Secrets of London
[Spalona Noc, 9 IX 1972] When it's in my blood - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [Spalona Noc, 9 IX 1972] When it's in my blood (/showthread.php?tid=5659)



[Spalona Noc, 9 IX 1972] When it's in my blood - Deirdre Malfoy - 25.01.2026

Spalona Noc, 9 IX
Brzask

Deirdre Malfoy stała na ulicy, nie wiedząc co ma zrobić. Zamiast budzącego się do życia miasta, dookoła niej było pogorzelisko po pożarze. Nie była pewna, czy pamiętała z Historii Magii jakikolwiek pożar, który dotknąłby czarodziejów aż tak bardzo. Była zmęczona, była pozbawiona ostoi odpoczynku, a jednak widziała świętość tego ognia, jego próbę. Bogini daje najcięższe walki swoim najsilniejszym czarodziejom. Niektórzy się bali, ale nie ona, bo wiedziała, że swoi rozpoznają swoich, nie przerażały jej twarze w maskach, chociaż żadnej jeszcze nie napotkała.

Spojrzała na niebo, które powoli budziło się brzaskiem, na jeszcze głęboki granat, rozjaśniający się nad zapadniętymi dachami, żeby zobaczyć chociaż jedną gwiazdę, która by jej powiedziała, co ma zrobić. Próbowała odróżnić na niebie kłęby dymu od przerzedzonych chmur, lekkich, po tym gdy rozsypały ognisty popiół na Anglię. Taka potęga, taka moc, a skończy się na zakłamaniu. Ognisty popiół z wybuchy wulkanu, tak będą tłumaczyć opad, zamiast skłonić się przed wielkością czarodziejskiego gatunku. Znalazła na firmamencie kilka ledwo widocznych punktów, chociaż w rzeczywistości pewnie były to jedne z jaśniejszych gwiazd, teraz przebijających się przez światło największej, słońca. Nie potrafiła rozpoznać czy ta, na którą patrzyła, należała do ogona Małej Niedźwiedzicy, wydawała się jej najmocniejszą pośród iskier wznieconych dookoła. Jak oko Bogini, spoglądające z góry na pożogę rozdzierającą kraj,  mrugające do niej przez obłoki dymów.

Trochę obawiała się teleportować w miejscu tak naznaczonym nieznaną jej magią, postanowiła więc wyjść poza Magiczny Londyn lub znaleźć jakieś miejsce, które wyglądało względnie nietknięte dzięki swoim silnym zabezpieczeniom. Gorący wiatr zawiał w jej stronę, sypiąc jej w oczy popiół, więc je cisnęła, zasłaniając rękawem dolną połowę twarzy. Nagle usłyszała rumor po swojej prawej, uderzenie ciała o drewno.

Instynktownie odskoczyła i spojrzała w tamą stronę. Zamiast jednak zobaczyć zawalony gzyms, ujrzała osobę z maską. Szybki rzut uzdrowicielskiego oka i już wiedziała, że osoba była ranna, co na pewno utrudniało ucieczkę od tego, przed czym uciekała. Malfoyówna spodziewała się, że to BUM lub aurorzy.

Z tym się nie teleportujesz dalej — powiedziała na głos, zanim zdążyła pomyśleć i zatkała sobie usta dłonią, jakby to miało jej pomóc cofnąć wypowiedziane słowa. Osoba podniosła trzęsącą się ręką różdżkę, a Deirdre uniosła dłonie w obronnym geście, wystawiając ku Śmierciożercy otwarte dłonie, zgięła też trochę kolana, żeby stać się wizualnie mniejszą.

Nie nie, chodzi mi o to... że yy... chciałam pomóc! — wyrzuciła z siebie bardzo szybko, na jednym wydechu. — Jestem uzdrowicielką. Deirdre Malfoy!

Na nazwisko, różdżka opuściła się nieco niżej, nadal w gotowości do ataku.

Potrzebuję kryjówki — powiedział nieznajomy, cichy głos, którego nie umiała rozpoznać. Deirdre przytaknęła i panicznie się rozglądając, podeszła do Śmierciożercy.

Powinieneś... Powinnaś? Yyy... Powinniście zdjąć maskę, żeby nikt nas nie... ale! — znów u niosła dłonie w obronnym geście i cofnęła się o krok, bo różdżka znów się uniosła w górę. Deirdre rozpięła swoją uzdrowicielską szatę i wyciągnęła ją w stronę zakamuflowanej osoby. — Przepraszam, że może śmierdzieć, ale przepracowałam cały pożar w Mungu yyy i no, mieliśmy dużo pracy i było dużo eliksirów, dużo się rozlało, no ymmm, bo ktoś się spieszył i krew i był moment gdy nie dało się zrobić nic, żeby się o kogoś nie potknąć i... już przestaję mówić.

W czasie jej monologu, osoba okryła swoją głowę i siebie mungowym uniformem i teraz wpatrywała się pustymi oczami maski w Deirdre, a ona mogłaby przysiąc, że to krytyczne spojrzenie jej matki, chociaż jej matka ma inny kolor tęczówek, które każe jej się zamknąć. Zestresowała się okropnie.

Mam mieszkanie, tu zaraz, dwie bramy dalej, nic tam nie ma oprócz krzesła, ale...

Idźmy — przerwał jej głos, a ona wzięła ranną osobę pod pachę i zaczęła prowadzić w stronę swojego obecnie mało przytulnego mieszkania.

Czy Deirdre była absolutnie idealnym moralnie uzdrowicielem, który stawia uzdrawianie ponad podziały? Nieszczególnie. Czy Deirdre miała zwyczaj zapraszania nieznajomych do swojego mieszkania? Również nie, nie była pewna czy jej najbliżsi kuzyni byli kiedykolwiek w jej kawalerce na Horyzontalnej, która służyła jej głównie jako mieszkanie służbowe oraz forma uwolnienia się od wpływu matki. Dopiero, kiedy dotarli do bramy, która nie była zamknięta i weszli na klatkę schodową, Deirdre uświadomiła sobie, jak idiotyczna jest ta sytuacja i jak bardzo niebezpieczna. Nie dlatego, że celowo Śmierciożerca wyrządzi jej krzywdę, ale dlatego, że ktoś mógł ich zauważyć, zauważyć maskę i połączyć to z lokatorką mieszkania. Tylko z wierzchu wyglądali, jak losowa kobieta w sensownej, czarnej spódnicy, białej (już nie bardzo), wykrochmalonej koszuli, okrywająca rannego swoją magiczną szatą. Miała nadzieję, że to wystarczyło.

Ich kroki na skrzypiących schodach wydawały jej się niesamowicie głośne, zwłaszcza stukanie drewnianych obcasów jej aksamitnych pantofli, teraz nadających się już do niczego, wcześniej będących wyraźną oznaką statusu, ze skórzaną podeszwą i kwiatowym haftem z koralików i jedwabnej nitki na brązowej tkaninie.


[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6ffc0e6c5b3e1266db9d866c9e14b604/d68157a3e2ab6702-b5/s500x750/15fa85d9b5475f88e573514090b1b9ebc75c6e13.png[/inny avek]