Secrets of London
[05.10.72] Trzy po trzy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [05.10.72] Trzy po trzy (/showthread.php?tid=5770)



[05.10.72] Trzy po trzy - Brenna Longbottom - 20.02.2026

Realizacja bingo

Magiczne ulice wciąż nie wyglądały tak, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Parę budynków spłonęło doszczętnie i tych nie odbudowano. Niektóre sklepy straszyły pozabijanymi oknami i drzwiami, zamknięte czy to z powodu zniszczeń, klątw i strat w towarze pozostałych po Spalonej Nocy, czy bo ich właścicieli spotkało coś złego na londyńskich ulicach. Przechodniów było jakby mniej, może dlatego, że jesienią zmierzch nadciągał wcześnie, a do pory, w której rozbłysną latarnie, nie zostało już jakoś wiele czasy.
Ale i tak Londyn powoli wracał do życia.
Wiele nadpalonych dachów naprawiono, wybite okna wstawiono z powrotem, a popioły nie zalegały już przynajmniej na głównych ulicach. Część sklepów działała już normalnie, i gdy mijali kolejne budynki, widzieli na witrynach wystawione towary, niekiedy ludzi kręcących się w środku. Życie toczyło się dalej, nawet jeśli czasem tuż obok kamienicy, w której mieściła się restauracja o wielkich oknach rozświetlonych blaskiem znajdowała się wciąż poczerniała fasada, a naprzeciwko budynek świeżo odmalowany.
Mogłaby to jakoś skomentować, po raz setny powiedzieć, że nie pojmuje, jak ktoś mógł to popierać: bo rozumiała sam cel, zasianie strachu i pokazanie potęgi, zaprezentowanie, że albo padniesz na kolana, albo stracisz wszystko. Rozumiała strach. Rozumiała wycofanie się tym strachem spowodowane. Ale nie rozumiała faktycznego uznania, że aha, to jednak dajemy szczere poparcie.
Słowa jednak nic by nie zmieniły, zostały wypowiedziane wiele razy i chyba dziś lepiej było skupić się właśnie na tym, że chociaż miasto i mieszkańcy zostali poranieni, to życie znów toczyło się dalej.
– To co? Chcesz się rozdzielić i próbujemy znaleźć w pół godziny coś, co się spodoba albo rozbawi sztuk trzy, i wymieniamy wszystko na raz, czy wolisz po kolei wchodzić do sklepów i komentować każdą oglądaną rzecz po kolei? – spytała, schodząc ze stopni, prowadzących do sklepu zoologicznego, gdzie zapłacili za klatkę, legowisko, jedzenie i podręcznik. Brenna była ciekawa, czy jego skrzat umiał czytać i będzie mógł się z nim zapoznać. Mieli odebrać dwie przygotowane już i spakowane paczki przed zamknięciem, żeby nie musieć targać ze sobą rzeczy przez Pokątną i Horyzontalną. – Solennie obiecuję nie wchodzić do apteki Lupinów, jakbyś uważał, że musisz tego dopilnować. Żadnych maści na kręgosłup – przyrzekła jeszcze, nawet jeśli jakiś diablik na ramieniu szeptał, że o, taka meliska na uspokojenie, to byłoby naprawdę świetne!


RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Atreus Bulstrode - 13.03.2026

Nie wszystko wróciło do normy, ale przynajmniej w magicznych dzielnicach prace szły o wiele lepiej. W końcu ludzie tam mieli do dyspozycji magię, a dzięki temu gruzy usuwały się niemal same, a budynki były odbudowywane. Rzemieślnicy pracowali w pocie czoła i robili co w ich mocy. Dobrze było widzieć, że wszystko powoli wracało do normy, chociaż to słowo i tak brzmiało nieco na wyrost. Przecież nic po Spalonej Nocy nie mogło być już normalne.

Życie toczyło się dalej i może gdyby Atreus posiadał w sobie odrobinę refleksji, pomyślałby że skoro mieli ochotę bawić się w wynajdywanie prezencików, buszując po sklepach przy Pokątnej, to niewątpliwie należeli do uprzywilejowanej klasy. Zamiast jednak nad tym rozmyślać, palił sobie spokojnie papierosa, idąc obok Brenny i spoglądając w błyszczące, wypolerowane witryny.

- Tak sobie myślę, że chyba lepiej złapać wszystko i potem obejrzeć na raz - odpowiedział, kiedy już wyszli ze sklepu zoologicznego, zaopatrzeni w rachunek za klatkę i wszystkie inne szpargały dla młodego ptaka. Przynajmniej to mieli już z głowy i wystarczyło tylko potem odebrać, kiedy będą już mieli wracać. W sumie wciąż zastanawiał się, jak tę ptaszynę przetransportuje z niemagicznego do swojego domu, bo chyba nie mógł się ot tak teleportować. Najwyżej złapie Błędnego Rycerza, no bo przecież wsiąść na miotłę nie mógł, a fiuu też wydawało się takie... no turbulentne. - Oh, dziękuję bardzo za te zapewnienia. Doceniam. Ja nic ci nie będę obiecywał, bo nie chcę ograniczać mojej twórczości - uśmiechnął się do niej. - To co, za pół godziny zbiórka tutaj? - nie był do końca taki pewien, czy trzydzieści minut to był optymalny czas, ale po chwili zastanowienia doszedł chyba do wniosku, że im mniej mieli czasu tym lepiej. Dzięki temu nie mogli zanadto rozmyślać nad tym, czy sięgali po odpowiednią pamiątkę. Musieli się zdać na instynkt, czy co oni tam mieli.




RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Brenna Longbottom - 13.03.2026

Brenna trochę refleksji w sobie miała i wiedziała, że należy do klasy uprzywilejowanej samym tym, że pochodziła z rodziny zamożnej. Stracili dom, owszem, i wszystko wokół się sypało, ale wciąż mogła bez wahania kupić te rzeczy dla ptaków, mogła przeznaczyć galeony na te zakupy i chociaż trochę wyrywała czas na te zakupy, to mogła sobie na to pozwolić. Tym razem jednak nijak się akurat nad tym nie zastanawiała: raczej jej umysł skupił się na błyskawicznej liście miejsc, do których mogła w okolicy wpaść przed zamknięciem i co potencjalnie najlepiej byłoby kupić.

I chyba chciała oderwać trochę myśli od wspomnienia tej koperty, dziwnego zdjęcia i faktu, że widmowidzenie niczego jej nie pokazało.

Pół godziny, niby niedużo, ale nawet nie przyszło jej do głowy wydłużać terminu. I nawet nie chodziło o chęć uniknięcia nadmiernego namysłu czy to, że być może Atreus zwyczajnie by się znudził i złapał pierwsze lepsze przedmioty. Bardziej o to, że Brenna po prostu przywykła do działania szybko. Trochę wynikało to z jej natury, trochę z tego, że w ostatnim roku musiała tę umiejętność wyszlifować, żyjąc w pędzie. Niekoniecznie oznaczało to, że zawsze gnała do przodu bez namysłu, bo chociaż zdarzało się jej robić coś bez przemyślenia tego, to miewała tendencje do analizowania i robienia planów… ot te też rodziły się w jej głowie błyskawicznie. I wdrażała je w życie, bo jeśli czekasz przed skokiem za długo, to... zwykle nie skaczesz wcale.

I nawet już na schodkach, gdy wychodzili ze sklepu zoologicznego, w parę sekund zdecydowała, gdzie wejdzie najpierw. I rzeczywiście, nie miała to być apteka Lupinów.

– Czekaj, mam się więc spodziewać, że wybierzesz eliksir wiggenowy, bandaż i maść na siniaki? – spytała, z odrobiną rozbawienia. – Bo jak tak, to nawet nie musisz nigdzie daleko chodzić, mam to wszystko poupychane po kieszeniach…

Musiała pewnie się wreszcie zaopatrzyć w torebkę ze skóry wsiąkiewki, bo poprzednia spłonęła wraz ze sporą częścią jej rzeczy w Warowni, i teraz trochę ciężko było nosić przy sobie te wszystkie drobiazgi, które Brenna przywykła nosić zawsze. Na wypadek, gdyby przydały się jej albo komuś innemu. Bandaż, maść na siniaki, odrobina pudru, gdy chcesz coś ukryć, chusteczki, jakby ktoś akurat postanowił płakać, kajdanki, bo zaskakująco często po pracy musiała kogoś aresztowywać, och, i oczywiście, zawsze i wszędzie: czekoladowa żaba.

– W takim razie za pół godziny – zgodziła się i niemal natychmiast odbiła w jedną z bocznych uliczek, znikając mu z oczu.


RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Atreus Bulstrode - 17.03.2026

Może i coś było w tym, ze gdyby dać im na zwiedzanie sklepów nieco więcej czasu, to on jeszcze byłby gotowy znudzić się tym okropnie. Łażenie po sklepach i oglądanie głupotek nigdy przesadnie nie było jego domeną, no chyba że była mowa o jarmarcznych, sezonowych wystawkach. To było zupełnie coś innego i był w tym jakiś świąteczny czar. O, tradycja, to chyba było dobre słowo, bo przecież zawsze chodził tam z rodzeństwem lub kuzynostwem. Najczęściej jednak chodził tam z Florence i tego typu atrakcje kojarzyły mu się właśnie z nią. Niezwykle ciężko mu było przyjąć do wiadomości, że Lammas było ostatnim świętem, które mógł spędził razem z nią i przez to Mabon wydawało mu się takie... wyblakłe. Puste, odległe i jakby wymuszone. Brakowało odpowiedniej ilości chaosu, która zwykła towarzyszyć rodzinnym spotkaniom. Było zbyt spokojnie, matka nie była taka sama i ojciec też. Kurwa, nikt nie był taki sam i nie było szans, by to kiedykolwiek się pewnie zmieniło.
Odsunął od siebie nieprzyjemne myśli szybko i niemal wręcz automatycznie. Nauczył się to robić aż za dobrze i czasem z tego powodu czuł zwyczajne wyrzuty sumienia. Nie mógł jednak pochylać się nad tym zbyt długo, a na pewno już nie teraz, kiedy mieli rozejść się na swoje strony, żeby przetrzepać pobliskie sklepy w poszukiwaniu... czegoś. Jeśli Brenna faktycznie miała już jakieś plany co do tego, gdzie powinna zawitać, to on miał całe zero przemyśleń w tym temacie.

- Oczywiście. Wiggenowy, bandaż i maść na siniaki wcale nie brzmi tak źle, prawda? - prychnął rozbawiony, zerkając na nią. - Nie nie, takie z kieszeni się nie liczą. Muszą być nowe - sam mógł jej pewnie wyciągnąć coś zapobiegawczego. Jakiś eliksir na ogień, to tak dla przykładu. Po tym jak go śmierciożerca przeczołgał przez ogień, to akurat miał taki przy sobie bardzo często. Podczas Spalonej Nocy niewątpliwie mu się to przydało, bo dzięki temu uniknął poparzeń kiedy wyciągał z płomieni Greengrass.

- