokolwiek powie, tylko chwyciłam ją za mokry rękaw i wciągnęłam do środka, zanim zdążyła się zawahać. Zamknęłam drzwi, a wiatr zawył z rozczarowaniem po drugiej stronie.
- Przyszłaś dokładnie wtedy, kiedy trzeba. - Powiedziałam w końcu, pomagając jej zdjąć przemoczony płaszcz i wieszając go na haczyku przy grzejniku. Nie musiałam jej tłumaczyć sensu moich słów, zawsze miała w sobie tę samą wrażliwość na znaki, co ja, tylko jeszcze nie wiedziała, jak ją nosić. - Długa droga? -  Zapytałam, chociaż znałam odpowiedź - Pustelnik, lampa, poszukiwanie - na zewnątrz dalej wiało, ale w moim domu było ciepło, a los właśnie wszedł do środka w postaci dziewczyny z mokrymi włosami i sercem pełnym rzeczy, które dopiero miały znaleźć swoje imiona.
Poprowadziłam ją do fotela, tego z zielonym obiciem, który pamiętał jeszcze czasy, gdy była dzieckiem i zasypiała w nim z książką na kolanach. Karty na stole zaszeleściły cicho, jakby ktoś przesunął palcem po ich krawędziach, co nie było nieprawdą - każdy tutaj miał swoje duchy, te moje były nieco bardziej… Żywe albo raczej - uparcie okazujące oznaki życia, nawet tego pośmiertnego, mimo że nie zawsze chciały otwarcie się pokazywać, za co ani trochę ich nie winiłam, bo jakżeby tak… To byłoby bardzo niekulturalne ze strony kogoś takiego jak ja.
- Wino czy coś mocniejszego, skarbie? - Rzuciłam lekko, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, zniżając przy tym jednak głos do konspiracyjnego szeptu. Nie dodałam, że sama już sobie chlusnęłam solidną porcję, bo to było oczywiste, nie widziałam żadnego powodu, by nagle udawać przykładną gospodynię, która pije tylko herbatki z melisy - kryształowy kieliszek stał na konsoli, tam, gdzie zawsze, pachniał jałowcem oraz czymś gorętszym, co rozgrzewało szybciej niż ogień w kominku. Poza tym teraz byłoby zwyczajnie niekulturalne kontynuować pić w pojedynkę, a ja miałam swoje zasady. U mnie w domu nikt nie marznie, nikt nie siedzi trzeźwy zbyt długo i nikt nie udaje, że wszystko jest w porządku. „Live, Laugh, Love”, tylko… No, tak.

Bard:  @Benjy Fenwick  



RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Prudence Fenwick - 21.01.2026

Potrzebowała rozmowy. Potrzebowała szczerości, zrozumienia, potrzebowała się komuś wygadać. Nie mogła znieść siedzenia w ciszy, w mieszkaniu, w którym wszystko zaczęło jej się kojarzyć z nim. Nie powinna była tak łatwo przyzwyczajać się do jego obecności, przecież wiedziała, że ten moment nadejdzie, prędzej, czy później i że serce pęknie jej na milion kawałków, bo tak prosto było się jej w nim zakochać. Serce nie pytało jej o pozwolenie, rozum mówił swoje, a jednak przegrał sromotnie tę walkę, nawet nie wiedziała kiedy. Potrzebowała pocieszenia, potrzebowała kogoś, kto powie jej, że jeszcze się ułoży, chociaż nie czuła, że w ogóle było to możliwe. Cierpiała, cholernie cierpiała, chociaż przecież ją ostrzegał. Rozmawiali o tym, że był to tylko chwilowy przystanek w ich rzeczywistości, że to minie, że nie będzie mógł zostać na dłużej, bo nie miał tego w zwyczaju. To miał być tylko wakacyjny romans, a ona głupia pozwoliła sobie czuć. Zbyt wiele, za mocno, za szybko, teraz musiała jakoś odnaleźć się w tym świecie bez niego. Łóżko zrobiło się niewygodne bez ciała obok, kuchnia wydawała się pusta, kiedy na blacie nie stały dwa kubki pełne kawy, salon opuszczony, kiedy wracała z pracy, a jego nie było.

Nie mogła pójść do rodziców, oni zadawaliby zbyt wiele pytań. Pamiętała podejście ojca do jej chłopaka, wiedziała, że nie kryłby swojego zadowolenia, gdyby dowiedział się, że nie było go już przy niej. Nie była na to gotowa, nie chciała się mierzyć z jego wzrokiem pełnym satysfakcji, rana była zbyt świeża. Wybrała więc opcję, która od razu przyszła jej na myśl. Kto zrozumie ją lepiej od babci? Nikt. Ellie zawsze miała do powiedzenia ciepłe słowo, była gotowa wysłuchać, nie oceniała, nie wydawała opinii, po prostu była, a Prudence w tej chwili dokładnie tego potrzebowała.

Dom babci nie znajdował się blisko, postanowiła jednak się przejść. Być może ten chłodny, wrześniowy wieczór do tego nie zachęcał, ale tego właśnie potrzebowała. Deszcz padał, pogoda była paskudna, jakby idealnie odzwierciedlała jej smutek, jakby świat płakał razem z nią. Nie spieszyła się nigdzie, nie przeszkadzało jej to, że zdążyła już przemoknąć, że kosmyki włosów opadały jej na twarz, makijaż się rozmazał, kaptur przestawał wystarczać, aby chronić ją przed tym, co padało z chmur. Wszystko było jej obojętne, ona była obojętna, to nie był najlepszy czas w jej życiu.

Znalazła się wreszcie przed drzwiami, nie zdążyła jednak zapukać, czy zadzwonić dzwonkiem, Ellie pojawiła się w drzwiach kiedy tylko Prue przed nimi przystanęła. Nic nie mówiła, wciągnęła ją do środka, jakby nie chciała, żeby zwlekała zbyt długo, a przecież ledwie się tutaj znalazła. Babcia pomogła jej pozbyć się płaszcza, powiesiła go na haczyku, Prue schowała za uszy mokre kosmyki włosów, wiedziała, że nie wygląda najlepiej, a to, że była nieco przemoczona wcale nie było jej największym problemem. Oczy mówiły same za siebie, były przekrwione, zapuchnięte, babcia na pewno to zauważyła. Ona zawsze widziała więcej niż wszyscy inni.

- Bardzo długa, przez ten deszcz i wiatr. - Warunki nie sprzyjały spacerom, jednak nie przeszkodziło jej to w tym, żeby tutaj trafić na własnych nogach.

Gdy znalazła się w pokoju dostrzegła karty leżące na stole. Nie powinno jej to dziwić, babcia często z nich korzystała. Usiadła na tym zielonym fotelu, do którego ją doprowadziła. Podciągnęła nogi wysoko, objęła je ramionami, było jej chłodno, wiedziała jednak, że za chwilę się rozgrzeje, wizyty u Ellie nie kończyły się na herbacie - nigdy. Nie był to ten typ babci.

- Wino będzie idealne. - Nie potrzebowała nic więcej, rozejrzała się po pomieszczeniu, zauważyła kryształowy kieliszek, który musiał być babci, uśmiechnęła się do siebie na chwilę, dobrze było wiedzieć, że u niej wszystko w porządku.

- Czytałaś karty? - Zapytała jeszcze, chociaż to było oczywiste, bo inaczej przecież nie dostrzegłaby ich na stole, ale próbowała zagaić rozmowę, nie do końca wiedziała od czego zacząć, niby to była tylko babcia Ellie, ale tak dużo się ostatnio wydarzyło w jej życiu, że nie potrafiła póki co ułożyć tego w myśli, a co dopiero przełożyć na słowa. Wino pewnie jej w tym pomoże, no i rozplącze język.




RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Bard Beedle - 21.01.2026

Uśmiechnęłam się pod nosem, tym swoim uśmiechem, który zwykle oznaczał, że w domu zaraz wydarzy się coś więcej niż zwykła rozmowa przy kominku, po czym krótko, bez słowa skinęłam głową, kiedy powiedziała o winie, jakby właśnie zatwierdziła coś, co i tak było przesądzone od chwili, gdy przekroczyła próg. Zauważyłam jej oczy, oczywiście, że zauważyłam, zawsze najpierw widziałam oczy - ludzie mogą myśleć, że czytam karty, fusy, znaki na niebie, ale prawda była prostsza i trudniejsza zarazem - zawsze najpierw czytałam twarze. A jej twarz krzyczała, nawet jeśli usta milczały, oczy miała przekrwione, opuchnięte, zmęczone czymś, czego nie dało się zmyć deszczem, choćby nawet chodziła w nim godzinami, szukając swojego miejsca. Tylko kompletny ignorant nie zauważyłby tego znaku.
- Wiatr też potrafi nieść wieści. - Powiedziałam lekko, jakby to była tylko luźna uwaga o pogodzie, całkowita dygresja. - Czasem przynosi więcej, niż byśmy chcieli. - Tu także nie czułam się w obowiązku tłumaczyć wnuczce, co tak naprawdę miałam na myśli, nie sądziłam, by istniała taka potrzeba - z pewnością wszystko miało wyjaśnić się w swoim czasie, ja zaś nie lubiłam uprzedzać faktów, to nie było moim zadaniem, tylko je czasem… Zapowiadałam.
Podeszłam do niej, poprawiłam koc, który leżał niedbale na oparciu fotela, i narzuciłam go na jej ramiona jednym szybkim ruchem. Był ciepły, ciężki, zaczarowany na zatrzymywanie nie tylko temperatury, ale i tego rodzaju zimna, które wchodzi głębiej.
- Zmarzłaś nie od pogody - zauważyłam bez pardonu, jakby to było coś zupełnie normalnego do powiedzenia - ale tym zajmiemy się za chwilę. Wino najpierw. Prawda potem. -  Oznajmiłam. - To stara, bardzo mądra kolejność.
Zatrzymałam się przy stoliku z trunkami, wzięłam do ręki kryształowy kieliszek, obejrzałam go pod światło, jakby był artefaktem o wielkiej mocy.
- Czytałam, czytałam. - Odpowiedziałam jej, oglądając się przez ramię. - A raczej - one czytały mnie. To zwykle działa w obie strony. - Odwróciłam się do niej z kieliszkiem w dłoni, jeszcze pustym, ale już obiecującym, unosząc go lekko. Przechyliłam głowę, przyglądając jej się spod oka, jakby nagle była zagadką do rozwiązania, a nie dziewczyną z mokrymi włosami i za czerwonymi oczami.
- No tak… To teraz kwestia zasadnicza. Sauvignon blanc, chardonnay, pinot grigio, riesling, viognier, gewürztraminer? - Wymieniałam je po kolei, jak paciorki różańca, chociaż może bez tej całej ceremonii - bardziej, jakby to były imiona kotów z sąsiedztwa. - Mamy Chablis, mamy Sancerre, mamy coś z Alzacji. - Kontynuowałam podnosząc po kolei butelki i marszcząc nos, jakbym naprawdę rozważała sprawę z najwyższą powagą, niemal sądową. - Jest też to dziwactwo z południa, co kupiłam tylko dlatego, że etykieta miała złotego feniksa. To, którego nazwy nikt nigdy nie pamięta, ale wszyscy pamiętają skutki. - Zrobiłam pauzę, popatrzyłam na nią uważniej, na te oczy, na sposób, w jaki siedziała zwinięta w tym zielonym fotelu, jakby próbowała zmniejszyć swoją powierzchnię, która i tak była dosyć… Oszczędna. - Albo… - Zerknęłam na nią, mrużąc oczy, jakbym właśnie próbowała zajrzeć jej w duszę przez źrenice. Uniosłam brew, po czym nagle machnęłam ręką, jakby cała ta analiza była bez sensu. - Nie. Nie, nie, nie. Wiesz co, ty dzisiaj nie jesteś na takie. - Odchrząknęłam, cmoknęłam pod nosem, sama do siebie, odkładając jedną z butelek z lekkim stuknięciem. Wyciągnęłam butelkę z dolnej półki, tej, na której trzymałam rzeczy „na gorsze dni i lepsze decyzje”. - Ty jesteś na Rioja. - Oznajmiłam z absolutną pewnością, jakby to było proroctwo, diagnoza medyczna albo wyrok sądu najwyższego, a nie wybór trunku. - Nie przyjmuję sprzeciwu. To medycyna ludowa, kochanie. Sprawdzona przez pokolenia kobiet, które miały dość. Na czerwone oczy najlepsze jest czerwone wino. I niech nikt mi nie mówi inaczej. - Właśnie zapadł wyrok, od którego nie ma odwołania, więc - bez czekania na reakcję - wyciągnęłam korek jednym sprawnym ruchem, bez ceremonii, ale z wprawą, którą zdobywa się tylko latami - z tym cichym, satysfakcjonującym pyknięciem - obserwując, jak płyn łapie bursztynowe światło lamp i staje się niemal rubinowy. Nalałam najpierw do swojego kieliszka, uczciwie, bez oszczędzania, potem do jej, odrobinę mniej, ale tylko dlatego, że nie znałam jeszcze dokładnie skali katastrofy.
Podeszłam i podałam jej kieliszek, jeszcze ciepły od mojej dłoni, stukając lekko szkłem o szkło, z pełnym przekonaniem, że to nie był wieczór na oszczędność w gestach.
- Proszę, słonko. - Powiedziałam łagodnie, a następnie usiadłam naprzeciwko, już z własnym kieliszkiem w dłoni, absolutnie gotowa na wszystko, co zamierzało z niej wyleźć razem z tym winem. - A teraz - dodałam, unosząc szkło - możemy udawać, że przyszłaś tu tylko sprawdzić, co u starszej pani. Byleby nie za długo, dobrze?


RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Prudence Fenwick - 21.01.2026

Ellie się uśmiechnęła, dobrze było zobaczyć ten uśmiech na jej twarzy. Przynajmniej u niej, jak zawsze wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Babcia rzadko kiedy miewała gorszy nastrój, tak naprawdę Prue chyba nie pamiętała dnia, kiedy zastałaby ją w złym humorze. To jedna z tych osób, które cieszyły się każdym dniem, jakby miał być ostatnim. Zazdrościła jej takiego podejścia, tej pewności siebie, a zarazem wyjątkowej lekkości. Ellie była naprawdę wyjątkowa, miała ogromne szczęście, że była właśnie jej babcią.

Prudence zdawała sobie sprawę, że nie musiała nic mówić, aby zwrócić uwagę starszej kobiety na swój wisielczy nastrój. Babcia zawsze widziała więcej, potrafiła czytać ludzi jak nikt inny, nawet nie próbowała ukrywać tego, że to nie jest najlepszy dla niej dzień, bo to nie miało żadnego sensu. Ellie i tak domyśliłaby się, że coś jest nie tak. Zawsze to robiła, już od dziecka zauważała, kiedy coś ją męczyło, gryzło od środka, spędzały razem dużo czasu, więc znała jej reakcje obronne.

- A czasem tylko chłód i echo przeszłości. - Dodała od siebie. Spacer nie należał do najprzyjemniejszych, czuła zimno, które wdarło się dosyć głęboko. Nie była jednak przekonana, że było to tylko i wyłącznie zasługą deszczu i wiatru, to wynikało z czegoś innego, zdawała sobie z tego sprawę. Liczyła na to, że może te fizyczne doznania nieco wyprą te w środku, jednak to nie zadziałało, było tylko gorzej. Cóż, przynajmniej próbowała jakoś sobie z tym poradzić.

Babcia znalazła się tuż obok niej i okryła ją kocem. Momentalnie zrobiło jej się ciepło, przestawała odczuwać chłód, było to całkiem przyjemnym uczuciem, owinęła się więc nim bardzo dokładnie, i wygodnie ułożyła pod nim. U Ellie zawsze mogła doznać ukojenia, miała swoje sprawdzone metody, niby nie do końca był to jej dom rodzinny, ale to miejsce wzbudzało w niej ciepłe emocje, tak samo jak i sama babcia, która potrafiła troszczyć się o innych. Jej policzki zaczęły nabierać koloru, ale oczy nadal wydawały się być nieco puste, przekrwione, zapuchnięte, nie miała się szybko pozbyć tych dowodów wskazujących na to, że nie był to dla niej najlepszy czas. Zbyt wiele łez wypłakała, żeby nie pozostawiło to na jej twarzy żadnych śladów.

- Nie możemy igrać ze starą, mądrą kolejnością. - Ellie miała swoje metody, Prudence znalazła się tutaj z konkretnego powodu, być może nie do końca potrafiła go nazwać, ale wiedziała, że dobrze trafiła. Babcia była najlepszym wyborem, nie oceniała, zawsze umiała doradzić. Nie miała zamiaru ukrywać przed nią prawdy, wiedziała, że rozmowa może jej pomóc, może ciężar który odczuwała stanie się lżejszy, rozmowa była wskazana. Nie mogła zamykać się w sobie i zatracać w tym bólu, który jej towarzyszył.

- No tak, czytacie siebie nawzajem, to najlepszy możliwy układ. - Nigdy nie udało jej się opanować tej umiejętności. Ellie była dużo bardziej wrażliwa, Prudence dostała pod niej tylko część tych wyjątkowych zdolności, tę która nie dla wszystkich wydawała się być szczególnie atrakcyjna. Widmowidztwo, przeżywanie historii innych ludzi, zatracanie się w przeszłości, jakby to, że nie mogła zapomnieć o niczym, co przydarzyło się w jej własnym życiu to było za mało. Niezły chichot losu.

Zmrużyła oczy, gdy kobieta zaczęła atakować ją kolejnymi nazwami. Nie zdążyła pomyśleć o jednym winie, a ta wyciągała z rękawa kolejne gatunki, którymi mogła ją uraczyć. Babcia miała tutaj spore zapasy, była gotowa na wszystko, nie można jej było zarzucić nieprzygotowania. Wpatrywała się w nią przez chwilę, próbowała skupić swoje myśli, dać jej jakąś odpowiedź, tyle, że nim to zrobiła Ellie sama zadecydowała o tym, co będzie dla niej najlepsze. Najwyraźniej i wino musiało idealnie pasować do okazji, jaka by ona nie była.

- Nie śmiałabym Ci się sprzeciwiać, jakże mogłabym, masz lata doświadczenia, na pewno wiesz, co jest dla mnie w tej chwili najlepsze. - Czerwone wino, na czerwone oczy. Oczywiście, że je zauważyła, nie mogło być inaczej.

Oparła się wygodnie, właściwie to trochę wtopiła w ten fotel, jakby chciała całkiem przykryć się kocem i zniknąć, spod niego wystawała tylko jej głowa. Wpatrywała się w babcię, która bardzo zgrabnie poradziła sobie z butelką, nim zdążyła mrugnąć nalała już nieco trunku do kieliszka i zmierzała w jej stronę.

Wyciągnęła dłoń po kieliszek, kącik ust drgnął jej w uśmiechu, kiedy usłyszała dźwięk szkła stukającego o siebie, bo przecież nie było żadnej okazji do świętowania, po prostu trochę nie radziła sobie z rzeczywistością, to nie było nic wielkiego. - Dziękuję. - Powiedziała cicho, głos miała nieco zachrypnięty, w sumie nie odzywała się do nikogo przez ten cały dzień, unikała ludzi, jeszcze bardziej niż zazwyczaj.

Kobieta usiadła na przeciwko niej, wiedziała, że zbliża się nieuchronne, będzie musiała niedługo powiedzieć, co jej leży na sercu. Upiła niewielki łyk wina, pozostawiło na języku smak owoców, cynamonu i czegoś jeszcze, co trudno jej było odgadnąć przy pierwszym łyku. - Dobrze. - Odparła automatycznie, po chwili się jednak złapała na tym, jak to zabrzmiało. Nie, żeby czuła, że mogłaby urazić Ellie, ale jednak trochę słabo wyszło. - To znaczy, to nie do końca tak... - Zaczęła się tłumaczyć, ale chyba nie było sensu. - Masz jakieś plany na nadchodzący weekend, na pewno masz, Ty nigdy nie marnujesz czasu? Przygotowujesz się do jakiejś ważnej sprawy, a może świętujesz kolejne zwycięstwo? - Wypadało zapytać babcię, o te proste rzeczy. Najbardziej oczywiste z oczywistości, nie do końca było ją dzisiaj stać na więcej.




RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Bard Beedle - 21.01.2026

Przechyliłam głowę, przyglądając się jej uważnie, tym swoim spojrzeniem, które nie miało nic wspólnego z ciekawością, a wszystko z widzeniem. Zaśmiałam się cicho, kiedy usłyszałam jej teatralną kapitulację, ten ton, który zawsze miała, gdy próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, a jednocześnie miała ochotę zapaść się pod ziemię. Dzieci, kiedy jest im źle, chcą zniknąć, dorośli robią to samo, tylko w bardziej skomplikowany sposób.
- Lata doświadczenia, owszem - powiedziałam z rozbrajającą pewnością, jakbym naprawdę była najwyższą instancją we wszechświecie - wiele genialnych osądów, kilka kompletnie katastrofalnych, ale to się zawsze pięknie równoważy. -  Uśmiechnęłam się szeroko, bez wstydu, bez cienia zażenowania, w moim wieku nie było już żadnych „nie wypada”. - Ani jednego dnia zmarnowanego na udawanie, że wiem mniej, niż wiem. - Przyznałam z dumą.
Obserwowałam, jak Prudence wtapia się w fotel, jakby próbowała stać się jego częścią - zawsze robiła to samo, odkąd była mała, gdy coś ją przerastało, szukała miejsc, które mogłyby ją połknąć i nie oddać światu przez chwilę - zauważyłam ten ruch, ten odruch znikania, i coś we mnie drgnęło, ale na zewnątrz pozostałam lekka, niemal figlarna. Znałam ten manewr, robiłam go przez dekady, zanim nauczyłam się, że czasem lepiej zostać widoczną, nawet jeśli boli, więc byłam świadoma, że wytykanie jej tego zachowania nie przyniosłoby niczego, co mogłoby być chociaż trochę dobre. Zamiast to robić, poprawiłam jej koc, delikatnie, niemal odruchowo, i uniosłam kieliszek, siadając naprzeciw niej i układając się wygodnie, jakbym wcale nie miała zamiaru wstawać przez następne kilka godzin.
Oparłam się wygodniej w fotelu, założyłam nogę na nogę, kieliszek obracałam powoli w palcach, obserwując, jak wino zostawia smugi na szkle, przez chwilę nic nie mówiłam - dałam jej przestrzeń na pierwszy łyk, na to „dobrze”, które było tak wyraźnie nie-dobrze, że aż niemal czułam to na języku. Słuchałam jej uważnie, gdy mówiła, nawet jeśli mówiła niewiele, wspomniane „dobrze”, potem próba poprawki, potem nagła zmiana tematu, jakby chciała przebiec przez most, zanim zauważy, że pod nim jest woda. Nie patrzyłam na nią wprost, tylko w ogień w kominku, jakbym dawała jej przestrzeń. Wiedziałam, że słowa same się pojawią, zawsze się pojawiały, kiedy człowiek dostatecznie długo siedział w cieple, z winem w dłoni i kimś, kto nie zamierzał go popędzać.
- Oczywiście, że mam plany. - Powiedziałam z lekkością, jakby chodziło o podlewanie roślin albo karmienie kotów, to był mój sposób, żeby zdjąć z niej ciężar, albo przynajmniej spróbować. - W weekend zamierzam wygrać z losem w drobnych sprawach. Posprzeczać się z kartami, pogodzić się z jedną starą duszą, która nie chce odejść z mojego ogrodu, i być może upiec ciasto, które eksploduje albo stanie się najlepszym, jakie kiedykolwiek jadłaś. To zawsze loteria. - Przechyliłam głowę, mierząc ją spojrzeniem znad krawędzi kieliszka, uśmiechnęłam się lekko, tym uśmiechem, który zwykle oznaczał, że coś ukrywam, ale nie ze złej woli, po prostu z założenia, iż nie wszystko musi być powiedziane od razu.
- Poza tym ktoś musi pilnować, żeby przeszłość nie robiła bałaganu w teraźniejszości, a ja, niestety albo na szczęście, mam do tego szereg właściwych predyspozycji. - Wskazałam głową na regał przy ścianie, gdzie stały opasłe tomy, zeszyty bez tytułów, pergaminy związane sznurkiem. - Tam są rzeczy, które nie lubią być zapomniane, i na moje nieszczęście, ostatnio znowu zaczęły o sobie przypominać. A ja nie lubię, kiedy coś mnie ciągnie za rękaw w snach. - Powiedziałam to lekkim tonem, ale wewnętrznie już czułam, jak coś we mnie klika na swoje miejsce. Stare notatniki, luźne kartki, zapiski robione na marginesach książek, sny zapisane atramentem, który czasem zmieniał kolor, jeśli dotykało się go z określoną intencją… Rzeczy, do których sięgało się tylko wtedy, gdy aktualna rzeczywistość zaczynała zachowywać się podejrzanie. - Dawne zapiski mają brzydki zwyczaj wiedzieć więcej, niż byśmy chcieli -  dodałam, kręcąc kieliszkiem - ale bywają bardzo pomocne, gdy teraźniejszość robi się zbyt głośna. - Spojrzałam na nią znad brzegu szkła, spokojnie, już mniej żartobliwie, chociaż wciąż z ciepłem.


RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Prudence Fenwick - 22.01.2026

- Najważniejsze, że ogólne statystyki się zgadzają. - Nie zamierzała negować tego, co miała do powiedzenia Ellie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że kobieta wiedziała, co robi. Nie znalazła się tutaj przypadkiem, przyszła do babci, dlatego, że wiedziała, że ta pomoże jej znaleźć remedium na jej smutki. Zawsze potrafiła to robić. Była gotowa więc przystać na każdy jej pomysł, każdą radę, liczyła na to, że faktycznie wyjdzie stąd chociaż odrobinę uleczona, czy pocieszona. Jedno z dwóch, nie można mieć przecież wszystkiego, nie od razu. - W pewnym momencie, z pewnym doświadczeniem udawanie nie ma żadnego sensu. - Mogłaby to robić, tylko właściwie po co? Miała swoje lata, swoją wiedzę, swoje doświadczenie, nikt nie mógł jej tego odebrać, widziała, że była z siebie dumna, w sumie i Prue była dumna z tego, że jej babcia miała takie, a nie innego podejście. Była naprawdę bardzo pewna siebie, ale nie uważała, że to coś złego, nie w przypadku, w którym faktycznie było to potwierdzone wiedzą, a jej babcia była naprawdę specjalistką w swoich dziedzinach.

Babcia poprawiła jej koc, Prue uśmiechnęła się do niej, no próbowała jak mogła, nie do końca wyszło jak chciała, ten uśmiech był odrobinę krzywy, ale naprawdę doceniała jej troskę i zaangażowanie, to co robiła było zwyczajnie miłe, nadal miała odruchy, które towarzyszyły jej w czasach kiedy Prudence była małą dziewczynką, niewiele się zmieniło, cóż, dla niej zawsze pozostanie wnuczką, nawet jeśli będzie miała pięćdziesiąt lat.

- Tak, to było głupie pytanie, Ty zawsze masz plany. - Babcia nie marnowała czasu, zawsze coś robiła, nie należała do tych osób, które z wiekiem traciły entuzjazm, wręcz przeciwnie Prue wydawało się, że im starsza była tym więcej miała zainteresowań. Dobrze było widzieć ją taką szczęśliwą w kwiecie wieku, wiele osób mogło jej pozazdrościć tego nastawienia do życia. - Sporo tego, mam nadzieję, że wszystko pójdzie po Twojej myśli. - Przesuwała kieliszek między palcami, obserwowała wino, które dotykało ścianek kryształowych kieliszków, kolor był naprawdę niesamowity, w końcu po raz kolejny upiła łyk, tym razem już nieco większy. Przyjemne ciepło zaczęło rozchodzić się po jej ciele, nie czuła już zimna, najwyraźniej koc i wino przynosiły oczekiwane efekty.

- Teraźniejszość może czuć się bezpieczna mając taką strażniczkę. - Przeniosła wzrok na regał, który wskazała jej kobieta, przejechała po nim szybko wzrokiem. Sporo tego było, zapewne kolekcjonowała te zapiski przez lata. - Wiele tego, nie mam pojęcia, jak się w tym wszystkim odnajdujesz. - Odparła z nieukrywanym podziwem, spodziewała się, że Ellie bardzo dokładnie wie, co jest napisane na której kartce, pergaminie, miała nad wszystkim kontrolę.

- Dobrze jest mieć do czego wracać, w końcu teraźniejszość to wypadkowa decyzji podjętych w przeszłości, czasem można zapominać o pewnych drobnostkach, które mogą ułatwić poruszanie się w niej. - Nie wątpiła, że metody babci mają sens, sama nie miała być może wielu notatek, bo nie musiała ich robić, nie musiała kolekcjonować papieru, bo wszystko zostawało w jej głowie.


Rozmowa toczyła się powoli, kolejne kieliszki wina trafiały w ręce kobiet, powoli wchodziły w ten stan, w którym ciężko było trzymać swoje myśli w ryzach, coraz więcej słów ślina przynosiła na język, wino smakowało coraz bardziej, a może po prostu smak już był coraz bardziej obojętny, alkohol mniej wyczuwalny.

Prudence poprawiła się na fotelu, odsłoniła koc, bo robiło jej się coraz cieplej.
- Wiesz Babciu, nie spodziewałam się, że można mieć wszystko i stracić to w krótką chwilę, skończyć z niczym, znaczy niby wiedziałam, bo przecież to nie był pierwszy raz, chociaż w sumie to był pierwszy raz, kiedy było tak. - Machnęła w powietrzu wolną ręką, próbując pokazać, co właściwie miała na myśli mówiąc tak. Starała się mówić wprost, jednak nie była w tym najlepsza, do tego wypity alkohol nie ułatwiał jej formułowania myśli w słowa. - Wiesz o co mi chodzi? - Zapytała jeszcze spoglądając na kobietę nieco rozmytym wzrokiem. - Niektórzy chyba nie zasługują na szczęście. - Odetchnęła ciężko, bo powinna się z tym po prostu pogodzić, nie wszystkim było przecież ono pisane.




RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Bard Beedle - 22.01.2026

Prychnęłam cicho, słysząc jej słowa, i machnęłam ręką tak, że bransoletki na moim nadgarstku zadźwięczały cichutko, ale melodyjnie.
- Odnajduję się w tym tak samo, jak wszyscy. - Powiedziałam wesoło, zupełnie nie przejmując się wagą wyznania, jakie opuszczało moje usta. - Czyli czasem wcale. - Lekko wzruszyłam ramionami, jakbym mówiła o zupełnej błahostce, po czym upiłam łyk wina, uprzednio przyjrzawszy się mu pod światło, jak gdyby w rubinowej tafli mogło kryć się jakieś objawienie, nie tylko stary, dobry resweratrol, po czym odstawiłam kieliszek na niski stolik - tylko po to, aby dolać sobie alkoholu, którego obie dziś bardzo potrzebowałyśmy, nie zamierzałam tego ukrywać.
- Ludzie myślą, że mam porządek, bo mam stosy papierów, zeszytów, kartek, pergaminów, notatek na serwetkach i w książkach kucharskich. - Dodałam z rozbawieniem. - A prawda jest taka, że ja po prostu lubię, kiedy moje myśli mają gdzie spać. Nie każda nadaje się do tego, żeby ją trzymać w głowie. Niektóre są zbyt hałaśliwe. - Poprawiłam się w fotelu, nachylając się lekko w jej stronę.
- Masz rację. - Powiedziałam już odrobinę poważniej. - Teraźniejszość jest jak patchwork. Składa się z decyzji, z przypadków, z drobnostek, które wydawały się niczym, a potem nagle okazuje się, że były wszystkim. - Uśmiechnęłam się do niej krzywo, tym uśmiechem, który nie był ani wesoły, ani smutny, raczej prawdziwy. - Notatki nie są po to, żeby pamiętać za mnie. - Dodałam. - Są po to, żeby mi przypominać, kim byłam, kiedy jeszcze nie wiedziałam, kim będę.
Wzięłam kieliszek z powrotem do ręki, zakręciłam nim powoli.
- A czasem - dodałam ciszej - pomagają mi zrozumieć, że niektóre rzeczy wracają nie dlatego, że są niezałatwione, tylko dlatego, że w końcu jesteśmy gotowi je udźwignąć. - Spojrzałam na nią uważnie, nie nachalnie, ale czujnie, jak ktoś, kto widzi więcej, niż mówi. - Ty wszystko trzymasz w głowie, wiem. - Powiedziałam łagodnie. - Ale głowy też czasem potrzebują zewnętrznej półki. A pisanie, moja droga, naprawdę przynosi ulgę. Zwłaszcza tym, którzy nie lubią mówić za dużo.

