![]() |
|
[lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu (/showthread.php?tid=5642) Strony:
1
2
|
[lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Brenna Longbottom - 21.01.2026 Zagubiona dziewczynka Mam na imię Fiona i boję się sama iść do domu w ciemnościach. Pomożesz mi znaleźć drogę? Samotne, zagubione dziecko na skraju Hogsmeade, napotkane o zmierzchu, nie było czymś, co Brenna potrafiłaby zignorować. Dziewczynka mogła zbłąkać w mroku i spotkałoby ją nieszczęście. Mogła też poprosić o pomoc kogoś, kto niekoniecznie był przyjaznym człowiekiem i zrobiłby jej krzywdę. Albo, w optymalnej wersji, trafiłaby do domu, ale po drodze byłaby przerażona samotnością i tym, co czai się w nocy, i już nawet na to Brenna nie chciała pozwolić. – Oczywiście, że ci pomogę – odparła więc po prostu Brenna, spoglądając w wielkie oczy Fiony, a potem ruszyły razem ścieżką, bo jak wyjaśniła dziewczynka, posiadłość, której była dziedziczką, leżała na południe od Hogwartu. I to był chyba moment, w którym w głowie Brenny powinny zacząć dzwonić dzwonki alarmowe. Bo może nie była najlepsza w geografii, ale przemieszkała w Hogwarcie siedem lat, poza tym znała większość zamożnych rodzin z Anglii, i nie słyszała o żadnej wielkiej posiadłości. Nie myślała jednak o tym początkowo, bo przecież ktoś mógł niedawno się przeprowadzić. Albo chodziło o jakiś duży dom, który dziecku zdawał się wspaniałą posiadłością. Albo to jakaś dziwna pułapka, przemknęło przez głowę Brenny w pewnej chwili, nie uczepiła się jednak tej myśli, bo uważała siebie jeszcze za małą ważną, żeby komuś chciało się takie zastawiać. Niebo pokryło się czernią, najpierw na wschodzie, potem i na zachodzie. Chmury zbierały się im nad głowami i Brenna zaczęła z pewnym niepokojem spoglądać na niebo, niepewna, czy nie grozi im deszcz, albo nawet burza, sądząc po tym, że wiatr zaczynał szarpać im włosy. I wtedy w oddali dostrzegła zrujnowaną wieżę, niemal zlewającą się z ciemnym niebem, i przypomniała sobie, że kiedyś – dawno, dawno temu, jeszcze w Hogwarcie – szukała informacji o dworze położonym w tej okolicy, była tu nawet i… nie, niemożliwe, Fiona przecież nie mówiła o tym. – Dwór Cape jest blisko – szepnęła jeszcze Fiona, a Brenna zamarła. – Kochanie, jesteś pewna, że to na południe od Hogwartu? Może teleportuję nas z powrotem do Hogsmeade i spytamy w Trzech Miotłach o twoją rodzinę? – zaproponowała Brenna, odrywając spojrzenie od leżących przed nimi ruin, by przenieść na dziewczynkę. Tyle że dziewczynki obok nie było. Brenna uniosła wyżej różdżkę, rozświetloną przez zaklęcie lumos i rozejrzała się, w pewnej panice. – Fiona?! – zawołała głośno. W stronę, z której przyszły, biegła ścieżka i gdyby dziewczynka odbiegła w tamtą stronę, musiałaby ją zauważyć. Czy odbiła ku krzewom, w stronę tych ruin? Niewiele myśląc Brenna ruszyła w tamtą stronę, zbliżając się do budynku, który niegdyś musiał być zamkiem: może nie na miarę Hogwartu, ale na pewno robiącym wrażenie. Na razie w ciemnościach widziała głównie zarys dziedzińca, stojącej na nim rzeźby i schodów wiodących ku ogromnej, zrujnowanej budowli. – Fiona?! – zawołała znowu, choć miała wrażenie, że nie doczeka się odpowiedzi. RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Mathilda Quirrell - 21.01.2026 Tylusiu, kochana Tylusiu...no idź że... - wybrzmiewał głos Pani Nasturcji, czy jak wolała pieszczotliwie na siebie mówić Nastusi, bo przecie nie jest jeszcze tak stara i schorowana, a One - według staruszki - miały relacje bardziej zażyłą, także wolno było, a nawet trzeba było mówić sobie milej. Mathilda zaś nie była pewna dlaczego dała się namówić na tą jakże podejrzaną schadzkę, gdyż zazwyczaj liściki tego typu zbywała niezręcznym uśmiechem, chowając pełen politowania wyraz spojrzenia. Tłumaczyła przecież, że nie zna, że nie wie, ale gdzież by to staruszkę zniechęciło - wręcz przeciwnie! Stara poczciwa Nasturcja była przeszczęśliwa i podekscytowana, jakoby sama wróciła do lat młodzieńczych i to Ona sama miała udać się na to spotkanie, a nie Mathilda. Karteczka była co prawdy trochę poszarpana, a treść i adres zarówno widoczny co nieczytelny. Ciemne chmury spowiły niebo, gdy szła na spotkanie z... z kim? Wyrzucała sobie w myślach swoją naiwność i głupotę, bo przecież któż to godzi się na tego typu spotkania. Gdy dotarła pod wskazany adres, znajdując się przed frontowym wejściem, jej brwi zbiegły się ku sobie w zdziwieniu. Sięgnęła do kieszeni, aby wygrzebać skrawek papieru i jeszcze raz sprawdzić adres i ku swojemu zdumieniu odkryła, że to tu. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa. Rozejrzała się, a zniesmaczona mina rozwiała resztki entuzjazmu, o ile jakikolwiek przechadzał się po jej głowie. -Czy to żart? - zapytała cicho, nie rozumiejąc co się dzieje. Gotowa była zawrócić, a jednak jej wzrok kolejny raz powędrował ku niebu, które coraz żarliwiej zapowiadało urwanie chmury. -Skoro już tu przyszliśmy.... - szepnęła, przechodząc przez próg, a wzrok jej wędrował od starej, zniszczonej podłogi, której ubyło więcej aniżeli jedna deska - po zniszczone ściany, a raczej to co z nich pozostało. Spojrzała ku górze, orientując się, że podłoga na wyższych piętrach, a w zasadzie sufit, był kwestią sporną. Niby istniał, ale przez wyrwy widziała zarówno piętro, co i zachmurzone niebo. Wydęła usta, wsłuchując się we własne kroki. -A gdyby tak planował nas zabić? I zwabił nas tu...- rozpoczęła głośne spekulacje, gdy niespodziewany głos zakłócił dotychczasową ciszę Fiona! - obróciła się w kierunku wyjścia, a brwi na powrót zbiegły się ku sobie. Nie widziała nikogo, ale wyraźnie słyszała głos. Co prawda ten nie należał do żadnego mężczyzny, którego spodziewała, a nawet oczekiwała zobaczyć, skoro już tu przyszła. -Ktoś zgubił psa? - zagaiła cicho do Artemisa, który kurczowo otulał jej szyje. Ale tu? na niemalże odludziu? - jej kroki na powrót skierowały się ku wyjściu, aczkolwiek nie wyszła na zewnątrz, zatrzymując się w przejściu, zerkając ukradkiem w kierunku rozciągającego się krajobrazu ogólnej beznadziei, chcąc odnaleźć autora głosu. Autorkę - poprawiła się w myślach, gdy błękitne tęczówki dostrzegły sylwetkę, która zdecydowanie zmierzała ku ruinom posiadłości. Wzięła głęboki, acz cichy wdech. -Artemisie - szepnęła do węża wręcz konspiracyjnie, chowając się, tym samym przywierając plecami do kamiennej futryny - Artemisie, myślisz, że to on? Znaczy się ona... - poprawiła się szybko, zupełnie zdezorientowana. Kobieta wołała, co prawda nie moje imię, acz czyjeś inne, być może człowieka, a być może psa - mamrotały rozbiegane myśli - ale co by robiła akurat w tym miejscu, o tej porze i dziś ... Na powrót wychyliła się delikatnie, z zaciekawieniem obserwując kobietę, której sylwetka z każdym krokiem stawała się coraz to bardziej wyraźna. W głowie już układała plan ewentualnej ucieczki, kolejny raz wychylając głowę ku podwórzu - i chciała zrobić to dyskretnie, dopóki nie upewni się, że nieznajoma nie stwarza zagrożenia. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że nie tylko oczy jej zerkały, ale i włosy, gdyż pukle orzechowych loków radośnie przesypały się, dyndając na wejściu, zdradzając jej położenie dużo bardziej niż Quirrell by tego chciała. Gwałtownie drgnęła, ponownie chowając się za framugę, przyklejając się do ściany tak mocno, jakoby chciała stać się z nią jednością -Chyba nas zauważyła! - szepnęła panicznie. RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Brenna Longbottom - 22.01.2026 Jakaś część umysłu Brenny chyba wiedziała już, co się tu stało. Dziecko było ubrane w staroświecką szatę, w dodatku nie pasującą do letniego wieczoru, a słowo Cape przywoływało dawne wspomnienie z cmentarza w Hogsmeade i nazwiska umieszczonego na jednym z nagrobków. Znikło tak nagle, bezgłośnie, ledwo Brenna odwróciła wzrok dosłownie na moment, a Fiona nie wyglądała jak ktoś, kto potrafi błyskawicznie i cicho się poruszać. Kierunek, w którym miał znajdować się dom, wiódł do ruiny, wspaniałej, ale wciąż ruiny. Mimo to Brenna nie mogła ryzykować, że zostawi na tym pustkowiu żywą dziewczynkę: przecież niewykluczone, że tylko ponosiła ją wyobraźnia i nie wpadła w środek żadnej dziwnej opowieści o duchach. A jeśli to nawet był duch… Wciąż chciał znaleźć drogę do domu. Może gdyby ją odszukała, mogłaby w tym pomóc. Ruszyła przez dziedziniec, zadziwiająco dobrze zachowany, nawet po tylu latach. Minęła posąg, w ciemnościach wyglądających jak jakiś człowiek w płaszczu, przycupnięty tu i na coś czekający – wrażenie było na tyle realne, że Brenna obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. Ruszyła po schodach, wiodących do głównego wejścia, unosząc na moment głowę, by spojrzeć na górne piętra, czy raczej to co z nich zostało. Nie mogła oprzeć się myśli o tym, że kiedyś musiało to być piękne miejsce: i ukłuciu żalu, że zostało zniszczone. Nie dałoby się wejść na samą górę, a i pewnie gdyby spróbować, część podłóg załamałaby się, ale gdyby nie ciemności, mogłaby dostrzec fragmenty ścian i niegdyś wspaniałych pomieszczeń. – Fiona? – rzuciła, gdy jeszcze zanim weszła do środka, dostrzegła w ciemności ruch i różdżka w jej dłoni rozbłysła jaśniejszym światłem. Wciąż ją i Mathildę dzieliła spora odległość, ale szybko zdała sobie sprawę z tego, że nie miała do czynienia z dzieckiem… i niemal natychmiast obudziła się w niej podejrzliwość. Może to jednak była jakaś pułapka. – Och, przepraszam. Pomyliłam panią z kimś – powiedziała, spokojnie, ale zaciskając wciąż palce na różdżce, bo to mógł być przypadek, i pewnie w takim razie ta dziewczyna była jeszcze bardziej przerażona niż ona, nie robiła więc niczego gwałtownego, nie uniosła różdżki, nie zrobiła kroku w stronę kobiety. Ale też nie oznaczało to, że nie zamierzała zachować ostrożności, na wypadek, gdyby tamta zamierzała zrobić coś gwałtownego: zaatakować czy ze złej woli, czy po prostu ze strachu przy tak dziwnym spotkaniu. – Nie widziała pani tu dziewczynki, mniej więcej dziesięcioletniej? A może… może pani zna Fionę Cape? Ostatnie pytanie zadała, tknięta nagłą myślą, że być może ma przed sobą ducha tej posiadłości. Choć dziewczyna wyglądała całkiem materialnie. A może Fiona naprawdę mieszkała tu w pobliżu, a ta kobieta była jakąś jej krewną i jej szukała późną porą? Tylko… Czy to co było owinięte wokół jej szyi było jakimś szalem? Bo Brennie wydało się, że to coś się poruszyło? RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Mathilda Quirrell - 23.01.2026 Serce zaczęło łomotać gwałtownie, jakoby chciało wyrwać się z piersi, a Mathilda w nagłej panice zakryła dłonią usta. W zasadzie