Secrets of London
[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=5679)

Strony: 1 2


[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 01.02.2026

Wieczór dopiero się zaczynał, a ja już byłem na etapie, na którym świat robił się zadziwiająco jasny, chociaż trochę krzywy i rozmazany na krawędziach, i zdecydowanie zbyt cichy tam, gdzie nie trzeba. Gdzieś w grało radio, ale brzmiało, jakby stało w sąsiednim hrabstwie. Prudence siedziała na podłodze w salonie, plecami oparta o kanapę, z butelką w dłoni i tym swoim uśmiechem, który nie mógł pozostać nieodwzajemniony, ja natomiast wstałem „tylko na chwilę” - co, oczywiście, się nie wydarzyło - już kilka minut próbowałem zapalić papierosa od kolejnej zapałki, co samo w sobie było aktem desperacji, bo gaz w zapalniczce zdążył się wypalić, zanim w ogóle trafiłem nią we właściwy punkt, przy okazji parząc czubki moich palców. Papieros wisiał mi w kąciku ust, przechylony pod absurdalnym kątem, a ja kiwałem się lekko na piętach, by utrzymać równowagę, co - oczywiście - w niczym nie pomagało.
W środku naszego nowego domu było ciepło, przez okna wpadało ostatnie światło dnia wraz z promieniami zachodzącego słońca, pachniało kurzem alkoholem i czymś, co moja żona uparcie nazywała „potencjałem”, ja natomiast „przeciągiem egzystencjalnym”, którego głębszą definicję właśnie przyszło mi odkrywać. Potrząsnąłem zapałkami, nie mogąc złapać pojedynczej, aż kilka wypadło na blat.
- No chodź, mała… No dawaj… Daaawaj, ty mała dlewniana ku… No nie lób mi tegooo… -Próbowałem trafić końcówką w draskę, trafiłem w powietrze, drugi raz w powietrze, trzeci raz w swój własny kciuk. Za czwartym razem zapaliła się za wcześnie i zdążyłem tylko powiedzieć coś w rodzaju „kuuuu…”, zanim mi zgasła. Wyciągnąłem drugą, piąta, trzecia, szósta… Nim się obejrzałem, przestałem próbować i właśnie rozważałem, czy to dobry moment, żeby opowiedzieć historię o tym, jak kiedyś zgubiłem paszport w Fortalezie - „co Fortaleza miała wspólnego z paleniem fajek?”, ktoś mógłby spytać, otóż to, że pudełko z zapałkami wydało dźwięk jak marakasy w tanim zespole latino, a od tego skojarzenia poszły same - kiedy rozległ się dzwonek do furtki. Ten niespodziewanie głośny dźwięk przebił się przez alkoholową mgłę jak dzwon okrętowy, uderzając mnie z zaskoczenia, aż prawie upuściłem kartonik z ogniem.
- Co jest, do ch… - Urwałem w pół słowa, bo przypomniałem sobie, że to jednak nowy dom, nowe ściany, nowa kultura. Podniosłem głowę, mrugnąłem kilka razy, próbując przypomnieć sobie, czy spodziewaliśmy się dziś czegokolwiek poza kolejną butelką.
- Oczywiście, sze taksówka. - Mruknąłem, wyglądając przez okno, bo w moim stanie każda rzecz wydawała się „oczywista”, nawet jeśli kompletnie taka nie była. Zebrałem się z okolic blatu stołu z godnością, która istniała wyłącznie w mojej głowie, i ruszyłem w stronę drzwi, robiąc dwa testowe kroki, z których jeden należał do mnie, a drugi do alkoholu - zupełnie zignorowałem to, że każdy z nich miał własną, osobną trajektorię, uznając swój sukces w poruszaniu się bez zbędnych potknięć. Jak na komendę, świat wykonał delikatny ukłon - odwzajemniłem - ściana przyjęła mnie uprzejmie, oddała z powrotem i pozwoliła przejść dalej. Mrugnąłem kilka razy, próbując zsynchronizować oczy z rzeczywistością, papieros zawisł mi na wardze pod dziwnym kątem.
- O-kej… O-kej, jusz… Juusz… - Powiedziałem do nikogo konkretnego, bo nikogo konkretnego nie było obok, otwierając drzwi prowadzące na zewnątrz. Na podjeździe stała taksówka, a obok niej kierowca z miną człowieka, który już widział wszystko, za nim natomiast, widoczne przez szyby w bagażniku i na tylnym siedzeniu, piętrzyły się kartony, dużo kartonów, naprawdę dużo kartonów, dziecięcych i nie tak dziecięcych wspomnień Prudence zapakowanych w tekturowe sarkofagi. Było ich niemal za dużo, jak na wielkość samochodu, którym przyjechały - taki logiczny absurd - małe, średnie, większe, jeden podejrzanie wielki, wszystkie obklejone taśmą i opisane starannym pismem. „KSIĄŻKI”, „UBRANIA”, „PAMIĄTKI”, „RÓŻNE”, co w tym konkretnym przypadku zawsze brzmiało podejrzanie nieprecyzyjnie, bo mogło oznaczać wszystko od zdjęć z dzieciństwa po zapas świec na kolejne trzy zimy.
- O. - Powiedziałem, a to „o” zawierało w sobie naprawdę wiele głębi. Zszedłem po schodkach trochę za szybko, złapałem się poręczy, żeby nie polecieć w krzaki, i podreptałem do bramy. Papieros dyndał mi w kąciku ust jak rekwizyt z taniego filmu o gangsterach, wyjąłem go dopiero po chwili, wsuwając sobie za ucho.
- Dobly wieczól. - Powiedziałem, chociaż było to raczej „dob’ecz”.
Skinął głową.
- Dobry. - Odpowiedział, z tym spokojem ludzi, którzy nie potrzebowali zbyt wielu słów, by uznać interakcję za praktycznie zakończoną. - Od pani Penelope. - Dodał, patrząc na mnie bez emocji. To słowo, „Penelope”, wszystko wyjaśniało, oczywiście, że wysłała kartony, i jeszcze bardziej oczywiście, że zrobiła to dokładnie w momencie, kiedy byliśmy w stanie ledwo złożyć zdanie złożone, a kiedy teoretycznie powinniśmy być przygotowani na finalizację przeprowadzki.
- Fantastycznie. - Odpowiedziałem z dziwnie zaakcentowanym, trochę suchym, trochę ironicznym, ale całkiem szczerym entuzjazmem, który był wprost proporcjonalny do ilości alkoholu we krwi. Kierowca rzucił mi spojrzenie, w którym było zawodowe „wszystko w porządku?”, a ja odpowiedziałem mu uśmiechem, który miał powiedzieć „tak, jasne”, choć prawdopodobnie mówił raczej „jestem bardzo pijany, ale życzliwy, tylko taką mam mordę, sorry”.
- Plosę, ploooszę, plosto. Tu. Tu jest… Palk… Palkowalne. - Podszedłem do bramy, pogmerałem chwilę przy zamku, bo klucz nie chciał trafić tam, gdzie powinien. - Jusz, jusz… Chwilee-eczkę, staly… - Mruknąłem do siebie, a potem w końcu otworzyłem i machnąłem ręką. - Do bla, p l o s zę w je ch aś. Tu. T a k. Ś mi a ł o. Wjee-ee… Wjeszdszaj pan, plosto pod dom.
Taksówkarz skinął głową, wsiadł z powrotem do auta i podjechał bliżej. Wpuściłem samochód na podjazd, gestykulując rękami, jakbym kierował lądowaniem samolotu, chociaż to nie miało żadnego większego wpływu na jakość parkowania. Mężczyzna wyszedł na zewnątrz, zgasił silnik i otworzył bagażnik, dopiero wtedy w pełni zobaczyłem, co wiezie. Nie kartony, nie tylko kartony, ale też dywan - ogromny, naprawdę ogromny, ciemnozielony, poprzecinany czernią, zwinięty w ciasny rulon, połyskiwał w świetle lamp ulicznych, jakby miał łuski. Popatrzyłem na niego, mrużąc jedno oko, przez sekundę miałem wrażenie, że zaraz się poruszy.
- Matko… - Wymsknęło mi się cicho. - Ale bydlę. - Złapałem go pod pachę, co było złym pomysłem, bo zsunął mi się po ramieniu i przez moment poczułem się, jakbym naprawdę dźwigał coś żywego. - Spooko, spooko… - Nie było „spoko”, ale na szczęście nie byłem tu jedyną osobą - taksówkarz podtrzymał koniec ręką, pomagając mi odłożyć dywan na podjazd. W wyrazie wdzięczności podziękowałem mu jeszcze raz za kurs, podałem adres, chociaż stał już pod nim, a na koniec kiwnąłem głową, pełen aprobaty - kierowca chrząknął uprzejmie, ja też chrząknąłem, solidarnie - i zacząłem wyciągać kartony. Pierwsze, potem kolejne, przy czym przy piątym musiałem zrobić przerwę, opierając się na chwilę o maskę, bo obraz przed moimi oczami znów zrobił ten numer z przechyłem, postanowił się obrócić o jakieś piętnaście stopni w lewo.
Wtedy Prudence stanęła w drzwiach, spojrzałem na nią, potem na kartony, potem znowu na nią, a świat złożył się w jedną, dość krzywą całość.
- Wlacam za sekuuun-deczkę. - Mruknąłem, cofając się w stronę domu i stając u stóp schodków prowadzących do drzwi frontowych, by zdać raport z sytuacji. - Twoo-ja mama… Wysłała kaltoo-ny… I… Iyy… I wiel-kiiiee-go węęęsza. - Wskazałem brodą na zielono-czarną spiralę, jakby istniała choćby minimalna szansa, że go nie zauważy. Podniosłem brew, po czym obróciłem się, by podryfować znowu w kierunku taksy.
Podpisałem coś na jakimś świstku, który mężczyzna zdążył przygotować, stawiając podpis, który wyglądał jak zapis sejsmografu podczas trzęsienia ziemi. Zapłaciłem z nadmierną powagą, dając mu napiwek większy, niż planowałem, bo w tej chwili wszyscy byli moimi sprzymierzeńcami, po czym razem z Prue, we troje - ciekawe czemu - zaczęliśmy przenosić pudła do środka.
- Tu, tu plosę… Pod ścianą… Tak, supel… -  Instruowałem, starając się nie brzmieć jak ktoś, kto mógłby zaraz usiąść na schodach i zapomnieć, po co powinien wstać. - Dzię… Dziękówa, sze pan to pszytalgał. - Patrzyłem na to wszystko z lekkim przechyłem świata, licząc w myślach zarówno kroki, jak i kartony, chociaż zgubiłem się po piątym i szóstym malutkim. - Dzię-ę-ę-ki, naplawdę. Złoty pan jest. Szczeeęśliweej dlooogi. - Poklepałem go lekko po ramieniu, może trochę za serdecznie. Zabrał swoje pieniądze, skinął głową i wrócił do auta, taksówka odjechała, a podjazd nagle wydał mi się zbyt szeroki, zbyt cichy. Wciągnąłem dywan do środka, opierając go o ścianę w przedpokoju - wyglądał tam jeszcze bardziej jak żywy, jakby tylko czekał, aż zgaśnie światło… Ale był ładny, z pewnością, perski, całkiem luksusowy.


RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 02.02.2026

Świat robił się coraz bardziej miękki. Wpływ na to, na pewno miała zawartość butelki, która stała tuż obok niej, praktycznie pusta. Obraz nieco jej się rozmazywał, otoczenie się rozmywało, aczkolwiek w niczym jej to nie przeszkadzało. Godzina może nie do końca była na to odpowiednia, jednak był to całkiem wyjątkowy dzień, mogli sobie pozwolić na to, aby znaleźć się w tym śmiesznym stanie nim nadszedł wieczór.

Opierała się o kanapę, wzięła w dłoń tę nieszczęsną butelkę i zaczęła obracać ją w dłoni, obserwując jak płyn przyklejał się do ścianek, a później powoli z nich spływał. Nalewka była bardzo gęsta, nie miała pojęcia, co znajduje się w środku, wypiła dzisiaj już tyle, że zaczęła się gubić w smakach, które przyszło im kosztować, chociaż tak właściwie to już dawno przestało być tylko degustacją.

Uniosła butelkę do góry, nadal obracała ją w dłoni, powoli, strasznie ładnie mieniła się jej zawartość w promieniach zachodzącego słońca. Benjy zniknął, gdzieś na moment, nie miała więc nic lepszego do robienia. Nie wydawało jej się, że powinna wlewać w siebie więcej alkoholu, bo już całkiem przyjemnie szumiało jej w głowie, obawiała się, że jeden łyk więcej może spowodować, iż przestanie panować nad swoimi kończynami, tak właściwie to nie do końca wiedziała, jak wygląda to w tej chwili, bo póki siedziała nie było wcale tak źle, zdawała sobie jednak sprawę z tego, że to mogło być całkiem zdradliwe.

W domu było cicho, przyjemnie, gdzieś w tle słyszała muzykę, jednak nie dochodziła całkiem wyraźnie do jej uszu, czekała, aż Benjy wróci, wieczór zapowiadał się na całkiem przyjemny, chociaż wcześniejsza część dnia wcale tego nie zapowiadała. Przeszli dzisiaj sporo, być może nie fizycznie, jednak mentalnie ten dzień należał do tych bardziej wyczerpujących, wyjaśnili sobie wiele, co uważała za spory sukces, chociaż wiedziała, że to nie był koniec, bo okazało się, że pojawiły się sprawy, do których powinni wrócić, ale to nie był już problem na dzisiaj. Mogli nieco odpocząć.