Wino robiło swoje, ale ja byłam na to odporna w sposób, w jaki są odporni ludzie, którzy za dużo widzieli, za dużo przeżyli i zbyt długo rozmawiali z losem, żeby dać się zaskoczyć jednemu wieczorowi. Siedziałam z Prudence, zupełnie nie patrząc na upływ czasu, tylko obracając kieliszek między palcami, jakby to była szklana kula, w której próbowałam dojrzeć coś więcej niż odbicie lamp. Słuchałam jej tak jak słuchało się kogoś, kto mówi w półśnie - nie przerywałam, nie poprawiałam, nie porządkowałam jej zdań, wręcz przeciwnie - pozwoliłam im płynąć krzywo, lepką, rubinową rzeką, w której było więcej prawdy niż w najpiękniej ułożonych przemowach - wino robiło swoje, ale ono tylko luzowało węzły, nie wkładało słów do ust, wyjmowało je z głębi, a te pochodzące z samego środka nawet najpiękniejszej duszy rzadko kiedy były eleganckie, one były przede wszystkim prawdziwe. Słuchałam jej, jakby każde słowo było kartą wyciąganą z talii, bez pytania o kolejność, to była jedna z tych chwil, w których cisza robiła więcej miejsca niż odpowiedzi.
Kiedy powiedziała to ostatnie, to o szczęściu i zasługiwaniu, przechyliłam głowę, przyglądając jej się uważnie, nie jak babcia, tylko jak ktoś, kto zawsze widział więcej niż to, co na wierzchu.
- Och, kochanie. - Powiedziałam w końcu, z tym łagodnym westchnieniem, które zawsze pojawiało się u mnie, gdy ktoś próbował udźwignąć zbyt dużo naraz. - „Mieć wszystko” to bardzo zdradliwe sformułowanie. Wszechświat ma na nie alergię. - Pokręciłam głową, cicho, bez ozdobników, bez żartu, za to z tym spokojem, który przychodzi tylko z wiekiem i świadomością, że nie wszystko trzeba naprawiać natychmiast.
- Będę z tobą szczera, dobrze? - Uniósł mi się kącik ust, ale to nie był uśmiech wesoły, raczej ten, który nosili ludzie, którzy słyszeli za dużo, żeby jeszcze wierzyć w proste opowieści. - I nie dlatego, że jesteś moją wnuczką, tylko dlatego, że to jest jedna z najbardziej uniwersalnych prawd tego świata. - Przesunęłam się w fotelu, oparłam łokieć o podłokietnik, kieliszek trzymałam luźno, jakby był częścią mojej dłoni od zawsze.
Upiłam łyk wina.
- Człowiek całe życie myśli, że rozumie słowo „stracić”, a potem przychodzi taki moment i okazuje się, że wcześniej znał tylko jego definicję. - Dodałam ciszej. - To wtedy poznaje jego znaczenie. - Upiłam kolejny łyczek, po czym odstawiłam kieliszek, jakbym teraz potrzebowałam wolnych rąk do mówienia. - Wiesz, co robi los, kiedy ktoś mówi, że ma wszystko? - Kontynuowałam miękko, ale z iskrą czegoś stanowczego w głosie. - Nachyla się, zagląda przez ramię i mówi „ach tak? To zobaczmy, czy potrafisz oddychać, kiedy to wszystko zniknie.” - Pokręciłam głową, ale nie z dezaprobatą, tylko z uznaniem dla tego, jak działał wszechświat. - To nie jest kara. To nie jest test. To jest… Ludzka dola. Brutalna, nudna, pozbawiona sentymentów. - Przesunęłam się bliżej, opierając łokieć o poręcz fotela. - I nie, niektórzy nie są „niegodni” szczęścia. - Powiedziałam wyraźnie - miękko, ale stanowczo, jak ktoś, kto nie pozwalał, by to zdanie zostało z nami w jednym pokoju. - Ta myśl jest bardzo popularna wśród ludzi, którzy właśnie coś stracili. Ona daje złudzenie porządku. Pozwala nam wierzyć, że istnieje jakiś porządek, jakaś moralna księga rachunkowa, w której wszystko się zgadza. - Uśmiechnęłam się lekko, krótko, bez radości. - W to, że świat ma listę, jakby ktoś coś rozdawał sprawiedliwie. - Nachyliłam się jeszcze odrobinę w jej stronę, niewiele, ale wystarczająco, by nie było wątpliwości, że mówię do niej, nie do powietrza. - A świat nie rozdaje. On rzuca. - Podniosłam wzrok, patrząc jej prosto w twarz. - Szczęście nie jest nagrodą za bycie dobrym. I nieszczęście nie jest karą za bycie złym. To nie jest księgowość. To zjawisko. Jak burza, jak przypływ, jak mgła, jak ten cholerny deszcz, który dziś próbuje nas utopić.
Przez chwilę słuchałam kropel za oknem.
- Przychodzi, odchodzi, czasem trwa, czasem znika, czasem niszczy, czasem leczy. Nie pyta, czy ktoś na nie zasłużył. - Spojrzałam na nią uważnie, ale bez nacisku, bez rozbierania jej na czynniki pierwsze, po czym na chwilę przymknęłam oczy, jakbym wracała pamięcią do własnych wspomnień.
- A miłość… Nazwijmy ją po imieniu, dobrze? - Dodałam ciszej. - Miłość ma wyjątkowo bezczelny charakter. Potrafi wejść w człowieka, urządzić się jak u siebie, a potem umknąć bez zostawiania adresu zwrotnego. - Wzięłam z powrotem kieliszek, wciąż z zamkniętymi oczami, uniosłam go do ust, ale nie napiłam się od razu. - To nie jest jednak coś, co się zupełnie „traci”, kiedy znika. Kończy się z doświadczeniem. Co w pewnym sensie jest cholernie nieuczciwe, bo doświadczenie waży więcej niż nadzieja. - Upiłam łyk. - Ale też jest bardziej trwałe. - Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią uważnie, spokojnie, bez nacisku. - Niektórzy ludzie nie są stworzeni do tego, żeby długo mieć wszystko, ale to nie znaczy, że nie są stworzeni do szczęścia. To tylko znaczy, że ich szczęście ma ruchliwe nogi i nie znosi stagnacji.
Przechyliłam głowę, uśmiechając się tym swoim dziwnym, półwesołym, półwiedzącym uśmiechem.
- Jeśli ktoś ci kiedyś wmówił, że nie zasługujesz na szczęście, to kłamał. - Dodałam. - I to bardzo nieelegancko. A jeśli zrobiłaś to sobie sama… - Mruknęłam, zerkając na karty na stole,  nie kończąc już myśli. Wzięłam kolejny łyk, oparłam się wygodniej w fotelu, jak ktoś, kto nie zamierzał się spieszyć. - Wszechświat może jest brutalnym nauczycielem, za to ma też bardzo dobrą pamięć. On nie rozdaje szczęścia raz i mówi „no, wystarczy”. - Stuknięciem paznokciem w rant kieliszka zaznaczyłam kropkę na końcu myśli. - On je tylko czasem odkłada na później, byśmy byli trochę inni. Nie „dojrzalsi”, nie „gotowi”, nie „godni”, po prostu… Inni. - Kiwnęłam głową, spokojnie, bez pośpiechu.
Nie dotknęłam jej pocieszająco, nie wyciągnęłam ku niej ręki, nie otworzyłam ramion, ale cała moja postawa mówiła, że jestem tu, że zostaję, że ten wieczór nie jest ucieczką, tylko przystankiem, bo takie chwile zawsze nim były. Nawet po najgorszej zawierusze wychodziło słońce…


RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Prudence Fenwick - 22.01.2026

- Znikają z Twojej głowy, gdy przenosisz je na papier? Tak permanentnie? - Nie wydawało jej się, aby to faktycznie było takie proste. Nie dało się tak po prostu przenieść myśli na papier i później do nich nie wracać, pozwolić im sobie leżeć zapisanym na papierze, by mogły zaczekać na odpowiedni moment, kiedy będzie gotowa je wyciągnąć. W sumie kto tam wiedział, z jakimi dziedzinami magii eksperymentowała babcia, pewnie nawet by nie zdziwiło Prue, jeśli faktycznie znalazła jakąś metodę na to, aby pozbyć się tych myśli z głowy. Ona była niesamowita.

- To jest trochę krzywdzące, nie sądzisz? Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, która z podjętych decyzji może mieć ogromne znaczenie, a która okaże się zupełnie nieistotna. Gdyby dało się to przewidzieć życie byłoby prostsze. - Uniosła kieliszek i upiła z niego spory łyk wina. Rozmowy z babcią nie były proste, ale chyba właśnie o to w nich chodziło, zawsze mogła wyciągnąć z tego co potrzebowała w danym momencie. Zostawiała jej wiele miejsca na własne przemyślenia, pozwalała dochodzić do samodzielnych wniosków.

- Czy nadal tak masz, w sensie, czy na pewnym etapie życia już wiedziałaś kim będziesz, czy to ciągle się zmienia? - Była ciekawa, czy istniała w ogóle możliwość, że kiedyś wszystko będzie jasne, czy będzie wiedziała kim jest i czego potrzebuje, czy to jednak wiązało się z wiecznym poszukiwaniem. Babcia z racji na swój wiek mogła jej wyjaśnić, jak to dokładnie działało, jak było w jej przypadku.

- Tak, niekiedy musi pojawić się odpowiedni moment w czasie i przestrzeni, żeby wrócić do niektórych rzeczy. - Nie miała co do tego wątpliwości, nie zawsze wszystko dało się odczytać od razu, zrozumieć od razu, niektóre sprawy wymagały czasu.

- Tak, taka już moja natura, mam swoje katalogi w głowie, tam wszystko układam. - Ellie zdawała sobie sprawę z jej przypadłości, była przecież jej babcią, doskonale wiedziała, jak funkcjonował jej umysł, nie była zresztą pierwszym dzieckiem w ich rodzinie, które cierpiało na podobną przypadłość, rozumiała ją doskonale, bo wcześniej nauczyła się jak to działa na przykładzie swojego syna. - Może, kiedyś zdecyduję się spróbować tej metody, póki co myśli są zbyt głośne, wolę je odpowiednio poukładać, wtedy będę mogła je zacząć wyciągać. - Ostatni czas nie był dla niej najłatwiejszy, wspomnienia, które trzymała bardzo głęboko pojawiały się na powierzchni, wracała do niej masa retrospekcji, niczym klatki filmowe ukazywały się jej przed oczami, dostała w końcu instrukcje jak je czytać, bo wcześniej jak się okazało widziała dość mocno zakrzywioną przeszłość, obraz zrobił się pełniejszy, co niosło ze sobą analizowanie tych wszystkich, minionych chwil. Gubiła się w tych myślach trochę za bardzo, ale nie była w stanie z tym walczyć, to działo się samo.


Wypity alkohol rozplątywał język, powodował, że przestawała się zastanawiać nad tym po co tu przyszła, co dokładnie chciała powiedzieć, czego raczej nie powinna. Płynęła, tak po prostu. Mogła się domyślić, że babcia była w zdecydowanie lepszym stanie od niej, przecież była zaprawiona w boju, miała lata doświadczenia, nie to co Prue, która raczyła się raczej niewielkimi ilościami trunków. Cóż, był to jednak taki dzień, kiedy wydawało jej się, że ma prawo pozwolić sobie nieco przekroczyć granicę, popłynąć, babcia nie miała jej oceniać, nigdy tego nie robiła, wręcz przeciwnie zachęcała do tego, aby sięgała po to, co wydaje jej się być na dany moment potrzebne, a więc sięgała tego wieczora, raz za razem po kolejną porcję wina. Policzki zrobiły jej się już rumiane, oczy rozmyte, a język wyjątkowo chętny do rozmowy, bardzo szczerej rozmowy.

- Teraz to ja mam alergię na wszechświat. - Mruknęła cicho, a na jej twarzy pojawił się grymas. Najpierw podsunął jej go pod nos, skrzyżował znowu ze sobą ich drogi, tylko po to, żeby za chwilę jej to odebrać. Miała prawo być na niego obrażona i nie bała się mówić o tym głośno, co niby mógł jej teraz zrobić? Nie mogło być przecież gorzej, chociaż tak właściwie... nie powinna myśleć w ten sposób, bo na pewno zaraz jej udowodni, że się myliła, rzuci kolejną kłodę pod nogi i zaśmieje się jej w twarz. - Mam go w nosie, wszechświat, jego plany i tak wszystko zawsze musi się popsuć. - Mogła użyć nieco mocniejszych słów, ale nie była jeszcze tak bardzo pijana, aby niecenzuralne słowa padały z jej ust, zresztą przy babci jakoś nie potrafiłaby z nich skorzystać.

- Dobrze, bardzo dobrze, potrzebuję szczerości jak niczego innego. - Naprawdę miała nadzieję, że Ellie otworzy jej oczy, liczyła na to, mogła się jednak przecież spodziewać, że będzie zupełnie inaczej. Miała tendencje do rzucania przynęty i zachęcała do głębszych rozmyślań, nie wiedziała jednak, czy jest na to gotowa w tej chwili. Jej świat zrobił się czarno-biały, tak właściwie to może nawet całkiem czarny.

Słuchała uważnie tego, co mówiła babcia, wzrok wbiła jednak w wino, które znajdowało się w jej kieliszku. Trawiła to, co do niej mówiła, zapamiętywała każde słowo, nie gardziła nigdy jej mądrościami, wręcz przeciwnie chciała z nich wyciągnąć jak najwięcej. Ellie znała się na wszystkim, los jej nie oszczędzał, a i tak jakoś odnalazła się w tym, co miał dla niej naszykowane, radziła sobie ze wszystkimi niedolami i wyciągała z nich to, co było najważniejsze, nadal miała w sobie ogrom optymizmu, to było dobre podejście, ale Prue w tej chwili nie do końca umiała brać z niej przykład. Naprawdę czuła, że coś postanowiło jej odebrać wszystko, być może nie spodziewała się tego, że najpierw dostanie to wszystko, ale skoro już się pojawiło to ta strata była naprawdę bolesna. Czuła się jakby ktoś wyrwał jej kawałek serca i niby powinna być na to przygotowana, a jednak nie do końca dało się do tego przygotować.

- Oczywiście, że nie ma w tym za grosz sprawiedliwości, tylko dlaczego to działa w ten sposób? Ledwo zdążysz się przyzwyczaić do tego, że jest dobrze, godzisz się na to, a chwilę później wszystko się rozsypuje, zostaje Ci zabrane? Czy można mieć nadzieję, że to kiedyś minie, czy za każdym razem jest tak samo? Może nie ma sensu pozwalać sobie na szczęście, bo jego brak, nagłe zniknięcie okropnie boli, być może metodą jest nie dopuszczać do takich sytuacji. - Myślała głośno, cóż, próbowała znaleźć rozwiązanie na swoje problemy, i w tej chwili najprostsze wydawało jej się niedopuszczanie do kolejnych, ależ była sprytna. Uśmiechnęła się krótko, sama do siebie, że wymyśliła sobie taką złotą radę, upiła też kolejny łyk wina.

- Miłość jest okropna, ślepa, przynosi same szkody. - Była okropnie rozgoryczona i najwyraźniej nie miała problemu z tym, aby poinformować o tym babcię. Prychnęła, zdecydowanie była to tego sceptycznie nastawiona. - Doświadczenie? Wolałabym tego nie doświadczyć, jasne, było miło, wspaniale, cudownie, ale co mi po tym, jak teraz myślę tylko o tym, jak bardzo boli, jak bardzo byłam głupia, że pozwoliłam sobie pierwszy raz na to, żeby nie myśleć, że przepadłam, a teraz tonę. - Mówiła nie do końca składnie, ale wypełniały ją naprawdę nieprzyjemne emocje, z którymi nie potrafiła sobie poradzić, no i do tego wszystkiego miała świadomość, że ten ostatni czas był też najpiękniejszym w jej życiu, więc jeszcze bardziej w nią to uderzało, bo to się skończyło i nie miało wrócić. Zapadła się w fotelu ponownie, okryła kocem, jakby potrzebowała w tej chwili nieco ukojenia. Za bardzo się zaczęła otwierać, a nie była przyzwyczajona do, aż takiej wylewności.

- Jeśli będzie próbował je rozdawać jeszcze kiedyś, to raczej z niego zrezygnuję, niech ktoś inny się w to bawi. - Jak już ustaliły nic nie było stałe, więc rozsądniejsze wydawało jej się po prostu niesięganie po szczęście. Prosta sprawa. - Tak, najpierw pozwoli Ci uderzyć w ziemię, podepcze Cię, pokaże Ci, jak bardzo na to nie zasługujesz, a później stwierdzi, jednak nie, fajnie, że poczekałeś, teraz łap. Nie podoba mi się to. Zresztą nie uważam, że będzie lepszy moment, już nie będzie. - Prudence zdecydowanie nie była dzisiaj promyczkiem, nie zamierzała udawać, że jest inaczej.




RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Bard Beedle - 23.01.2026

Uniosłam kieliszek, przyjrzałam się resztce wina i roześmiałam się cicho, krótko, tym śmiechem, który zawsze zdradzał, że ktoś właśnie przypisał mi więcej mocy, niż faktycznie posiadałam.
- Permanentnie? - Powtórzyłam, kręcąc głową. - Och, nie bądźmy przesadnie optymistyczne. - Spojrzałam na nią spod przymrużonych powiek. Patrzyłam, jak unosiła kieliszek, wino znikało całkiem szybko, i pozwoliłam sobie na mały, wyrozumiały uśmiech. - Myśli nie są tak grzeczne. - Ciągnęłam dalej. - Nie wychodzą z głowy tylko dlatego, że się je ładnie zapisze. One raczej… Zmieniają adres. - Uśmiechnęłam się lekko. - Kiedy przenoszę je na papier, one przestają mnie szturchać co pięć minut. Wiedzą, że mają swoje miejsce. Leżą tam, zapisane, zabezpieczone, czasem nawet zaklęte, jeśli były szczególnie uparte. - Wzruszyłam ramionami. - Papier nie zabiera myślom mocy. - Powiedziałam ciszej. - Zabiera im chaos. Nadaje im kształt. A to robi ogromną różnicę. - Przesunęłam palcem po krawędzi kieliszka. - To trochę jak z dziećmi. Kiedy wiesz, że są w bezpiecznym pokoju, nie musisz co chwilę sprawdzać, czy jeszcze oddychają.
Odstawiłam kieliszek na stolik i oparłam się wygodniej w fotelu, splatając palce na kolanach, kiwając głową, po czym uśmiechnęłam się do niej łagodnie - w takich rozmowach nie chodziło o odpowiedzi, chodziło o to, żeby pytania miały gdzie bezpiecznie wybrzmieć.
Patrzyłam na Prudence, na sposób, w jaki siedziała, jakby jednocześnie chciała zniknąć i zostać zauważona, nie musiała mówić zbyt wiele - i bez tego jej myśli były głośne, to było niemal fizycznie wyczuwalne, jak natarczywe brzęczenie w powietrzu. Znałam ten stan aż za dobrze, widziałam go wcześniej u samej siebie, chociaż może nie do końca w dokładnie tej samej formie, tylko wtedy czasy były inne, mniej łaskawe dla ludzi, którzy widzieli zbyt wiele naraz. Przytaknęłam powoli, bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie do końca się z nią zgadzał, ale uznawał prawo do tej myśli.
- Gdybyśmy wiedzieli, która decyzja jest tą „właściwą”, a która tylko zapchajdziurą, wszystko wyglądałoby jak odhaczanie instrukcji obsługi. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się krótko. - Punkt pierwszy: zrób to. Punkt drugi: nie rób tamtego. Punkt trzeci: gratulacje, wygrałaś egzystencję. - Znowu wzięłam kieliszek do ręki. - Przewidywalność nie uczyniłaby życia prostszym. Uczyniłaby je tylko mniej żywym. Mniej prawdziwym. Bez ryzyka nie ma ani błędów, ani sensu. - Upiłam łyk, pozwalając winu opaść ciężko na język.
- I wiem, to niesprawiedliwe. - Kiwnęłam głową. - Ale to też jedyny sposób, w jaki możemy być naprawdę sobą, a nie wykonawcami wcześniej napisanego scenariusza. A wiesz, co jest najwspanialsze? - Dodałam ciszej. - To, że często te „nieistotne” decyzje okazują się najważniejsze. Jedno „tak” rzucone od niechcenia. Jedno wyjście z domu, którego wcale nie planowałaś. Jedna osoba, której nie miałaś poznać. - Spojrzałam na nią uważnie, ale bez nacisku. - A te wielkie, dramatyczne wybory? - Machnęłam lekceważąco ręką. - Czasem nie robią nic. Są tylko hałaśliwe. - Powiedziałam bez goryczy, raczej z doświadczeniem, kątem oka spojrzawszy na karty leżące na stole - na te, które wciąż czekały i te, które już zostały ujawnione.
Oparłam się głębiej w fotelu i przez chwilę pozwoliłam, by cisza zrobiła to, co potrafi najlepiej, nie spieszyłam się z odpowiedzią, ponieważ na takie pytania, jakie dziś padały, nie reagowało się odruchem.
- Nie. - Powiedziałam w końcu, spokojnie. - Nigdy nie było takiego momentu, w którym mogłabym powiedzieć „to już, teraz wiem”, i jeśli mam być z tobą uczciwa, to bardzo mnie to kiedyś złościło. - Uśmiechnęłam się z zamyśleniem, bardziej do wspomnień niż do niej. - Były etapy, w których byłam przekonana, że już się ustabilizowałam i to, kim jestem, ma wyraźne kontury, nazwę, funkcję. A potem życie robiło to, co robi najlepiej. - Uniosłam kieliszek, ale tylko go obróciłam, nie pijąc, tylko bardzo powoli przytakując sobie parokrotnie gestem głowy. Przesunęłam dłonią po podłokietniku fotela, ten powolny, prawie leniwy ruch pomagał mi dobrać słowa. - Wiesz, kochanie, w pewnym wieku masz dostęp przede wszystkim do odwagi. W innym skłaniasz się bardziej ku czułości. Później potrzebujesz cierpliwości. A jeszcze później zgody na to, że nie wszystko musi się domknąć.
Myślałam o swoich notatkach, o zeszytach upchniętych w szufladach, o pergaminach zapisanych w pośpiechu, w nocy, przy słabym świetle - one nie zabierały wspomnień, nie kasowały decyzji, tylko sprawiały, że przeszłość przestawała pchać się na scenę bez zapowiedzi. Spojrzałam na karty leżące na stole - nadal czekały, cierpliwe, jakby doskonale rozumiały, że dziś nie one są najważniejsze - tarot był tylko językiem pomocniczym dla rzeczy, które i tak musiały zostać wypowiedziane albo przeżyte w milczeniu. Nie miałam odpowiedzi na wszystkie pytania, nigdy ich nie miałam, ale wiedziałam jedno - jasność nie przychodziła jak objawienie, przychodziła fragmentami, wtedy, gdy człowiek był gotów je unieść. Wiedziałam, że Prudence była teraz na etapie, w którym archiwum otwiera się samo, obrazy wracają wyostrzone, pozbawione dawnych zniekształceń, boleśnie precyzyjne - dostrzegałam to w jej słowach, wyrazie twarzy i w oczach - to nie był przypadek ani kara, to był znak, że jej umysł dojrzał do nowej wersji prawdy, nawet jeśli jeszcze nie wiedziała, co z nią zrobić. Ten proces zawsze wyglądał jak chaos, chociaż w istocie był porządkowaniem, reorganizacją.

