![]() |
|
[22.09.1972 Mabon] Avery(s), assemble! - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [22.09.1972 Mabon] Avery(s), assemble! (/showthread.php?tid=5653) |
[22.09.1972 Mabon] Avery(s), assemble! - Astoria Avery - 24.01.2026 22.09.1972, Mabon
posiadłość Averych Astoria stała przed lustrem dłużej, niż było to konieczne. Nie poprawiała już niczego - suknia była zapięta, włosy ułożone, biżuteria dobrana skromnie, jakby z premedytacją nie chciała, by cokolwiek w jej wyglądzie było zbyt głośne. Patrzyła na swoje odbicie i miała wrażenie, że odświętność tego wieczoru jest kostiumem, który zakłada się z obowiązku, a nie z radości. Jak rytuał, który trzeba odprawić, bo jeśli się go pominie, coś pęknie na dobre. Mabon przyszło do Averych nie z pieśnią i zapachem świeżo pieczonego chleba, lecz z nerwowym tupotem kroków, trzaskiem drzwiczek kredensów i pospiesznie wydawanymi poleceniami. Od rana dom żył w stanie permanentnego napięcia. Przygotowania zaczęły się wcześnie i trwały bez przerwy, jakby matka próbowała zagłuszyć ciszę pracą. Astoria próbowała pomóc, ale każda propozycja spotykała się jednak z tym samym: krótkim spojrzeniem, westchnieniem i zdaniem zaczynającym się od "nie, ja to widzę inaczej". Na końcu i tak pojawi się podsumowanie "nikt mi w tym domu nie pomaga". Ojciec, jak zawsze, był w trybie zadaniowym. Siedział przy długim stole w jadalni, pochylony nad listą, którą sam sporządził - równymi, precyzyjnymi liniami atramentu. Co chwilę unosił wzrok, sprawdzając, czy kolejne punkty są realizowane. W kuchni panowało istne szaleństwo. Elfy krążyły jak w transie: obierały jabłka z niemal obsesyjną dokładnością, inne mieszały gęste zupy w kotłach, z których unosił się zapach dyni, korzennych przypraw i czegoś cięższego - mięsa, pieczonego długo, cierpliwie. Na blatach piętrzyły się miski z kasztanami, żurawiną, orzechami. Co chwilę ktoś znikał w spiżarni, ktoś inny pojawiał się z tacą pełną pasztecików. Po pożarze sprzed dwóch tygodni wiedziała, dlaczego ten nacisk na wspólnotę był tak silny. Każdy pusty dom, każde nieobsadzone miejsce przy stole było zbyt wyraźnym przypomnieniem, jak krucha jest ciągłość. Sama wciąż borykała się z dolegliwościami, nadal była słaba, ale z dnia na dzień było coraz lepiej. Udawała twardą, szczególnie przed matką, która objęła ją największą troską - tą duszącą jak dym. Niemniej cieszyła się, że mogą spotkać się przy wspólnym stole bez większych strat. Teraz, tuż przed kolacją, dom wyglądał niemal nienagannie. W jadalni paliły się świece o zapachu jabłek i żywicy, światło odbijało się w wypolerowanych kielichach, a ciężkie półmiski zajmowały każdy skrawek stołu. Na złoconych półmiskach spoczywały pieczone przepiórki, ich skórka lśniła od miodu i masła, a nadzienie z kasztanów i żurawiny pachniało słodko-kwaśno, jesiennie, ciężko. Obok ustawiono paszteciki z dziczyzną i leśnymi grzybami, chrupiące, jeszcze ciepłe. Astoria wiedziała, że matka kazała je podawać partiami, żeby żaden nie zdążył ostygnąć. Były też placki dyniowe, złociste i miękkie, oprószone delikatną mieszanką korzennych przypraw. Między nimi piętrzyły się misy z pieczonymi jabłkami, kandyzowane orzechy połyskiwały jak małe bursztyny, a dyniowe ciasta były przekładane delikatnym kremem. Pieczone mięsa i ryby, chleb na zakwasie i dojrzałe wina - wszystko wylewało się w swojej obfitości. Ojciec sprawdzał jeszcze raz ustawienie krzeseł - odruchowo, metodycznie, jakby mógł w ten sposób dopilnować, by nic więcej nie wymknęło się spod kontroli. Matka poprawiała świecznik, choć stał idealnie równo. Elfy zniknęły w kuchni, jakby wiedziały, że ich rola na ten wieczór dobiegła końca. - Cedric! Vienne! Kolacja gotowa! - zawołała u podnóża schodów, opierając się o balustradę. RE: [22.09.1972 Mabon] Avery(s), assemble! - Cedric Avery - 05.03.2026 Cedric nawet nie próbował udawać, że pomaga. Doskonale znał swoją matkę i wiedział, że jeżeli tylko krzywo by ułożył serwetki na stole w jadalni, rozpętałby się prawdziwy Armagedon. Dlatego też gdy tylko przybył do posiadłości, niemal od razu zamknął się w swoim starym pokoju. Co tam robił - nie wiadomo, bowiem siedział cicho. Opcji było naprawdę wiele, od krótkiej drzemki przez przeglądanie starych szkiców aż po ślęczeniem nad księgami, których nie zdążył zabrać do siebie. Jego pokój pozostał nienaruszony, a on sam cieszył się, że Avery Manor uniknęła pożaru. Orientował się doskonale w zniszczeniach, które opanowały Londyn 8 września i