![]() |
|
[06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci (/showthread.php?tid=5717) |
[06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Woody Tarpaulin - 14.02.2026 Dziwnie elegancko ubrany człowiek przychodzi do antykwariatu pani LongbottomCzas od Spalonej Nocy mijał, rzeczy wracały powoli do normy, a nawet trauma ognia zaszyta wewnątrz umysłu Woody’ego powoli bladła. Mimo to każdego dnia myślał wciąż i wciąż o jednej rzeczy, z którą to poradzić sobie nie potrafił. Ogień strawił ich dom. Myślał o tym domu każdego dnia, gdy zwalał się na wyro. Wspomnienie domu tylko czekało, aż stary wypije kolejkę za dużo, żeby ścisnąć go za gardło smętnym poczuciem straty. Kochał ten dom, bo w domu żyła Quintessa, która trzymała tam pieczę nad wspomnieniem ich wspólnego życia — mimo że nigdy jej o to nie prosił. Gdy się rozstawali, żadne z nich nie prosiło drugiego o żadną dalszą formę wierności. Rozwiedli się. Nie było zobowiązania. Niektórym naturalnie przychodziło wrócić do randkowania. Niektórzy rozwodzili się właśnie dlatego, że nie potrafili powstrzymać się od randkowania. Clemens Longbottom nie wrócił do randkowania — całe swoje życie miał jedną żonę, a sensem posiadania żony było, aby nie rozmyślać o innych kobietach. Tak żył zawsze przed rozwodem i tak mu zostało na zawsze po. Miło było od czasu do czasu popatrzeć na przystojną babeczkę czy otworzyć jakiejś szarmancko drzwi (nawet na Nokturnie), lecz nie było żadnej po Quintessie i nigdy nie miało być. Może był tego świadom zawsze, ale o tym nie myślał. A może myślał, ale nic z tym nie robił. Przed laty nie mogli już ze sobą wytrzymać w jednym domu. Clemens dobijał do trumny ich małżeństwa gwóźdź za gwoździem, upadając coraz niżej i mówiąc żonie coraz mniej. Wtedy to był koniec świata, że stracił pracę, popadł w ministerialną niełaskę i za nic nie potrafił o tym z nią porozmawiać, tylko zbywał ją dzień za dniem. Nie było, o czym rozmawiać. Chciał, żeby dała mu kurwa święty spokój. Ten dawny koniec świata bladł w obliczu tego, co przyszło później: wojna, śmierć w rodzinie, Spalona Noc. Skala końca świata zmieniła się i to, co ich poróżniło, wydawało się przy tym tak błahe, tak codzienne, tak nieistotne. Co z tego, że nie potrafili żyć spokojnie i bez kłótni pod jednym dachem, kiedy on wciąż ją kochał. Nie było już tego pierdolonego dachu. Lord Voldemort puścił z dymem codzienność — to pole nieporozumień, którym umotywowali wniosek rozwodowy. Woody nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. Myślał długo o tym, aby wreszcie przemóc się i wyciągnąć do niej rękę. Myślał, kiedy ratowali to, co zostało z ich domu. Myślał, kiedy na Mabon wyjmował z ruin zastawę stołową i myślał, kiedy ona wysłała mu sową świąteczną kolację. Myślał o tym ciągle, a myśli tak natrętne nie ustają, dopóki nie zrobi się czegoś. Umówił sobie toteż Tarpaulin pod fałszywym nazwiskiem konsultację w antykwariacie celem wyceny przedmiotów jako ostatni klient tego dnia. Nigdy nie miał problemu, żeby nazmyślać wiarygodnie bzdur. Dostał więc od pani Longbottom termin i w ustalonej dacie stawił się przed drzwiami jej lokalu — nie tajemniczy klient, a jej były mąż. Woody Tarpaulin był typowym chłopem, a ci znają tylko jeden tkliwy sposób okazywania uczuć: kupił jej kwiaty. Bukiet