![]() |
|
[9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą (/showthread.php?tid=5662) |
[9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Brenna Longbottom - 26.01.2026 Londyn nie wydawał się Brennie dobrym miejscem na rozmawianie na poważne tematy, nie mówiąc już o ewentualnym ich upijaniu na smutno, obojętnie, czy wybrałyby Dziurawy Kocioł, nokturnową spelunę, mugolską knajpę czy mieszkanie Victorii. Za wielu ludzi wokół, za duże szanse, że wpadną na znajomych, że ktoś inny im przeszkodzi, za blisko problemów, za dużo śladów po niedawnych zniszczeniach i zbyt duże ryzyko, że coś weźmie i pierdolnie. Z tego samego względu odpadała Dolina Godryka, w Little Hangleton jakimś cudem pewnie wpadłyby na jakiegoś trupa albo czarnoksiężnika (nie wierzyła, że uniwersum nie wykorzystałoby okazji), a w Hogsmeade w Trzech Miotłach też za wiele osób mogłoby je rozpoznać. Mugolskie knajpy z kolei jednak miały zwykle gorsze menu, no i Brenna wątpiła, by spodobały się Victorii. Gdy więc wyszła po długiej, nocnej zmianie, krótkiej drzemce i na szczęście nieco krótszej, dziennej zmianie, pozwalającej domknąć sprawę – miała nadzieję, że na dobre, bo pozostawało dorwać zdaje się głównie drobnicę i klientów, ale główna część organizacji siedziała w areszcie lub więzieniach – po prostu zgarnęła trochę rzeczy ze sklepu. A potem się teleportowały. – Chyba ze trzystu mieszkańców, o tej porze roku, dnia i niedawnych pożarach w Londynie wątpię, by roiło się od turystów, i mają podobno tutaj pub, a nawet jakiś hotel, jeśli uznamy, że na zewnątrz nam nie pasuje i za zimno – oświadczyła Brenna, ostrożnie wędrując po śliskich kamieniach, wzdłuż plaży. Wiatr mierzwił włosy, niosąc ze sobą wilgoć i zapach wodorostów, a w oddali, na tle pomarańczowo – błękitnego nieba, na niewielkim, zielonym wzgórzu, rysował się kształt kamiennego zamku. Brenna rozglądała się jeszcze, czy w pobliżu na pewno nie ma jakichś mugoli, ale wyglądało na to, że ta część wybrzeża i zamek nie były atrakcją dla miejscowych, a z kolei turyści woleli jednak wpadać tutaj wcześniejszą porą i niekoniecznie jesienią, kiedy pogoda na wyspie była kapryśna, i mogła poważnie utrudnić dotarcie albo jej opuszczenie. Na szczęście dla czarodziejów nie stanowiło to niedużej przeszkodzy. – Ale mam w plecaku koce, i herbatę w termosie… ach, i oczywiście, ognistą whiskey. Nie żeby mogły faktycznie ogrzać Victorię, ale to że ciepło nie było w stanie naprawdę jej ogrzać, nie oznaczało, że nie zasługiwała na kocyk albo na herbatę. Albo na ognistą whiskey. – Chyba że wolisz jakiś pub w dużym mieście? Ale chyba skoczyłabym wtedy do Birmingham i jakiegoś mugolskiego. Jeżeli pójdziemy do Dziurawego Kotła albo Fontanny Szczęśliwego Losu nie wierzę, że nikt nas nie zaczepi – rzuciła, przystając i spoglądając na morze. I chyba miałyby szczęście, gdyby ktoś po prostu je zaczepił, a nie wyszły żadne kłopoty. Ostatecznie dlatego zabrała je tutaj: z dala od czarodziejów, z dala od mugoli, z dala od świata. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Victoria Lestrange - 26.01.2026 I tak nie miała dziś ochoty włóczyć się po Londynie. Za dużo znajomych miejsc, za dużo znajomych twarzy, dla których też i Lestrange i Longbottom nie były anonimowe. I choć Victoria nie utożsamiała Londynu ze złymi chwilami w swoim życiu, tak samo jak Doliny Godryka, ale oba te miejsca były naocznym świadkiem historii, której rozdział dobiegł końca. Jasne, mogły też przyjmować ten nowy, ale dziś chyba niewłaściwe było rozdrapywać rany właśnie tam. To była długa noc, ale jakże potrzebna i satysfakcjonująca, bo w końcu dorwali tych gnoi, którzy wyrządzili tyle krzywd magicznym stworzeniom. Victoria była po tym tak pobudzona, że gdy nad ranem wróciła do mieszkania, i tak musiała się napić eliksiru nasennego, żeby jakkolwiek zasnąć i być w formie podczas reszty dnia, a też miała co robić, w związku z tym, że wśród aresztowanych w nocy faktycznie znajdował się poszukiwany czarnoksiężnik. Na szczęście tym razem bez nadgodzin – i całe szczęście, bo przecież były z Brenną umówione na to, by wybrać się gdzieś… i sobie pogadać. – Tylko ty możesz uznać, że jest za zimno, Bren – odparła jej na to spokojnie i bez urazy, patrząc przed siebie, jak fale leniwie rozbijają się o kamienisty brzeg, zalewając otoczaki, po których ostrożnie stąpały, słoną wodą. Nie przeszkadzała jej ta surowa pustka, ani to, że ludzie w pierwszej połowie października już się tutaj nie kręcili – wręcz było jej to na rękę. Lestrange miała słabość do spokojnego horyzontu i natury, w końcu wychowała się w Dolinie Godryka, pośród pól i