wiedział, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Ogień strawił posiadłości tak czystokrwistych, jak i szlam. Niezbyt podobał mu się fakt, że oberwali niemal wszyscy, bez względu na status krwi i poglądy, ale nie mógł głośno narzekać. On sam również nie odniósł większych obrażeń, tak jako i jego mały, nielegalny interesik na Ścieżkach. - Idę, idę - jego burknięcie było zdecydowanie zbyt ciche, by Tori to usłyszała, ale czuł się w obowiązku nie zostawiać siostry bez odpowiedzi na krzyk. Leniwie podniósł się z łóżka, by wygładzić odświętną szatę, którą wybrał gdy tylko matka poinformowała ich o kolacji z okazji Mabon. Domyślał się, czemu chciała spędzić ten czas w rodzinnym gronie, i tylko ze względu na siostry się zgodził. Szybkie spojrzenie w lustro uświadomiło mu, jak bardzo będzie mu brakować tej jednej osoby. Na moment jego wzrok spoważniał, gdy przypomniał sobie o Juliane, lecz o tym, co wewnętrznie przeżywał świadczyły tylko mocno zaciśnięte szczęki. Cedric przeczesał włosy, ułożone na Ulizannę Potterów, próbując przywrócić twarzy neutralny, swobodny wygląd. - NO IDĘ! Czy miał wrażenie, czy słyszał tupot po schodach? Jeżeli Tori czy Vi tu wejdą, to jak Matkę kochał: mimo miłości do tych dwóch czarownic pourywa im łby. Schował stary dziennik Juliana pod łóżko i wyszedł z pokoju, wykrzywiając usta w charakterystycznym dla siebie grymasie. - I po co te nerwy, kryształku, przecież mamy jeszcze dużo czasu zanim nasza kochana Vi wybierze, którą parę dokładnie tych samych butów założyć - rzucił z przekąsem, schodząc na dół. Otoczył Astorię ramieniem i cmoknął ją w czubek głowy. - Jakby to miało jakieś znaczenie. Wy wyglądacie cudownie nawet w worku na śmieci. Może to pochlebstwo sprawi, że przestanie się boczyć, zanim do niej dojdzie, że w ogóle powinna zacząć? RE: [22.09.1972 Mabon] Avery(s), assemble! - Astoria Avery - 03.04.2026 Usłyszała go, zanim jeszcze zobaczyła - ten charakterystyczny rytm kroków, który znała na pamięć, choć od dawna nie miała okazji słuchać go tak często, jak kiedyś. Było w nim coś kojącego, coś, co nie zmieniło się mimo wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach. I może właśnie dlatego, kiedy jego głos rozbrzmiał gdzieś z góry, poczuła, jak napięcie w jej ramionach nieco ustępuje. Nie odpowiedziała od razu. Stała dalej przy balustradzie, opierając się o nią lekko, jakby dawała sobie te kilka dodatkowych sekund, by uporządkować własne myśli. Dopiero gdy pojawił się na schodach, uniosła wzrok, a na jej twarzy przemknęło coś pomiędzy ulgą a rozbawieniem. - Może i tak, ale nie zamierzam was tłumaczyć przed matką - wydęła usta, jakby to ona była tutaj najstarsza i najbardziej odpowiedzialna. I może to drugie się zgadzało. Kiedy objął ją ramieniem, drgnęła niemal niezauważalnie - nie dlatego, że nie chciała tego gestu, wręcz przeciwnie. Było w nim coś tak naturalnego, że aż obcego po tych wszystkich dniach, w których każdy kontakt wydawał się wymuszony, kontrolowany, naznaczony wspomnieniem ognia i chaosu. Przymknęła na moment oczy, gdy musnął jej włosy, pozwalając sobie na tę krótką, cichą chwilę, w której nie musiała niczego udawać. - Oj proszę - mruknęła pod nosem, odsuwając się o pół kroku tylko po to, by spojrzeć na niego z lekkim uniesieniem brwi. - Gdybyś naprawdę tak uważał, nie wyśmiewałbyś połowy moich wyborów przez ostatnie... właściwie całe moje życie? - kącik jej ust uniósł się nieznacznie, ale w spojrzeniu było coś miększego niż zwykle. Droczyła się z nim oczywiście, tak naprawdę potrafiła docenić komplement brata. To raczej ona była tą wyśmiewającą marne wybory. Zaraz też sama rzuciła na niego oceniające spojrzenie. - Nowa szata? Wydajesz się blady przez ten kolor. Wyspałeś się choć trochę? Krytyczne spojrzenie wróciło na jego twarz, oceniając szarość zmęczenia pod oczami. Może tylko jej się wydawało, a może perspektywa kolejnego wspólnego święta bez Juliana na każdym z nich odciskała piętno. - Matka zaczyna się niecierpliwić - dodała po chwili, wzdychając ciężko. - A wiesz, co to oznacza. Jeszcze chwila i cały wieczór będziemy musieli wysłuchiwać jej narzekania - uśmiechnęła się blado, z tą pobłażliwością, którą rezerwowała wyłącznie dla rodziny. - Chodź - wskazała głową drzwi do jadalni i skierowała tam swoje kroki, nie czekając, czy za nią podąży. Była przekonana, że nie chciał dziś nadepnąć matce na odcisk. Ostatnie, czego potrzebowali, to jej wybuch i płacz za Julianem. Wszystkim im go brakowało, ale teraz potrzebowali odrobinę normalności i iluzji szczęśliwej rodziny. |