nie była pewna dlaczego nieznajoma wywołała w niej tak gwałtowne emocje, w końcu w życiu widywała gorsze rzeczy od niemalże kołyski. Wielokrotnie oglądała twarze z których życie powolutku uchodziło, a ich oczy... Oh ich oczy były najsmutniejszym widokiem. A jednak teraz, spowita ciemnością nieznajoma sylwetka skojarzyła jej się, być może niesłusznie, z aniołem śmierci. Z karmą za wszystkie lata, za wszystkie życia, za całe okrucieństwo, które dziewczyna tłumaczyła dziecięcą bezradnością. Bo ile może taki drobiażdżek co to ledwo od ziemi odrósł, co to dopiero składał zdania, co to chciało powiedzieć stop - ale strach, strach był silniejszy od dobrych chęci. Kobieta się zbliżyła, nie na tyle blisko aby Quirrell mogła jej sięgnąć, ale na tyle aby w półmroku widzieć jej twarz. A twarz nieznajomej nie przypominała nikogo złowrogiego, była urokliwa, mimo iż w bladym świetle różdżki mało widoczna. I chociaż Mathilda nie gustowała w kobietach to z całą pewnością stwierdziła, że nie czułaby się urażona, gdyby to nieznajoma była autorką listu, wręcz przeciwnie, schlebiłoby jej to, że nawet tak urokliwe damy są nią zainteresowane. -Ja... Ja przepraszam - rzuciła szeptem, bo głos gdzieś pomiędzy zaniknął. I nie była do końca pewna za co przeprasza. Być może był to zwyczajnie odruch obronny, a być może nie chciała kobiety wystraszyć, tak skradając się w progu niczym złowrogi duch. Zainteresowany zaś Artemis, wąż gatunku atheris hispida, poruszył się gwałtowniej, przesunął po szyi dziewczyny, aby wystawić w kierunku Brenny drobny, kolczasty pyszczek, na którym osadzone były wielkie, wyłupiaste oczęta, które teraz spoglądały na nieznajomą. -Dziewczynki? - powtórzyła, a jej brwi po raz kolejny zbiegły się ku sobie w niezrozumieniu. Przez głowę Mathildy przeszła myśl, że jeszcze kilka razy tak się zdziwi i dostanie lwiej zmarszczki, a to by była doprawdy wielka tragedia. -Tu? - zerknęła pierw w prawo, chwilę później w lewo. Co by robiło dziecko w tym miejscu, w dodatku o tej porze? Czyżby kobieta była szalona? -A skąd... - szepnęła, zaraz unosząc dłoń, aby nieco przysunąć wężowy łepek ku sobie, który chciał ciut bardziej wychylić się w kierunku kobiety - Artemisie... - szepnęła z niejakim oburzeniem - Gdzież twoje maniery, tak nie przystoi obłapiać kogoś wzrokiem - mruknęła stanowczą, choć cichą, reprymendę, aby ponownie spojrzeć na Brenne. -Raczy mi Pani za niego wybaczyć, zazwyczaj nie jest tak wścibski, ale Pani... Widocznie Pani go zauroczyła wyjątkowo - dodała, a uśmiech miała iście przepraszający. -Fiona Cape... - powtórzyła z wolna, jakoby smakowała tego imienia, jakoby miało to jej w czymkolwiek pomóc - Niestety... - pokręciła głową. -Ale, jeśli oczywiście Pani zechce, chętnie pomogę w poszukiwaniach - dodała dużo żywiej, a nagły entuzjazm rozświetlił jej lica. W końcu wieczór i tak miała już zrujnowany, w dodatku harcowanie po ruinach w towarzystwie wydawało się nie tylko dużo przyjemniejszą wizją, co bezpieczniejszą. -Mathilda - wyciągnęła w jej kierunku dłoń, darując sobie w tym momencie swoje nazwisko bo te wzbudzało wśród nieznajomych różne odczucia. Bycie półkrwi było doprawdy trudne, trudniejszym było jedynie, w jej skromnym zdaniu, bycie półkrwi z rodziny Quirrell. RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Brenna Longbottom - 23.01.2026 Mathilda nie wyglądała zbyt groźnie: raczej jak dziewczyna, która się tutaj zgubiła… ale wąż poruszający się na jej szyi już trochę tak, a w świecie czarów pozory lubiły mylić. Bardzo ładne, drobne, pozornie nieszkodliwe i chyba trochę przestraszone dziewczyny też mogły w końcu używać czarnej magii. W półmroku Brenna nie mogła dokładnie się jej przyjrzeć, choć twarz wzbudzała jakieś odległe skojarzenia i była prawie pewna, że gdzieś już tę widziała. Ciężko było jednak skojarzyć pannę z przedstawienia, zważywszy na to, że wtedy rzadko miało się okazję przyjrzeć uważnie występującym, ginącym trochę pod makijażem, wymyślnymi fryzurami, strojami i przede wszystkim ciężarem roli. Nie czyniła więc żadnych gwałtownych ruchów, ale obserwowała dziewczynę i węża… no dobrze, przede wszystkim węża… bardzo, bardzo uważnie. – Mówiła, że boi się sama wrócić do domu… ale poprowadziła mnie tutaj i znikła mi z oczu, jak się odwróciłam. Mam wrażenie, że jednak w tym miejscu nie mieszka żadne dziecko – powiedziała, pewna, że jeśli sama nieznajoma nie jest jakąś wariatką krążącą po ruinach po nocach, to uzna za wariatkę Brennę. I może dlatego Brenna postanowiła na razie nie wspominać, że ma dziwne wrażenie, że ta dziewczynka mogła być duchem. – Yhym… nie szkodzi? Cześć, Artemisie? – stwierdziła, tak trochę niepewnie. Gdyby to był kot albo pies, pewnie wystawiłaby rękę, w taki sposób, by ochraniać podwinięte palce, i pozwalając takiemu samemu zdecydować, czy chce tę obwąchać… ale choć absolutnie nie znała się na zwierzętach, miała dziwne wrażenie, że w przypadku węża nie byłoby to najlepsze posunięcie. Czy powinna spytać, czy on gryzie? I jak w ogóle można zauroczyć węża? Czy był magiczny, skoro Mathilda nosiła go tak ze sobą? I kiedy Mathilda wyciągnęła dłoń pierwsza, Brenna wprawdzie jej rękę uścisnęła, ale zezowała przy tym trochę na węża, czy ten nie postanowi nagle jej ukąsić. Uścisk miała jednak pewny, mocny, choć nie na tyle, by zabolało, i