lasów. – Więc jak będzie ci za zimno, to powiedz. Przeniesiemy się wtedy… gdziekolwiek – choćby i do tego pubu, najpewniej mugolskiego. Albo i do hotelu, gdzie właściciele pewnie będą kręcić głową na dwie nierozważne trzpiotki, które o tej porze roku kręciły się przy brzegu i zamku. – Ja mam fasolki… i trochę żab – przyznała i poprawiła ułożenie paska torebki na ramieniu. Były więc przygotowane na wszystko: koce, herbata, alkohol i słodycze. Kanapek nie zrobiła, bo Victoria naprawdę miała dwie lewe ręce do gotowania i przygotowywania jedzenia, co drażniło ją coraz bardziej. – Nie, daj spokój. Tu będzie idealnie. Tylko my i morze. Lubię takie zadupia na końcu świata – chociaż może nie było tego po niej widać: po tym, jak się nosiła wśród ludzi z głową wysoko, w co się ubierała i na jakie okazje, albo jak nie unikała wydarzeń z dużą ilością ludzi. – A skoro o zadupiu mowa, to kupiłam dom. Wiesz, po tamtym. Uznałam, że nie będę ryzykować, a i tak miałam to w planach i już w sierpniu coś oglądałam, tylko potem jakoś to odłożyłam… Na szczęście jeden z tych, które miałam na oku nadal był na sprzedaż więc poszło szybko. Jest nad jeziorem. I na zadupiu – uśmiechnęła się pod nosem. – Wczoraj siałam tam kwiaty w ogrodzie, to idealny moment. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Brenna Longbottom - 27.01.2026 – Będzie dobrze – stwierdziła, zbywając to machnięciem ręki. Ostatecznie październik nie był aż tak zimnym miesiącem, zabrała koce, mogły zawsze użyć magii, a też ona od zawsze lubiła spędzać czas na świeżym powietrzu, niezależnie od pory roku. I lubiła morze: latem idealne do pływania, ale jesienią miało w sobie jakiś zupełnie inny urok, także dlatego, że większość ludzi przestawała nad nie wtedy ciągnąć. – W takim razie motyw przewodni to słodycze, bo zgarnęłam jeszcze pączki czekoladowe. Ale mam też parę jabłek – oświadczyła Brenna, zaskakując z kamieni i ruszając w stronę trawy. Ona akurat poradziłaby sobie z kanapkami, bo choć bardziej skomplikowane dania ją przerastały, to z tym dawała radę, ale zwyczajnie gdy wróciła do siebie, padła natychmiast spać, a potem poderwała się i pobiegła prosto do Ministerstwa. A potem szykowała wszystko w pośpiechu. - Miałam nadzieję, że ci się spodoba. Chciała zabrać Victorię do jakiegoś miłego miejsca, tym razem może takiego, gdzie uda się im unikać kłopotów i gdzie będą mogły spokojnie pogadać, obojętnie czy rozmowa będzie dotyczyć poważnych tematów i relacji, czy tylko najnowszych modeli sukien. Spacery po Zakazanym Lesie czy wycieczki do nawiedzonych ruin mogły zostać na inne okazje. Po prostu… żeby się trochę oderwała od… właściwie to od wszystkiego. Mogłoby się wydawać, że to był drobiazg wobec tego, co działo się w kraju. Jedna zerwana nitka, jedno zranione serce, kiedy ludzie umierali, tracili bliskich i dorobek życia. I trochę tak było: jak drzazga w porównaniu do otwartej rany. Ale Victoria była kimś Brennie bliskim, a drzazga tkwiącą pod skórą dokuczała i mogła sprawić, że powstanie jątrząca się rana, a jeżeli zignorowałeś jedną, i wbijały się kolejne i kolejne, z czasem mogło zacząć boleć za bardzo. Drzazgę mogłeś zignorować, jeśli musiałeś tamować krwotok, ale jeśli tylko dało się nią zająć, ale to powinno się to zrobić. Rzuciła plecak na ziemię i wydobyła z niego jeden koc, by rozłożyć go na trawie, jeszcze niby wyglądającej na zieloną, ale powoli już tracącej ten żywy kolor. A potem przyklękła, by wyjąć i inne rzeczy: termos, butelkę, kubek, drugi koc, opakowanie z pączkami… – To świetnie, bo nie żeby mieszkanie w Londynie nie było wygodne, ale te ołtarzyki w piwnicach… zabrałaś tam jakiegoś klątwołamacza czy coś? Albo słyszałaś znowu bębny? – spytała, rozsiadając się na kocu. Nie była w tej chwili świadoma, że w sumie to obie wybrały ten sam dystrykt, bo i ona kupiła dom w Cumbrii, choć w innej jej części. – Ja ogarnęłam coś w Londynie, ale wymaga trochę pracy. I musiała ogarnąć coś jeszcze, bo pierwotnie ten budynek miał być dla Zakonu, ale ze względu na Spaloną sama tam momentami pomieszkiwała plus zamierzała zaoferować tam miejsce, jeśli ktoś nie zdąży ogarnąć swojego domu przed zimą. To oznaczał, że będą w Londynie potrzebowali czegoś innego. Ot nie miała czasu, bo i praca, która ich wszystkich pochłaniała, i fakt, że Warownia, Staw i Zakątek wszystkie wymagały prac, a jeszcze ogarniała przekazanie pieniędzy ofiarom Spalonej i czekała na informację od Olivii. – Primrose przenosi się z tobą czy zostanie w Londynie? RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Victoria Lestrange - 27.01.2026 – Idealnie. Najemy się i będziemy grube – mało