![]() |
|
[03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem (/showthread.php?tid=5690) |
[03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem - Woody Tarpaulin - 09.02.2026 Czytaj więcej: Ustawa „prawo własności przemysłowej”[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KTrrKsE.png[/inny avek]Szedł przez Little Hangleton chłop rosły: chłop wysoki, chłop szeroki. Szedł posępny, szedł zgarbiony. Szedł, i mu wiatr podwiewał prochowiec, szedł, i mu wiatr szarpał fedorę. Szedł, w ręce niósł czarną walizeczkę, szedł, i łypał oczyma na boki, łypał, czy aby kto na nią się nie połasi. Chciałoby się rzec, dla dopełnienia obrazu, że do walizeczki był przykuty, ale Asena Greyback pożyczyła rejwachowe kajdanki i nie oddała. Zresztą Bogini raczy wiedzieć, czy Woody Tarpaulin by chciał te kajdanki od niej z powrotem. Nie śmiejmy się. Sprawa, która sprowadza Tarpa do Little Hangleton jest arcypoważna, a zawartość walizeczki cenna. Powróćmy zatem do szarego krajobrazu miasteczka ponuraków, przez które, rozchlapując burą wodę z ulicznej kałuży, kroczy wasz pokorny sługa, uprzejmy oberżysta, skromny przedsiębiorca, itd. itp. Dokroczył w okolice cmenatrzyska — ino zniczem zaleciało wespół z gnijącym liściem jesiennym. Wziął się chłop rozejrzał, prawo-lewo, lewo-prawo, cimny wieczór, ni żywego ducha, za martwych trudno poświadczyć. Wlazł w cmentarne alejki, kluczył niezgrabnie między ciasno poupychanymi nagrobkami, baczył, czy walizeczką nikomu świeczki nie utrąci — a bo to kto wie, jaki złośliwy duch czyha nad mogiłą? I dotarł dziad pod dom opisany szyldem Nox Aeterna. Zakład pogrzebowy. A co to? Umarł kto? Gdzie tam! Właściciel Białego Wiwerna wciąż dycha. Ding-dang-dong — chyba że tu obwieszcza przybycie nie dzwonek, a upiorna kołatka? W każdym razie: ding-dang-dong. I uchylają się drzwi trupiarni, i pełznie pod nos zapach kadzidła z nutką truposza. Wicher za plecami przybysza wrzeszczy groźby znad cmentarza, ino błyskawicy w tle brakuje, ale tako się składa, że tego wieczora tylko wiatr porywisty, zachmurzenie duże, wilgotność wysoka, opadów brak. Pan Tarpaulin otrzepał grzecznie buty, wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i prosto do gabinetu pana właściciela. — Panie Fawley, tak jak żeśmy się umawiali, tak jestem — obwieścił się od progu konspiracyjnym, głębokim głosem. — Mam ze sobą interes, o którym panu wspominałem w liście. Trochę się dobry karczmarz z Nokturnu znać z Othellem Fawleyem musiał. Z tej samej podłej dziury wypełzli, bo na Podziemnych się każdy z każdym po twarzy poznawał, to i pan Woody Tarpaulin z Rejwachu się z panem ex-księgowym z burdelu Kościanego minęli tu czy ówdzie, normalna sprawa. Również dlatego pan Woody Tarpaulin postawił na tego wykonawcę — jak komu raz nie po drodze z prawem, to i potem jakoś się łatwiej wraca. RE: [03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem - Othello Fawley - 12.02.2026 Siedział w zakładzie pogrzebowym mężczyzna dystyngowany, elegancji. Siedział wysoki, blady niczym wampir lub antyczny posąg, któremu czas odebrał dawne kolory. Siedział jak starożytność stworzona przez późniejsze pokolenia, które wszędzie chciały widzieć porządek. Siedział, patrzył w okno i głaskał białą, ludzką czaszkę, pozostałość po jednym ze swoich przodków. Pomruki cmentarza wpływały przez uchylone okno. Othello wiedział, że zmarli raczej się nie odzywali. Zdecydowanie woleli charczenie, które czasem przechodziło w opętańcze jęki. Jednak ich struny głosowe powoli rozszarpywał bezlitosny czas, a w ciemności trumien nie było z kim rozmawiać, więc zdolności artykulacji także zanikały. Człowiek przyzwyczajał się do tych dźwięków, a nawet stawały