róż ani za duży, ani za mały; ozdobiony bez kiczu, prosto i elegancko pojedynczą wstążeczką i poprzetykany pojedynczymi białymi kwiatuszkami. Był ładny. Nie za głośny, jakby się Woody bał, że to wszystko nie wyjdzie. Trzymało go to dziwne uczucie, jakby zaraz miało się coś zmienić na zawsze. Postanowienie przerażające z jednej strony, a jednocześnie takie, z którego się nie wycofujesz. Pchnął drzwi antykwariatu. Wszedł wyprostowany jak struna. Ubrał nawet na tę okazję klasyczną szatę męską (choć nie pamiętał, aby go aż tak na brzuchu opinała). Nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, jak kobieta zareaguje na niespodziankę. Zaczął więc tylko od jednego: — Tesso? !BINGO C2 C1 RE: [06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Pan Losu - 14.02.2026 Walentynkowe Bingo adres pola: C1 wariant: 2 typ: zadanie Podobno każdy ma coś, co zna na pamięć – każdy dialog, opis, detal. Dziś postanawiasz pokazać swojej drugiej połówce historię, która kiedyś skradła twoje serce. Czy to mugolski klasyk filmowy, czy opasłe tomiszcze pachnące kurzem i przygodą? To trochę jak odsłonięcie fragmentu własnej duszy, więc najbardziej boisz się jednego: że nie spodoba jej się scena, którą ty kochasz najbardziej... RE: [06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Quintessa Longbottom - 14.02.2026 Po jakimś czasie trzeba było wrócić do normalności. Do przecierania antykwariatowych półek z nagromadzonego kurzu i wygrzebywania popiołu z miejsc, które sprzątała już przecież kilkakrotnie. Ale popiół zawsze wracał i Tessa miała wrażenie, że już nigdy się go nie pozbędzie. Witryna na powrót zachęcała do zatrzymania się i nacieszenia widokiem nowej wystawki — nie straszyła już popękaną szybą ani prowizoryczną zasłoną w postaci poplamionego farbą brezentu, który wygrzebała z zakamarków zaplecza. Wymieniono szkło, chwała ci Moody, wymalowała ją nawet magiczną farbą, która miała zmieniać kolor pod wpływem temperatury, a wystawa składała się teraz na podniszczone tomiszcza w otoczeniu klimatycznego, ciepłego światła. Z boku leżały również owocowe instalacje, ale wypadało nadmienić, że wszystko było sztuczne. Porcelanowe granaty, których pestki były tak naprawdę świecącymi koralikami; gipsowe dynie, wieńce z plastikową żurawiną, która w żadnym wypadku nie wyglądała tandetnie! Wystawiła również biżuterię, a także wypchaną sowę, bo kiedy przymierzała się do wystawienia sroki, Muninn patrzył na nią z dezaprobatą, wypisaną i wymalowaną w jego paciorkowych oczach. — Dobrze, teraz jeszcze pan Henderson — wymamrotała pod nosem. Skreśliła poprzednich klientów z listy w swoim skórzanym rejestrze, jednocześnie zapisując na innej kartce, aby nie zapomniała: Zamówić pergamin do pakowania. Przejechała palcami prawej ręki po perłowym kolczyku w uchu, a potem machinalnie wygładziła poły morelowej kamizelki. Musiała na nowo przygotować zestaw do wyceniania, potem zaparzyć jeszcze herbatę i może nakroić ciasta, które zostało jej po pannie Murray… Krótkie spojrzenie na zegarek na lewej dłoni dał jej do zrozumienia, że miała jeszcze kwadrans przed ostatnim klientem. Zanuciła cicho pod nosem, a jej dłoń sama powędrowała w kierunku różdżki, leżącej teraz naprzeciwko kałamarza, a równolegle do stery listowego pergaminu. Musiała