dość krótki, a gdy się odezwała, w jej głosie nie znać było niepewności czy choćby śladu strachu. – Brenna. Nie spodziewałam się tutaj nikogo. Znaczy się, nie spodziewałabym się, gdybym sama tutaj tak nie trafiła. Mieszka pani w pobliżu? – spytała, cofając się o krok po podaniu dłoni i zajrzała do wnętrza dworku Cape. Wszędzie poniewierały się kamienie i deski, które pewnie poupadały z wyższych pięter. Na niektórych ścianach dostrzegała coś, co mogło być starymi malunkami albo resztkami tapet. – Może wie pani, czy są tu niedaleko jakieś inne domy, w których ten dzieciak mógłby mieszkać? Zaczynam mieć wrażenie, że ta mała tylko mi się przyśniła. …albo że była duchem, ale po co cię straszyć, że wpadłaś tu na kogoś absolutnie walniętego. A za jej pytaniem kryło się drugie dno. Bo z jednej strony chciała wiedzieć, czy obok był jakiś dom, do którego mogła pobiec Fiona, a z drugiej chyba trochę chciała wybadać, co ta panienka robiła tutaj sama już po zmroku. – A co do szukania… to mogę sprawdzić chyba dość łatwo, czy jest tu obok. Tylko proszę się nie przestraszyć, użyję animagii – ostrzegła: normalnie by tego nie robiła, ale okoliczności były wyjątkowe. Raz, zanim się przemieni, wolała jeszcze się upewnić, że kobieta nie jest zagrożeniem. Dwa, w takiej sytuacji nagłe pojawienie się wilka mogło kogoś po prostu przerazić. RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Mathilda Quirrell - 25.01.2026 Wysłuchawszy krótkiej historii, a raczej streszczenia na temat rzekomej dziewczynki, Mathilda pokiwała delikatnie głową w widocznej zadumie -Dzieci nie znikają tak nagle, tak po prostu - zauważyła coś, co była pewna, zauważyła również autorka historii - przynajmniej nie takie zwykłe... - prawdą było, że dzieci posiadały jakiś nieznany dorosłym dar do teleportacji i niekiedy wystarczyło odwrócić od nich wzrok, aby te zniknęły, zaszyły się gdzieś za rogiem, aczkolwiek te nie znikały na tyle daleko aby przepaść jak kamień w wodzie. Szczególnie na odludziu, gdzie nie było budynków i miastowego gwaru pośród którego dane by było stopić się z pozostałymi. W dodatku w przedstawionej przez kobietę wersji to dziecko same do niej przyszło, co więcej wyrażało strach samotnym powrotem, a więc nagłe zniknięcie tym bardziej nie miało sensu. Zerknęła na Artemisa, gdy z ust nowopoznanej wymknęło się powitanie. Niepewne, aczkolwiek nie było w nim obrzydzenia, a to niewątpliwie ucieszyło właścicielkę węża. Uścisk dłoni kobieta miała pewny, mocny, a to jasno mówiło o tym, że za urokliwą buzią kryła się prawdziwa siła charakteru, nawet jeśli ta zdawała się niezwykle życzliwa - w końcu jedno drugiego nigdy nie wykluczało. Brenna... - Smakowała jej imienia dłuższą chwilę. Imię bardzo ładne, o znaczeniach tak wielu, że ciężko było zdecydować się które zaważyło o jego wybraniu, o ile któreś zaważyło, bo może zwyczajnie te upodobali sobie jej rodzice. A jednak Quirrell miała wrażenie, że imię to idealnie pasuje do nowej towarzyszki, mimo iż w swoich wnioskach kierowała się jedynie domysłami. Może gdyby stara Nasturcja nie przyniosła dnia pewnego wielkiej księgi imion, zaśmiecając już i tak wypchaną pamięć Quirrell o nowe, mało użyteczne w życiu informacje, to temat imienia nie obijałby się teraz tak intensywnie po jej głowie. Mieszka pani w pobliżu? - drgnęła niespokojnie, gdyż te pytanie, mimo bycia zdawało się niewinnym było doprawdy zawstydzające. W końcu powód przybycia tutaj, jak teraz o tym myślała, był godny pożałowania. Westchnęła cicho, zbierając się do odpowiedzi, nieco zażenowana całą sytuacją -Nieee... nie mieszkam nigdzie w okolicy... - wyznała, a na jej usta wpłynął nieco zawstydzony uśmiech, w końcu przyszła godzina do zwierzeń, aby to nie wyszła na nawiedzoną, chociaż zastanawiała się czy wyznanie prawdy nie było gorszym scenariuszem. -Bo widzi Pani, Pani Breniu... - zaczęła niepewnie, nie gubiąc zażenowanego uśmiechu - miałam się z kimś spotkać, ta osoba wybrała ów miejsce... Co prawda adres wiele mi nie mówił, toteż namówiona przez starą znajomą postanowiłam przyjść i... Oh jak wielkie było moje zdziwienie... - westchnęła żałośnie, jeszcze raz rozglądając się po posiadłości. Tylko proszę się nie przestraszyć, użyję animagii –-a na ostatnie słowo Mathilda niemalże zachłysnęła się gwałtownie pobranym powietrzem. -Jest Pani również animagiem?! - zakrzyknęła szeptem, a jej ślepia, mimo nocnego mroku, zdawały się zalśnić żarliwie, zaś policzki nabrać wypieków. Na jej twarzy objawiło się wręcz podekscytowanie, jakoby Quirrell właśnie spoglądała na co najmniej swoją bratnią duszę. I chociaż była to nad wyraz przesadna reakcja i wiedziała, że powinna ciut przystopować swoje ataki entuzjazmu, to jednak nie często dane jej było spotkać drugiego animaga. Ci wszak nie chodzą i nie głoszą na lewo i prawo, że takimi są. One sama również tak nie głosiła, być może temu los poskąpił jej takowych znajomości lub też wiedzy. I kimże mogła być kobieta? Sarenką? Zajączkiem? Bo przecie twarz miała anielską, zdawałoby się niewinną, chociaż w jej spojrzeniu - oj w jej spojrzeniu, mimo że pogodnym, tańcowała iskierka. I ta iskierka wprawiała w zakłopotanie myśli, bo w tej iskierce kryła się zaciętość i hart ducha jakiego pozazdrościłby niejeden mężczyzna, który z takowego winien słynąć. A i uścisk dłoni tak