się one dość kojące. Cmentarz brzmiał jak dom. Odgłosy szeleszczących pod czyimiś butami liści zakłócił aurę refleksji, którą rozkoszował się Fawley. A wszak lubił wieczory, lubił się schować na jakiś czas i jakoś tak nienaturalnie, trochę przesadnie lubił pobyć sam. Jednak jeszcze bardziej przepadał za intrygami, a ta wisiała w powietrzu, od kiedy dostał od niejakiego Tarpaulina list o tajemniczej transakcji. Othello powitał przybyłego zupełnie, jakby go nie zauważył wcześniej na ścieżce do zakładu. Gość trzymał w ręku czarną teczkę, jego głowę przykrywał kapelusz zasłaniający łysinę. W tym Tarp przypominał trochę czaszkę, którą Fawley odłożył po chwili na stolik, by przysłuchiwała się rozmowie. Była to chyba jedyna cecha, która łączyłaby tego mężczyznę z kościotrupem. – Proszę usiąść, panie Tarpaulin. – Othello wskazał mu krzesło naprzeciwko swojego biurka. Obite było czarnym welwetem i stanowiło mebel, stabilny, choć niekoniecznie rozkosznie wygodny. – Zafascynował mnie pański list, przyznam szczerze. Proszę mówić, co pana do mnie sprowadza. Nie proponował herbaty ani kawy. To było poważne spotkanie dwóch dżentelmenów, nie zaś trywialne five o'clock. RE: [03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem - Woody Tarpaulin - 14.03.2026 Któż by inny siedział z czaszką na biurku, jak nie Fawley? pomyślał Woody Tarpaulin, wchodząc do biura Othella. Zboczeniec! Zboczeniec było słowem, którym stary uwielbiał opisywać wszystkich McKinnonów, lecz czaiło się w tej obeldze coś serdecznego. Nie miał przecież z nimi wcale złych relacji, a na burdel utyskiwał tak se, dla zasady i żeby Lewisa podpiec. Może i dobrze, że Woody nosił kapelusz — którego rondo uchylił uprzejmie, wchodząc do środka — bo by jeszcze jego łysa czaszka wpadła w oko pana Fawleya i by ów zapragnął ją sobie w tym makabrycznym biurze oskórowaną postawić. Ostrożności nigdy za wiele. Pan Tarpaulin z najwyższą powagą zasiadł na wskazanym mu miejscu, kładąc walizeczkę na kolanach. — Dziadek? — zapytał grzecznie, celując paluchem w czaszkę szekspirowskiego zboczeńca. — Ale tak, tak, już, oczywiście, interesy, właśnie — wymamrotał byle jaki zlepek słów, bo nie podobało mu się, żeby w zakładzie pogrzebowym na zbyt długo zapadła cisza. Woody Tara wcale miłośnikiem cmentarnych chrobotów nie był. Odpiął tymczasem zatrzaski teczki, lecz nie uchylił jeszcze wieka. — Pewno pan słyszał, co to się za ambaras wydarzył na Lammas tego roku. — Spojrzał na Othella, wyczekując od niego przytaknięcia. — Ten świeczkowy — podpowiedział, jeśli potrzebne było dodatkowe wyjaśnienie. — Być może jest też panu wiadome, że twórca tego… ekhekhehehke — Woody w pół zdania zakasłał charcząco, ale słychać było, że dziad tam kurwa tłumi rechot, mimo że minę zachował pokerową — artefaktu opuścił Wyspy i już się tego nie kupi. Tu Tarpaulin przerwał, uniósł wymownie palec, sugerując, żeby Othello jeszcze chwileczkę wstrzymał się z pytaniami, po czym wyłożył teczkę na biurko. Otworzył. Pierwsze, co z niej wypadło i sfrunęło na blat, to… odręczny rysunek nagiej cycatej czarownicy na miotle. — No cholera jasna… przepraszam najmocniej. — Czarodziej w te pędy przechwycił bazgroła mającego zostać logo nowej usługi Rejwachu, BroomDash, i wcisnął go do kieszeni swojego prochowca. — Córka znowu teczkę pożyczyła i takie mi tu wrzuca… cholerstwo. A szkoda gadać. Do rzeczy. — Tarp wyciągnął z walizeczki dwa podłużne kartoniki, duży i mały, po czym uniósł ich wieczka, eksponując dwa egzemplarze słynnej kutasoświecy. — Pan wie, co to jest. Kupiłem od razu, pierwszego dnia, jak Charles Mulciber je zaczął sprzedawać. Oryginały z pierwszego lepienia. Ino żeśmy tę tu jedną raz chwilę