Secrets of London
jesień 1972, 29 września, prawa czasu - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: jesień 1972, 29 września, prawa czasu (/showthread.php?tid=5731)



jesień 1972, 29 września, prawa czasu - Peregrinus Trelawney - 15.02.2026

Peregrinus łatwo zakochał się w marzeniu Dolohova i oddał w pełni obsesji stworzenia akademii, jakby myśl była jego własna. Satysfakcją było patrzeć, jak fragmenty ich indywidualnych starań stopniowo zszywają się w projekt, który nabierał pierwszych wyraźniejszych kształtów. I Trelawney był tam od początku: wlany w sam fundament instytutu, sunął palcami po każdej dokładanej cegiełce, nawet jeśli nie on ją wmurowywał. Do Praw Czasu przyszedł, gdy od dawna już funkcjonowały. Teraz miał szansę od samego początku uczestniczyć w stwarzaniu projektu Vasilija Dolohova — projektu większego niż ten zakład, który wydawał się zacisznym kątem w porównaniu do gmachu, w którym mieli zebrać dziesiątki specjalistów i setki studentów.
Peregrinus był zakochany w projekcie, lecz w pierwszej kolejności zakochany w mężczyźnie, który stał za nim — bo to czułość dla tego jednego mężczyzny, chęć wspierania go oraz uczestniczenia w jego marzeniu sprawiła, że tak szybko i tak bezwzględnie się w to zaangażował. Nawet mimo horrorów Spalonej Nocy, mógł powiedzieć, że był to jeden z najlepszych okresów jego życia — miał u boku towarzysza, z którym dzielił plan i serce. Po latach ponurego zawieszenia, wreszcie zmierzał gdzieś i z kimś, i sam dziwił się, ile dodało mu to sił.
Tego popołudnia mieli rozstawać się właśnie w drzwiach biblioteki Praw Czasu, gdzie ostatnie intensywne godziny spędzili, planując i dyskutując kolejne tematy wokół instytutu. Obaj mieli na ten dzień jeszcze po kilka zadań, nad którymi mieli pracować oddzielnie, lecz — zamiast iść w swoją stronę — Peregrin podążył za Vakelem. Po twarzy błądził mu słabo skrywany uśmiech, który wróż próbował odgonić, patrząc na boki, na tapetę w korytarzu i na wszystko, co po drodze między gabinetem Dolohova a biblioteką. Pozostał przy tym tajemniczo cichy — w ten sposób, o którym Vasilij wiedzieć już mógł, że prędzej czy później cisza zostanie przerwana i objaśniona. I tak też się stało:
Wygląda na to, że weekend znalazł cię dziś wcześniej, drogi — zauważył, gdy Vakel dotarł do swojego gabinetu. Sam Peregrinus zatrzymał się w progu oparty o futrynę drzwi, nie kryjąc dłużej zadowolenia.
Cokolwiek miał na ten dzień w agendzie Vasilij — elementy programu nauczania? listy do badaczy, których myślał zatrudnić? rozdział statutu akademii? — to czekało już na niego na biurku dopięte na ostatni guzik.
Nic w Dolohovie nie pociągało Peregrinusa tak mocno jak intelekt, a oglądanie owoców pracy wykonanej za tym biurkiem w gabinecie pozwalało wejrzeć w to, jak jasnowidz myśli i planuje. Lecz jakże przyjemnie od czasu do czasu pobyć wyłącznym punktem zainteresowania wybitnego umysłu — zazdrośnie wykraść go od wszystkich wielce zajmujących tajemnic akademickich i mieć tylko dla siebie na piątkowe popołudnie.

!BINGO B1


RE: jesień 1972, 29 września, prawa czasu - Pan Losu - 15.02.2026

Walentynkowe Bingo
adres pola: B1
wariant: 1
typ: zdarzenie

Zimna i deszczowa, brytyjska jesień stała się dla was pretekstem do poszukiwania piękna tam, gdzie inni zdają się go nie dostrzegać. Któregoś wieczoru wracaliście wspólnie ze spotkania i księżyc wydawał się tego dnia tak niezwykle piękny, że oczarował was i nie chciał z tego czaru wypuścić. Nawet kiedy zaszedł za deszczowymi chmurami, wy nie chcieliście iść spać. Czuliście potrzebę tańczenia tak długo i ile sił w nogach. Tej nocy nic nie mogło was zatrzymać: chwilo trwaj!