pewny. Więc czym? Zastanawiała się chwilę, potem drugą, niestety nie wymyśliła absolutnie nic, stwierdzając, że na przeciw niej stoi wielka zagadka. -Proszę się nie krępować - wyznała radośnie. Ah, chciała zobaczyć czymże jest ta, która właśnie stała przed nią, już nie tak obca jak chwilę temu, już nie nieznajoma, wszak imiona swoje już znały. RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Brenna Longbottom - 25.01.2026 – Mogła niby wbiec w krzaki, dzieliły nas akurat od tego miejsca, pomyślałam, że tu pobiegła… ale już przez chwilę zastanawiałam się czy nie była duchem. I nie, nie zdziwię się, jeśli zostanę uznana za wariatkę – odparła pogodnie, jakby ani trochę nie przejmowała się, że Mathilda uzna ją za szaloną. W gruncie rzeczy naprawdę by się tym nie przejęła, chociaż nie chciała tej dziewczyny niepotrzebnie straszyć. Ale mimo całej tej pogody, martwiła się trochę o Fionę. Niezależnie od tego, czy była wciąż żywa czy już martwa. Zdawała się… zagubiona. Duchy też zasługiwały na to, by znaleźć drogę do domu… albo na tę drugą stronę, gdzie z błękitnego ognia sięgnie ku nim znajoma ręka. I między innymi dlatego, gdy odsunęła się od Mathildy, rozglądała się bacznie, w poszukiwaniu śladów, które mogłaby pozostawić mała dziewczynka albo jakichś oznak świadczących o obecności duchów. – Tutaj? O wow – zdumiała się, spoglądając znowu ku dziewczynie, gdy ta wyjaśniła, że ktoś zaprosił ją na spotkanie. Po prawdzie sama Brenna… no, mogłaby kogoś tutaj ściągnąć. Uznać że to świetne miejsce do zwiedzania na przykład albo że mogą zrobić tu ładne zdjęcia, ewentualnie że dziedziniec jest idealnym polem do fechtunku (to zresztą sobie zapamiętała, bo dziedziniec dworku Cape naprawdę świetnie nadawał się do tego celu, musiała sprowadzić tutaj brata) albo wymyśliłaby jeszcze jakiś inny, dziki powód. Ale jednocześnie pozostawała świadoma, że jednak ludzie rzadko wyznaczali takie miejsce na spotkania, zwłaszcza w środku nocy. – Rozumiem, że ta osoba się nie pojawiła, czy dopiero czekasz? Jak będę się rozglądać za Fioną, to przy okazji się zobaczy czy jest tu ktoś jeszcze, ale tak sobie myślę, że takie spotkanie to mógł być… chyba trochę nieprzyjemny żart. A, Brenna wystarczy – rzuciła, odrobinę rozbawiona tą panią Brenią. Dziewczyna była urocza: w pewnym sensie przypominała jej chyba trochę Dorę, może nie do końca w wyglądzie, ale w pewnej nieśmiałości w zachowaniu, i po prostu budziła instynkty opiekuńcze. I Brenna miała nadzieję że to ot był żart, a nie że ktoś miał jakieś niecne plany i nie wychodził z kryjówki, bo Mathilda nie była tutaj sama. Jeżeli czekał ukryty w jakimś kącie, to miała zamiar go wywęszyć, skopać mu tyłek i poszukać pretekstu do aresztowania przynajmniej na dwadzieścia cztery. – Też? – podchwyciła, uśmiechając się lekko. Najwyraźniej niepotrzebnie się martwiła, że przestraszy Mathildę, skoro wyglądało na to, że była animagiem, a zdaniem Brenny każdy, kto utrzymał ten cholerny liść pod językiem przez miesiąc, by dopełnić przemiany, zasługiwał na najwyższe uznanie. Przy okazji upewniła się, że dziewczyna jest młoda, bo Brenna nie kojarzyła imienia z rejestrów animagów, a ten studiowała jakiś czas temu pilnie, gdy sama robiła przymiarki do zarejestrowania się. No, chyba że panienka była niezarejestrowana, ale pewnie wtedy by nie przyznawała się do tego tak radośnie? (Nie żeby Brenna zamierzała od razu biec i to zgłaszać. Może w teorii powinna, ale o ile niektórych rzeczy za nic nie przepuszczała, na inne czasem potrafiła przymknąć trochę oka. Sama w rejestrach była, więc chociaż nie przechwalała się na prawo i lewo, to gdy wychodziło jej, że przemiana pomoże… zmieniała się. W pracy ta umiejętność naprawdę ułatwiała jej mnóstwo rzeczy i uważała, że jest chyba obok widmowidzenia jej największym, jeśli nie jednym z zaledwie dwóch atutów.) – Dzięki – rzuciła tylko, choć odsunęła się jeszcze dalej, a potem zmieniła. W jednej chwili w ruinach stała młoda kobieta, w kolejnej: wilczyca o ciemnym umaszczeniu. I Brenna zaczęła kręcić się w pobliżu wejścia, a potem przy schodach wiodących na dziedziniec, usiłując wychwycić zapachy ludzi inne niż te swoje i Mathildy. Czy była tu Fiona? Albo człowiek, który zaprosił tę dziewczynę na to dziwne spotkanie późną porą w ruinach dworku Cape? RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Mathilda Quirrell - 03.02.2026 -duchem powiadasz... - powtórzyła w zadumie. Za wariatkę Mathilda jej nie uznała, wszak Brenna na takową nie wyglądała, wręcz przeciwnie, nawet gdy z jej ust wypadały słowa świadczące o surrealistycznych bytach, a za takowym przecież podążała, to w całym tym szaleństwie brzmiała bardzo trzeźwo i rozsądnie. -Tutaj tutaj... też byłam zdumiona, gdy zamiast cywilizowanego miejsca dojrzałam ruiny- skinięciem głowy potwierdziła. Bo chociaż ruiny były piękne, były raczej marnym miejscem na pierwsze spotkanie. Już sama nie wiedziała czy winna mówić starej Nasturcji co zastała pod adresem, nie chciała jej niepokoić czy wywołać w niej wyrzuty sumienia, że swoim entuzjazmem mogła narazić ją na niebezpieczeństwo. Tym bardziej była rada, że tuż obok stała Brenna i nie była w tym szaleństwie osamotniona. -W zasadzie to.... nie jestem pewna - pociągnęła apropo własnego spotkania, a jasne tęczówki jeszcze raz przemknęły po