odgarnąć parę kartek, żeby w ogóle ją zauważyć. Machnęła zatem lekko nadgarstkiem, a gramofon po drugiej stronie pomieszczenia zatrzeszczał, aby już po chwili odpowiedzieć pani Longbottom i razem z nią powoli zaintonować nuconą przed nią piosenkę. I wtedy dzwonek przy drzwiach zapowiedział ewidentnie nadgorliwego klienta, który— Podniosła spojrzenie znad otworzonej teraz księgi rachunkowej i oddech na chwilę uwiązł jej w gardle. Musiała zamrugać kilkakrotnie, żeby doszło do niej, że faktycznie miała przed sobą swojego byłego męża. I to z bukietem kwiatów pod pachą. Zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując się od automatycznego uśmiechu. Uspokój się, kretynko, nie jesteś z powrotem w siódmej klasie. — Woody? — odpowiedziała z wyraźnym zdziwieniem w głosie, które wbrew jej samej zabarwiło jej głos w lekko nieprzyjemny ton. Zaraz odchrząknęła i trzasnęła otwartym tomiszczem. Szybko przeszła drogę zza kontuaru aż do drzwi, żeby zaraz zmienić plakietkę z Otwarte! na wymowne Zamknięte. Potem odwróciła się z powrotem w stronę starego Longbottoma i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Ale nie była w stanie znaleźć słów. Zamiast tego spojrzała nieco niżej. Na kwiaty. — Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam cię z kwiatami — skomentowała z lekko kłującym przekąsem, którego jednak nie mogła się pozbyć. Lata praktyki. — Mam nadzieję, że są dla mnie? Są… bardzo ładne, Woodrow. Wyciągnęła rękę po bukiet, a potem z lekko kołatającym sercem (naprawdę miała nadzieję, że to arytmia), ścisnęła go delikatnie za dłoń. Ale tak szybko, jak go dotknęła, tak szybko zabrała palce. — Napijesz się… czegoś? Zostaniesz, prawda? RE: [06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Woody Tarpaulin - 16.02.2026 Jeśli nawet Longbottom nie byłby wychowany się w tolerancyjnej rodzinie, obcowanie z Quintessą obaliłoby wszystkie teorie rasowe, jakie znał. Mało spotkał kobiet wśród czystokrwistych, które miałyby tyle klasy, ile Tessa. Lata uczyniły jego pani przysługę: była elegancką damą, lecz nie z tych arystokratycznych salonowych żon, lecz kobietą ułożoną, praktyczną i zdolną. Wszystko to, co przyszło wraz z pieniędzmi — modne wzorzyste stroje, satynowe koszule, biżuteria — leżało na niej dobrze, lecz było tylko dopełnieniem obrazu. Jak to inaczej było spotykać ją w szerokim gronie Zakonu Feniksa, gdzie rozmowa nie była o nich i dla nich. Teraz dopiero, gdy stanął naprzeciw niej sam na sam, mógł zobaczyć, ile się zmieniła. Wkradła się w to odrobina niezręczności, kiedy w momencie musiał nauczyć się tych kilku nowych, drobnych zmarszczek na twarzy żony — lecz to była ona, ta sama co zawsze. — Dla ciebie. No bo co, nie ma innej. — Zaśmiał się w odpowiedzi, ale nie rechotem starego pijaka, z którym oswoiło się przez lata jego gardło, a jakimś rozbawieniem bardziej łagodnym i przyziemnym. Krótki uścisk dłoni, który wymienili, gdy wręczał jej kwiaty, zmył wątpliwość tego, czy decyzja przyjścia tu była dobrą czy złą. To był dobry znak. Znak, że chciała z nim rozmawiać. Uśmiechnął się, gdy dzielili ten moment wstępnego pojednania, od którego wszystko potoczyło się już niemal naturalnie. — Napiję się, zostanę. Po to zarezerwowałem u pani całą godzinę. Przyszedłem do ciebie… powinienem chyba już dawno — zaczął, a gdy tylko zobaczył, że Tessa zabiera się do przygotowywania napojów, od razu zaoferował: — Poszukam na nie wazonu. — Skinął palcem na kwiaty. I podążył między alejki jej sklepiku, aby znaleźć coś zdatnego. Może uczynił to tak ochoczo, aby obojgu dać kilka minut na spokojne odzyskanie równowagi po emocjonalnym momencie. A choć rozłączyli się na moment, wciąż byli obok siebie w jednej przestrzeni. Krzątali się we wspólnym rytmie muzyki płynącej po antykwariacie z gramofonu Quintessy. Zabrali się równolegle do drobnych zajęć, jakby był to kolejny wieczór, gdy on przyszedł do niej po służbie, aby wspólnie wrócili do domu. Ona dopinała dzień, a on w przytulnym świetle wyciągającym z cienia asortyment antykwariatu myszkował między półkami staroci. Pomiędzy wszystkimi zgromadzonymi tutaj pamiątkami, jakie zwykle znajdowało się w majątkach dziadków, zdawało się unosić widmo waniliowych perfum kobiety, która rozstawiała znaleziska po regałach. Wszystko tutaj przeszło przez jej ręce. Ciarupy leżały w tej samej części sklepu, co lata temu — Woody trafił tam bezbłędnie. Oglądał chwilę wazony: te z wysokimi łabędzimi szyjkami, te otwierające się jak kielichy kwiatów o złoconych krawędziach, te naczynia kryształowe i te blaszane. Pierwsza wpadła mu w ręce amfora z czarnej ceramiki ozdobiona czerwonymi, runicznymi inskrypcjami — w sam raz na bukiet czerwonych róż. Wracając do Tessy, zahaczył jeszcze o dział starych ksiąg, a wśród grzbietów wypatrzył pewien znajomy tytuł. Wziął więc książkę pod pachę i tak uzbrojony zjawił się u boku czarownicy. — Może nie uwolnię z tego cacka żadnych demonicznych sił — powiedział grobowo poważnie, napełniając amforę wodą, nim włożył do niej bukiet. — Skoro już zajmuję pani cenne godziny pracy, pani Longbottom, sprzedałaby mi to pani? — zapytał pół-żartem, wyciągnąwszy spod pachy stare wydanie Hrabiego Monte Christo. — Nie byle historia. O człowieku niesprawiedliwie ukaranym przez spisek władzy, który później powraca w chwale, aby dokonać zemsty. — Zupełnie jakby Tessa potrzebowała wyjaśnienia, kiedy widziała jego własny egzemplarz tej książki dziesiątki razy w nastoletnim pokoju Longbottoma w Warowni. RE: [06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Quintessa Longbottom - 16.02.2026 Pamiętała jeszcze jak koleżanki z biura zazdrościły jej męża. Każda po kolei wzdychała, kiedy odbierał ją w przerwie na lunch i razem szli coś zjeść. Albo kiedy wyrywał się z własnej pracy, aby wcisnąć czuprynę do jej departamentu, gdzie cichaczem podchodził do jej biurka, aby tam pochylić się nad jej uchem, kiedy ona sama była zatopiona w papierach. Takiego faceta to z różdżką i Lumos Maxima szukać, Tessa, powtarzały, kiedy przy kawie bezwstydnie wypytywały ją o to, jak partner wygląda bez koszuli, albo nawet o to, jak sprawuje się w łóżku. Pamiętała też, że takie teksty bardzo ją obruszały — pąsowiała wtedy niczym róża w przyniesionym przez byłego męża bukiecie, aby zbyć pytania biurowych sępów, których mężowie nawet nie myśleli o tym, żeby po całym dniu pracy zapytać je jak się czują. Nie mogła im przecież powiedzieć, że tutaj nie chodziło tylko o to, jak chłop prezentował się pod prysznicem, kiedy przypadkiem podejrzało się jego gołe plecy przez lekko uchylone drzwi. Większość koleżanek