RE: jesień 1972, 29 września, prawa czasu - Vakel Dolohov - 21.02.2026

Kiedy nazywałeś się Vasilij Dolohov, jedno życie przestawało być wystarczającym na wykorzystanie drzemiącego w tobie potencjału twórczego. Starzenie się coraz mocniej go przerażało, a nie potrafił przestać patrzeć w przyszłość – każda myśl nosząca w sobie znamiona geniuszu, gryzła go też w kark wizją rychłej śmierci, która utnie cały ten kreatywny sztorm niosący go przez lata. Nie mógł, nie chciał i nie potrafił tak po prostu się zatrzymać – bo musiał zrealizować tak wiele rzeczy, nim będzie gotów odejść.

Geniuszy jego pokroju kojarzono z tym, że niekoniecznie przywiązywali się do innych na stałe. Czymże była miłość w obliczu tego wszystkiego – ledwie pyłkiem w ogromie ludzkich uczuć i emocji. Spotkał ludzi podobnych sobie i tak łatwo było im ugrzęznąć w zaspokajaniu potrzeby bliskości przypadkowymi spotkaniami i cielesnością. Bo taka bliskość nie zobowiązywała ich do niczego. Nie musieli poświęcać tak cennego czasu zmartwionej rodzinie, odpowiadać na niewygodne pytania, ani robić niczego, czego tak naprawdę robić nie chcieli, aby utrzymać szczątki czegoś, co ktoś odważny mógłby kiedyś nazwać związkiem.

Dolohov do takich osób nie należał. Oczywiście – opinia publiczna łykała historie o wyrozumiałej i kochającej Annaleigh Lestrange muszącej dzielić się wspaniałym mężem z resztą świata, ale ten teatrzyk już u podstaw był kłamstwem. Kłamstwem zawierającym w sobie ziarno prawdy, ale wciąż kłamstwem. Prawda – to ziarno wcześniej wspomniane kiełkowało pod postacią Peregrinusa Trelawneya, na widok którego serce Dolohova drżało coraz intensywniej, bo raz za razem zauważał skupienie w oczach kochanka, kiedy ten badał wzrokiem kolejne story projektów, artykułów i dokumentów wypluwane przez celebrytę w twórczym szale. Oczywiście, że nie on jedyny podziwiał to, co wychodziło spod pióra jednego z największych jasnowidzów swoich czasów, ale on jedyny jak dotąd z taką lekkością dotrzymywał mu kroku i robił to w tak wielu aspektach. A prawda była taka, że chociaż Dolohov bardzo miłości pragnął, wcale łatwy do kochania ani do gonienia nie był.

Zatrzymany w progu, wpierw wyjrzał Peregrinusowi przez ramię.

Czy mógłby przekartkować stos leżących tam dokumentów? Tak. Ale nie musiał, bo był ostatnią osobą w Londynie, jaką można było posądzić o niedomyślność lub głupotę. I mógłby teraz powiedzieć, zgodnie z prawdą, że dodatkowy czas wypada wykorzystać na przyspieszenie pracy zaplanowanej na przyszłe tygodnie, ale oprócz spostrzegawczości życie obdarzyło go czymś jeszcze – wyczuciem sytuacji. Przeniósł więc spojrzenie z blatu dębowego biurka na oczy Peregrinusa, utrzymując kontakt wzrokowy przez kilka pasm niesfornej grzywki.

Kalendarz mam pusty? – Zapytał wyjątkowo swobodnie, jakby nie zauważał narastającej wokół elektryczności. Brzmiało to dokładnie tak, jak powinno brzmieć pytanie szefa upewniającego się, że wszystko zostało zrobione, ale w relacji z Vasilijem nabierało to zupełnie innego znaczenia. Pytał niebezpośrednio: zrobiłeś to bo coś zaplanowałeś, czy chcesz, żebym się tobą zajął? Bo chociaż uwielbiał być rozpieszczany podarunkami i niespodziankami, potrafił równie dobrze zorganizować coś sam, nawet kiedy było to tak spontaniczne jak dzisiaj.