podniszczałych ścianach - nie jestem pewna czy chcę nawet wiedzieć... - W Quirrell zaczęła narastać pewność, że nie ma zamiaru, ani ochoty czekać na adresata liściku i gdy tylko uporają się obie ze sprawą rzekomej dziewczynki, tak też wróci do domu. Miejsce to z każdą chwilą bowiem zdawało się ciemniejsze, a Quirrell miała wrażenie, że atmosfera staje się dziwnie ciężka, jak gdyby niewidzialna mgła zaczynała ciążyć na oddechu, uciskać klatkę piersiową. Artemis poruszył się niespokojnie, co nie umknęło właścicielce -Spokojnie... - rzuciła z uśmiechem, a jej spojrzenie na powrót zaległo na dziewczynie. Rozpromieniła się -Też - potwierdziła radośnie i było to ostatnie potwierdzenie, nim Brenna nie zmieniła się w ... wilka. Ah wilk, wilk... - szeptały myśli dziewczyny z zachwytem. O wilku wszak nie pomyślała, ale gdy teraz spoglądała na ciemne wilcze futro stwierdziła, że był to wybór idealny i pasował. I nawet nie było jej żal, że nie stał przed nią ani króliczek, ani sarenka, bo te wypadały teraz blado i niezbyt majestatycznie. Wraz z przemianą seria zapachów wręcz brutalnie trąciła nos wilczycy. Wszak nos jej stał się przerażająco czulszy, wyposażony w zatrważającą ilość receptorów węchowych, czując o wiele więcej niż była w stanie wyczuć pod postacią człowieka. Ta gwałtowność nowych zapachów nie była zbyt przyjemnym uczuciem, acz nie był to jej pierwszy raz toteż była zaprawiona w boju. Najmocniej obijał się zapach stęchłej wilgoci, starości i kurzu. Zaraz za nim zapach jej własny oraz Mathildy, która znajdywała się najbliżej, a która teraz wodziła spojrzeniem za wilczą towarzyszką. Z każdą ciągnącą się chwilą dochodził nowy zapach, który potrzebował chwili na weryfikacje - stare podmokłe drewno, zbutwiałe. Węsząc dalej przeszła na popękaną drewnianą podłogę, a do jej nozdrzy dostał się kolejny zapach. Coś niewidzialnego, ciężkiego i nieproszonego wślizgnęło się przez wdychane przez Brenne powietrze. Najpierw była to ledwie uchwytna nuta - niepokój barwiony metaliczną nicią, zapach który zapewne kojarzyła, wszak nie żyła aż tak krótko aby nie znać. Z początku cień woni, gdzieś nisko przy podłodze, a jeśli postanowiła podążyć w jego kierunku, zdawał się nasilać. Z pęknięć w drewnianej posadzce, która skrzypiała przeraźliwie pod naciskiem wilczych łap, coraz to intensywniej sączyła się surowa, żelazista nuta - zapach krwi. Tego mogła być pewna. Świeżej, ostrej, jakby wyrwanej z czyjejś piersi zaledwie kilka godzin temu. Ten zapach uderzył w jej nozdrza z osobliwą dwoistością - z jednej strony niósł w sobie metaliczną ostrość, którą mogła wręcz poczuć na języku - zaś z drugiej słodkawą, ciężką wilgoć wczesnego obumierania. Trup. -Coś wyczułaś? - zapytała cicho Quirrell, niemal szeptem, jakby obawiała się, że podniesienie głosu ciut bardziej przeszkodzi wilczycy w poszukiwaniach. Zaczęła się zbliżać, powoli i cicho, nie chcąc rozpraszać towarzyszki, ale z każdym krokiem podłoga wydawała z siebie coraz to głośniejszy jazgot. Deski ustąpiły w jednym momencie, pozostawiając po sobie czarną wyrwę pod stopami (tudzież łapkami hihi) a obie runęły w dół, w mrok rozciągającej się pod nimi piwnicy. Upadek nie należał do najprzyjemniejszych, ale na szczęście częściowo zagłuszył go gruz jednej z zapadniętych ścian, worki po mące i zbożu oraz liście, które dostawały się do tego miejsca prawdopodobnie przez szpary w podłodze, chociaż w tym przypadku w suficie. Toteż obie wpadły na najwyższy punk osuniętej ściany i niczym po kamiennej zjeżdżalni przekoziołkowały na kamienną, mokrą posadzkę. -Ajj... - miauknęła boleśnie Mathilda, a chwilę później zaniosła się kaszlem. Powietrze w tym miejscu było wyjątkowo ciężkie, pełne kurzu i stęchlizny, oraz pyłu który same wywołały swoim upadkiem. -P-Przepraszam, nie sądziłam... że podłoga się zapadnie - wydukała, podnosząc się na rękach, aby zasiąść na piętach. Wytarła mokre dłonie o materiał bluzy, czując niejakie obrzydzenie mokrą kamienną posadzką - Ohyda... - szepnęła, krzywiąc się, nieświadoma tego, że właśnie wycierała ręce z krwi, którą umoczona była podłoga. Ona nie widziała, ale Brenna owszem. Ostry zapach szkarłatnej wydzieliny mieszał się z odorem piwnicy, tworząc wyjątkowo nieprzyjemną mieszankę. Quirrell poczuła krople na policzku, skrzywiła się na myśl o zatęchłej wodzie z jakiejś szczeliny bądź dawno popękanej rury. Uniosła nieco pośpiesznie różdżkę, rozświetlając otoczenie, tym samym unosząc wzrok ku górze. Gdy jasny blask rozświetlił dotychczasową ciemność dziewczyna zastygła w bezruchu, z jej ust wyrwał się krótki krzyk, a Ona rzuciła się w tył, wciskając plecami w osuniętą ścianę. Szybko starła z twarzy krople, orientując się, że wcale nie była to woda. Tuż nad nimi, nabity na hak łańcucha, który to przymocowany był do ściany, wisiał człowiek. Hak wbity był w jego kark, a końcówka ostrza wychodziła lewym oczodołem. Usta miał otwarte szeroko, jakoby w szoku lub zdziwieniu, a z nich wypływała stróżka krwi. Podobnie jak z rany, jak z oczodołu, umorusany nią cały wisiał wiotki niczym worek kartofli, a krew spokojnie spływała, skapując z jego wypastowanych niedawno butów. Ubrany był przeciętnie, nie był to szczyt elegancji, ale nie wyglądał na biednego, czy bezdomnego. W wieku był raczej średnim, bliżej mu było do starości aniżeli młodości. Mathilda poczuła mdłości na ten widok, przycisnęła wierzchnią część dłoni do ust, czując jak jej oczy napełniają się łzami. I tak zastygła w bezruchu do chwili, dopiero gwałtowny dźwięk upadającej cegły, nakazał zwrócić w ów miejsce różdżkę. W przejściu przez moment pojawiła się dziecięca sylwetka, która, gdy została zauważona, odwróciła się gwałtownie i pobiegła wzdłuż korytarza, znikając. RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Brenna Longbottom - 03.02.2026 Czego Brenna się spodziewała? Na pewno tych zapachów, które wyczuwała. Woni zgnilizny i pleśni, butwiejących desek, rozkładających się powoli tapet i materiałów, kurzu, wwiercającego się w nos. Słabej woni własnego szamponu jabłkowego, bo dziś nie użyła perfum, i zapachu Mathildy, którego nie wyczuwała jako człowiek, ale uderzał w wilcze nozdrza i było jasne, skąd dochodzi. Specyficznego zapachu węża. Może brała pod uwagę, że wyczuje jakieś zwierzęta, które zrobiły sobie tutaj kryjówkę. Że faktycznie złapie trop pewnej małej, zagubionej dziewczynki, że myliła się i że Fiona Cape jednak nie była duchem. Może myślała, że faktycznie gdzieś w pobliżu był ktoś, kto zaprosił tu Mathildę. Ale ten zapach, który tak często wyczuwała w pracy… nie, jego nie oczekiwała. Krew. Świeża krew. Ruszyła w ślad za nim, węsząc, i odruchowo spinając wilcze mięśnie. Krwi było dużo. Zbyt dużo na niewielką ranę czy jakiegoś zabitego królika. Przemieniła się na moment przed tym, jak Quirell ruszyła w jej stronę. – Nie pod… – zaczęła i nie zdążyła: podłoga załamała się pod nimi i spadły w dół. Brenna umiała upadać. Sztuka upadania była czymś, co opanowała już lata temu, bo z jakichś powodów jeśli ktoś mógł znaleźć jakąś pułapkę albo wpaść gdzieś, to osobą zawsze była Brenna. Odruchowo więc owszem, wystawiła ręce, by osłonić głowę, ale i ugięła je, coby uniknąć złamań, a potem zwinęła, gdy koziołkowały w dół. I chociaż ten upadek oszołamiał, a siniaki dały się we znaki, niemal natychmiast znalazła się na nogach, i uniosła różdżkę. – Mathildo, tu czuć krew – ostrzegła cicho, pełna jak najgorszych przeczuć. Może kogoś spotkał wypadek, nic niezwykłego w takim miejscu. Ale może, tylko może, ktoś zrobił tu coś złego. Może liścik miał zwabić tu tę dziewczynę. Może Fiona nie była duchem: może była przynętą. Może zanim zwabiono tutaj Brennę i Mathildę, ktoś inny został tu zwabiony. Nie czuła na górze zapachów kogoś jeszcze: ale to nie oznaczało, że ktoś nie czaił się na dziedzińcu, gdzieś w głębi zamku, albo tutaj, w tych podziemiach. I wtedy Brenna, w świetle lumos, którym rozbłysły ich różdżki, dostrzegła źródło zapachu krwi: trupa. Też zamarła, bo choć nie było to pierwsze ciało, jakie widziała, nie zobojętniała ani na śmierć, ani na makabrę, ani na cierpienie. A ten człowiek umarł, zabity w okrutny sposób, zaś zapach jego krwi i bólu był wyczuwalny już nawet dla ludzkiego nosa. Musiał umrzeć niedawno, inaczej krew przestałaby już płynąć. A to oznaczało, że nie były tu same. Obróciła się gwałtownie, ledwo usłyszała dźwięk spadającej cegły, a potem odruchowo zrobiła dwa kroki w ślad za dzieckiem. – Fiona?! – zawołała, niepewna, czy to ona, czy nie. Zachowywanie ciszy nie miało już znaczenia, spadając z góry narobiły wystarczająco wiele hałasu, by usłyszał je każdy, kto mógłby być w pobliżu. I może najrozsądniej byłoby się stąd teleportować i wrócić ze wsparciem, ale… Jeśli naprawdę było tu dziecko… Nie rzuciła się do biegu za dzieckiem jednak: nie mogła zostawić za sobą tej dziewczyny, ewidentnie przerażonej. Nie, kiedy ktoś mógł się tutaj czaić. – Mathildo, jeśli jesteś w stanie się teleportować, lepiej, jeśli wrócisz do swojej znajomej i powiadomisz Ministerstwo – poprosiła łagodnie, oświetlając najpierw własną różdżką każdy kąt pomieszczenia, by sprawdzić, czy wróg nie czai się tutaj. Miejsce zbrodni. Na oględziny miejsca zbrodni przyjdzie czas, na razie trzeba było się upewnić, że zbrodniarz nie czaił się zza którymś z kątów. Podstawową zasadą zawsze było zadbanie o bezpieczeństwo własne i cywili. – Ta krew wciąż płynie. Musiał umrzeć niedawno. Może to z nim się umówiłaś i po prostu spadł na ten hak, ale możemy nie być tu same – ostrzegła, wciąż bardzo spokojnie. Czy chciała ją straszyć? Nie. Ale skupienie się teraz na zapewnianiu, że wszystko będzie dobrze, mogło źle skończyć się dla nich obu. Nie było tu bezpiecznie. Co się stanie? 1 – na razie nic 2 – gdzieś z korytarza dobiegają dźwięki kroków 3 – jakiś hałas dobiega gdzieś z góry [roll=1d3] RE: [lato 1970] Pomóż mi znaleźć drogę do domu - Mathilda Quirrell - 14.02.2026 -Zwariowałaś? Nie zostawię Cię- Krzyknęła szeptem, niemal dławiąc się własnymi łzami. Było coś co przerażało Mathilde o wiele bardziej aniżeli nieszczęśnik na haku, a było to powiadomienie Ministerstwa o całym incydencie. Zderzenie się z rzeczywistością, którą wolała odsunąć jak najdalej, a gdyby nie Brenna, zapomnieniu o całej sytuacji w oczekiwaniu na jesienne deszcze które zmyją krew, a w końcu i zimę - śnieg przykryje... - szeptały myśli - tędy nikt nie chodził, tu nikt o zdrowym zmyśle nie zaglądał. Co miała im powiedzieć? Jak absurdalnie brzmiałaby cała historia opowiadana przez oblepioną krwią dziewczynę? Krwią nie jej własną. Dziewczynę, która nosiła nazwisko Quirrell, nazwisko wątpliwej cnotliwości i