Mimo całego wypitego alkoholu, czułam w sobie spokojną trzeźwość kogoś, kto przeżył już kilka takich wieczorów, nie tylko przy winie, nie tylko z kartami na stole. Pozwoliłam jej płynąć, bo wiedziałam, że jeśli spróbuje się to zatrzymać, wszystko tylko się cofnie i zastygnie w środku. Zbyt wiele razy miałam okazję widzieć, jak ludzie próbowali ratować się cynizmem, bo wydawał się bezpieczniejszy niż nadzieja - zupełnie tak, jakby odrzucenie szczęścia z wyprzedzeniem miało uchronić przed bólem, który i tak znajduje drogę, inną, bardziej podstępną. Sama też byłam na tym etapie wielokrotnie - to była bardzo ludzka strategia, bardzo złudna, ale też bardzo szczera - najpierw pojawiał się zachwyt, potem strata, a zaraz po niej pokusa, by nigdy więcej nie sięgać po nic, co mogłoby zaboleć. Los zawsze działał w ten sam sposób - najpierw dawał, potem zabierał, a dopiero dużo później ujawniał, co tak naprawdę zostawił, nie było w tym sprawiedliwości, ale była ciągłość.
Patrzyłam na nią długo, zanim się odezwałam, nie dlatego, że brakowało mi słów, tylko dlatego, że te właściwe musiały najpierw osiąść. Słuchałam, gdy mówiła o niesprawiedliwości, o przyzwyczajaniu się do dobra, o tym nagłym wyrwaniu spod nóg wszystkiego, co zdążyło się stać domem. Kiwnęłam głową powoli, uniosłam kieliszek i upiłam łyk, spokojnie, bez pośpiechu.
- Wiesz - powiedziałam w końcu spokojnie - alergia na wszechświat to bardzo popularna dolegliwość. Szczególnie u ludzi, którym najpierw pokaże się coś pięknego, a potem zabiera bez wyjaśnień. - Odstawiłam kieliszek i nachyliłam się odrobinę w jej stronę. Nie broniłam losu, nigdy tego nie robiłam, nie zasługiwał na adwokata. - Zresztą, on nie jest delikatny, więc nie wymaga delikatnych reakcji. Nie tłumaczy się, nie przeprasza. Robi swoje i oczekuje, że my też będziemy umieli. - Oparłam się wygodniej, nogę założyłam na nogę. - Masz pełne prawo być na niego wściekła. Ja byłam na niego wściekła przez dobre kilkanaście lat. Czasem wracam do tego stanu rekreacyjnie - dodałam lżej - dobrze oczyszcza. - Nie uśmiechałam się, nie bagatelizowałam, ponieważ tego, o czym mówiłyśmy, się nie rozbrajało żartem, tylko spokojem.
Patrzyłam na Prue, gdy wpatrywała się w kieliszek, jakby w czerwieni wina próbowała znaleźć odpowiedź, ulgę albo chociaż chwilowe zawieszenie bólu, nie widziałam w niej osoby przegranej ani złamanej, widziałam kogoś, kto zaryzykował i teraz krwawił, a to była różnica zasadnicza, nawet jeśli ona jeszcze nie potrafiła jej dostrzec, i chociaż słowa o rezygnacji ze szczęścia brzmiały jak deklaracja, wiedziałam, że były tylko opatrunkiem, prowizorycznym, zakładanym w pośpiechu. Człowiek, który naprawdę przestaje wierzyć, nie mówi o tym tak głośno - ten gest też był mi boleśnie znajomy, robiłam to samo lata temu, tylko wtedy nie miałam babki po drugiej stronie stołu, a jedynie kieliszek i własne myśli, znacznie mniej łaskawe.
- Tak, to działa właśnie w ten sposób. -  Przyznałam bez próby łagodzenia. - I nie, to nie jest sprawiedliwe. Sprawiedliwość to ludzki wynalazek, nie kosmiczny. Wszechświat operuje ruchem, nie bilansem zysków i strat. - Przesunęłam palcem po krawędzi szkła, stawiając kieliszek po stoliku, po czym dolałam nam obu wina, bez pytania - to nie był wieczór na zachowawczość, to był wieczór na hojność wobec siebie.
- Rezygnacja ze szczęścia nie chroni przed bólem. - Spojrzałam na nią uważnie, bez litości, ale z czułością. - Chroni tylko przed radością. A ból i tak znajdzie drogę. On jest bardzo kreatywny. - Urwałam na chwilę, dając nam czas, by te słowa wybrzmiały. Słuchałam dalej, tej lawiny goryczy, rozczarowania, głębokiej czerni, w której teraz się pogrążała, nie spieszyłam się z dalszym wydawaniem opinii - w takich chwilach każde słowo wypowiedziane za wcześnie było jak źle dobrane zaklęcie.
Pozwoliłam jej mówić, aż w końcu zadała to pytanie, które zawsze padało prędzej czy później, to o sens, o powtarzalność bólu, o to, czy można się nauczyć nie cierpieć. Dałam jej to - to prawo do obrzydzenia, do gniewu, zanim wzięłam głęboki wdech, by się odezwać. Deszcz wciąż uderzał o szyby, rytmicznie, uparcie.
- Nie, to nie mija tak, że pewnego dnia wstajesz i myślisz „o, dziś już nie boli, proszę bardzo”. - Spojrzałam na nią uważnie, spojrzeniem kogoś, kto tę rozmowę odbył już wiele razy, w różnych wariantach, z różnymi twarzami. - Mija nierówno. Falami. Czasem na długo, czasem wraca znienacka, kiedy już jesteś pewna, że masz to za sobą. - Spojrzałam na nią uważnie, bez litości, ale też bez surowości. - Prawdziwe uczucia mają paskudny nawyk wracania wtedy, kiedy człowiek jest już pewien, że się przed nimi zabezpieczył. - Uśmiechnęłam się krótko. - W innym czasie, innym miejscu, pod inną postacią. Czasem nawet nie od razu rozpoznajesz, że to to samo. Ludzie tacy jak my nie kochają „na próbę”. - Pozwoliłam ciszy na moment się rozciągnąć. - Nawet jeśli bardzo byśmy chcieli, żeby było inaczej. - Uśmiechnęłam się lekko, nie gorzko, nie smutno. Ciepło było we mnie od zawsze, to prawda, umiałam je dawać, umiałam się nim dzielić, czasem nawet zbyt łatwo. Były uczucia płytkie, były bolesne, były takie, które brały więcej, niż oddawały, przeżyłam je wszystkie - każde czegoś mnie nauczyło, każde zostawiło ślad.
- Nie wszystko, co wraca, chce zostać, ale to, co naprawdę prawdziwe… Zostaje w człowieku na zawsze. To nic złego. Sama przeżyłam sporo rzeczy płytkich, bolesnych, takich, które uczą ostrożności i dystansu. Takich, po których człowiek wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. - Mój głos nie zadrżał, był spokojny, osadzony w tej chwili, w naszej rozmowie. - Ale było jedno. Jedno jedyne, które nauczyło mnie różnicy. Tego, że są uczucia, dla których nie buduje się życia „od nowa”, tylko żyje się dokładnie tak, jak ja żyję teraz. Z pamięcią.
Skinęłam głową powoli, sama do siebie, bo to zdanie było czymś, co należało przyjąć do wiadomości, a nie poddać dyskusji. Potem jeszcze raz, słysząc słowa o niepozwalaniu sobie, o wycofaniu się z gry - znałam ten ton, zdanie wypowiadane w tysiącu wariantów przez ludzi w różnym wieku, w różnych epokach, zawsze tak samo prawdziwe.
- To bardzo kusząca strategia - przyznałam - wycofać się. Nie brać kart. Nie ryzykować. Tylko że wtedy nie przegrywasz… Ale też nigdy nie wygrywasz. - Nachyliłam się minimalnie w jej stronę i westchnęłam cicho, nie zniecierpliwiona, raczej zmęczona tą myślą, bo słyszałam ją już setki razy, także we własnej głowie, wiele lat temu. - W praktyce wygląda to tak, że i tak  tracisz. To długoterminowe umieranie z wyprzedzeniem. Tylko bez wspomnień, bez ciepła, bez tego jednego momentu, który mógłby cię uratować w przyszłości. - Nie było w tym pocieszenia, nie próbowałam go nawet udawać.
Patrzyłam, jak znów chowa się pod kocem, to też było mi znane, ciało próbowało się chronić, skoro głowa już nie dawała rady. Sama też oparłam się wygodniej w fotelu, pozwalając, by moje słowa osiadły. Nie sięgałam po karty, jeszcze nie, ten wieczór wciąż należał do słów, wina i bólu, który musiał zostać wypowiedziany, zanim da się go jakkolwiek oswoić.
- I jeszcze jedno - dodałam na koniec - nie ma „lepszego momentu”, który się zmarnował. Są tylko momenty, które były najlepszymi możliwymi wtedy, gdy się wydarzyły, nawet jeśli ich wspomnienie boli. - Zakończyłam, wpatrując się w okno, bez nich byłoby pusto, a pustka też boli, czasami nawet bardziej od straty - to dwie różne rzeczy, tak często mylone przez tych pogrążonych w bólu i poczuciu niesprawiedliwości, ale tego już nie planowałam jej mówić.