brakowało, żeby Victoria poklepała się przy tym po brzuchu, ale zatrzymała ruch rąk i po prostu się uśmiechnęła. Czasami, gdy życie podsuwa same cytryny, należało zrobić z nich lemoniadę, ale w tym wypadku kobiety miały lepszy pomysł: a dokładniej to zasłodzenie się wszelkimi możliwymi słodyczami. Raz na jakiś czas było to wręcz wskazane, zwłaszcza, jeśli te dni były tak gorzkie. Gdy ta drzazga okazywała się nie być malutkim kawałkiem drewna, tylko dużym, tkwiącym wzdłuż dłoni, a miejsce robiło się coraz bardziej czerwone i naprawdę, naprawdę trzeba było ją już wyciągnąć. – Podoba – przyznała i również zeszła z kamieni, by oddalić się od linii morza w ślad za Brenną. Tak, podobało jej się to miejsce, bo było ciche – w sensie ciche w kontekście braku ludzi, których słowa i obecność potrafiła być momentami aż zbyt głośna. Victoria nie wiedziała, jak wyglądały sprawy prywatne Brenny, choć chyba lepiej niż jej własne, kwestia Spalonej Nocy była odrębna i miała osobną kategorię. Jakkolwiek porównywanie własnych problemów sercowych z problemami straty ukochanych nie były zasadne, to jednak działo się to i nie było sensu temu zaprzeczać. Poczekała, aż Brenna wyciągnie rzeczy ze swojego plecaka, nim usiadła na kocu i wyciągnęła swoje rzeczy z torby, znaczy się kilka opakowań czekoladowych żab i fasolki – jedna paczka tychże im wystarczy, gdyby miały ochotę na odrobinę ryzyka w tych jakże kontrolowanych warunkach. – Tak no… To mieszkanie jest co najmniej pechowe, nie mam zamiaru tam mieszkać, albo ryzykować zdrowiem kogokolwiek – odpowiedziała, zapatrzywszy się ponownie w morze. – Nie, jeszcze nie, ale zamierzam. Chcę żeby klątwołamacz miał do dyspozycji całe mieszkanie. Ale bębnów już nie słyszałam. Ja to mieszkanie kupiłam kiedyś tak wiesz, żeby było na wszelki wypadek. Nigdy nie planowałam tam mieszkać na stałe, a jak pokłóciłam się z matką to okazało się to wręcz idealne miejsce, bo już jakieś – mówiła dalej, a potem obróciła głowę na Brennę i uśmiechnęła się do niej. – Słuchaj lepsze takie niż żadne, nawet jeśli wymaga pracy – sama pamiętała ile pracy było z tym londyńskim, nie mówiąc o tym, do którego przenosiła się teraz. To wszystko wymagało jednak czasu. – Prim mówiła, że przeniesie się ze mną – Victoria uśmiechnęła się pod nosem. – Co prawda w pobliżu jest jezioro… a ona niespecjalnie przepada za otwartą wodą. Mmm pamiętasz jak mówiłaś mi o topielcach w sadzawce? Primrose to jedyny topielec z Miada Vale, ale na szczęście ojciec w porę ją wyłowił… W każdym razie od tamtego czasu unika wody. Ale tamten dom nie stoi nad samym brzegiem, jest tylko widok na jezioro, więc powinno być dla niej w porządku… – martwiła się o to trochę, ale to nie było tak, że ktoś kazał teraz Prim wchodzić do jeziora. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Brenna Longbottom - 28.01.2026 – Kula to podobno kształt doskonały – odparła Brenna, rozsiadając się na kocu i kładąc obok drugi, by można było się nim nakryć, gdy zrobi się jeszcze chłodniej. Na razie płaszcz całkiem nieźle się sprawdzał, póki słońce jeszcze nie zniżyło się bardziej nad morską wodą. Sięgnęła na razie po pączka, drugiego podsuwając Victorii, bo pączki czekoladowe jej zdaniem zawsze były dobre na smutki. A ten był taki idealny: nie za suchy, nie za tłusty, ze sporą ilością nadzienia. Przez chwilę żałowała, że nie ma tu Cynthii – byłoby prawie jak nad hogwarckim jeziorem, wiele lat temu. Prawie. – Zastanawiam się, czy to poprzedni właściciele coś odwalili, faktycznie to sprawka Thorana czy może coś ze Spalonej Nocy? Na budynki spadły naprawdę bardzo dziwne klątwy, a cholera wie, w jaki sposób to przygotowywali. Miałam jakieś założenia, ale nie zdziwiłabym się, gdyby w ramach szykowania wygrywali rytmy na bębnach przy zakrwawionych ołtarzach w londyńskich piwnicach. Bębny kojarzyły się z Thoranem, takie znaleziska w niedawno kupionych domach zazwyczaj oznaczały, że gdzieś na liście właścicieli był ktoś, kto zrobił coś bardzo nieprzyjemnego, ale z kolei po Beltane i Spalonej Nocy Brenna była skłonna uwierzyć już niemal we wszystko. Gdyby te drzwi nie znikły, mogliby to zbadać, sfotografować, ściągnąć specjalistów… ale wydawało się, że przepadło nie tylko samo wejście, ale cała piwnica: jakby nigdy jej tam nie było. – Myślę, że skoro tyle lat przeżyła w Pokoju Wspólnym Slytherinu w podziemiach, to jezioro za oknami nie będzie tak dużym problemem. – Brenna wprawdzie nigdy u Ślizgonów nie była, ale już to, że ich Pokój leżał w podziemiach, pod poziomem jeziora, sekretem nie było. Nie wspominając o tym, że jezioro widziało się z wielu klas lekcyjnych i za