Nie mogło być jednak, aż tak kolorowo. Usłyszała dziwne dźwięki dochodzące z zewnątrz. Nie mogła ich tak po prostu ignorować, postanowiła więc wstać i sprawdzić, co właściwie się tam dzieje. Powoli podniosła się na nogi, musiała zobaczyć, czy jest w stanie się na nich utrzymać, nadal miała w dłoni butelkę, którą odstawiła na niewielki stolik. Szła, nawet w miarę równym krokiem, więc nie było tak źle, jak się jej wydawało, przynajmniej jak na razie.

Dotarła do drzwi, otworzyła je i oparła się o futrynę. Zmrużyła oczy próbując zarejestrować to, co właściwie działo się na podwórku. Dostrzegła swojego męża i pojazd, który znalazł się przed ich domem. Próbowała zrozumieć skąd się wziął, ale myśli z nią nie współpracowały. Dlaczego pojawił się tu obcy człowiek? Myśl Prue, odpowiedź nie może być skomplikowana.

Kartony, jasne, to dało jej do myślenia, dopiero po chwili mrugnęła, zaczęło do niej docierać, co się wydarzyło. Przeprowadzali się dzisiaj, a to musiała być reszta rzeczy, których nie zdążyli przetransportować. Penny musiała zadbać o to, aby przekazać im rzeczy. Nie spodziewała się, że zajmie się tym jeszcze dzisiaj, ale powinna się przecież tego spodziewać, jej matka nigdy nie odkładała niczego na później. W tej chwili nie do końca wiedziała, czy to dobrze, bo jej umysł nie do końca z nią współpracował.

- Nie sądziłam, - czknęła - że ona też chce nas zabić... - Zrobiła się czerwona na twarzy, bo nie spodziewała się tego, że będą im towarzyszyć efekty dźwiękowe, nad którymi nie do końca panowała. Naprawdę była nawalona. Nie mogło im to jednak przeszkodzić w wniesieniu tego wszystkiego do wnętrza domu. Wiedziała, że musi wesprzeć towarzystwo. Ostrożnie więc zeszła po schodkach za swoim mężem, aby wnieść do domu chociaż jedno pudło, nie chciała być bezużyteczna. Na szczęście taksówkarz również zaangażował się w sprawę, inaczej pewnie zajęłoby im to sporo czasu.

Stawiała karton na kartonie pod ścianą, układała z nich całkiem spektakularną wieżę, dostrzegła, że zaczęły się bujać, chociaż nie powinny, bo przecież ściana miała spowodować, że jej budowla będzie stabilna. Wpatrywała się w nie krótką chwilę i sama zaczęła się bujać, tak samo jak pudła stojące przed nią.

Benjy żegnał się z jegomościem, który okazał się być ich wsparciem w tym drobnym przedsięwzięciu, przeniosła na chwilę spojrzenie w jego kierunku, jakimś cudem udało mu się zaciągnąć do domu wielkiego węża, który był dywanem, tak to musiał być dywan.

W tym momencie pudło, które znajdowało się na szycie zbudowanej przez nią wieży, spadło, nie zdążyła go złapać w locie, bo nie była przecież jakoś szczególnie szybka, a do tego alkohol całkiem skutecznie jeszcze bardziej spowalniał jej ruchy. Zawartość pudła wysypała się na podłogę, westchnęła ciężko, bo wypadało to wszystko pozbierać, a nieszczególnie miała w tej chwili na to ochotę.

Na drewnianym parkiecie znalazły się bibeloty, o których istnieniu zapomniała. Pamiątki, które były wepchnięte bardzo głęboko w szafę. Usiadła na ziemi, oparła się o ścianę i póki co je obserwowała, zastanawiała się od czego powinna zacząć, typowo dla siebie zaczęła obmyślać plan, zamiast od razu się tym zająć.




RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 02.02.2026

Podjazd był dziś dłuższy niż zwykle, a światło z lampy ogrodowej robiło z wszystkiego akwarelę, w dodatku taksówka mrugała do mnie reflektorem, zupełnie bez powodu, bo kierowca przecież czekał cierpliwie przy bagażniku. Ja też czekałem - na co, nie byłem już pewien, miałem wrażenie, że wszystko dzieje się z lekkim opóźnieniem, jak w starym projektorze, nie do końca zgrywającym obraz z dźwiękiem. Prudence pojawiła się w drzwiach, oparła o futrynę, zmrużyła oczy jak kot wystawiony na zbyt jasne światło, patrzyła to na mnie, to na taksówkę, to na kartony, jakby ktoś właśnie przetasował jej rzeczywistość. Ja natomiast stałem u dołu schodów, oparty barkiem o poręcz, która wydawała się dziś podejrzanie śliska, i też próbowałem złapać ostrość na obrazie przed sobą, by ustawić świat w linii prostej - podjazd, samochód, pudła, wąż z dywanu, moja żona w drzwiach - średnio szło, wszystko miało dziś tendencję do lekkiego dryfu, poza tym nawet przy najlepszych chęciach, punkty, które usiłowałem połączyć, nie znajdowały się na jednym poziomie.
Prue stała wysoko, patrząc na mnie z góry, podjazd był nisko, za to wyraźnie świecił się od niedawnej mżawki i świateł latarni, taksówka stała cicho, a ja próbowałem przypomnieć sobie, czy już mówiłem, co się dzieje, czy jeszcze nie. Słyszałem głos Pruey, ale zanim mój mózg złożył cokolwiek w sensowne spostrzeżenie, zdążyłem już mrugnąć trzy razy i zgubić finalny wniosek. Dotarł do mnie tylko połowicznie, bo w tym samym czasie próbowałem zapamiętać, że trzeba jeszcze zamknąć bramę, i że kierowca patrzył na mnie z miną człowieka, który bardzo chce wrócić do normalnych klientów.
- Hyh… Nooo, wi-eeesz… - Podrapałem się po karku, łapiąc poręcz schodów, żeby nie odpłynąć za daleko, i zupełnie zapomniałem, że zamierzałem powiedzieć coś o niejadowitości gadziego jegomościa, zamiast tego zrobiłem krok w bok, żeby ją przepuścić, ale sam kolejny raz musiałem się złapać poręczy, bo schodek nagle znalazł się nie tam, gdzie go pamiętałem. Zeszliśmy razem na podjazd, taksówkarz stał przy bagażniku, a ja podszedłem do niego z tym swoim krzywym, wieczornym uśmiechem, odrobinę chwiejnie, jakbym testował grunt po trzęsieniu ziemi, i złapałem pierwszy karton. Był cięższy, niż zapamiętałem sprzed trzech sekund. Prudence też wzięła jedno pudło, na co spojrzałem na nią z uznaniem, którego nie umiałem ubrać w normalne słowa. Mężczyzna, który nam je przywiózł, okazał się złotym człowiekiem, bez gadania podawał i przenosił kolejne pakunki, pomógł je przestawić pod ścianę, nawet przytrzymał drzwi, kiedy przeciąg próbował je zamknąć, ja w tym czasie próbowałem ogarnąć logistykę całej operacji, co przy moim stanie było ambitnym przedsięwzięcie.
- Spokooj… Damy laaadę. Jeeeden kaalton, dluuugi kaa’ton… - Wyliczałem półgłosem, jakby to była strategia wojskowa. - Małee kloooszki.
Rytm był prosty - podnieś, przejdź, postaw. Podnieś, przejdź, postaw. W środku domu kartony zaczęły rosnąć pod ścianą w coś, co przypominało nowoczesną instalację artystyczną. Prue układała je jeden na drugim, bardzo skupiona, z tym poważnym wyrazem twarzy, jakby właśnie konstruowała wyjątkowo ambitną budowlę. Patrzyłem, jak cofa się o pół kroku, marszczy brwi i przygląda się swojej konstrukcji. Pudła zaczęły się bujać, ona też, na moment zsynchronizowali się jak dwa metronomy, na co uśmiechnąłem się tylko pod nosem, wzruszając ramionami i obracając się, aby przynieść więcej pudełek, bo wewnątrz mojej głowy, im więcej ich było, tym bardziej stabilna stawała się konstrukcja. Szkoda tylko, że to miałoby miejsce, gdybyśmy celowali w szerokości, nie wysokość. Niepomny tego, wróciłem po kolejny karton, przy którego niesieniu zahaczyłem barkiem o framugę i prawie wywinąłem orła.
- Psze’aaszam… - Powiedziałem do drzwi, zanim wyszedłem po raz ostatni, by pożegnać taksówkarza i zabrać ostatni transport - dywan leżał tam, gdzie go zostawiłem, ciemnozielony z czernią, zwinięty w rulon, dokładnie jak coś, co w każdej chwili mogło się rozprostować i  zacząć pełznąć. Złapałem go pod pachę i od razu poczułem, że to zły pomysł, ciężar przesunął mi się na ramię, wąż zsunął się trochę i przez moment naprawdę wyglądało to tak, jakbym walczył z ogromnym, chociaż spokojnym gadem. Wreszcie udało mi się wciągnąć go do środka.
Stałem jeszcze przy drzwiach, klamka była ciepła od mojej dłoni, powietrze w przedpokoju było ciężkie od alkoholu i ciepła domu, który dopiero zaczynał być naszym domem, schody na piętro patrzyły na mnie krzywo, z góry jak na kogoś, komu nie do końca ufały, a świat miał opóźnienie rzędu pół sekundy, i wtedy… Górne pudło spadło z głuchym stukiem, jego zawartość rozsypała się po parkiecie.
- Ouu… - Zamarłem na moment, podczas gdy Prue usiadła na podłodze pod ścianą, patrząc na rozsypane rzeczy, jakby próbowała je zahipnotyzować, żeby same wróciły do pudełka.
Podszedłem bliżej, przykucnąłem obok niej, opierając łokieć o kolano, a następnie kontrolowanie - przynajmniej w mojej głowie - opadając dupą na podłogę obok niej.
- Spokooj… - Powiedziałem cicho, przeciągając tylko trochę, reagując na jej ciężkie westchnienie, bo prawdę mówiąc, mi też nie widziało się sprzątanie. - Niic nie uucieeknie. - To mówiąc, podniosłem jedną z pamiątek, oglądając ją pod światło, które dziwnie falowało - obróciłem drobiazg w palcach, próbując sobie przypomnieć, skąd się wziął, ale bez większego powodzenia. - Pa-tsz… - Pokazałem jej, mimo to. - To wciąsz tu jeest. Wszyyystko jeest. Nie musimy tego telas ogalniaś, nie? One nigdzie nie uciekną. Chyba sze wąsz je zje? - Spojrzałem na nią, nagle dziwnie zaniepokojony tą myślą.


RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 02.02.2026

Przez krótką chwilę, właściwie moment, próbowała zrozumieć, co właściwie się wokół nich działo. Zajęło jej nieco, nim ustaliła fakty, ale nie myślała tego wieczora najbardziej klarownie. Obraz nieco jej się rozmywał, nie ma się co dziwić, miał prawo, zważając na to, że nie była do końca trzeźwa, tak właściwie to było sporym niedopowiedzeniem, była dużo bardziej pijana niż trzeźwa, przez co nie myślała jasno, na szczęście jeszcze jakoś udawało jej się poruszać, co uważała za swój dzisiejszy, osobisty sukces.

Współczuła mężczyźnie, który został tym wybrańcem, dzięki któremu jej pudła znalazły się w tym miejscu. Nie ma się co oszukiwać, ani ona, ani jej mąż nie byli w tej chwili w najlepszej formie, co na pewno dało się zauważyć, nie przejmowała się tym jednak jakoś szczególnie, no bo podobne sytuacje się zdarzały, czyż nie? Byli młodzi, mieli prawo się bawić... doszła do całkiem logicznych wniosków, pomimo tego uczucia nieważkości, które jej towarzyszyło.

- Właśnie nie wiem, to - pokazała palcem, no, a przynajmniej starała się to zrobić, bo nie do końca trafiła tam, gdzie chciała - wygląda przerażająco. - Tak, ciągle mówiła o dywanie, którego teraz wizualizowała w swojej głowie raczej jako wielką anakondę która mogłaby chcieć ich zbyt mocno przytulić. Zielony tak właściwie nie był złym kolorem, Penny mogła trafić gorzej, jednak przez to i komentarz Benjy'ego ten dywan chyba już na zawsze będzie jej się kojarzył z wielkim wężem.

Udało jej się wziąć jedno pudło w swoje ręce i się przy tym nie potknąć, co było drugim wielkim osiągnięciem w przeciągu kilku ostatnich minut, ten dzień chyba nie był jednak taki zły. Spojrzała jeszcze na mężczyznę, który został zaangażowany w to przedsięwzięcie i uśmiechnęła się do niego całkiem miło, chcąc podziękować mu za to, że postanowił zaangażować się w ich sprawę. Mogła podejrzewać, że zrobił to, aby zwinąć się stąd jak najszybciej - co wcale jej nie dziwiło, nie miała pojęcia, że Benjy okazał się być dla niego bardzo hojny, gdyby o tym wiedziała na pewno zaaprobowałaby jego decyzję, szczególnie, że dzięki temu nie musieli sobie radzić ze wszystkim sami, co w tej chwili zdecydowanie nie było wskazane. Na pewno trwałoby to wieczność, a może jeszcze dłużej.