była niestety na tyle uprzywilejowana (a może bardziej wyżej srały niż dupę miały) i zapatrzonych w obraz księcia na białym koniu, że Tessa czuła się lekko zgorszona, kiedy wypytywały jedynie o wygląd. Bo fakt, mąż wyglądał… słusznie. I oczywiście, lubiła zarówno zawiązywać mu krawat, jak i go rozwiązywać. Ale bardziej chodziło o to, jak jej pomógł. Jak zaprosił do własnej rodziny i do własnego domu już chwilę po trwaniu ich znajomości i sprawił, że zapomniała z jakiego pochodzi domu. — Dziękuję… — wymamrotała tylko, kiedy oddalił się, aby zanurkować w starociach i poszukać wazonu. Ona sama szybkim krokiem przeszła w kierunku zaplecza i małego pokoiku, w którym przyjmowała klientów, aby zająć się wcześniej wspomnianą herbatą. Wyciągnęła również serwis, który przybył do niej w kufrze jakiś czas temu i który ocalał z jej płonącego domu. Musiała mu potem podziękować. Ale na razie zajęła się parzeniem czarnej herbaty, wygrzebanej teraz srebrną łyżeczką z starego, lekko zaśniedziałego pudełka po kawie. Ostatnio upodobała sobie bardziej czerwoną, chińską mieszankę, ale wiedziała, że Woody nie tyle, co by jej nie polubił, a bardziej wolał zwykłą. Bez cukru, bez śmietanki, bez niczego. Barbarzyńca. Na większy, podłużny talerz wyciągnęła również placek ze śliwkami pod kruszonką, który upiekła wczoraj. Czajnik, wcześniej postawiony przez nią na małym, czarnym piecyku, zaczynał już o sobie dawać znać — wrząca woda zaraz wylądowała w wystawnym, białym imbryku, a który Tessa postawiła zaraz na stoliku do kawy. Odwróciła się na dźwięk głosu Woody’ego i jedynie przelotnie spojrzała na przyniesioną przez niego zdobycz — wazon, który sama wyhaczyła jakiś czas temu na typowo garażowej wyprzedaży. Klienci lubili takie cacka, bo wyglądały tajemniczo; kusiły perspektywą bycia starodawnym i zakazanym artefaktem. Ale na razie jedyne, co pani Longbottom z niego wyciągnęła, to to, że kurewsko trudno było go domyć z sadzy. — No proszę — zaczęła, widząc również książkę pod jego pachą. Zaraz uśmiechnęła się delikatnie, przejeżdżając palcami po niezbyt już gładkim policzku. — Nie myślałam, że ją znajdziesz. Możesz ją śmiało wziąć, jeśli chcesz. Albo pożyczyć, jeśli chcesz mieć pretekst do ponownego odwiedzenia antykwariatu, panie Henderson. Usiadła również na kanapie, wskazując mu miejsce naprzeciwko siebie. A może powinna pokazać to obok? Merlinie, naprawdę zachowywała się jak nastolatka. — Bardzo ciekawa historia — skomentowała dalej, nalewając im herbaty. — Trudno ją zapomnieć, zważywszy na to, że zawsze znajdowałeś pretekst, żeby czytać ją, a nie podręczniki i artykuły na zajęcia… Uśmiechnęła się trochę szerzej, pokręciła nawet głową, kiedy przypomniała sobie, jak prosił i błagał potem, aby pozwoliła mu spisać wstęp do eseju z Numerologii. — Przypomnisz mi swój ulubiony fragment? — zapytała w końcu miękko. RE: [06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci - Woody Tarpaulin - 21.02.2026 Ludzie, którzy pijają herbatę z cukrem, to osobnicy na wskroś źli i przeżarci czarną magią oraz niektóre kobiety. Woody nie był ani jednym, ani drugim, toteż szczur zostawał w jego herbacie do samego dna kubka i dodawał nieznośnej goryczki na finiszu. Jak miło za to było ujrzeć serwis wyniesiony przed paru dni z ich domu — herbata