każdym razem, gdy szło się do szklarni albo do Hogsmeade. Brenna ten widok uwielbiała i czasem za nimi tęskniła. – Zawsze może wybrać pokój z oknami na drugą stronę, jeśli taki jest, i urządzić jakieś miejsce w ogrodzie, z którego nie będzie jeziora widać… Wpatrywała się w morze, szumiące cicho, i chociaż ten dom był czymś dobrym, to i ciężko było nie odczuwać odrobiny goryczy. Domy, w których mieszkały kiedyś, zostały zniszczone. Warownia powstawała z gruzów i Brenna liczyła, że już tej jesieni wróci do dawnego stanu, ale choć dach i mury można było naprawić, inne rzeczy… jeśli nie zostały nawet zniszczone do szczętu, to zmieniały się. Dorosłość czasem bywała trudna i bez całej tej wojny i terroryzmu. – Chcesz opowiedzieć co i jak z Rookwoodem, czy wolisz o nim nie rozmawiać? RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Victoria Lestrange - 28.01.2026 Skrzyżowała nogi i odebrała od Brenny pączka uśmiechając się na myśl o idealnym kształcie – w końcu podobno jesteś tym, co jesz, a pączki też były okrągłe… Rzeczywiście było niemal tak jak kiedyś, jak te 10 lat temu, gdy siadały we trójkę na hogwardzkich błoniach, mając przed sobą uspokajający widok jeziora. Victoria nie myślała o tym wcześniej, ale może dlatego podświadomie szukała dla siebie miejsca z widokiem na spokojną wodę, bo kojarzyło jej się to z tymi słodkimi wspomnieniami o szkole. Szkoda, że nie było z nimi Cynthii… Ich dorosłe życia pognały w różnych kierunkach i czasami naprawdę trudno było się umówić we trójkę. – Nie mam pojęcia. Każda możliwość jest równie prawdopodobna tak po prawdzie – Lestrange też nad tym myślała i póki co wnioski były takie, że za dużo tych zagadek w jej życiu i powoli bolała ją od tego głowa. – Taaa… ale co robiliby w mojej? – skrzywiła się przy tym i westchnęła. – Nic się bardziej nie działo w tamtym mieszkaniu, ale nie jest powiedziane, że nagle nie zacznie. Chociaż trudno to porównywać do przemieszczającej się sadzy, dziwnych run i samotnych krzeseł, które przetrwały pożar – jej też bębny kojarzyły się z Thoranem i tym zastanym poltergeistem. – Jak się całkiem wyniesiemy to każę to mieszkanie przetrząsnąć jakiemuś klątwołamaczowi i egzorcyście, a może wcześniej jeszcze spirytyście – nie była przy tym zadowolona, ale co jej pozostawało? Mogła się też próbować pozbyć tego mieszkania, ale tu znowu: nie chciała nikomu wciskać czegoś, co mogło być potencjalnie niebezpieczne, a poza tym na wszelki wypadek warto było mieć tę kamienicę, gdyby nagle była potrzebna. – W sumie… Masz racje. Jakoś o tym do tej pory nie myślałam – bo Brenna miała rację, że jednak Prim jakoś przeżyła w Hogwarcie i to jeszcze w domu, który był w podziemiach, mając bezpośredni kontakt z wodą z jeziora. – W sensie o tym Hogwarcie. Bo o pokoju z oknami nie na jezioro tak – Hogwart był jakiś takim innym czasem, może nawet trochę jak z bajki, gdy porównywało się te beztroskie (no… prawie, w końcu było sporo nauki i wiedzy do przyswojenia) czasy z obecnymi. Victoria wgryzła się w pączka, zastanawiając nad pytaniem Brenny. To nie tak, że nie chciała o tym mówić, nie było też tak, że to miał być jej ulubiony temat, bo zupełnie nie. Prawda była taka, że Lestrange nie wiedziała jak i co ma o tym mówić. Serce bolało, ale też serce nie sługa… W końcu nabrała oddech w płuca i po chwili ciszy, nadal patrząc na morze, się odezwała. – Sama nie wiedziałam jak to do końca z nim jest. W sensie… no zerwaliśmy zaręczyny, moja matka była absolutnie wściekła i zrobiła mi awanturę dziesięciolecia – a awantura ta była tą kroplą, która przelała czarę goryczy. – Nie zerwaliśmy kontaktu, a przynajmniej nie tak do końca, nie wiedziałam co mam nawet zrobić z pierścionkiem zaręczynowym. Z początku Sauriel mnie, można powiedzieć, że unikał, ograniczył nasz kontakt do minimum, aż Cynthia napisała do niego jakieś listy i tak go rozjuszyła, że przyszedł do mnie z tymi listami, żebym sobie poczytała jak moja przyjaciółeczka się miesza w naszą relację – Victoria westchnęła ciężko i bezwiednie zaczęła się bawić włosami. – Powiedział mi wtedy coś w stylu, że nie chciałby, żeby było między nami dziwnie. Że chciałby, żeby było normalnie, cokolwiek to miało znaczyć. Że normalnie by się odciął, bo tak robi, jak ktoś ma do niego jakieś uczucia, że nie wie jak się ma przy mnie zachowywać… takie tam. A potem… no nie wiem, od żartu zatrudniłam go jako opiekunkę do kota. I nie wiem jak to wyjaśnić, ale spędziliśmy razem Lammas, sam mnie wtedy łapał za rękę, byliśmy razem na weselu u Blacków, później, hmm, zabrał mnie na wycieczkę do jakiegoś opuszczonego zamku, który jest podobno miejscem