Patrzyłam w ogień, nie na nią, bo wiedziałam, że jeśli spojrzę zbyt wcześnie, zamknie się z odruchu, iskry strzelały w górę, krótkimi, jasnymi błyskami, które gasły szybciej, niż zdążyło się je zapamiętać. W pewnym momencie przestałam liczyć kieliszki - po co liczyć coś, co i tak już spełniło swoją funkcję.
- Wiesz - odezwałam się w końcu, spokojnie, bez tonu mentorki, bez tej całej mądrości, którą zwykle się ode mnie dostawało - dziś, zanim przyszłaś - zaczęłam powoli, nie patrząc na nią, tylko w ogień - wyciągnęłam trzy karty.
Przesunęłam kieliszek palcami po blacie, szkło wydało cichy dźwięk, zwracając na siebie uwagę - karty też tam nadal leżały. Alkohol zrobił z wieczoru coś na kształt zamkniętego kręgu, bezpiecznego, ale bez ucieczek. Pierwsza butelka stała pusta, potem dołączyła do niej druga, trzecia była niebezpiecznie lekka.
- To nie było o mnie - Dodałam cicho, z absolutną pewnością. - Od początku wiedziałam, że nie, nawet jeśli nie zdążyłam dokończyć układu. - Nie musiałam podnosić na nią wzroku, by wiedzieć, że nadal siedziała tak samo - skulona w fotelu, z kocem podciągniętym wysoko, i to nie był chłód, który ją tak trzymał, to było coś znacznie głębszego. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w takim stanie, nie takiej, nawet wtedy, przed laty, kiedy świat pierwszy raz postanowił ją sprawdzić. Wtedy była cicha, zamknięta, teraz była obnażona z mechanizmów obronnych, mówiła o miłości tak, jak w przypadku bardzo konkretnych osób, którymi niewątpliwie byłyśmy, mówiło się tylko raz, albo nigdy.
- Znam cię od dnia, w którym pierwszy raz złapałaś mnie za palec. - Odwróciłam wreszcie głowę w jej stronę, iskry wystrzeliły nagle wyżej, jedna z nich zatrzymała się na moment w powietrzu, po czym zniknęła. Westchnęłam i wreszcie zdecydowałam się sięgnąć po coś, co od początku wieczoru leżało między nami, choć nienazwane. - Więc kiedy dziś widzę twoje śliczne oczy… I słyszę, że najpierw pozwala się komuś uderzyć w ziemię, a potem ewentualnie rzuca mu się ochłap szczęścia, jeśli dobrze poczekał. - Powiedziałam cicho. - To nie brzmi jak historia, która po prostu się „skończyła”. To nie jest drobnostka. To nie jest zwykłe „nie wyszło”, nie, gdy mówisz to tak, jakbyś naprawdę uwierzyła, że wszystko już się skończyło. - Urwałam na moment. Nie było w tym oskarżenia, była szczerość i troska, ciężka od lat doświadczeń. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie, nie takim zmęczeniu, nie takiej szczerości, nie tej czerni w słowach, gdy mówiła o miłości. Nawet wtedy, przed laty, kiedy świat pierwszy raz nauczył ją, że może boleć naprawdę, wtedy była ostrożna, smutna, ale jeszcze bardziej zdyscyplinowana, niż wcześniej. Teraz była… Obnażona, a to mnie niepokoiło, nawet jeśli starałam się jej nie naciskać, dając Prudence czas, by sama dojrzała do tego, by dać się lekko… Pchnąć ku sednu tematu. - Powiedz mi, Prue - odezwałam się łagodnie, ale bez ucieczki w półsłówka - co takiego musiało się stać, że teraz siedzisz tu i mówisz o miłości, jakby była kłamstwem, a nie czymś, co po prostu bardzo zabolało? - Oparłam się z powrotem w fotelu, ale nie spuszczałam z niej wzroku. - I zanim zaczniesz się zastanawiać, co wypada, a co nie… - Dodałam, jakby mimochodem - Chcę, żebyś wiedziała, że możemy też rozważyć inne rozwiązania. Nie tylko rozmowę. - Przez chwilę milczałam, po czym przechyliłam głowę lekko na bok. - Jestem już stara, wiesz, wiele mi można, reszta mało mnie obchodzi, dlatego zapytam wprost. - Odezwałam się spokojnie, bez uśmiechu. - Czy potrzebujemy rzucić na kogoś klątwę? - Uniosłam brew, zupełnie serio. - Nic wielkiego. Bezsenność. Swędząca wysypka. Może koszmary, takie z gatunku uporczywych. Czasem drobne przekleństwo działa lepiej niż długa salwa. - Przesunęłam spojrzeniem po kominku, po ogniu, po stole, po kartach, które wciąż leżały tam, gdzie je zostawiłam na początku wieczoru, po czym wzruszyłam ramionami.


RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - Prudence Fenwick - 23.01.2026

- To ma sens, chociaż na chwilę można przestać się na nich skupiać. - Metoda babci do niej przemawiała, być może faktycznie mogłaby spróbować wprowadzić ją w życie, nie do końca wiedziała, jakby to wyglądało w przypadku jej przypadłości, ale może warto było to sprawdzić. Myśli bywały zbyt intensywne, ciągle domagały się uwagi, dzięki temu sposobowi mogłaby skupić się na czymś innym, przynajmniej teoretycznie. Chcąc nie chcąc miała tendencje do tego, aby wracać do wspomnień, odtwarzać je w swojej głowie. Było to dla niej całkiem naturalne, bo przecież nie mogła przed nimi uciec, chociaż bardzo tego chciała. Być może był to jednak odpowiedni sposób na to, aby wszystko sobie poukładać. Jeśli zajmie się pisaniem, to będzie skupiona na tej czynności, chociaż na chwilę powinna przestać to przeżywać ciągle od nowa.

- Będę musiała tego spróbować, bo ostatnio jest ich trochę zbyt wiele. - Przyznała się do tego, chociaż wiedziała, że nie musiała mówić o tym na głos, bo jej babcia na pewno to dostrzegała. Niby była do tego przyzwyczajona, ale chyba nie zdarzyło się jeszcze, aby aż taki chaos panował w jej głowie. Zazwyczaj jakoś sobie z tym radziła, potrafiła je uciszyć, teraz? Teraz zupełnie straciła nad wszystkim kontrolę i zupełnie jej się to nie podobało.

- Być może masz rację, ale to oszczędziłoby cierpienia, pozwoliłoby unikać tych wszystkich sytuacji, które za bardzo wgryzają się w ludzi. - Miała świadomość, że życie byłoby wtedy dużo bardziej nudne, przewidywalne, ale czy to faktycznie było takie złe? W tej chwili naprawdę wolałaby nie cierpieć, nie wracać do tego co się wydarzyło, chociaż nie była przekonana co do tego, czy chciałaby odwrócić bieg wydarzeń, więc było w niej nieco hipokryzji, bo najchętniej pozbyłaby się tej nieprzyjemnej części, a to co dobre zostawiła, ale życie przecież tak nie wyglądało, prawda?

- Tak, te najdrobniejsze, z pozoru najmniej istotne decyzje potrafią zmienić wszystko, zupełnie wszystko. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie sądziła jednak, że faktycznie było to takie piękne, nie w tej chwili, w tej chwili raczej należała do osób, które wolałaby aby wszystko, co ją spotykało było całkiem przewidywalne, bo była zraniona i nie chciała tego powtarzać.

- Co zrobiłaś z tą złością? W jaki sposób przestałaś podchodzić do życia w ten sposób? - Miała świadomość, że właśnie znajdowała się na podobnym etapie i nie do końca jej się to podobało, skoro mogła popytać babcię o rady, to zamierzała to zrobić, szkoda było nie skorzystać z jej doświadczenia. - Czyli to po prostu tak działa, że się nie wie, że to jest płynne, że nigdy nie ma stałości. - Jeszcze kilka tygodni temu wydawało jej się, że wie kim jest, czego potrzebuje, ale zmieniło się to raptownie, kiedy w jej życiu pojawił się Benjy, teraz miała wrażenie, że niczego już nie wie i jest okropnie zagubiona, chyba nigdy jeszcze aż tak nie błądziła i nie podobało jej się to wcale.

- Odwaga okazała się być dla mnie niezbyt łaskawa. - Dodała jedynie, bo chyba była na początku tej drogi, o której wspominała Ellie, miała nadzieję, że kolejne etapy będą bardziej przyjemne, o ile w ogóle kiedyś nastaną. Nie do końca potrafiła uporać się z tym wszystkim, co siedziało jej w głowie, panował w niej okropny mętlik, jeszcze miesiąc temu wszystko było ułożone i proste, teraz przez to, że raz odważyła się sięgnąć po to, czego naprawdę chciała szlag trafił jej porządek i stałość. Rzadko kiedy pozwalała na to, aby w jej życiu panował chaos, tak się złożyło, że nie do końca umiała sobie z tym poradzić, żarło ją to od środka i okropnie męczyło. Być może nie była jeszcze gotowa na podejmowanie takich decyzji, jednak to zrobiła, a teraz musiała mierzyć się z konsekwencjami, które nadeszły, zawsze przecież przychodziły. Każda decyzja niosła ze sobą jakieś skutki, mniej lub bardziej pozytywne.