RE: jesień 1972, 29 września, prawa czasu - Peregrinus Trelawney - 16.03.2026

Peregrinus również, rzecz jasna, byłby w stanie wskazać szereg pożytecznych, produktywnych zadań, które mogły wypełnić tę stworzoną przez niego lukę, lecz nie o to tego wieczora chodziło. Chodziło o to, żeby wyjść bez poczucia winy. Na co dzień łańcuch pracy zdawał się nie mieć kresu — zawsze coś było niedokończone, przesunięte na kolejny dzień, coś wymagało kolejnej rundy korekt, coś wypadło niespodziewanie. Rzadko kończyli dzień z poczuciem, że zrobili wszystko to, co znajdowało się na liście zadań, która była przecież każdego dnia ambitna. Peregrinus odchodził wtedy od biurka z uczuciem niespełnienia — nie z wyrzutem, ale nawracającym przekonaniem, że mógł wypracować więcej.
Dziś mieli z czystym sumieniem zostawić za sobą Prawa Czasu wraz z ich wyzwaniami.
Nie do końca pusty. Czeka na nas rezerwacja w Edynburgu. Kolacja, którą reklamują jako doświadczenie zetknięcia tradycyjnej kuchni z nowoczesnością. Kolacja z treścią, można by powiedzieć. Wydało mi się interesującą ciekawostką.
Menu degustacyjne — bogaci ludzie lubią podobnież takie rzeczy.
Magiczna restauracja, w której zarezerwował im wieczór Peregrinus, była niewielka, ale elegancka i mogła poszczycić się najwyższym poziomem zarówno kuchni, jak i obsługi. Menu, dostępne również w opcji wegetariańskiej, prowadziło gości przez meandry czarodziejskiej historii kulinarnej stanowiącej dla szefa kuchni inspirację w tworzeniu tych malutkich, ale jakże artystycznych porcji nowoczesnych dań. Uczta dla wszystkich zmysłów, dzieła sztuki na talerzu, a do tego odpowiednio dobrane alkohole. Każde danie poprzedzone było krótkim wprowadzeniem — o historii, składnikach, zawartości talerza. W pewnym momencie zjawił się przy ich stoliku sam szef kuchni, stary mistrz, który pokazywał księgi, z jakich korzysta, i opowiadał, jak te wodorosty na talerzach szanownych państwa czerpali podczas letniej pełni księżyca z niewielkiego jeziorka ubogacanego tajemniczymi wydzielinami najstarszej kelpii w Szkocji. Mimo że kolacja miała bogatą narrację, to obsługa nie narzucała się i pozostawiała odpowiednio dużo przestrzeni dla gości.
Mogli więc wszyscy czworo rozmawiać swobodnie.
Czworo, ponieważ ledwo Vakel oraz Peregrinus usiedli przy stoliku, ledwo umoczyli usta w kieliszkach, jeszcze nim podano pierwsze danie, wyłowił ich z drugiego końca sali pewien jakże towarzyski dziadziuś, stary mistrz astronomii, autor bardzo długiej listy publikacji o ruchach ciał niebieskich. W towarzystwie równie towarzyskiej żony.
O, panowie jesteście pierwszy raz? Wspaniale. A widzicie, my już trzeci. Który pakiet? Świetna decyzja. Tylko poczekajcie na te trufle… Jak już pana tutaj złapałem, panie Dolohov, zamierzałem wysłać panu list o tym ostatnim artykule. Bo widzi pan…
Peregrinus zachował kamienną twarz, gdy stary astronom poprosił obsługę o przeniesienie ich do stolika dla czworga, lecz w głębi duszy skręciło go ze złości. Jakże mierziło Trelawneya, gdy jego plany zmieniały się niespodziewanie — kto mógł przewidzieć! Doprawdy, nie spieszyło mu się poznawać pani astronomowej, choć starał się tego nie dać po sobie poznać nieuprzejmością. Z początku brał udział w rozmowie, lecz szybko stał się towarzystwem zmęczony i małomówny.
Jedzenie było dobre — westchnął ciężko wróżbita, gdy po wyjściu ze zburzonej randki udali się już we dwóch na krótki spacer między kopce i łagodne, zadrzewione pagórki tworzące krajobraz za miastem. Szli ustronną, wysypaną kamieniem ścieżką dla spacerowiczów, która o tej porze nie była gęsto uczęszczana.