Była pełna podziwu dla swojego męża, który próbował panować nad wszystkim, co działo się wokół nich, widać było, że uwielbiał kontrolować otoczenie, nawet kiedy nie do końca był w stanie. Całkiem nieźle mu to szło, nadzorował wszystko z ogromnym entuzjazmem, to na pewno pomogło im całkiem szybko przenieść te wszystkie kartony.

Zajęła się układaniem pudeł, jedno na drugim, wydawało się jej to być całkiem słusznym rozwiązaniem, nie wpadła na to, że konstrukcja będzie mogła przez to dość szybko zmienić swój kształt, w tamtej chwili wydawało jej się to całkiem logicznym rozwiązaniem, dzięki temu mieli więcej przestrzeni, a potrzebowali przecież jak najwięcej miejsca... to nie tak, że wystarczyłoby go nawet gdyby każdy karton stanowił swoją osobną wyspę, nie, wcale nie o to chodziło. Pudła zaczęły się bujać, i ona zaczęła się bujać z nimi w podobnym rytmie, jakby dzięki temu miały się uspokoić. Niestety ten plan nie zadziałał, nie udało jej się uratować podłogi przed katastrofą.

Odwróciła się na moment, bo słyszała, że Benjy kogoś przepraszał, nie miała pojęcia kogo, w głębi duszy liczyła na to, że nie uszkodził tego nieszczęsnego taksówkarza, który towarzyszył im podczas przenoszenia kartonów, szkoda by było, gdyby doznał tutaj urazu skoro tak bardzo wsparł ich podczas tej wieczornej misji na którą nie byli do końca przygotowani, spoglądała w tamtym kierunku, ale to musiało być nic wielkiego, bo nie usłyszała więcej ani jednego słowa, po chwili wróciła wzrokiem do swojej chwiejącej się wieży, niestety nadal nie przestała się poruszać, a może to jej świat wirował przed oczami, to również było prawdopodobne.

Niestety okazało się, iż to nie był tylko jej świat o czym świadczył karton, który bardzo spektakularnie wylądował na podłodze, rzeczy, które się w nim znajdowały rozsypały się po niej wydając przy tym głośne dźwięki, narobiło to sporo hałasu, miała nadzieję, że nic się nie stłukło, nie - chyba nie było tam żadnego szkła, oby.

Jako, że nie mogła już nic z tym zrobić, to postanowiła po prostu usiąść pod ścianą i patrzeć na ten bałagan, jakby to miało coś zmienić, jakby jej wzrok sam z siebie mógł poukładać to, co właśnie się wysypało. Nie była szczególnie zadowolona z tego, co stało się z pudłem, czego nie ukrywała jakoś specjalnie.

- Skąd wiesz, że nie ucieknie? - Uniosła wzrok i spojrzała na Benjy'ego, który znalazł się przy niej, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Nie była chyba co do tego tak bardzo przekonana. - Co jeśli w nocy dostaną nóg i sobie gdzieś pójdą? - To było abstrakcyjne, okropnie abstrakcyjne, ale faktycznie obawiała się, że przez noc, któreś z bibelotów znikną w czeluściach.

Otworzyła szeroko oczy, kiedy wspomniał o wężu, teraz to mieli poważny problem, nie pamiętała o jego istnieniu jeszcze przed chwilą. Przygryzła dolną wargę, przeniosła wzrok na rzeczy, które leżały na podłodze. - Co jeśli naprawdę je zje? - Jej uwagę przykuła drobna spinka z nietoperzem, która znajdowała się tuż przy jej stopie, wzięła ją do ręki i ścisnęła w dłoni. Na ziemi leżały też kamyki, listy, ususzone liście, kwiaty, kredki, notatki, muszelki, koraliki, a to był dopiero początek skarbów, które znalazły się na podłodze.

- Co jeśli ten wonsz jest rzeczny i niebezpieczny? - Wróciła spojrzeniem do Benjy'ego i wpatrywała się w niego, chyba nie mogli tego tak zostawić w tym przypadku.




RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 03.02.2026

Staliśmy razem na schodkach, ja o kilka stopni niżej, bo tak było mi łatwiej trzymać równowagę, niż wspinać się do żony, a Prue tuż nade mną, oparta o futrynę. Podjazd ciągnął się przed nami jak pas startowy, a na jego początku, obok taksówki, leżał dywan, zwinięty ciasno, ciemnozielony z czarnymi akcentami, wyglądając jak coś, co faktycznie zgubiło drogę do dżungli. Kierowca stał spokojnie obok zgaszonego auta, ręce mając wsunięte w kieszenie, cierpliwy jak wszyscy ludzie, którym płaciło się za czekanie. Popatrzyłem na Prudence, potem znowu na rulon, przeniosłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, schodek delikatnie odpłynął, więc oparłem się biodrem o poręcz i przetarłem twarz dłonią. Moment później znowu spoglądałem na nich oboje, na nią i na to coś, co teściowa właśnie wprowadziła do naszego życia, i próbowałem połączyć fakty w jedną logiczną linię, tworząc plan działania - nie szło, alkohol robił swoje.
- Spoko-spokojnieee. - Popatrzyłem znowu na wskazany przez nią rulon, marszcząc brwi, zanim zdążyła się naprawdę przejąć. Odwróciłem się z powrotem, ale po drodze zatrzymałem wzrok na liściach przy schodkach - były mokre - to było ważne przez dobre dwie sekundy. - Jadowite są balsiej… Kolo’owe, wieesz. - Zamyśliłem się. - Takie… Takie, eee… Ostszeegawcze. Aglesywne. - Jeszcze chwila ciszy. - One są… No… Szybkie. Ten wygląda na… Eee… Dusiciela. - Powiedziałem to z pełnym przekonaniem, jakbym właśnie skończył studia z herpetologii. Światła reflektorów obrysowywały go miękko, sprawiając, że wyglądał jeszcze bardziej jak żywe stworzenie, które postanowiło odpocząć na podjeździe. - Taki… Co się oooowija, ściska, a potem, yyy-h, no, połyka. I tlawi. Czy coś. - Oparłem się mocniej o poręcz i pochyliłem lekko do przodu, jeszcze bardziej zmrużyłem oczy, próbując sobie to zwizualizować. Pokręciłem lekko głową, jakby to był bardzo poważny problem, a następnie spojrzałem na taksówkarza, który chyba chrząknął, i uniosłem dwa palce, nie mając pojęcia, czy mógł mnie usłyszeć z miejsca, w którym się znajdowałem, ale nie kłopocząc się zadawaniem sobie tego pytania.
- Jusz m o m en t. - Rzuciłem, potem przypomniałem sobie, dlaczego w ogóle stoimy. - Ustalamy, yyy-h, status gada. - Wiedziałem, że powinienem coś jeszcze powiedzieć, ale to i tak przyszło dostatecznie powoli, jak wniosek wyciągnięty z bardzo niekompletnych danych, w końcu po prostu skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niego. Odwróciłem głowę w stronę Prudence, ale po drodze zgubiłem ją na sekundę i musiałem szukać. Oparłem się o poręcz i przez chwilę patrzyłem na własne buty - wyglądały w porządku, to mnie uspokoiło. Za to beton na podjeździe miał dziwną fakturę, skupiłem się na niej na moment za długo, zanim przypomniałem sobie, że coś ważnego leży przy aucie. Zrobiłem jeden krok w dół, potem drugi, potem się zatrzymałem, bo nagle bardzo ważne stało się to, żeby stać równo.
- Doblaaa… Plan. - Rzuciłem nagle. - Ty… Wiesz, tak, ja zalas zejdę… Albo nie, ja jusz schodzę… No, tak. - Machnąłem ręką w kierunku podjazdu, trochę za szeroko, ale wystarczająco. W końcu coś się we mnie przestawiło, jakby ktoś przekliknął mały, wewnętrzny przełącznik z „patrzę” na „robię”, pokonałem ostatnie metry ostrożnie, stawiając stopy tam, gdzie beton wyglądał najbardziej solidnie, Prudence była już przy punkcie startu, a kierowca czekał przy otwartym bagażniku. Rzeczy z domu rodzinnego Bletchleyów stały chaotycznie ustawione obok taksówki, w tym dziwnym układzie, jaki miały pakunki tuż po wyjęciu z czyjegoś samochodu - przez chwilę patrzyłem na nie bezmyślnie - kwadraty, różne rozmiary, brązowy kartonowy świat - potem po prostu sięgnąłem po pierwszy. Nie było w tym żadnej wielkiej ceremonii, po prostu nagle każdy z nas miał coś w rękach, ruch zaczął się zapętlać. Podjazd. Drzwi. Przedpokój. Ściana. Podjazd. Drzwi. Przedpokój. Ściana. Świat zwęził się do tych kilku punktów. Tam i z powrotem. Beton, schodki, próg. Beton, schodki, próg. Raz miałem wrażenie, że minęły minuty, innym razem, że całe godziny, w głowie co chwilę robiły mi się puste miejsca, jakby ktoś zmniejszył jej przepustowość, ale szybko wypełniałem je ruchem. Weź. Podnieś. Przenieś. Postaw. Oddech. Powrót. Czasem zapominałem, po co wracam na podjazd, dopóki nie zobaczyłem kolejnego kartonu czekającego przy bagażniku. Za którymś razem zapomniałem też, czy idę do środka, czy na zewnątrz, więc musiałem zatrzymać się na moment w drzwiach i pozwolić obrazowi się ułożyć. Raz prawie potknąłem się o krawędź stopnia, ale złapałem równowagę w ostatniej chwili i pierwszą rzeczą, którą wtedy zrobiłem, było… Sprawdzenie dywanu. Ręce pracowały szybciej niż głowa, ale głowa miała jedną stałą myśl „pilnować gada”, w którymś momencie zauważyłem, że robię to odruchowo. Karton, krok, spojrzenie. Karton, krok, spojrzenie. Jakby to był element procedury bezpieczeństwa. Świat składał się teraz z prostych czynności. Podnieść. Przejść. Odstawić. I sprawdzić węża. Za każdym razem, kiedy wychodziłem po kolejne pudło, pierwszym odruchem było spojrzenie w bok i zerknięcie, czy wąż dalej tam jest - był - za trzecim kartonem też, za czwartym również. Przez chwilę poczułem ulgę, która nie miała żadnego logicznego uzasadnienia, ale nie uległem temu zwodniczemu wrażeniu, nadal go kontrolowałem. Po kilku kursach podjazd zrobił się pustszy, a przedpokój pełniejszy, dzięki rękom Pruey, pudła ustawiały się pod ścianą, jedno obok drugiego, jedno na drugim, jedno pod drugim, tworząc nieregularny mur naszego nowego życia - mur i wieżę - tak, to była naprawdę ładna wieża, przynajmniej dopóki nie przestała. Rzeczy rozsypały się po podłodze, zadźwięczały, zaszeleściły, potoczyły się w różne strony, ten dźwięk miał w sobie coś ostatecznego.
Przykucnąłem obok Prue, a potem po prostu usiadłem na parkiecie, plecami do ściany, dokładnie tak jak ona, bo nogi uznały, że to rozsądniejsza opcja.
- Eee… Yh… - Mruknąłem najpierw, bo mózg potrzebował chwili, żeby złapać synchron. - Skąd wiem? - Przeniosłem spojrzenie w stronę drzwi wejściowych, tam gdzie ostatnio widziałem dywan. - Bo on le-szy. - To był bardzo logiczny wniosek. - Wiesz… Leszy. Jakby miał uciec, to by jusz… Nie leszał. - Zrobiłem krótką pauzę. - Jakby miał coś… By się naa-piew loswinął i wtedy… Taaakie… Szszszsz po podłodze. - Spróbowałem zademonstrować ten ruch gestem dłoni, niespecjalnie panując nad własną koordynacją, co sprawiło, że szybko ją opuściłem, kręcąc głową. - Poza tym… Eee… W nocy to ja śpię czujnie - powiedziałem z przekonaniem, które przyszło mi znikąd - jakby co, usłyszę wszystko. - Zawiesiłem się na moment, nasłuchując dźwięków dochodzących z zewnątrz, zamiast spoglądać na to, co znajdowało się przed nami. Dopiero po chwili odzyskałem wątek i wskazałem palcem drobiazg w jej dłoni. - Tego by nie pszełknął. Zatszymałoby mu się gdzieś… Tu. - Dotknąłem własnego gardła. - Poza tym jest zwinięty. To znak, sze nie poluje. Mamy czas. - Znowu zerknąłem w stronę dywanu, kiedy padło hasło „wonsz rzeczny”, odwróciłem głowę gwałtowniej, niż planowałem. - Co. - Mrugnąłem, zastanowiłem się nad tym bardzo poważnie przez dobre trzy sekundy. - Eee… Wiesz coooo - mruknąłem - to by tłumaczyło wilgoś w powie-etszu? - Zmarszczyłem brwi, próbując nadać temu pytaniu sens. - Ale nie, spo-ojnie. Szeszne są balsiej… Mokle. Ten jest suchy. Suchy wonsz nie jest szeszny. - Wyciągnąłem rękę po kredkę, która potoczyła się pod moje kolano, tknięty nagłą myślą. - Chyba szeeeee to jakiś… Adaptacyjny podgatunek. - Urwałem, potrząsając głową, by pozbyć się tej myśli. - Doblaa, niewaszne. - Przetarłem twarz dłonią i westchnąłem. - Powinniśmy to pospszątaś, co nie? - Zanim gad faktycznie uzna, że robimy mu piknik. Zebrałem kilka listów w jedną stertę, podsunąłem je w jej stronę, a podniosłem garść koralików, które rozsypały mi się między palcami.
- Hyh… Uciekają. - Zauważyłem z całą moją błyskotliwością. - Widziałaś? One… Plób-uą. Spojrzałem jeszcze raz w stronę drzwi, jakby dywan mógł nagle zacząć pełznąć. - Sejio, zanim wonsz zmieni zdanie. - Dodałem ciszej. - Bo jak to jest szeszny i niebespieczny, to wolę nie testowaś. - Zacząłem zgarniać rzeczy w małe kupki na podłodze, powoli, metodycznie, z tym charakterystycznym pijanym skupieniem.


RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 04.02.2026

W miarę szybko udało jej się ustalić, co się dzieje. To było naprawdę sporym sukcesem, jak na to, w jakim stanie się znajdowała. Póki co, stała oparta o framugę, bo to miejsce wydawało jej się być całkiem bezpieczne, nie miało szansy jej zaatakować w jakiś straszny sposób, nieco obawiała się tego, że schody mogą mieć gorsze zamiary, bo w tej chwili wydawały się jej być bardzo strome. Oczywiście wędrówka po nich nie miała jej ominąć, nie kiedy dotarło do niej, że jej matka postanowiła dosłać im wszystkie rzeczy, które spakowali. Szkoda, że nie zapytała, czy to był dobry moment... bo patrząc na nich teraz na pewno trafiłby się lepszy od tego, ale musieli jakoś sobie z tym poradzić.

Spoglądała to na Benjy'ego, to na rulon, który przez niego, może dzięki niemu w tej chwili wydawał się jej być naprawdę niebezpieczny. Nie miała pojęcia, dlaczego Penny postanowiła wysłać im to okropne zwierzę, dlaczego wydawało jej się to dobrym pomysłem, niby wiedziała, że to był tylko dywan, całkiem ładny dywan, ale nie umiała patrzeć teraz na niego inaczej, czekała, aż się ruszy, pokaże swoje zębiska i ugryzie kogoś z nich, to byłoby naprawdę fatalne, jak na to, że miała to być ich pierwsza, wspólna noc w nowym domu.

Wbiła spojrzenie na swojego męża, właściwie to próbowała złapać ostrość spoglądając w jego kierunku, mrużyła przy tym oczy - inaczej się nie dało, bo obraz jej się rozmywał, był strasznie miękki, świat odrobinę wirował. Słuchała uważnie tego, co miał do powiedzenia, nie do końca jednak pocieszyło ją to, co mówił.

- Myślisz, że to lepiej? - Zawiesiła się na moment po tym co powiedział. Przed jej oczami pojawiły się węże, które kiedyś widziała w jakimś atlasie, czy innej książce. Faktycznie, te jadowite miały nieco inne ubarwienie, było jej widać z daleka, skrzywiła się sama do siebie, gdy nieco odpłynęła, węże zdecydowanie nie były tym, czego oglądanie sprawiało jej przyjemność. Po plecach przeszedł jej dreszcz. Mrugnęła i znowu znalazła się w rzeczywistości.

- Myślisz, że to dla nas lepiej? Jakby się wokół nas owinął, a później nas zjadł? - W tej chwili chyba wydawało jej się, że lepszą opcją byłoby spotkanie z takim wężem, który kąsał i truł, przynajmniej śmierć była szybsza. - Ty byś się mu pewnie nie zmieścił do brzuszka, ze mną trochę gorzej. - Spojrzała na niego, na węża, a później na siebie, nie podobało jej się to, co widziała. Zdecydowanie wolałaby nie zostać przez niego przytulona, a później pochłonięta i strawiona. Bardzo, ale to bardzo by jej się to nie podobało.

- Dokonaj oględzin, lepiej wiedzieć z jaką bestią mamy do czynienia. - Pokiwała jeszcze głową kilka razy, w górę i w dół, co miało potwierdzić, że uważała to za naprawdę wyśmienity pomysł, musieli zorientować się z czym mieli się mierzyć. Lepiej szybciej, niż później, zwłaszcza, że ten zwierz miał znaleźć się w ich domu.

- Jest plan? - Oczywiście, że jakiś musiał istnieć, wyjątkowo ona nie miała żadnego, bo nie była przygotowana na to, że jeszcze tego wieczora będą musieli ogarniać cały ten pierdolnik. Dobrze, że miała Benjy'ego - on zdecydowanie lepiej radził sobie podczas takich spontanicznych sytuacji. Idealnie się pod tym względem dopełniali.

Zdecydowanie wiedział, co robił. Idealnie odnalazł się w koordynacji tego przedsięwzięcia, spoglądała na niego kątem oka z podziwem, w tej chwili był jej bohaterem, sama pewnie nie wiedziałaby co robić. Dołączyła na moment do ekipy przenoszącej pudła, a później zajęła się ich układaniem. Lubiła klocki, kiedy była dzieciakiem, więc to nie było znowu dla niej takie nieprzyjemne zajęcie. Nie przewidziała jednak tego, że te klocki, z których budowała teraz będą nieco bardziej skomplikowane, nie kontrolowała tego, które pudło ile waży, które powinno być fundamentem, które znaleźć się na górze, robiła to raczej losowo, co oczywiście miało mieć swoje skutki, które pojawiły się szybciej, niż wcześniej, bo grawitacja zrobiła swoje. Kiedy zajmowała się się kartonami na moment zapomniała o istnieniu ich nowego lokatora, to znaczy tego wielkiego węża, ale Benjy w końcu przyniósł to bydle do domu, co przypomniało jej o istniejącym zagrożeniu.

Spojrzała w kierunku dywanu, po raz kolejny, faktycznie leżał, przynajmniej jak na razie. - Co jeśli on udaje? - Nie do końca ufała temu przedmiotowi, nie w tym momencie. - Co jeśli teraz sobie leży, a później wstanie, jak my będziemy leżeć? - Być może czekał na swój moment w czasie i przestrzeni, wyglądał na przebiegłe stworzenie. - Usłyszysz to szszszszsz? Z góry? Jak będziesz leżał? - Wolała się upewnić, że faktycznie tak to wyglądało, nie, żeby mu nie ufała, ale jednak to była naprawdę bardzo poważna sprawa.

Spojrzała na męża, gdy wspomniał jej o tym, gdzie wężowi utknęłaby ta spinka, ponownie zmrużyła oczy, później przeniosła wzrok na dywan, jakby chciała porównać ich wielkość, zajęło jej to dłuższą chwilę, bo obraz nieco jej się rozjeżdżał przed oczami. - Wolę nie ryzykować. - Przesunęła się nieco w bok, wyciągnęła rękę w stronę Benjy'ego i przypięła mu spinkę do włosów. Uśmiechnęła się do siebie całkiem zadowolona. - Pasuje Ci. - Pokiwała sobie nawet głową z aprobatą, to był wspaniały pomysł.

- Może właśnie szykuje się do ataku, udaje obojętnego, one chyba tak mają. - Doskonale znała się przecież na wężach...

- O nie, rzeczny nierzeczny, wtedy jesteśmy straceni, bo może być i bezpieczny i niebezpieczny, w zależności od okazji. - W jej głosie można było wyłapać drobną panikę, co jeśli to faktycznie był jakiś nowy, zupełnie nieznany gatunek, który posiadał jakieś specjalne umiejętności, a jeśli był magiczny? Jeszcze gorzej, nie powinna chyba się na tym skupiać, bo dojdzie do naprawdę niezbyt ciekawych wniosków.

- Nie ma innej opcji, musimy to posprzątać, bo do rana nic z tego nie zostanie. - Nie, żeby cieszyła ją ta perspektywa, ale strzeżonego Merlin, czy tam Morgana strzeże, a nie chciała, aby jej pamiątki stały się pokarmem tej bestii, która tylko czekała, aż znikną na piętrze.

Spojrzała na koraliki, które zaczęły się toczyć po podłodze... one też musiały utrudniać ich zadanie? Co za dzień. - One wyczuwają niebezpieczeństwo, uciekają przed nim. - Wniosek nasuwał się sam, przecież inaczej by się tak nie rozproszyły po ziemi.

Nie miała wyjścia, spróbowała podnieść się na nogi, żeby dołączyć do porządkowania tych nieszczęsnych bibelotów. Była całkiem sprytna, bo podniosła się przy ścianie, żeby przypadkiem nie wylądować twarzą na podłodze, udało jej się to po krótkiej chwili.




RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 05.02.2026

Dywan leżący przy taksówce w tym świetle wyglądał jeszcze bardziej jak coś żywego, miałem wrażenie, że obserwuje nas oboje, chociaż gdzieś z tyłu głowy doskonale wiedziałem, że to tylko zwinięta tkanina, tylko że „tylko” było dziś słowem bardzo względnym. Prue nadal stała w framudze jak w bezpiecznej strefie, jakby drzwi miały magiczne właściwości ochronne, przez moment miałem ochotę powiedzieć jej, że framuga nie jest tarczą antywężową, ale uznałem, że to nie jest najlepszy moment na realizm. Słuchałem jej, kiwając głową powoli, jakbym uczestniczył w bardzo poważnej debacie naukowej o zwyczajach gadów, opierając się jedną dłonią o poręcz - to była dobra poręcz, solidna, lubiłem ją, schody natomiast wyglądały, jakby tylko czekały, aż ktoś postawi stopę nie tam, gdzie trzeba. Miałem wrażenie, że czają się na to, aż zrobię krok w złą stronę, aby urosnąć lub zmaleć o kilka centymetrów, przez co potknąłbym się i wywrócił, więc pozwoliłem im być i zostałem tam, gdzie byłem.
Nie pomagałem, to znaczy - pomagałem fizycznie, ale mentalnie dolewałem oliwy do ognia, bo nie mogłem inaczej, jakoś tak instynktownie mówiłem o dusicielach, o połykaniu, o trawieniu, nie mogąc nic poradzić na słowa, które opuszczały moje usta, ani na to, że Prudence teraz patrzyła na mnie z tą mieszaniną skupienia i lekkiej paniki, która pojawia się tylko wtedy, kiedy człowiek jest pijany i próbuje przetwarzać informacje o potencjalnym zagrożeniu biologicznym.
- Hyh… No… w teolii. - Odmruknąłem, drapiąc się po karku. - To znaczy, jadowite są balsiej… Impulsywne. Cykną i po splawie. A dusiciele… One są metodyczne. To, yh, lószisa w stylu. - Dopiero wypowiadając to na głos, zorientowałem się, że to nie był uspokajający argument, brzmiało to sensownie przez około pół sekundy, potem Prue zaczęła bardzo obrazowo mówić o owijaniu się wokół nas i zjadaniu, a ja praktycznie od razu wyobraziłem to sobie, z wieloma szczegółami, nie wiedziałem, po co. Spojrzałem w kierunku węża, przez sekundę miałem wrażenie, że się poruszył, mrugnąłem - nie, nadal leżał, świat po prostu falował. Mimo to, przez krótką chwilę, w mojej głowie pojawił się obraz zielono-czarnego rulonu oplatającego dom, schodki, nas oboje, a potem próbującego zmieścić wszystko do jednego, bardzo abstrakcyjnego żołądka. Zmarszczyłem brwi i odruchowo zerknąłem w dół, na swoje ręce, potem na tors, jakbym próbował oszacować statystyki i cały proces logistyczny przełykania, i przetarłem twarz dłonią.
- Poza tym… - Dodałem po chwili. Spojrzałem jeszcze raz na dywan na podjeździe, jakby mógł nas podsłuchiwać. - Jahby napa-awdę chciał nas zjeś, to by zaczął od, yh, kieowcy. A kierowca szyje, nie? - To był argument z kategorii „improwizowana logika”, ale w tamtym momencie wydawał mi się tak samo przekonujący, jak plan dotyczący przenoszenia kartonów, który zaczął powstawać w mojej głowie i… Dokładnie tam pozostał - nawet wtedy, gdy Pruey mnie o niego spytała, ja tylko energicznie pokiwałem głową, nie myśląc za wiele o tym, że nie byliśmy z żoną na tej samej stronie. Nasze ustalenia wydawały mi się wyjątkowo jasne.
Później ruszyliśmy do akcji, a ja na chwilę straciłem ją z pola widzenia, bo znowu nosiłem kartony, natomiast one miały ten irytujący zwyczaj zasłaniania całego świata, gdy brało się je w taki sposób, w jaki ja postanowiłem nieść je przed sobą. Przez moment naprawdę udało nam się udawać, że jesteśmy normalną ekipą przeprowadzkową, nosiliśmy pudła, we troje, w tym samym powtarzalnym rytmie, aż Prudence odpuściła dźwiganie i przerzuciła się na układanie - patrzyłem na nią kątem oka, kiedy stawiała pudło na pudle, budując swoją wieżę z tą nieprzerwaną, imponującą koncentracją, którą znałem z innych momentów - wyglądało to prawie jak zabawa w klocki, tylko że te klocki miały nieprzewidywalny rozkład masy i nierówne, choć kwadratowe, wymiary.
Nie ingerowałem w jej pracę, doskonale sobie radziła, naprawdę profesjonalnie w moich oczach, przychodziłem więc z kolejnymi kartonami w rękach i tylko obserwowałem, jak powstaje wieża - trochę się bujała, ale w tamtej chwili niewiele rzeczy wyglądało stabilnie - za każdym razem uśmiechałem się pod nosem, bo Prue wyglądała na zadowoloną z zadania, więc ja też byłem zadowolony, że ktoś tak kompetentny przejął część chaosu. Widać było, że sprawia jej to jakąś dziwną przyjemność, jedyny problem polegał na tym, że grawitacja nie znała zasad zabawy.
Zanim zdążyłem zareagować, konstrukcja zakołysała się i jedno z pudeł poleciało - rzeczy rozsypały się po podłodze z hałasem, który zabrzmiał jak mała eksplozja wspomnień - kamyki, listy, suszone liście, muszelki, cały mikrokosmos, wszystko to spoczęło w naszym korytarzu, częściowo rozsypując się po całym holu. Zostaliśmy sami z wizją nieprzewidzianej potrzeby zrobienia z tym porządku, kierowcy już dawno nie było, pozostało po nim tylko sto papierowych sarkofagów, ciche echo zamykanych drzwi i ta charakterystyczna pustka po samochodzie na podjeździe, który - zresztą - bardzo szybko zniknął z mojej mapy świata, bo wszystko, co miało znaczenie, znajdowało się teraz w przedpokoju. Wszystkie nasze zdobycze były już w środku, ustawione pod ścianą w przedpokoju w tej krzywej linii, która zawsze powstaje, kiedy człowiek próbuje być zorganizowany po alkoholu. Dywan leżał przy drzwiach, zwinięty w swój podejrzany rulon, dokładnie tam, gdzie kończył się świat zewnętrzny, a zaczynał nasz, jakby pilnował progu. Przykucnąłem obok Prue, a potem po prostu osunąłem się na parkiet, plecami do ściany, dokładnie tak jak ona, bo nogi uznały, że to rozsądniejsza opcja.
Kiedy zapytała, czy on tylko udaje, zmrużyłem oczy i bardzo poważnie rozważyłem tę opcję.
- Eee… Mosliwe. - Przyznałem w pierwszej chwili, bez cienia zastanowienia - One są splytne. Takie… - Zamachałem ręką, szukając słowa, a gdy się nie znalazło, nawet nie próbowałem kończyć tego zdania, tylko przyjrzałem się stworzeniu, poważnie je oceniając. - On nie udaje. - Powiedziałem spokojniej, po kilkunastu sekundach wpatrywania się w rulon. - Jakby udawał, to by się jusz tlochę loswinął. Albo chociasz… Eee… Zmienił pozycję. - Przesunąłem dłonią po podłodze, zbierając ususzone liście w jedną stertę. - A on leszy tak samo. To jest… Postawa. „Nie poluję”. Poza tym… On nie ma powiek. - Jaki to miało związek z polowaniem? Nie wiedziałem jeszcze, powiedziałem to instynktownie, ale uznałem to za istotny szczegół. - Jakby planował atak, to by się jakoś… Spiął. Albo napiął. I musiałby zamlugaś. A on nie mluga. Bo nie ma powiek. - Chyba nie mógł wyostrzyć obrazu, poprzez mrużenie nieistniejących powiek, by nas lepiej obczaić, racja? Właśnie dlatego leżał tam, gdzie go zostawiliśmy, zwinięty, ciężki, bezradnie spokojny - co prawda, za każdym razem, kiedy przenosiłem wzrok z niej na niego, miałem wrażenie, że zmieniał pozycję o milimetr, tylko po to, żeby utrzymać nas w napięciu, ale ten argument o rozmytym obrazie utrudniającym polowanie odrobinę mnie uspokajał.
- S góly? - Powtórzyłem. - Nieee. Jak jusz, to s dołu. On jest pszy podłodze. Jak usłyszę „szszszsz” s góly, to znaczy, sze mamy ploblem nie tylko s węszem, ale i s akustyką domu. Albo s lulami. - Pokręciłem głową, przez chwilę wyobraziłem sobie noc, skrzypienie parkietu i wielki zielony zwój pełznący przez korytarz. - A selio, to śpisz obok mnie, ja od dszwi, nie? Jak na Holysontalnej. Jakby coś pełzło po schodach, najpie nathnie się na moje stopy. - Zawiesiłem się. - Aaaal-bo na moje kolana. Aaaal-bo na cokolwiek. Jestem doś, yh, duszą pszeszkodą. - Zerknąłem na nią, potem na dywan, potem znowu na nią, pokiwałem głową, zadowolony z tego planu. - Poczuję, jakby coś szszszszło. Wstanę. Zablokuję pszejsie. Koniec histoji. - Machnąłem ręką w stronę kartonów, chociaż planowałem na dywan i na siebie, no, cóż. - Poza tym on jest pszy dszwiach. Głównych. To jest waszne. To znaszy, sze jakby miał gdzieś iś, to jest szansa, sze źle tlafi i wyjszszszje. - Ciągnąłem wolniej, samemu sobie kiwając głową. Patrzyłem gdzieś przed siebie, bo próba utrzymania kontaktu wzrokowego w tym stanie wydawała się zbyt ambitna. - On nawet nie wie, gdzie jest sypialnia. - Dodałem z tą pijacką powagą, która bierze się z głębokiego przekonania, że właśnie rozwiązało się problem życia i śmierci. Parsknąłem cicho, ale zaraz spoważniałem, bo w tym stanie człowiek bardzo łatwo sam siebie przekonuje do każdej teorii.
Prue nachyliła się w moją stronę bez słowa, a ja zorientowałem się dopiero po chwili, że coś się dzieje, bo jej ręka znalazła się nagle bardzo blisko mojej twarzy. Nie od razu skojarzyłem, co właściwie robiła, najpierw zobaczyłem tylko jej dłoń w polu widzenia, trochę rozmytą, potem błysk metalu. Mój mózg potrzebował jednak solidnej chwili, żeby nadrobić drogę od bodźca do znaczenia, zamarłem więc w pół ruchu, z jedną dłonią wciąż zawieszoną nad stertą koralików, pozwalając jej działać - nie dlatego, że mnie to zaskoczyło, tylko dlatego, że w tym stanie każdy nieoczekiwany ruch wymagał ode mnie znacznie więcej przetwarzania. Poczułem palce na skroni, ciepłe, trochę niepewne, szukające włosów, które uparcie nie chciały leżeć tam, gdzie powinny, a potem delikatne pociągnięcie, jakby próbowała oddzielić jeden kosmyk od reszty. Widziałem na jej twarzy ten drobny grymas skupienia, nie dziwił mnie on wcale, bo przypinanie spinki było obecnie zadaniem wymagającym całej dostępnej mocy obliczeniowej.
- Hyh… Uwaszaj, bo ja się luszam. - Ostrzegłem półgłosem, chociaż absolutnie nie miałem zamiaru się ruszać, nie licząc ust, którymi nadal poruszałem. Sekundę później usłyszałem metaliczny klik, bardzo wyraźny w tej dziwnej ciszy między nami, a potem wniosek, jaki padł z ust Pruey. - Pasuje? - Powtórzyłem wniosek żony, bardziej do siebie niż do niej, po czym poruszyłem głową minimalnie, testując, czy spinka dobrze się trzyma - trzymała, jak skurwysyn. - No, dooobla. - Mruknąłem, przesunąwszy językiem po zębach, szukając odpowiednich słów. Zrobiłem krótką pauzę, bo mózg musiał przełączyć się z trybu „jej dłoń przy mojej twarzy” ponownie na tryb „hipotetyczny atak gada”. - Tela to jusz w ogóle jestem… Nie-do-połknięsia. - Zerknąłem w bok, jakby wąż mógł nas podsłuchiwać, a potem wróciłem spojrzeniem i zrobiłem krótki, głupi gest na wysokości krtani.
Przechyliłem głowę jeszcze raz, przetarłem twarz dłonią i spojrzałem w stronę drzwi - tam, gdzie obiekt naszej rozmowy nadal leżał zwinięty, niewzruszony, jakby naprawdę rozważał swoje opcje - nie wiedziałem skąd wzięło się to przekonanie, ale brzmiało wystarczająco poważnie. Zerknąłem na niego, potem na podłogę, potem znowu na niego, podczas gdy moje myśli krążyły w małych pętlach. „Rzeczny nierzeczny”, przetrawiłem to wolniej, niż bym chciał, patrząc w kierunku Prue, jakby była jednocześnie prorokinią i ofiarą własnych wizji - w tym stanie rzeczy nie potrzebowały żadnego głębszego sensu, wystarczyło, że istniały lub mogły zaistnieć, nawet bardzo hipotetycznie, byśmy musieli się na nie przygotować.
- Eee… - Wypuściłem powietrze. - Wszystko jest pod kont-olą. - Nie było, ale brzmiało wystarczająco solidnie. - Losglyśliśmy go, zanim on nas… - Urwałem, robiąc nieokreślony gest dłonią, naśladując chapnięcie zębisk. To była żelazna logika - jak coś jest tylko niebezpieczne, to wiesz, na czym stoisz, a jak jest tylko bezpieczne, to też, a jak jest jedno i drugie… - Jak coś jest jednocześnie bezpieczne i niebezpieczne, to tszeba je tlaktowaś jak niebezpieczne. - Zawyrokowałem. „Bezpieczny i niebezpieczny w zależności od okazji” brzmiało wystarczająco prawdopodobnie, w końcu ja też byłem dziś dokładnie taki. Patrzyłem na swoje ręce, podczas gdy koraliki uciekały pojedynczo przez moje palce, każdy w swoją stronę, i musiałem przyznać, że miało to w sobie coś niepokojącego, ale jednocześnie… Tak, dokładnie tak, był też ten drugi wniosek.
- To by znaczyło, sze mamy wczesny system ostszegawczy. - To była pocieszająca informacja, więc przeniosłem uwagę z powrotem na podłogę, starając się dostrzec jakieś wzory w zachowaniu rozsypanych przedmiotów. Na próżno - zaraz zapomniałem o tym, czego tak właściwie szukałem - głowa pracowała z opóźnieniem, ale ręce wiedziały, co robić, więc zająłem się przesuwaniem koralików bliżej nas, starając się zebrać je w coś na kształt kupki, każdy ruch był trochę wolniejszy, niż planowałem, ale konsekwentny. Wkrótce miałem je już mniej-więcej pod kontrolą, chociaż co chwilę zauważałem kolejne. Podniosłem z podłogi garść suchych liści i przez chwilę tylko patrzyłem na nie, marszcząc czoło. - Eeej, a to? Co to? - Spytałem niezbyt inteligentnie, dopiero zauważając, że Prudence próbowała wstać, mądrze, przy ścianie. Patrzyłem na nią, gotowy złapać ją w pół drogi, gdyby nagle postanowiła przetestować grawitację twarzą, ale wyglądało na to, że bardzo dobrze kontrolowała sytuację - udało jej się, wyprostowała się powoli i wreszcie stanęła - podpełzłem więc kawałek dalej na kolanach, zbierając kolejne skarby, dopóki nie uznałem, że nie było już miejsca na siedzenie.
Jej tropem przesunąłem się po ścianie, podparłem dłonią o parkiet i podniosłem się wolno, bardzo wolno, z tą szczególną ostrożnością, jaką człowiek ma tylko wtedy, kiedy wie, że podłoga może nagle zmienić zdanie - złapałem równowagę - świat zakołysał się na moment, ale wrócił. Mogliśmy kontynuować. Przez chwilę naprawdę skupiałem się na robieniu małych kupek z rzeczy, które rozsypały się po podłodze - pozostałe samotne koraliki do jednej, listy do drugiej, kamyki osobno, jakby segregowanie miało zapobiec czemuś wielkiemu - co jakiś czas zerkałem w stronę drzwi wejściowych, bo wąż, nawet jeśli był statyczny, należał do kategorii „obserwować”.
Kamyki osobno.
Koraliki osobno.
Muszelki osobno.
Liście… Liście nie chciały współpracować, były lekkie, ślizgały się po parkiecie, przyklejały do dłoni.
- Eee… Nie lu-bię li-ści. - Burknąłem, podnosząc jeden, który przykleił mi się do rękawa, i mimo to, dokładając go do pozostałych.


RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 06.02.2026

Nie do końca darzyła zaufaniem ten nieszczęsny dywan. Kiedy Benjy wspomniał o tym, że jest wężem... cóż, wzięła to sobie do serca, może nawet nieco za bardzo. Nie dało się ukryć, że miał w sobie coś zwierzęcego, wyglądał jak wielki gad, nie do końca jej się to podobało. Kto wie bowiem, czy w nocy faktycznie nagle nie ożyje, niby to był tylko dywan, ale wiadomo jak to jest, w ich świecie rzeczy często lubiły przybierać postać czegoś zupełnie innego. Nie mogli tego lekceważyć.