- Nie podoba mi się to, naprawdę mi się to nie podoba, chciałbym wierzyć w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny, ale to nie jest łatwe. - Wszechświat miał swój plan, którego nie potrafiła zrozumieć. Nie sądziła, aby zasługiwała na to, żeby teraz cierpieć, przecież w jej całkiem krótkim życiu spotkało ją wiele złego, myślała, że to będzie koniec tych przeciwności losu, najwyraźniej jednak się myliła. Musiała znowu oberwać, jakby to, co spotykało ją dotychczas nie było wystarczające. Naprawdę nie wymagała wiele, nie miała ogromnych oczekiwań, bo wiedziała, że nic w życiu nie jest takie proste, a i tak znowu spotkało ją rozczarowanie.

- Tak, robi swoje, i ma gdzieś to, czy to nie jest za wiele, czy uda się to przetrwać. - Miała ogromny żal do wszechświata i w tej chwili nie była fanką tego, jak działał.

- Mam nadzieję, że kiedyś doznam oczyszczenia, póki co raczej jestem od tego daleka. - Nie miała problemu z tym, aby przyznać się do tego, że aktualnie czuła głównie złość, żal, rozczarowanie. Nigdy w życiu nie czuła się, aż tak paskudnie, nie wydawało jej się, że wszystko zostało jej niesprawiedliwie odebrane. Z drugiej strony to były tylko i wyłącznie jej założenia, może tylko ona czuła się tak wyjątkowo podczas tych ostatnich tygodni, może była ślepa, kiedy myślała, że wszystko idzie dobrze, kiedy przyzwyczajała się do tej nowej rzeczywistości, a strasznie łatwo było jej to zrobić. Gdy już kogoś do siebie dopuściła, gdy pozwalała sobie odczuwać te wszystkie pozytywne emocje zatraciła się w tym i zignorowała fakt, że życie tak nie wygląda, że nie ma szczęśliwych zakończeń, a powinna to przecież wiedzieć. Czy faktycznie powinna mieć żal do wszechświata, czy raczej do siebie? Cóż, docierało do niej, że raczej do siebie.

Łatwo było jej rzucać te swoje teorie, że już wystarczy, że więcej nie powtórzy tego samego błędu, że nie pozwoli sobie na szczęście, w tej chwili to wydawało się być najlepszym rozwiązaniem, chociaż przecież nie mogła przewidzieć, co zdarzy się w jej przyszłości, czy naprawdę będzie taka asertywna, aby rezygnować z wszystkiego, co wszechświat będzie miał jej do zaoferowania? Wiele mogło się zmienić.

- Czyli według Twojej teorii, jeśli przyjęłabym taką wersję wydarzeń, to ból i tak by mnie znalazł i pojawiał się tylko on, to też nie brzmi szczególnie pozytywnie. - Nie sądziła, że to była tylko teoria, gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to to co mówiła Ellie naprawdę miało sens. To jeszcze bardziej mieszało jej w głowie, bo nie wiedziała jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak sobie poradzić z tym co się wydarzyło i jak zachowywać się w przyszłości. Nie była chyba do końca gotowa na takie przemyślenia, nie w tej chwili.

- Nie spodziewam się, że to minie, wiesz? - Nigdy nie zdarzyło jej się jeszcze odczuwać wszystkiego tak mocno, jak teraz. Raczej potrafiła się odcinać, zamykać w sobie po kolei te emocje, które miały zostać zakopane, to potrzebowało czasu, jednak w tym momencie wszystko było dużo bardziej intensywne. Nie spodziewała się, że kiedyś pozbędzie się wszystkiego, co się w niej nagromadziło w tym krótkim czasie, to nie było możliwe.

- Szczególnie, że to trochę bardziej skomplikowane, to nie było chwilowe, to nigdy nie było chwilowe, siedziało dużo głębiej, czekało na moment, w którym będzie mogło wyjść znowu na powierzchnię. - Od lat trzymała w sobie, bardzo głęboko zakopane uczucia, które kiedyś nie miały prawa istnieć. W teraźniejszości sytuacja wyglądała inaczej, mogła pozwolić sobie na to, żeby do nich wrócić, obudziły się, pojawiły się dużo bardziej intensywne, niż kiedykolwiek wcześniej, pewnie dlatego, że to nie było zupełnie nowe, tylko kiełkowało od lat. Łatwo było się w tym zatracić, uznać, że to właściwe, bo przecież takie szanse raczej się nie zdarzały, tyle, że bardzo szybko rzeczywistość wszystko zweryfikowała.

Słuchała uważnie tego, co miała do powiedzenia Ellie, czuła, że to, co wydarzyło się ostatnio w jej życiu mogło być tym, o czym mówiła. To nie było coś, co minie, raczej faktycznie będzie do niej wracać, będzie o tym pamiętać, bo nigdy nie czuła niczego tak intensywnie, nauczyła się wiele o sobie, zobaczyła, że potrafi jeszcze patrzeć na kogoś tak, jak wydawało jej się, że nigdy nie będzie jej dane. Otworzyła się, pozwoliła sobie czuć wszystko i wtedy nie czuła, że było to złe, zmieniła podejście, zmieniła siebie, wiedziała, że to jest ryzykowne, ale wtedy jej nie przeszkadzało, teraz przynosiło konsekwencje, ale czy naprawdę powinna żałować, że po tylu latach pozwoliła sobie na życie, takie prawdziwe życie? Nie miała pojęcia, wiedziała tylko tyle, że teraz niosło to ze sobą cierpienie, ale może kiedyś, kiedy ono przestanie być takie intensywne będzie to wspominać zupełnie inaczej, na pewno będzie do tego wracać, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, ukształtowało ją to w pewien sposób, chociaż przecież sądziła, że wie już o sobie naprawdę wiele.

- Czasem zastanawiam się, czy jest we mnie jeszcze co ratować. - Życie jej nie oszczędzało, raczej za każdym razem udowadniało, że może być tylko gorzej. Fakt, tym razem miała do czego wracać, pojawiły się momenty, które nigdy nie miały zostać zapomniane, jednak co z tego? Była na początku swojej drogi, wiedziała, że nie będzie jej dane tego powtórzyć, czuła, że to było wyjątkowe, będzie do tego wracać przez lata i zastanawiać się, czy mogła coś zrobić, zareagować, aby ta historia zakończyła się inaczej.

- Zapewne masz rację, chociaż teraz trudno jest mi w to uwierzyć. - Wiedziała, że Ellie miała swoje doświadczenie, przeżyła wiele, więc to, co mówiła to nie były tylko przemyślenia, raczej własne przeżycia i to, jak sobie z nimi poradziła, nie dzieliła się z nią tym bez powodu, jednak w tej chwili, w tej chwili trudno jej było myśleć o tym, że to co aktualnie rozdzierało ją od środka minie.

Sięgnęła po kieliszek, w którym znajdowała się reszta wina, dokończyła ją jednym haustem. Czuła już szum w głowie, lekkie otępienie, które jednak nie powodowało, że myśli przestawały kotłować się w jej głowie. Przez tę rozmowę stawały się jeszcze bardziej intensywne, być może tak miało być, być może musiała to przetrwać, aby jakoś wrócić do rzeczywistości, odnaleźć się w niej po tym wszystkim.

Uniosła głowę i spojrzała na Ellie, kiedy ta się do niej odezwała. Jak zawsze bardzo celnie trafiała. Znała ją, wiedziała, że to co ją gryzie to nie jest nic małego. Nie zachowywałaby się w ten sposób, gdyby to była drobnostka. Odetchnęła ciężko, nie mogła jej zbyć, musiała jej powiedzieć więcej, nogi nie przyprowadziły ją tutaj bez powodu. Babcia nie miała jej oceniać, na pewno nie powie, że była głupia i naiwna, kiedy więc kobieta skończyła mówić przez chwilę milczała, bo zbierała myśli. Zastanawiała się od czego właściwie powinna zacząć, bo to nie było wcale takie proste.

- Nie mam pojęcia, jak Ci to przybliżyć, to nie jest taka krótka historia, jakby się mogło wydawać. - To ostatnie tygodnie w jej życiu spowodowały zamieszanie, ale przecież mieszkało to w niej od lat, było bardzo głęboko schowane i skorzystało z możliwości wyjścia na zewnątrz.

- Nie wydaje mi się, żeby klątwa mogła coś zaradzić, zresztą nie chciałabym robić mu krzywdy. - Być może była zła, rozczarowana, ale nigdy nie należała do osób, które mściły się w taki sposób, nie na tych, na których jej chociaż odrobinę zależało. Ellie wydawała się być naprawdę skłonna to zrobić, ale Prue nie do końca sądziła, aby był to najlepszy pomysł.

- To nie pierwszy raz, kiedy to się skończyło, już kiedyś, bardzo dawno temu też mnie porzucił, przestało mu na mnie zależeć, przynajmniej wtedy w to wierzyłam, ostatnio okazało się, że to nie było takie proste, że to nie było jego zasługą, zbyt wiele nas wtedy różniło, żeby coś mogło się wydarzyć. - Ścisnęła mocniej w dłoniach brzeg koca, nie rozmawiała o tym z nikim, to nie było dla niej komfortowe, jasne to była Ellie, ale nie zmieniało to faktu, że mówienie o tym, co czuła wiele ją kosztowało.

- Uwierzyłam w to, że może potrzebowaliśmy innego miejsca, innego czasu, bo przecież nie spotkalibyśmy się przypadkiem, prawda? Z początku nawet nie wiedziałam kim jest, ale coś nas do siebie przyciągało, a później, później okazało się, że to on, zawsze chodziło tylko o niego. Na pewno pamiętasz, że jak byłam mała nie potrafiłam przestać o nim mówić. - Trudno było jej nie wspomnieć o przeszłości, bo wydawało jej się, że ona miała ogromny wpływ na to, co działo się z nią teraz.

- Wiedziałam, że nie mogę się zakochać, wiedziałam, że to nie może się wydarzyć, ale stało się, a on wyszedł, zostawił mnie, zresztą uprzedzał, że tak się stanie, a i tak to zrobiłam, wiem, że to było głupie, naiwne, ale to się po prostu stało, samo się stało, tak jak wtedy, może po prostu nigdy nie zniknęło? Sama nie wiem, ale przecież nie da się kogoś zmusić do tego, żeby przy tobie został. - Nie patrzyła na Ellie, oglądała swoje dłonie, bo nie miała odwagi jej spojrzeć w oczy.

- Więc jak dla mnie miłość to jest kłamstwo, jeśli coś rodzi się przez lata, a później kończy się w ten sposób, to jak mam uwierzyć, że ma prawo zaistnieć, jak mam w nią uwierzyć? To musi być kłamstwo. - Naprawdę była rozgoryczona, miała wrażenie, że popełniła błąd w swoich osądach, ale czuła to wszystko, wtedy wydawało jej się prawdziwe, zresztą nadal nie była w stanie się tego wyzbyć.