szeptliwych pogłoskach o morderczej przeszłości rodziny. Jak absurdalnie brzmiała cała historia, która przecież była prawdziwa - a jednak funkcjonariusze na nią spoglądający mieliby do dyspozycji tylko jej zeznania. A jeśli Brenna również gdzieś w wyprawie postanowiłaby wyparować? Albo zginąć nieszczęśliwie? Wtedy... wtedy pozostałyby tylko jej słowa, historii nieprawdopodobnej i własne nazwisko. Nazwiska Brenny nie znała, także nawet nie mogłaby powołać jej na świadka, gdyby ta postanowiłaby uciec lub zaginąć. Co powiedziałaby jej matka i ojciec? Złapała głośno powietrze nie wiedząc czego bardziej się boi. Złości rodziców czy śledztwa, a może utraty własnej kariery, która dopiero co rozkwitała, na którą pracowała każdego dnia niesamowicie ciężko. Wzięła głęboki wdech. Nie mogła udać się do Ministerstwa, nie bez swojej towarzyszki, bez niej nie. Potrzebowała kogoś na potwierdzenie swoich słów - potrzebowała kogoś, kogo obecność nie każe powątpiewać w zeznania. Wierzchem dłoni otarła uporczywe łzy. ale możemy nie być tu same - te słowa zabrzmiały jak złowroga wróżba, gdyż zaraz po nich rozbrzmiał dźwięk kroków. Ciężkich i głośnych, mrożących krew w żyłach. Ktoś chodził, chociaż sądząc po dźwięku - człapał ociężale, a zaraz za ów dźwiękiem ciągnął się metaliczny zgrzyt sunącego po ziemi łańcucha. -Słyszysz to? - zapytała szeptem, mobilizując się automatycznie do wzięcia się w garść. Dzieci chowane w patologii posiadały takową zdolność, gdyż przetrwanie było silnym instynktem, towarzyszącym im niemalże na każdym kroku. Wolała szeptać, bo co prawda narobiły niezłego hałasu, a jednak łudziła się, że ich lokalizacja tylko w połowie została odkryta i jeśli odwołają światło różdżek to będą w stanie przemknąć gdzieś... gdzieś bokiem, gdzieś pomiędzy nogami możliwego napastnika. Chciała już rzucić hasło, aby się stąd wynosiły, dokładnie tą samą drogą, którą przyszły - acz przeczuwała, że gdyby Brenna planowała odwrót to już dawno takowy by zarządziła. Ale Ona... nie zamierzała stąd wychodzić, postanawiając najwidoczniej ryzykować własnym życiem. A skoro Brenna nie zamierzała... Mathilda ścisnęła różdżkę mocniej. A przecież mogła według woli Brenny stąd uciec, potem się gdzieś zaszyć, przypadkiem nie trafiając do Ministerstwa i udawać, że cała sytuacja nigdy się nie wydarzyła. Czy to nie brzmiało uspokajająco? Problem był w tym, że nie była tak anonimowa jak w tym momencie by chciała i istniało duże prawdopodobieństwo, że jeśli nie teraz, to w przyszłości Brenna by rozpoznała jej twarz. O ile by przeżyła. Wzięła cichy wdech, nasłuchując kroków, jakoby chciała sprawdzić ile czasu im pozostało. Nie było jednak jasne czy dźwięk się zbliża, czy oddala - echo piwnicy skutecznie rozdzierało ciszę, odbijając się od zawilgotniałych ścian. -Tylko się nie bój, okej? - zagaiła, a jej głos zszedł do konspiracyjnego szeptu, gdy złapała kobietę za nadgarstek - idź, Artemisku, no idź... - szepnęła. Wąż przesunął się po szyi dziewczyny oplatając jej rękę, a zaraz sprawnie sunąc po ręce Brenny, kierując się w stronę szyi kobiety. Mogłaby wypuścić go na ziemię, ale bała się, że w razie nagłej ucieczki ten zostanie osamotniony, także wierzyła, że Brenna jakoś to przeżyje. Artemis nie był duży, w dotyku był chropowaty, a to za sprawą kolczastych łusek, wyglądał bardzo egzotycznie choć niepozornie - i Mathilda miała nadzieje, że znajomość węży u towarzyszki jest na tyle znikoma, że ta nie była świadoma jak jadowity był ten mały osobnik. Mathilda zaś odgarnęła włosy, biorąc kilka krótkich oddechów po czym sama postanowiła użyć animagii - zmieniając się węża. Bliźniaczego do tego, który właśnie wesoło sunął po Brennie, a którego język z ciekawością uskakiwał energicznie badając nowy zapach. Pod postacią węża wzrok miała raczej beznadziejny, wiedziała to, węże wszak nie miały wzroku jaki posiadały wilki czy nawet ludzie - a jednak widziała Brenne bardzo dobrze, gdyż ta, jak i jej oddech, objawiały się jako świetlna plama, poruszająca się jasna smuga, wyłaniająca się z ciemności - a to widziała za sprawą jamek termicznych. Z wolna się rozejrzała, po czym przesunęła w kierunku korytarza, sunąc przy ścianie, chcąc zrobić rozeznanie terenu, zlewając się z otoczeniem. Wróciła po dłuższej chwili, wracając do ludzkiej postaci w chwili w której oddaliła się bezpiecznie od drzwi -Nie potrafię zlokalizować dźwięku kroków... - szepnęła, odwracając się ku wyjściu - Nie wiem gdzie jest ten kto je wydaje... - przyznała całkiem szczerze - nie widziałam ani tego kogoś, ani.... - umikła na moment, zastanawiając się czy podzielić się dziwnym zjawiskiem napotkanym po drodze - Widziałam ruch, bardzo wyraźnie, coś przebiegło obok mnie... - wężowy wzrok był beznadziejny toteż prócz pewności, że coś biegło i że było z pewnością mniejsze od Brenny to nie była w stanie rozpoznać co to było, jaki kształt reprezentowało - ale to było martwe... - wyznała w końcu. Brzmiało to irracjonalnie, nawet dla samej Mathildy. W końcu pewności mieć nie mogła - a jednak była pewna co do martwości tejże istoty, tak samo jak pewna była, że martwy mężczyzna martwy był już dłużej aniżeli chwilę, zaś Brenna żywa jak nikt inny w tym pomieszczeniu. Bo wzrok węża, mimo swej ogólnej ślepoty widział ciepło kobiety, zaś trupa... trupa już niekoniecznie. |