Peregrinus Trelawney - Vakel Dolohov - 30.03.2026

Dolohov, zgodnie z oczekiwaniami, zrozumiał rolę jaką miał dziś przyjąć doskonale. Jego twarz momentalnie rozświetliła się, a sztuczny uśmiech utrzymywany już podświadomie, zmiękczył się i nabrał innej barwy, przewidzianej właściwie tylko dla mieszkańców i bywalców tego miejsca. Sztuczność powróciła dokładnie w momencie, w którym Peregrinus zaczął się wyciszać, a spostrzegawczy i znający go już bardzo dobrze Dolohov zrozumiał, że chociaż zależało mu na tym wieczorze i postarał się do tego stopnia, żeby wybierać miasto, do którego trzeba było dojechać koleją (zapewne po to, żeby zmienić otoczenie i oddalić się od hucznej i pełnej ludzi stolicy jak tylko mogli), ostatecznie nie wydawał się być tym nim usatysfakcjonowany. Rozczarowanie, chociaż było ważną i nieuniknioną częścią życia, bolało kiedy widziałeś je w duszy kogoś, na kogo szczęściu ci zależało, więc i starszy z wieszczy poczuł zirytowanie z jego perspektywy całkiem ciekawą rozmową. Nie mógł dać tego po sobie poznać i obie pary rozstały się w zgodzie przypieczętowanej uściskami dłoni i obietnicami rychłego spotkania się na konferencji w Bristolu, ale kiedy znaleźli się na pustej od oczu i uszu osób postronnych trasie, nie darował sobie podzielenia się myślą, co mu podczas tej kolacji utkwiła w głowie i nie chciała jej opuścić. Drażniła go od dobrych kilku godzin jak kamień w bucie na trasie, gdzie ciężko było przysiąść i go wyciągnąć.

Trochę bał się tej prawdy, ale nigdy jeszcze nie próbował zbudować bliskiej relacji na ukrywaniu czegoś przed sobą i wciąż wydawało mu się, że obrane podejście należało do tych dobrych.

Objął Peregrinusa ręką. Wpierw ułożył mu dłoń na barku, później zjechał nią po ramieniu niżej, żeby ułożyć palce w pasie. Gest bliskości nie mógł być szczególnie długi i wkrótce powróci do trzymania jej w kieszeni marynarki, ale póki nie widział tu żywej duszy, zaznaczał swoją obecność z należytą sobie intensywnością.

Ja... – zaczął spokojnie, głosem cichym, nie niosącym się daleko, ale bardzo zrozumiałym. Dolohov dobrze panował nad tym, co i w jaki sposób mówił. Zawahanie dostrzegalne w tonie było więc jednocześnie czymś szczerym i czymś, co świadomie dopuścił pomiędzy nich. Może w pewnym sensie prawdziwy Dolohov już nie istniał. Istniała już tylko jakaś świadomość zmieniająca mu przybierane maski. Wiedział, że nie musiał tłumaczyć mu tego, dlaczego rozmowa z tym starym naukowcem była dla niego ważna. Peregrinus przecież jego pracę znał i rozumiał, ale czy na pewno rozumiał wszystko za tym idące? Jak postrzegał wyrzeczenia, które stały się częścią życia najbardziej znanego jasnowidza Anglii, kiedy nagle zaczęły oddziaływać w taki sposób na jego własne życie i emocje? Miał tak wiele pytań, którymi mógł budować sobie drogę do ostatecznego, a jednak to je zadał jako pierwsze. – Jestem człowiekiem ciężkim do kochania? – Szczerze mówiąc nie oczekiwał konkretnej odpowiedzi. Uznał po prostu, że z punktu, który niektórzy uznaliby jako ostateczny, on uczyni punkt wyjściowy. – Wielu ludzi goni za takim życiem i uważa je za największy obiekt pożądania. Zazdroszczono mi nazwiska, ojca, matki, rodzeństwa, wpływów, nauczycieli, startu w przyszłość, kariery zawodowej – machnął wolną ręką – nawet się temu nie dziwię, bo gazety i plotki zawsze dekorowały takie historie w diamenty, miłość za miłością, cuda wianki... Ale ty nigdy nie wydawałeś mi się kimś, kto by tego chciał, nawet kiedy idziemy obok siebie, ramię w ramię. Więc mnie to zastanawia – jestem ciężki do kochania? Dla ciebie? W jakie miejsca wychodzisz kiedy nie jesteśmy razem? – Z rodziną, przyjaciółmi. Miał ich przecież wiele. Byli to ludzie, którzy nigdy nie zaistnieli w uniwersum Praw Czasu – w nich przecież wszystko kręciło się wokół Dolohova.