schadzek. Pocałował mnie i mówił mi, żebym się go o to nie pytała, więc nigdy nie zapytałam co jest grane. I przychodził do mnie, jak było mi gorzej, dotrzymywał mi towarzystwa i tak dalej. Pokazywał mi swój nowy dom, jak w końcu się wyniósł od Rookwoodów, ale podczas Spalonej poszedł z dymem dokładnie tak samo jak nasz… No i tak… Dlatego u mnie mieszkał przez tę chwilę. No a potem tak z dnia na dzień powiedział, że wyjeżdża – chyba nie dało się skrótowo opisać swojej relacji z drugim człowiekiem, ale jednak Victoria i tak spróbowała. Przez długi czas była w tym strasznie zagubiona, bo dostawała od Rookwooda zajebiście sprzeczne sygnały, ale ostatecznie zmierzało to w dość jasnym kierunku, aż… No. Aż po prostu przestało zmierzać gdziekolwiek. – Nie wiem, czy się tego wystraszył i postanowił to tak uciąć, czy coś się stało i uznał, że nie chce żyć już w Anglii czy co właściwie. Może nie stało się nic, może po prostu poczuł, że tak będzie mu lepiej. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Brenna Longbottom - 29.01.2026 – Mogło chodzić po prostu o konkretne punkty na mapie albo coś w sąsiedztwie… a i w gruncie rzeczy teraz wydaje się, że tej piwnicy tam nie ma? Może zmienia położenia? – dywagowała Brenna, po czym ugryzła pączka, ostrożnie, by nie uwalić się cała czekoladą. Wyszło o tyle, o ile, bo wargi po chwili miała całe w cukrze pudrze i nadzieniu, ale przynajmniej udało się jej nie ubrudzić niczego poza ustami i rękami. – Mam nadzieję, że w tym domu, który kupiłaś, wszystko jest w porządku. To naprawdę byłoby o wiele za dużo pecha, tam przecież Thoran i Zadrapanie nie mogli sięgnąć… Chociaż całkiem bogata wyobraźnia Brenny przecież od razu podpowiadała, że w jeziorze może być jakiś topielec i nikt nie wie, co będzie skrywać się w pobliskich lasach. Nie chciała jednak zapeszać i ostatecznie nie powiedziała tego na głos. – Vinc kiedyś mi wspominał, że tam przez okna było widać jezioro od dołu… w sensie wodę. Jak to zniosła, to i jezioro za oknem zniesie. Chociaż wiesz co? Slytherin miał dziwny gust, serio. Znaczy się, domyślam się, że dzięki magii tam nie było jakoś ciemno i wilgotno, ale jednak byliście d z i e ć m i. Czy tysiąc lat temu zakładali, że dzieci nie potrzebują światła słonecznego…? Nie, zaraz, zapomnij, że pytałam, mugole to chyba w ogóle wtedy trzymali je w kopalniach czy coś takiego… Myliła pewnie trochę okresy i miejsca, bo jakby nie było, na mugolskiej historii totalnie się nie znała (a i co do czarodziejskiej kochała absolutnie opowieści i życiorysy sławnych czarownic, ale jednak przespała niejedną lekcję o buntach goblinów). A potem słuchała Victorii, w milczeniu, najpierw jedząc tego pączka, potem starannie oczyszczając palce chusteczką, nie przerywając ani na moment. A później wciąż się nie odezwała, w niepasującej do niej wręcz ciszy sięgnęła po butelkę i rozlała im tej whiskey – choć początkowo była całkiem pewna, że będzie jednak pić dziś herbatę, to jednak ta opowieść wymagała choćby kieliszka. Chyba zaczynała rozumieć, dlaczego Victoria opowiadała o nim tak mało. I Brennie nie tyleż brakowało teraz słów, co starała się te przychodzące jej do głowy przefiltrować. Odrzucić takie jak „to mogę jednak iść złamać mu nos?” czy „o Merlinie, dziewczyno, twoja matka jest chora psychicznie, czy chcesz pomocy w stworzeniu nowej tożsamości?” albo „jak dobrze, że wyjechał i nie musisz go rzucać”. Nie do końca byłyby stosowne w tej chwili, chociaż przed oczyma Brenny łopotała najczerwieńsza z czerwonych flag. – To dopiero są sprzeczne sygnały – powiedziała w końcu, i myślała o opowieści Aveliny, o tym, co kiedyś mówiła Mav, o Cynthii, bo jak się okazało, że zaręczyny Louvaina nie były zerwane, jak sądziła Brenna, o tym, jak kiedyś Icarus potraktował Monę, o Eunice, opowieści Lyssy i o obrazie Stanleya u Stelli, o jej nieświadomym uśmiechu, gdy Ministerstwo już go szukało… - …czy w ogóle istnieją jeszcze mężczyźni, którzy dobrze traktują swoje partnerki? – wymknęło się jej i uniosła szklankę, by upić łyk, palący w gardło. Piła w ciągu ostatnich miesięcy za często, bo to był trzeci raz, ale przynajmniej tym razem nie był to podły trunek ani bimber Geralta. Zaraz, Hjalmar. Hjalmar się liczył, prawda? Myślała, że Sauriel troszczył się na swój sposób o Victorię, ale to brzmiało jak historia o kimś, kto myślał tylko o sobie. Pewnie magiterapeuta (albo mugolski terapeuta) miałby wiele do powiedzenia o typach osobowości i tak dalej. – Przykro mi, że musiałaś przez to przejść, Tori. Ale może lepiej, że on wyjechał. Wiem, że to wycinek, że… też choćby przyszedł, kiedy coś ci groziło… ale sama historia brzmi jak ktoś, kto chce robić zawsze to, co zechce, i jakiekolwiek pomyślenie o tym, co jest dobre dla kogoś innego, uważa za naruszenie swojej granicy. Czy on w ogóle… starał się jakoś? – zapytała, ostrożnie, nie chcąc powiedzieć za wiele przeciwko Saurielowi, na którym przecież Victorii ewidentnie zależało. Chociaż po prawdzie: nieważne, jak skomplikowana była sytuacja, to obowiązkiem przyjaciółki było w takich chwilach się wkurzać na faceta. Nawet jeśli ta, która się z nim spotykała, się na niego nie wkurzała. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Victoria Lestrange - 29.01.2026 Wzruszyła ramionami, bo rzeczywiście nie miała pojęcia, jak to było z tą dziwaczną piwniczką, której wnętrze miały okazję sobie obejrzeć. Gdyby nie to, że widziały ją obie, to pomyślałaby, że znowu coś jej siadło na głowę i że chyba traci rozum, poza tym klapę widziała też skrzatka i jej własny kociak, który gapił się z zaciekawieniem. – Wygląda, że jest. Teraz co prawda był we własności jakiegoś mugola, ale sprzedawał go, bo nie czuł się tam do końca dobrze. Musiał wyczuwać jakąś magię, bo dostał go w spadku po jakimś swoim krewnym, który okazał się być czarodziejem… To ewidentnie dom, w którym mieszkał jakiś mag, bo jeden kominek jest w korytarzu przy wejściu – roześmiała się cicho. – W sensie ten mugol nie wiedział o czarodzieju, ale agent od którego kupowałam dom sprawdzał historię i się doszukał – a Victorii to pasowało. Dom stał mocno na uboczu, widać z niego było druga stronę jeziora i mugolską wioskę, był na zadupiu, ale nie całkiem w szczerym polu. W wiosce, ale może jednak troszkę poza nią. – Tak, tam były takie wysokie okna, można się było czuć jak w hmm… akwarium – opisała, cofając się we wspomnieniach o dziesięć lat wstecz. – Tam było światło, tylko takie zielonkawe, biło od jeziora i było jakoś magicznie wzmacniane. To był naprawdę niesamowity widok, na tę wodę i w ogóle. Ale też dlatego tak często można mnie było spotkać w bibliotece, ile czasu można siedzieć w tej zieleni – oczywiście, że dzieciaki potrzebowały normalnego światła… Ale co przyświecało budowniczym Hogwartu? – Puchoni też siedzieli w podziemiach – dodała do tego, przypominając sobie o tym, ile razy Daegberht ją gdzieś prowadził, mając w głowie swoje głupie pomysły. – Prawda? – mruknęła w odpowiedzi na komentarz Brenny. Victoria zdawała sobie sprawę z tego, jak to wszystko brzmiało. Nie była przecież głupia… a i tak się w to wszystko wpakowała. – My… hmmm… Byliśmy połączeni tym cholernym miłosnym rytuałem. To wszystko jeszcze bardziej komplikowało. Ja jakoś nad tym przeszłam do porządku dziennego, wtedy moim największym problemem było to zimno i dziwaczne wspomnienia, a nie to, że mam ochotę spędzać czas z narzeczonym. Ale jemu to przeszkadzało bardzo. I przez ten cholerny rytuał wiem, że flirtował z innymi kobietami. Powiedziałam mu to kiedyś, wtedy przestał, ale Bren… to tak bolało – Victoria lekko zacisnęła palce na wisiorku, jaki miała na szyi: na złotej zawieszce w kształcie połowy serca z wygrawerowaną na niej różą. – Wiem nawet za jakimi się oglądał i nawet nie wiesz ile razy patrzyłam w lustro i zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak. Czy gdybym była blondynką, to czy bym się mu podobała bardziej – był taki moment, że Victoria zupełnie straciła swoją pewność siebie, zwłaszcza na początku to był dla niej ogromny problem, kiedy wspomnienia babki mieszały się z jej własnymi, kiedy czuła rzeczy, których czuć nie chciała, kiedy ciągle chciała spędzać czas z Rookwoodem i myślała, że to po prostu normalne i widziała siebie, ale nie widziała pięknej kobiety, która może się podobać innym, a kogoś, kto zastanawia się, jak dużo ma w sobie tych niedoskonałości. A Isabella Lestrange wychowała ją w poczuciu, że wszystko poniżej perfekcji, to za mało, dlatego Victoria tak ciężko się uczyła i robiła wszystko (przynajmniej kiedyś), by matkę zadowolić. – Tak, Sauriel nie lubił robić niczego, co mu ktoś kazał. Więc buntował się na zaręczyny, bo mu się zaręczyć kazali. To tylko przykład, ale im większy był przymus, tym większy z jego strony opór. Chyba dlatego nadal się ze mną widywał, kiedy już było po zerwanych zaręczynach, bo wtedy nikt mu tego nie kazał i to był jego własny wybór… Chciał wolności i żyć po swojemu, a ja nie mogę go winić. Wiesz, po tym, co go spotkało, jak go potraktowała jego własna rodzina. Jego wampirzy ojciec miał z nim lepszy kontakt niż ten biologiczny, a to już chyba mówi dużo. Interesował się nim, chciał jakoś wychować – Lestrange skrzywiła się lekko i sięgnęła po szklankę, którą chwilę