Bardzo uważnie słuchała tego, co miał do powiedzenia jej mąż. Dobrze, że posiadał taką wiedzę, że się znał, przynajmniej wiedzieli, czego mogli się spodziewać. Wpatrywała się w niego i kiwała głową, kiedy się odzywał, rejestrowała wszystko, każde słowo, co wcale nie ułatwiało jej w tej chwili łączenia faktów, bo co jeśli istniała chociaż odrobina szansy, że to mógł być tylko kamuflaż? Jasne, to dywan, Penny nie sprawiłaby im węża do nowego domu, ale jednak miała to dziwne poczucie, że coś w jego słowach mogło być prawdą.

- Duża różnica stylu, tak samo duża jak duży jest ten wąż. - Odruchowo spojrzała w stronę dywanu, miała wrażenie, że się poruszył, przez co cofnęła się o krok, jeszcze bardziej zmrużyła oczy, próbując znowu złapać ostrość, nie wyglądało to dobrze.

Przeniosła spojrzenie na Benjy'ego. To, co mówił miało jakiś sens, ale czy na pewno wystarczało, żeby uwierzyć w to, że ta bestia miała dobre zamiary? Nie do końca. - Może nie był głodny? - Nie musiał być ciągle głodny. - Co jeśli dopiero przed nim pora kolacji? - Na pewno miał jakieś godziny, w których się żywił, to nie tak, że jadł wszystko, w każdym momencie, w którym mu się nawinęło pod paszczę, chyba tak to nie działało, w sumie to nie była pewna, bo się nie znała szczególnie na wężach. - Co jeśli czekał na odpowiednią godzinę? - Naprawdę wydawało jej się, że to mogło się wydarzyć, chociaż przecież to było całkiem absurdalne, bo to nie był wąż, a dywan. W tej chwili jednak nie myślała jakoś szczególnie logicznie, bo wypity przez nią alkohol bardzo skutecznie jej to uniemożliwiał.

Przestała się tym jednak chwilowo przejmować, kiedy zaczęli zajmować się kartonami. Udało im się z nimi poradzić całkiem sprawnie zważając na stan w jakim się znajdowali. Uważała, że za ten sukces odpowiedzialny był przede wszystkim jej mąż, który miał plan, jaki? Sprytny. Całkiem sprytny i działający, to było najbardziej istotne. W pewnym momencie, po zrobieniu kilku rund z pudłami Prudence została w domu, aby zająć się dalszą częścią tego przedsięwzięcia. Zaangażowała się w układanie bardzo wysokiej wieży, no, może nie tak bardzo wysokiej, bo jej wzrost nie pozwalał jej na to, aby budowla była jakoś okropnie spektakularna, jednak jak na jej warunki fizyczne poszło jej nie najgorzej. No przynajmniej z wysokością, okazało się bowiem, że nie była to szczególnie stabilna wieża, czego nie przewidziała, bo nie wpadła na to, że powinna podejść do sprawy nieco inaczej, zwracać większą uwagę na kształt, czy ciężar pudeł. Zaczęła się chwiać, w sumie to najpierw wieża, a później ona i wtedy doszło do tej tragedii - karton wylądował na podłodze, a jego zawartość rozsypała się wokół niej, nie sądziła, że z jednego pudełka może zrobić się taki bałagan, niefortunnie musiała trafić na najgorszy karton z możliwych do spadnięcia.

Póki co, jedynie spoglądała na te drobne pierdolety, niektóre z nich nadal się nie zatrzymały, tylko dalej toczyły się po podłodze. Nie miała pojęcia, czy uda im się to wszystko posprzątać, obawiała się, że niektóre z tych koralików będą odnajdywać jeszcze przez lata, a to nie była przyjemna myśl. Prudence lubiła porządek, nie znosiła, kiedy coś go zakłócało i znajdowało się nie tam, gdzie powinno.

Benjy do niej dołączył, znalazł się tuż obok, co oznaczałoby, że pożegnał już ich kierowcę, musiał go pożegnać, bo inaczej przecież nie siedziałby koło niej. To dobrze, nie przepadała za obcymi ludźmi kręcącymi się niedaleko, nawet jeśli okazywali się całkiem pomocni.

Spojrzała na męża, który potwierdził jej słowa. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nieszczególnie była zadowolona z tego, że taka bestia znajdowała się w ich przedpokoju, czy to był moment, w którym powinna napisać list do mamy i powiedzieć, co myślała o tym, że uraczyła ich takim prezentem? Może dzięki temu udałoby się im ustalić coś więcej na temat tego gada? To nie było takie głupie, wcale, a wcale.

- Nie ma powiek? - Wpatrywała się w węża przez dłuższą chwilę, przesunęła się przy tym nieco do przodu, zmrużyła oczy, żeby mieć lepszą widoczność. - Nie ma powiek. - Powtórzyła jeszcze raz. Logiczne - nie miał powiek, więc nie mógł ich zaatakować. Prosta sprawa. - Czy węże w ogóle mają powieki? - Wróciła wzrokiem do Benjy'ego, patrzyła na niego, w sumie to wpatrywała się w jego oczy, żeby popatrzeć na jego powieki. Benjy miał powieki, wąż nie miał powiek. Zawiesiła się na moment, próbowała zlokalizować w swojej głowie jakąś zawartość z informacjami na temat gadów, nic jednak nie zostało jej podsunięte, musiała więc opierać cały swój osąd na tym, co mówił jej mąż.

- Pozycje może utrzymywać, żeby nas zmylić, on wie, że Ty wiesz, wiesz? - Na pewno rozumiał, co miała na myśli, to było przecież całkiem logiczne, czyż nie? Nadal nie ufała temu wielkiemu stworzeniu, miała wrażenie, że może im zrobić krzywdę, mimo, że był to tylko dywan, całkiem ładny dywan, pewnie ten wygląd też miał ich zmylić, żeby mu zaufali.

Otworzyła szerzej oczy, kiedy wspomniał o rurach, przeniosła wzrok na węża, później na niego, znowu na węża. - Co jeśli on wejdzie w rurę? - Był to kolejny problem, który mógł się pojawić, kto wie, jak zamierzał się przemieszczać, jeśli wlezie do rur, to mógłby stać się niewidoczny i zaatakować ich z zaskoczenia, to nie było szczególnie optymistyczne. Tak wiele możliwości dzięki którym mógł ich zaatakować.

Pokiwała twierdząco głową na kolejną uwagę Benjy'ego. - Masz rację, Ciebie nie zje, jesteś za duży, dużo za duży, nie zmieściłbyś mu się w brzuchu. - To był naprawdę dobry argument, wąż miałby dużą przeszkodę do pokonania, nie poradziłby sobie z nią. - W sumie to nie ma nóg, nie wszedłby po schodach, co nie? - Kolejna rzecz, której nie posiadał wąż, dzięki której wydawał się być mniejszym problemem. Kolejne argumenty Benjy'ego spowodowały, że faktycznie przyjęła do wiadomości to, że bestia nie miała jak im zrobić krzywdy. Miał rację, nie było w ogóle takiej opcji, zbyt wiele czynników mu to uniemożliwiało.

- Tak, masz rację, pewnie by się zgubił, dobrze, że ten dom nie jest taki mały. - W tym przypadku okazało się to być sporym plusem.

Później zajęła się wpinaniem mu spinki we włosy, uznała to za dobry pomysł, bo na pewno nie miał jej zgubić, przy nim wszystko było bezpiecznie, a przynajmniej tak się jej wydawało. Wąż był mniej groźny, spinka bezpieczna, no co ona by zrobiła bez takiego męża?

- Ja też się ruszam, trochę. - Nie do końca panowała nad swoim ciałem, ale misja zakończyła się sukcesem, obejrzała swoje dzieło, pokiwała sama sobie głową z aprobatą, zadowolona z efektu, który osiągnęła. - Oczywiście, że pasuje, bo ładnemu to we wszystkim ładnie, co nie? - Nie musiał wcale jej odpowiadać na to pytanie, bo była przekonana o tym, że wygląda doskonale z tą spinką we włosach.

- Będziesz mógł mnie przed nim bronić, to był doskonały ruch z mojej strony. - Oczywiście, że wszystko doskonale przemyślała, jakżeby inaczej. Mógł zostać jej rycerzem, tylko, czy Benjy miał miecz... nie powinna się teraz nad tym zastanawiać, chcąc nie chcąc znowu na chwilę odpłynęła, jej myśli prowadziły ją w bardzo nieodpowiednie miejsca, uśmiechnęła się sama do siebie, czerwieniąc się przy tym na twarzy, po chwili mrugnęła kilka razy, żeby wrócić na miejsce.

- Tak, jesteśmy najlepsi. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Bestia nie miała szans z ich sprytem, to było pewne. - Gotowi na wszystko. - Przygotowali się na wszystkie możliwe scenariusze, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Sam się zrobił ten system, to znak. - Jaki znak? Nie miała pojęcia, ale system ostrzegawczy brzmiał bardzo profesjonalnie, to było ich kolejną przewagą. Mieli ich naprawdę wiele.

Zaczęła się podnosić, tuż przy ścianie. Trwało to dłużej niż powinno, ale misja zakończyła się sukcesem, gdy Benjy się odezwał przeniosła wzrok w jego kierunku. - To liść. - Odpowiedziała mrużąc oczy. Po co jej były liście? Nie miała pojęcia, jako jedenastolatka uważała, że są naprawdę fajne, więc je ususzyła i schowała do kartonu.

Benjy całkiem nieźle sobie radził z ogarnianiem tego drobnego bałaganu, nie zamierzała jednak oglądać go w akcji, mieli to posprzątać razem, więc do niego dołączyła zbierając tę drobnicę, co wcale nie było takie łatwe, bo koraliki zaczęły przed nią uciekać, wymykały jej się spod palców. Wzdychała więc co chwilę oburzona, że nie chciały z nią współpracować.

- Koraliki są gorsze, bo uciekają, ciągle uciekają. - Skupiona była właśnie na jednym z nich, nachylała się, a ten turlał się dalej, podskakiwał po podłodze, zaczęła więc podążać za nim, nieco chwiejąc się na nogach. Musiała go złapać, nie mogła pozwolić na to, żeby zniknął jej z oczu, miała bowiem wrażenie, że wtedy już nigdy go nie znajdzie.




RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 06.02.2026

Patrzyłem na rulon i próbowałem zapamiętać jego dokładne ułożenie względem krawędzi podjazdu, tak na wszelki wypadek - to, gdzie zaczynał się jego cień na betonie, gdzie kończyła się czarna nitka wzoru, jak bardzo ciasno był zwinięty - w głowie zapisywałem te szczegóły jak punkty kontrolne. Czułem to dziwne napięcie w karku, ten drobny zgrzyt w środku, mikroskopijne „a co jeśli”, które nie chciało zniknąć - mieszankę alkoholu i odpowiedzialności, która mówiła, że jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to zdecydowanie moja wina, bo to ja pierwszy zidentyfikowałem zagrożenie. Łuskowate tekstylium przy aucie przyciągało wzrok jak magnes, nie dało się go nie widzieć - co chyba powinno być dobrym znakiem, bo węże zazwyczaj lepiej się maskowały, ale dopuszczałem do siebie wniosek, że ten mógł być wyjątkowy - miał w sobie coś animalistycznego, coś z szat maskujących leśnego predatora, coś, co sprawiało, że mózg automatycznie dopisywał resztę. Wzór zdecydowanie wyglądał jak skóra gada, nie dało się tego odzobaczyć, nawet jeśli gdzieś tam byłem świadomy, że Penny raczej nie wysyłała żywych stworzeń w prezencie. Podarek leżał nieruchomo, ale właśnie to było najbardziej podejrzane, stałem tam i miałem to uporczywe wrażenie, że jeśli spuści się z niego wzrok, to zmieni pozycję, nie drastycznie, o kilka centymetrów, tyle, żeby człowiek nie był pewien własnej pamięci. Wiedziałem, że to tylko dywan, teoretycznie, tyle tylko, iż wiedza była dziś pojęciem względnym.
Czułem się przez chwilę jak bardzo pijany wykładowca zoologii, prowadzący prelekcję wśród dzikiej flory i fauny, nie na schodkach domu pod Londynem, stałem stabilnie tylko dlatego, że nogi miały jeszcze pamięć pionu, a barierka na szczęście nie została przeżarta przez rdzę, chociaż nasze nowe lokum zdecydowanie potrzebowało sporej ilości napraw, do tej pory bardzo lekką ręką traktowanych przez nestorkę rodu Bletchley, która - zgodnie z deklaracją - „miała inne rzeczy do roboty”. Słowa wypływały ze mnie powoli, z tym charakterystycznym trzeźwo-nietrzeźwym przekonaniem, że właśnie dzieliłem się bardzo specjalistycznym osądem sytuacyjnym, tym bardziej, że widziałem kątem oka, jak Prudence kiwała głową - to mnie upewniało, bo przecież kto jak kto, ale moja żona była najprawdziwszą skarbnicą informacji, i jeśli ona się ze mną zgadzała, to… Mieliśmy tutaj naprawdę poważny problem natury herpetologicznej. Wpatrywała się we mnie, a ja miałem świadomość, że moje słowa wcale jej nie uspokajały, tylko budowały nowe scenariusze - może to i dobrze, musieliśmy być gotowi na różne okoliczności, magia potrafiła być nieprzewidywalna. W naszym świecie przedmioty zdecydowanie mogły być czymś innym, niż się wydawały, wiedziałem o tym, ona też.
Słuchałem uważnie, naprawdę, tylko że w połowie zdania o „odpowiedniej godzinie” mózg zrobił mi gwałtowny skręt w bok i nagle zobaczyłem w wyobraźni węża sprawdzającego czas, zawiesiłem się na moment, bo moja głowa próbowała sobie wyobrazić gada z Rolexem na ogonie.
- Kaszdy ma swoje godziny. - Stwierdziłem wreszcie, przytakując temu, co właśnie powiedziała, przez ten cały czas byłem skierowany ku niej połową ciała i jednym uchem, drugim łapałem szum wiatru, który niósł zapach mokrego asfaltu i czyichś kolacji z sąsiednich domów. Pytania spadały na mnie jedno po drugim, każde trochę bardziej niepokojące od poprzedniego. „Może nie był głodny”, „może dopiero przed nim pora kolacji”, „może czeka na odpowiednią godzinę”, każde zdanie dokładało mu w mojej głowie nową warstwę osobowości. - Ja tesz nie j-jeem wszystkiego cały czas. - Urwałem, drapiąc się wolną ręką po brodzie, bo to sprawiło, że nagle zaburczało mi w brzuchu i nie byłem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio cokolwiek jedliśmy. - Chociasz dzisiaj bym mógł. - Stwierdziłem, to był naprawdę długi i chaotyczny dzień, a my jeszcze nie myśleliśmy o niczym, co moglibyśmy przekąsić na kolację. Pieczone gady raczej nie wchodziły w grę, nie w tym konkretnym przypadku, chociaż w każdym innym… - Wiesz, jak smakują wonsze? - Musiałem zadać to pytanie, nawet jeśli znałem na nie odpowiedź i brzmiała ona „niezbyt dobrze”, coś jak połączenie kurczaka z rybą albo kalmary o odrobinę bardziej obrzydliwej konsystencji - zamyśliłem się na moment, krzywiąc usta i oblizując wargi - zdecydowanie wolałbym zamówić pizzę. Ciekawe, czy Ellie zostawiła nam tu jakieś ulotki, nie wyglądała na koneserkę taniego, szybkiego żarcia, ale z drugiej strony - zawsze mnie zaskakiwała.
Zrobiło się na moment bardzo cicho, słychać było tylko daleki szum ulicy i coś, co mogło być stertą liści przesuwanych przez wiatr, ale dla mnie zabrzmiało jak podejrzanie konkretne „szszszsz”. Przeniosłem ciężar z jednej nogi na drugą i znowu spojrzałem na dywan, próbując wychwycić w nim jakikolwiek znak życia.
- I telas pytanie bszmi… - Podrapałem się w kark. - Czy węsze znają się na zegaa-lkach? Takich… Co lobią kółka. Tik… Tak. Tik-tak. Booo… - Zawiesiłem się. - Ja nie wiem. Eee… Myślę, sze nie? - Zerknąłem w stronę drzwi, gdzie przez szybę było widać fragment przedpokoju i wiszący tam klasyczny zegar. - My mamy tylko… Te, no, analogowe. - Dodałem z powagą. - Szadnych cyflowych. Szadnych światełek. - Wróciłem wzrokiem do dywanu. - Więc jakby chciał splawdziś polę… Yhhh, musiałby ogalniaś na własną lękę? Skąd inaczej miałby wiedzieś, sze jest „godzina kolacji”? - Zrobiłem krótką pauzę. - A on nie ma ląk. Chybaasze kieluje się słońcem. - Podniosłem głowę i zerknąłem w szare niebo nad przedmieściami. - Ale słońce jusz dawno poszło spaś. - Popatrzyłem na nią z tym pijanym, bardzo szczerym skupieniem. - Selio. On nie ma nadgalstka. - Dodałem, jakby to był argument ostateczny, przez moment byłem absolutnie pewny, że właśnie rozwiązałem problem chronobiologii gadów. - Gdzie by ten zegalek nosił. - Ściszyłem głos, nachylając się ku Prue, porozumiewawczo. - Jak chcesz, to mosemy p s z e s u n ą ś wsystkie o dwie godziny. Z d e z o l ien tu j e m y gada. Tak… P l o fila ktysz n i e. - Urwałem, wskazując głową w głąb domu. Miałem plan, nie pamiętałem dokładnie, skąd się wziął, ale istniał i działał, a to było w tej chwili wystarczające. Pudła wędrowały z podjazdu do przedpokoju, z przedpokoju pod ściany, a ja miałem wrażenie, że poruszaliśmy się według jakiegoś bardzo prostego rytmu, który wszyscy doskonale rozumieliśmy - podnieść, przejść, odstawić, oddychać, powtórzyć - plan był sprytny tylko dlatego, że w ogóle istniał. Przez chwilę wszystko szło zaskakująco gładko, nosiliśmy kartony w całkiem niezłym ciągu logistycznym - ja z kierowcą kursowałem między drzwiami a podjazdem, Prudence została w środku, żeby je ustawiać, a świat skurczył się do kilku metrów podjazdu i kawałka domu. Za każdym razem, kiedy wracałem na podjazd, pierwsze co robiłem, to zerkałem w stronę dywanu - leżał, za drugim razem też, za trzecim również - to było ważne. W końcu wszystkie kartony znalazły się w środku, drzwi się zamknęły, a ja pożegnałem kierowcę szybkim uściskiem dłoni i tym automatycznym „dzięki, szefie”, które wypływało ze mnie bez udziału świadomości. Kiedy wróciłem do przedpokoju, Prue była na zaawansowanym etapie budowania czegoś, co z daleka wyglądało jak naprawdę solidna wieża z kartonu, patrzyłem na nią przez chwilę, oparty o framugę, z tym absolutnie szczerym, pijanym podziwem. Przez moment byłem nawet pod wrażeniem, zarówno papierowej konstrukcji, jak i faktu, że w tym stanie udało nam się to wszystko wnieść bez strat w ludziach. Potem wieża zaczęła się chwiać, no - najpierw ona, potem Prudence, ja chyba trochę też pod naporem dywanu - a potem górny karton poleciał.
Moje kolana praktycznie na momencie zaprotestowały przeciwko kucaniu obok tego całego rozgardiaszu, więc od razu oparłem plecy o ścianę, dokładnie tak jak Pruey, bo ciało - trochę bez konsultacji z mózgiem - uznało, że to jedyna sensowna pozycja w tym momencie. Wyciągnąłem rękę, zgarnąłem kilka kamyków w kupkę, potem listy, potem znowu kamyki, bo nie byłem konsekwentny. Moja żona siedziała obok, wpatrzona w bałagan, a ja miałem to znajome wrażenie, że rzeczy spoglądają na nas z powrotem, szczególnie dywan, bo to on był tutaj najgorszy - gdyby nie jego obecność, nie musielibyśmy nawet niczego dzisiaj sprzątać.
Zmrużyłem oczy, jakbym próbował wypatrzeć coś, czego fizycznie nie dało się zobaczyć. Nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego, ale w tamtej chwili byłem absolutnie przekonany, że mam w sobie jakiś wężowy radar, nie wiedziałem skąd wzięło się to przekonanie, ale brzmiało wystarczająco przekonująco, żeby je wypowiedzieć, próbując przekonać o tym również Prudence. Przysunąłem się bliżej niej na parkiecie, tak że nasze ramiona prawie się dotknęły, i też spojrzałem w stronę przedpokoju, tam gdzie dywan leżał przy drzwiach. Mrugnąłem, potem jeszcze raz.
- Eee… Yh… - Wymamrotałem. - No… Nie ma. - Zmrużyłem oczy, jakby to miało mi pomóc zobaczyć powieki u dywanu, nie pomogło. - Nie ma. - Powtórzyłem powoli. - Zelo powiek. Tak. - Powiedziałem bardziej zdecydowanym tonem, niczym werdykt , który przyszedł mi znikąd. - Mają takie… Pszesloczyste coś. Jak folię. - Zrobiłem gest dłonią przed własną rozszerzoną źrenicą. - Czyli technicznie… On cały czas „patszy”. - Zawiesiłem się, bo to było trochę niepokojące. Przeniosłem wzrok na jej brązowe tęczówki, na tekstylium, które teraz analizowała z intensywnością badacza. Spojrzała potem na mnie, na moje oczy, jakby robiła porównanie gatunkowe, czułem jej spojrzenie na swoich powiekach i przez moment miałem absurdalne wrażenie, że powinienem nimi poruszyć, żeby udowodnić, że jestem po „tej dobrej stronie”. Przeniosłem wzrok na nią, potem z powrotem na rulon, zamknąłem oczy demonstracyjnie na sekundę i znowu je otworzyłem.
- Ty masz powieki. Ja mam powieki - dodałem - to jest plus. My mosemy mlugaś. - Energicznie potrząsnąłem głową, aż zobaczyłem mroczki. - On nie. - Wygodniej oparłem się plecami o ścianę i przesunąłem dłonią po twarzy. - A to tesz znaczy, sze on nie mose udawaś snu - dorzuciłem po chwili - to jak ma nie mieś losmytego oblasu i suchych oczu? - Parsknąłem cicho, ale kiedy zaczęła mówić o pozycjach, o tym, że może nas mylić, uniosłem brew i spojrzałem na dywan z nową dozą podejrzliwości.
- Hyh… No-oobla. - Skinąłem głową powoli. - My wiemy, sze on leszy. On wie, sze my wiemy. Jesteśmy w impasie, e? - Zawahałem się, próbując policzyć czas w jednostkach, które nie były sekundami. - Od dawna. - Wskazałem podłogę przy drzwiach, robiąc cichy dźwięk „szszsz” pod nosem, zgarnąwszy pierwszy koralik. Za każdym razem, kiedy podnosiłem coś z podłogi, pierwszym odruchem było spojrzenie w stronę drzwi - ten tok myślenia zatoczył ładne, paranoiczne kółko, które w tym stanie było absolutnie naturalne.
A potem padło to jedno stwierdzenie, na które prawie od razu odwróciłem się częściowo, jakbym próbował zlokalizować instalację wzrokiem przez ściany.
- Eee… Yh… No, tego scenaliuszszszsza nie blałem pod uwagę. - Wyobraziłem to sobie przez sekundę - wąż znikający w instalacji, pojawiający się gdzieś indziej, w łazience, w kuchni, pod prysznicem - potrząsnąłem głową. - Ale… - Zacząłem wolno. - Zoba, on jest… Gluby. - Zrobiłem gest ręką, pokazując mniej więcej obwód. - Nie kaszdy bydlak mieści się w kaszdyn otfosze. - Urwałem z namysłem, marszcząc brwi na dźwięk tego, jak to zabrzmiało, bo - no, tak - nie zabrzmiało zbyt dobrze. - Chyba. - Oparłem potylicę o ścianę,  „jak się popieści, to może się pomieści”, coś w tym było, w środku dalej układałem kolejne warianty tej historii, wszystkie równoległe, wszystkie możliwe, wszystkie z wężem w roli głównej, bo w tym stanie nic nie było zbyt absurdalne, żeby się nie wydarzyć.
Każde „nie zje”, każde „nie ma nóg”, każde „nie wejdzie po schodach” układało się w bardzo solidną konstrukcję bezpieczeństwa - skinąłem głową kilka razy, wolno, a kiedy powiedziała, że dom jest duży i że to plus, przytaknąłem z pełnym przekonaniem. Logistycznie nie do ogarnięcia.
- Bez nóg to niee. Musiałby skakaś. Albo telepoltowaś. - Rozłożyłem ręce, jakby to miało zamknąć temat, bo teleportacja to była już inna kategoria zagrożeń, które dotyczyły zupełnie innych gatunków, choooociaż… Zawiesiłem się na sekundę. - Na razie nie wykazuje tych, no, pradysposysji telepoltassssyjnych, co nie? - Skinąłem głową sam do siebie, bardzo zadowolony z tej konkluzji. - Mosze się co najwyszej… Eee… Wciągaś się po polęczy. - Zrobiłem w powietrzu nieudany gest imitujący wspinaczkę.
Poczułem jej palce przy skroni, ten znajomy, ciepły dotyk, i zamarłem, bo to był moment, który wymagał bezruchu, spinka kliknęła cicho, nawet wtedy nie ruszałem się jeszcze przez kilka sekund, tylko przechyliłem głowę minimalnie, żeby ułatwić cały proces weryfikacji, czy leży dobrze. Uśmiechnąłem się krzywo, czując chłód metalu na głowie i słysząc komplementy płynące z ust żony.
Przetarłem kark dłonią.
- Eee… Yhhh… Nie zapszeczę. - Odpowiedziałem, chociaż brzmiało to bardziej jak westchnienie niż deklaracja. Jej rumieniec nie umknął mojej uwadze, ale nie skomentowałem go, bo świat miał wystarczająco dużo zmiennych. Sam też odpłynąłem na sekundę, ale wróciłem szybciej, bo podłoga przypomniała mi o swoim istnieniu, w potem, kiedy padło „jesteśmy najlepsi”, coś we mnie podskoczyło.
- Noooo - powiedziałem z nagłym entuzjazmem - naj-lep-si. - Podniosłem rękę. - Daaj. - Wyciągnąłem dłoń w jej stronę, trochę za wysoko, trochę za wolno, ale intencja była jasna - zawiesiłem piątkę w powietrzu, czekając, aż mi ją przybije.
Nie dociekałem dalej, co sprawiło, że w kolekcji, którą zebrała, znalazły się właśnie te artefakty - w tym stanie liście miały pełne prawo istnieć w kartonach - popatrzyłem jeszcze raz na rozsypane drobiazgi pod naszymi stopami, szczególnie na te elementy, które wciąż próbowały się przemieszczać. Kiedy zaczęła się podnosić przy ścianie, patrzyłem uważnie, gotowy w razie czego interweniować, ale udało jej się stanąć bez większych strat, skinąłem więc głową, uznając to za kolejny sukces zespołowy. Wkrótce sam też stałem.
- Ej, ej… - Rzuciłem, gubiąc rytm, ale odruchowo przesuwając się bliżej. - Nie goni się ich flontalnie. Tszeba… Myśleś jak koalik. Zaganiaś je. - Zrobiłem ręką półokrągły ruch, próbując skierować jednego łapserdaka w stronę ściany, to było ważne, poczucie przewagi terytorialnej. - Widzisz? Tak. Jakbyś była koobojem. - Zebrałem kilka do garści, jeden spadł, drugi utknął mi między palcami, przylepiając się do skóry, złapałem go zanim zdążył potoczyć się pod kartony.
- Mam. - Położyłem go na kupce. - Jeden pojmany. - Przez tę chwilę naprawdę wierzyłem, że mamy sytuację pod pełną kontrolą, bo jak nie my, to kto.


RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 07.02.2026

Dyskutowali o potencjalnym zagrożeniu, aby przygotować się na każdą ewentualność. Dywan nadal przyciągał jej wzrok, jakoś odruchowo spoglądała w tamtym kierunku, żeby mieć pewność, iż nie ruszył się z miejsca. Trudno jej to było jednak ocenić, bo obraz nieco jej się rozmazywał, był bardzo miękki, mimo tego, że próbowała go wyostrzyć mrużąc oczy. To nie do końca pomagało, niestety. Niby rozum próbował podpowiedzieć jej, że to wcale nie było żadne zwierzę, że koło węża to nawet nie stało, jednak Benjy całkiem skutecznie już na samym początku wzbudził w niej wątpliwości, na szczęście dostrzegł ewentualne zagrożenie, dzięki czemu mogli przygotować plan, a nawet kilka, tak jak najbardziej lubiła. To co miał do powiedzenia jej mąż w tej chwili wydawało się jej być całkiem sensowne, właśnie dlatego tak kiwała głową, nie negowała jego słów, w przeciwieństwie do niej, która czerpała wiedzę głównie z książek ta jego opierała się na praktyce, co bardzo jej imponowało w tej chwili. Dobrze było mieć przy swoim boku kogoś tak doświadczonego, mało kto mógł się poszczycić taką wiedzą.

Pojawiły się wątpliwości związane z porą żywienia gada. Nie miała pojęcia, w jaki sposób mógł funkcjonować, czy jadł raz dziennie, raz na kilka dni, raz na tydzień? Od czego to zależało, czy po prostu był głodny to sięgał po posiłek, czy teraz był głodny, czy może aktualnie trawił poprzedni obiad? Miała bardzo mało danych, przez co nie do końca umiała wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, co nieco ją irytowało. Nie mogli przez to do końca przygotować się na wszystko, bo nie wiedzieli jak wyglądała codzienność węża, nie mieli szansy obserwować jego zwyczajów, zresztą nie był chyba żadnym znanym gatunkiem, przez co też wiedza teoretyczna odpadała. Niedobrze.

- Jeśli każdy ma swoje godziny, to on też ma swoje godziny, czy on nie jest każdy? - Pamiętała jak to było, kiedy rodzice jej powtarzali w tych najbardziej stresujących ją momentach, że nie jest jak każdy, i że nie powinna się sugerować innymi, czy mama i tata wąż mogli mu powtarzać takie same słowa? Nie miała pojęcia, to tylko mieszało w jej głowie, bo już nie wiedziała, czy jak każdy miał swoje godziny posiłków, czy jak nie każdy mógł nagle zgłodnieć i postanowić ich zeżreć. - Nie da się jeść cały czas. - Dodała jeszcze na jego komentarz. To sugerowałoby, że wąż też musi mieć jakiś swój system, tyle, że nie miała pojęcia, jak on działał. - Wydaje Ci się, nie masz żołądka bez dna, no chyba, że byś coś spalił, wtedy przez moment mogłoby Ci się wydawać, że tak jest. - Bywały momenty, kiedy bardzo trudno było zaspokoić głód, poczucie sytości nie nadchodziło, bo było nieco zaburzone, nie wydawało jej się jednak, aby to miał być ich dzisiejszy problem, chociaż w sumie, zmierzyła Benjy'ego wzrokiem od stóp do głów, dotarło do niej nagle, że był trochę jak studnia bez dna, zapomniała o tym na chwilę. Być może faktycznie mógłby dzisiaj ciągle jeść, to wcale nie było takie wątpliwe. - Nie wiem i nie chcę wiedzieć? - Skrzywiła się odruchowo na samą myśl, że można by z tego czegoś zrobić posiłek, zdecydowanie wolałaby nie sprawdzać tego, jak smakuje. - i nie chcę wiedzieć skąd Ty wiesz, jak smakują wonsze, dobra? to by było za dużo na teraz. - Wolała go uprzedzić, chociaż mogła się spodziewać tego skąd to wie. Nie chciała jednak myśleć o tym, co kiedyś wsadzał do ust. Pokręciła głową, jakby chciała wyrzucić te myśli ze swojej głowy.

Kolejne pytanie nieco zbiło ją z tropu, faktycznie całkiem dobrze, że Benjy je zadał. Jeśli to był magiczny gad, to może znał się na zegarku, przeniosła znowu na niego wzrok, nie wydawał się jej być z tej odległości szczególnie światły, nie miał zbyt mądrego wyrazu twarzy, więc może nie mieli się czym martwić. - Nie ma ręki, nie miałby jak sprawdzić, tak, a słońce poszło spać, ale co jak wstanie, i on będzie wiedział, że to już? - Jeśli kierował się słońcem, to musiał czekać na kolejny dzień, mógł ich zwodzić ze swoimi zamiarami do rana... - Może nie ma nadgarstka, a co jakby go nosił na ogonie? Czy on ma ogon, czy cały jest ogonem, czy jego ogon to równocześnie jego brzuch? Zegarek na brzuchu brzmi dziwnie, przeszkadzałby mu na pewno. - Pokiwała teraz sobie głową twierdząco, to raczej nie było dla gada szczególnie wygodnie, więc może nie było sensu martwić się jego umiejętnością odczytywania godzin z zegarka. - ale tak, to wyśmienity pomysł, zmylmy go, poprzestawiajmy wszystkie tak w razie gdyby jednak... - Gdyby jednak ich wąż znał się na zegarku, przezorność była bardzo dobrym nawykiem.

Na moment odpuścili bestii, zajęli się tym, co było w tej chwili istotniejsze, a mianowicie przenoszeniem kartonów do domu i układaniem ich, no nie było to jeszcze jakoś szczególne zaawansowane układanie, raczej po prostu uporządkowanie tego tak, aby istniało jakieś przejście w przedpokoju. Prue się w to zaangażowała całkiem mocno, sprawiało jej to przyjemność, przynajmniej do momentu, w którym jej wspaniała wieża postanowiła przestać współpracować. Nieco rozczarowana przycupnęła pod ścianą i spoglądała na tę niewielką tragedię. Nie chciało jej się tego sprzątać, ale zostali podstawieni pod ścianą przez węża, który patrzył na nich złowieszczo, patrzył, chociaż nie miał powiek, ale miał oczy, powieki nie były mu potrzebne do patrzenia... Prudence zaczęła się już gubić w tym, co było mu do czego potrzebne, a co niepotrzebne, jednak warto było przedyskutować jego przystosowanie anatomiczne do życia, to mogło dać im do myślenia.

Zmarszczyła nos słuchając argumentów Benjy'ego, nie do końca jej się wydawało, aby to, że wąż ciągle patrzył było jego wadą, wręcz przeciwnie. - Co jeśli postanowi nas zaatakować, jak będziemy mrugać, skoro on nie mruga, to ma większe szanse. - Na pewno zauważyłby ich nieuwagę. - Wiem! - Odparła z entuzjazmem. - Nie możemy mrugać jednocześnie, wtedy nie uda mu się nas przechytrzyć. - To było całkiem bystrym rozwiązaniem, a przynajmniej tak się jej w tej chwili wydawało. - Trudno będzie zauważyć, że przestał spać, jak nie ma powiek i nie zamyka oczu. - To był kolejny problem, który jej się teraz nasunął. - chyba, że wtedy będzie się ruszać, jak już się obudzi to będzie musiał się ruszać i robić szszszsz, co nie? - Spojrzała na swojego męża, jakby był jakimś specjalistą do spraw węży, w jej oczach teraz naprawdę nim był. Potrzebowała odpowiedzi na nurtujące ją pytania.

- Trochę jesteśmy, nie mamy elementu zaskoczenia, a do tego nas podsłuchuje, chociaż nie wiem, czy nas słyszy, jak śpi? Chyba nie? - Wszystko zależało od tego, czy ten gad naprawdę spał w tej chwili, czy tylko próbował ich oszukać. W tej sytuacji było coraz więcej niewiadomych, coraz więcej pytań, więc musieli naszykować rozwiązania na więcej ewentualności, to robiło się naprawdę bardzo skomplikowaną sprawą. Kiedy zwrócił uwagę na tuszę węża przyglądała się jego rękom, gdy próbował zademonstrować obwód zwierzęcia, a później ponownie spojrzała w jego kierunku, próbowała to oszacować przyglądając się wężowi bardzo uważnie, to co pokazał Benjy było bardzo bliskie rzeczywistości, przynajmniej tak się jej wydawało. No, do najszczuplejszych nie należał. - Jest gruby. - Powtórzyła, bo było to prawdą, no nie dało się stwierdzić inaczej. - Tylko może schudnąć, chociaż nie w jedną noc, co nie? - Na pewno nie mógł zrzucić masy tak szybko, chyba, że strawiłby poprzedni posiłek, tyle, że wcale nie wiedzieli, czy był najedzony, czy po prostu gruby, kolejna niewiadoma. - Zmieścić to się może i zmieści, ale czy wyjdzie? Z tym gorzej. - Mógł jakoś wcisnąć się do rury, gdyby się postarał, pewnie część ciała by tam wlazła, ale gorzej z całością.

Coraz bardziej wierzyła w to, że wąż nie był tak poważnym zagrożeniem, jak jej się wydawało. Na piętrze będą musieli być bezpieczni, bo co słusznie zauważył jej mąż, nie wyglądał jakby potrafił się teleportować, a nóg nie miał, więc niby jakim cudem miałby pokonać schody, to było niemożliwe, albo miało trwać bardzo dużo czasu, na pewno zdążyliby się wyspać, nim miałby stąd trafić na górę. - Może, tak, one chyba chodzą po drzewach, poręcz jest z drewna więc jest trochę jak drzewo, ale to na pewno będzie czasochłonne, nie mamy się czym martwić. - W końcu jej ulżyło, wszystkie przedstawione przez nich argumenty gwarantowały w jej opinii to, że nie mieli się czym martwić. Wąż nie miał ich zjeść tej nocy, ani żadnej kolejnej.

Później przypięła mu jeszcze do włosów tę spinkę, która to miała być ochroną przed gadem, gdyby jednak wężowi jakoś udało się do nich dostać, chociaż, czy o to jej chodziło? Nie do końca, nie chciała zgubić tej drobnej spinki, a Benjy nawet nieświadomie na pewno będzie jej pilnował, nie pozwoli, aby stała się jej krzywda, szkoda by było, żeby spinka przetrwała tyle lat i zgubiła się przy pierwszym wypadnięciu z kartonu. Zgodzili się co do tego, że wyglądał z nią we włosach dobrze, więc nie było powodu, aby miał ją zdjąć.

Musiała nieco podskoczyć, właściwie to podnieść się na nogach, żeby przybić mu piątkę, tak właściwie to ledwo otarła się dłonią o jego dłoń, bo nie dosięgnęła tak wysoko, niezbyt odpowiednio oszacowała odległość z racji na rozjeżdżający się obraz, było to nieco pokraczne, ale jednak idealnie podsumowało ich dzisiejszą współpracę, bo ona wyglądała podobnie przez ten stan, w którym się znajdowali, najważniejsze, że udało im się doprowadzić sprawy do końca, no prawie do końca bo pozostał jeszcze ten drobny bałagan na podłodze.

Udało jej się wstać bez żadnych szkód, zaczęła angażować się w ogarnianie otoczenia, chociaż szło jej to niezbyt dobrze. - Skoro jesteś specjalistą od koralików. - Był, widziała to, obserwowała jak mu to wyśmienicie szło. - To ja zajmę się liśćmi, bo one Cię nie lubią, to chyba całkiem niezły układ? Liście nie myślą, więc będzie mi łatwiej. - Skoro koraliki miały jakiś swój plan działania, to wolała zająć się martwą roślinnością.