palili. Rzeczywiście pełnowymiarowa świeca była nieco przytopiona u góry. Penis stracił zdecydowaną część żołędzia. Był biały, bezzapachowy, pozbawiony niestety afrodyzjaku. W drugim pudełku leżał nienaruszony waniliowy penis. Ten był mniejszy, Tarp otrzymał go jako bezpłatną próbkę od rzemieślnika. Stary dał Fawleyowi chwilę na swobodne zapoznanie się z artykułami. Nie powstrzymywał go, jeśli Othello chciał obejrzeć z bliska któryś z kutasów. — Wie pan, jak jest. Jak jakiegoś towaru mało, to od razu się znajdują kupcy. Na takie ciekawostki. O tych świecach w gazetach przecież pisali, nazwisko Mulciber to znane wszystkim. No, każdy jeden w Londynie to pamięta. — Temat może nieco przycichł, prawda, lecz każdy hasło kutasświeca miał wciąż z tyłu głowy. — Widzi pan, przychodzę, bo liczę na pana dyskrecję. Proszę mi powiedzieć, trudno by było stworzyć duplikat takiego czegoś?[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KTrrKsE.png[/inny avek] RE: [03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem - Othello Fawley - 16.03.2026 Spojrzał na trzymaną wcześniej czaszkę. — Stryjeczny. Dziadek nie miał tak kształtnej głowy — odparł charakterystycznym dla siebie, śmiertelnie poważnym tonem. Zboczenie Othella mogło być uważane za czysto zawodowe. Kiedy pracowało się z trupami, ciało ludzkie nabierało zupełnie innego znaczenia. Na pogrzebach był to zwykle obiekt estetycznej preparacji. Trupa trzeba było ładnie ubrać, umalować mu twarz, by ukryć początki gnicia. To, co kiedyś było człowiekiem, stawało się czymś na kształt przedmiotu. Oczywiście martwi lubili się budzić, pokazywać swoje niezadowolenie z faktu, że ich serca już nie biły. A jednak w pewnym momencie człowiek najzwyczajniej się dystansował. Oczywiście Othello był też osobą rozmiłowaną w przyjemnościach cielesnych. To już jednak z osobami jak najbardziej żywymi. Tym samym obiło mu się o uszy, że jakiś Mulciber (kto by ich rozróżnił?), stworzył świeczki o kształcie penisów. Pruderyjne społeczeństwo czarodziejów oczywiście oszalało na tym punkcie. Przekazywali sobie świeczuszki w konspiracji, chichotali. Na Othellu nie robiło to wtedy szczególnego wrażenia. Nie znaczyło to oczywiście, że Taro był w błędzie. Skoro Mulciber opuścił Wyspy, to towar zyskał na wartości. Pod tym względem stał się teraz ciekawy. Najpierw z walizeczki wypadł rysunek. Naga kobieta lecąca na miotle. Było w tym coś pierwotnego, jak w dawnych, mugolskich przedstawieniach czarownic. Brać się musiało z dość płytkich erotycznych wyobrażeń, choć, gdyby ktoś zapytał Othella, przyznałby, że jak na pornografię, całkiem nieźle uchwyciło to ludzkie proporcje. Oczywiście z wyjątkiem nienaturalnie wielkich piersi. — Do rzeczy — powtórzył uprzejmie za Woodym. W jego oczach zamajaczyło jednak delikatne rozbawienie. Wtedy właśnie zobaczył sławetne chujoświeczki. Nie zrobiły na nim szczególnego wrażenia. Pierwsza była podniszczona, częściowo stopiona, a druga nie tylko niewielka, lecz i niespecjalnie wyrzeźbiona. Othello widział w swoim życiu niejednego penisa, więc wiedział, że wykonanie mogłoby być o wiele lepsze. Bardziej realistyczne. Niebędące żartem, a jakimś... komentarzem. Kiedy Woody zapytał o możliwość stworzenia duplikatu, Othello uniósł brwi. — To amatorszczyzna, więc podrobienie tego będzie wyzwaniem. Wie pan, trudno jest powstrzymać się przed poprawą jakości. A potem okazać się może, że podróbka jest lepsza od oryginału — mruknął pod nosem i wziął do ręki mniejszą ze świeczek. Obejrzał ją, powąchał, jakby wcale nie miała obecnego kształtu. Skoro miał stworzyć kopię, musiał zbadać wszelkie parametry. — Czuję wanilię. Ta druga, jak rozumiem, miała zawierać afrodyzjak? Lubczyk? |