wcześniej napełniła Brenna. Chociaż sama rzadko pijała alkohol, to przed nim nie uciekała, ale jednak pilnowała, by nie skończyć jak pewnej pamiętnej, ostatniej nocy w Hogwarcie. – Starał się na swój sposób, nie mogę powiedzieć, że miał wszystko w dupie. Starał się… nie utrudniać, to na pewno, bo zawsze miał straszne humory. Ale to osoba mocno… zraniona. Nie jestem magipsychiatrą czy kimś takim, ale moim zdaniem to osoba w głębokiej depresji, zresztą o tym mówi też jego próba samobójcza. Wiem, że nie mógł mnie pokochać, bo najpierw musiałby pokochać siebie, a do tego to jest… daleko – myślała o tym zwłaszcza, gdy rozmawiała z Atreusem o barwach aur, gdy przedstawiał jej teorię, której Victoria nie miała prawa zobaczyć. – Mam nadzieję, że lepiej mu się będzie żyło… gdziekolwiek wyjechał – dokończyła i upiła potężny łyk ognistej. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Brenna Longbottom - 30.01.2026 – Och, zazdrościłam im tego. W sensie wiesz, czasem tam czekałam w okolicy na Castiela czy Norę, i uważam, że w ich przypadku Helga popisała się geniuszem. Przecież tuż obok była kuchnia, mogli się tam zakradać i zapłakać, że są głodni, ilekroć zechcą… Ale jakoś nigdy nie spytałam, jak tam rozwiązali sprawę okien. Chyba w ich części zamku nie było jeziora, może mieli jakieś w górnych częściach? – zastanowiła się. To było tak dawno temu. Dziesięć lat. Całe życie. A może to było zupełnie inne życie: Brenna czasem miewała takie wrażenie. I tęskniła za nim jednocześnie, i nie chciała do niego wracać, bo była tak inną osobą, że chyba nie umiałaby się w tym odnaleźć. W jej głowie, w jej wspomnieniach, Hogwart zawsze jednak był i miał pozostać domem równie mocno jak Warownia. Symbolem bezpieczeństwa, przyjaźni, beztroski. – Próbowałam dowiedzieć się więcej o tym rytuale. Myślałam, że to Voldemort coś zepsuł i się wypaczył. Zdaniem Sarah Macmillan to była łaska bogini. Najwyraźniej czasem łaska bywa źle pojęta – westchnęła Brenna, wyciągając rękę, by po prostu objąć Victorię. Czy mogła zrozumieć, że Sauriel Rookwood nie chciał, by narzucano mu jakieś uczucia, których nie pragnął? Mogła. Czy mogła zrozumieć, że najwyraźniej karał za to Victorię? Niezbyt. W dodatku flirtowanie, gdy byłeś zaręczony? I w porządku, najpierw wyraźnie się nie cierpieli, wtedy pewnie nawet Brenna by nie mrugnęła okiem, ale wydawało się, że potem zaczęło im na sobie zależeć. Trochę szacunku, kurde. – Jeśli jako blondynka podobałabyś się mu bardziej, to znaczy, że miał zero gustu – oświadczyła lojalnie. Nie żeby blondynki były brzydkie, wystarczyło popatrzeć na Cynthię albo Norę, ale jak można było narzekać na egzotyczną urodę Victorii? – Jest Rookwoodem. Myślę, że to znaczy, że nikt nie nauczył go kochać. Nikt nie nauczył go, jak przyjmować miłość. – Wystarczyło popatrzeć na zachowanie takiego Chestera Rookwooda, zachowanie rodziny po śmierci brata Charliego czy jego ucieczkę, a i kiedyś jeden z Rookwoodów znikł gdzieś przecież, i nikt nie wiedział, czy wyjechał, czy był martwy. Patrząc na nich można było odnieść wrażenie, że gdzieś w rodzinnym motcie wpisali sobie coś o braku emocji. Tyle że… – Mogę mu z tego powodu współczuć, ale nie musi mi się podobać, jak cię traktował. Ani to, że skoro sam był zraniony, ranił ciebie. Bo to że postanowił, że nie chce się tego wszystkiego nauczyć, to już jego decyzja…[/ Czy była gotowa próbować mu pomóc? Tak, bo taką miała naturę – bo zależało na nim Victorii. Bo żeby zostać wampirem, musiałeś zostać zamordowany, i ciężko było nie dopatrywać się tu czegoś dziwnego. Więc próbowałaby, nieświadoma chyba tego, że choć Sauriela wepchnięto na pewną ścieżkę, potem sam już nią szedł, często z okrucieństwa czerpiąc radość. Ale nie mogła nie być w tej chwili na niego zła. Nie mogła nie pomyśleć, że może dobrze, że odszedł. Brenna doskonale wiedziała, że małżeństwa z miłości wśród bogatszych czarodziejów nie zdarzają się często, a nawet jeśli, to bywa, że to uczucie przemija lub nie wystarczy. Że często są po prostu układem, jeśli masz trochę szczęścia, i interesem, jeśli masz pecha. Ale nawet w takim układzie można było wypracować pewne rzeczy: powinno się przynajmniej próbować, nawet jeśli nie zawsze było to wygodne. Czy gdzieś daleko od Anglii, od rodziny, od wampirzego i prawdziwego ojca, mogło mu być lepiej? Czy jeśli będzie mógł robić wszystko, co zechce, będzie szczęśliwy? Nie wiedziała. Trochę chyba wątpiła. Ale w ostatecznym rozrachunku: Brenna ledwo go znała, więc tak naprawdę… obchodziło ją w tym wszystkim bardziej Victoria. – Nie wiem. Mam nadzieję… że ty po prostu będziesz szczęśliwa. Wiem, że