parująca znad krawędzi tych filiżanek dodawała spotkaniu utraconej domowej atmosfery. I jeszcze placek! Pan Tarpaulin mógł mieć w Rejwachu wybitnego, zawodowego kucharza, lecz — jak wiadomo — kucharze się chowają w obliczu kuchni twojej własnej baby. — Panie Henderson — prychnął stary. — Ty złośnico. Ja ci dam, jak będziesz mi tu dalej hendersonować, już ja ci dam — postraszył pan Longbottom i w tamtej chwili zrozumiał, jak bardzo mu tego brakowało. — Zabieram. To się rozumie: pożyczam. I opadł z westchnieniem na fotel naprzeciw Quintessy, wciąż zdjęty niedowierzaniem, że ten moment naprawdę się wydarzył. Wydarzał się wciąż. Woodrow wrócił na swoje dawno opuszczone miejsce, lecz wszystko — zdawałoby się — czekało tu na niego. Pod takim samym kątem padało na niego światło lampy ustawionej za siedziskiem. Tak samo układał się jego ciężar w fotelu — no, może z lekkim odchyleniem w granicy dozwolonego błędu, bo fotel mógł się przez lata wgnieść albo sam chłop nabrać wagi. Rozłożył sobie tomiszcze na kolanach i wertował je bezmyślnie, strojąc miny, gdy go oskarżano o grzechy uczniowskie. — Może tak było. I co? Źlem na tym wyszedł? Tak to miło sobie spożytkowałem czas, a ta numerologia mi się w życiu na nic by nie zdała. Detektyw to ma wiedzieć, do jakiego zawodowca napisać o ekspertyzę, jak taka potrzebna, a nie farmazonić, czego to on się na lekcjach w szkole nauczył albo nie nauczył. A nigdy nie miałem wątpliwości, do kogo pisać o ekspertyzy. — Skierował na nią wymownie palec. — Tego mi nie zarzucisz. Może i spisał, ale zrobił to tak, żeby się belfer nie pokapował. Tu zamienił cyferki kolejnością, tam usunął zdanie, tam dodał i wszystko… nie miało za dużo sensu, ale jakoś to tam było. Spojrzał znów na książkę i wzruszył ramionami. Lubił czytać o skarbach, o wendettcie, o przemytnikach. A jednak rozdział, od którego zawsze zaczynał, był jednym z początkowych rozdziałów — był rozdziałem o krzywdzie. To ten, w którym Dantèsa zdradzili zazdrośni ziomkowie i wpadł w ręce władzy za to, że wykonywał rozkazy, które nie były po ówczesnej linii politycznej. W jeden wieczór młody marynarz stracił wszystko: czekającą na niego posadę kapitana, piękną narzeczoną oraz kontakt z ojcem, z którym nie zdążył już odnaleźć się przed śmiercią staruszka. Zbrojni aresztowali chłopaka, wbrew protestom jego licznych przyjaciół, i zabrali niemal tuż sprzed ołtarza w dniu jego ślubu. — Chyba sam początek. Niesprawiedliwość aż szczypie. Smutna rzecz, nie? — Podniósł na żonę wzrok, jakby szukał walidacji. — Pan Morrel zrozumiał, że w takiej sytuacji na nic zda się opór: komisarz przepasany urzędową wstęgą przestaje być człowiekiem, ale jest uosobieniem prawa, zimnym na wszystko, niemym i głuchym. — Odczytał fragment lekko, jakby odczytywał prognozę pogody. Nie mógł jednak przy tym usunąć sprzed oczu obrazu Godryka Longbottoma. Woody przesunął książkę po stole w stronę Tessy, aby sama mogła przejrzeć te fragmenty. Podwinął w międzyczasie rękawy szaty i oparł się dłońmi o kolana, nachylając do kobiety nieznacznie przez stolik. — To co? Dalej mieszkasz u Shafiqa? Bletchleye wciąż u niego siedzą? Jak się trzymają ich dziewczyny? Rozdział, na który patrzymy, ma numer 5 i się nazywa Przyjęcie zaręczynowe albo Zaręczyny w zależności od tłumaczenia. |