jeszcze nie teraz, ale… później. Czy sama, czy z kimś, kto będzie patrzył tylko na ciebie. Nie na żadne blondynki. RE: [9.10.72, Lindisfarne] Drzazgi pod skórą - Victoria Lestrange - 31.01.2026 – Jestem pewna, że Berht dokładnie to robił. Znaczy zakradał się do kuchni i płakał, że jest głodny – parsknęła pod nosem, wyobrażając sobie niemalże zamierzchłe czasy. Zmienili się – wszyscy z nich. Ich życia potoczyły się w różnym kierunku, ich dorosłe życia przypadły na czasy niepokoju, których widmo próżno było szukać, gdy jeszcze się uczyli i największym problemem było wypracowanie na dwie rolki pergaminu z transmutacji. Hogwart zdawał się słodkim wspomnieniem, przypominającym lepki syrop z owoców, który należy rozcieńczyć wodą – pachniał ciężkością i parnością lata, chociaż to był jedyny czas w roku, w którym się w Hogwarcie nie siedziało. Pachniał też piernikami i puddingiem świątecznym, i wszystkimi pysznymi pasztecikami i smakołykami, jakie przygotowywały dzielne skrzaty. – Też rozmawiałam z Sarah, ale bardziej o samym Limbo i tak dalej – mruknęła. – Nie szukałam za wiele o tym rytuale, no może dopiero czegoś, jak się tego pozbyć – i to, na szczęście, okazało się skuteczne. To nie tak, że Victoria była święta, swojego pierwszego narzeczonego nie znosiła tak bardzo, że zadawała się w tamtym czasie z kim innym, nie miało to jednak miejsca, gdy zorientowała się, że Sauriel nie jest wcale taki zły, a było to jeszcze przed ich zaręczynami w Beltane. Nie wyobrażała sobie lubić kogoś, spotykać się z własnej woli (bo jasne, zmuszono ich do zaręczyn, ale i tak się widywali i to bez pomocy i przymusu rodzin) i jednocześnie flirtować albo jeszcze więcej z innymi – wydawało jej się to mocno nie w porządku. No bo jasne, małżeństwa aranżowane były jakie były, to często była transakcja dla rodzin i nikt się nie pytał młodych o zdanie w takich momentach, czasem jednak zdarzało się, że ślepej kurze trafiło się ziarno i… było jak z nią i Saurielem. Z początku się nie znosili, ale gdy dali sobie szansę się poznać, okazało się, że diabeł nie był taki zły, jak go malowali. Uśmiechnęła się blado, opierając się na moment na ramieniu Brenny, gdy ta ją objęła dla otuchy. – Nie wiem, nigdy wprost mi nie powiedział, że mu się podobam – niedopowiedzenia królowały w tamtej relacji, bo Sauriel nie mówił jej wielu rzeczy, o których myślał. Ba, była przekonana, że jedno myślał, drugie mówił, a trzecie robił. Chociaż w pewnym momencie faktycznie starał się jej wyjaśnić jakieś swoje zachowania i to, dlaczego się o coś złości, albo dlaczego potrzebuje chwili przestrzeni i tak dalej. I zwykle starał się przy niej hamować swój język i nie zwracać nadmiernie obscenicznie. A później kiwnęła tylko głową na to o Rookwoodach w ogólności – Brenna miała tutaj dużo racji, a Victoria nie mogła się nie zgodzić, bo widziała przecież, jak traktowała go rodzina, a w szczególności ojciec. Sauriel przywdziewał maskę, by było łatwiej i tak do niej przywykł, że zapomniał, że pod spodem nadal znajduje się człowiek. Miał jednak świadomość tego, że gdzieś w głębi duszy poszedł złą drogą, wybrał zły kierunek, bo i sam siebie nazywał śmieciem, porównywał do rynsztoka… I Victoria nie mogła oprzeć się też wrażeniu, że Sauriel wyjechał, bo… Nie chciał jej pociągnąć za sobą. A może nie było też innego sposobu, by wyrwać się spod wpływu Voldemorta. Może mu groził. Nie wiedziała – mogła się tylko domyślać, teraz nie miało to już mieć aż takiego znaczenia, bo było po wszystkim. – Nie jest łatwo dostać kosza dwa razy od tego samego faceta…. Ale za drugim razem bolało chyba trochę mniej – stwierdziła, krzywiąc się na tamten łyk ognistej, która paliła ją teraz w gardło. – Teraz przynajmniej nie mówił, że jestem jego inspiracją do życia, żeby kilka dni później próbować się zabić – tamto wtedy to było dla niej za dużo. Teraz… Bolało ją zwłaszcza następnego dnia, rozryczała się nawet nad nieudanym ciastem, ale jakoś ostatecznie wzięła się w garść, żeby to przetrwać. Wiedziała, że najgorszy będzie początek, a teraz mijały prawie dwa tygodnie. – To nie jest jakieś super świeże. Chciałam z nim porozmawiać wtedy, jak znalazłyśmy tę piwniczkę, wiesz, żeby uważał. No i wtedy mi właśnie powiedział, że wyjeżdża i papa – nie musiał się nawet długo pakować, bo większość rzeczy stracił w pożarze. – Ale byłoby miło nie być drugim wyborem po blondynkach – to była mila myśl. A Victorię do tego tym bardziej niezwykle drażniło, że w otoczeniu Sauriela kręciły się niemalże same blondynki! Jak na Lammas trafiła na niego w towarzystwie Lorraine Malfoy, to myślała, że szlag ją trafi na miejscu. |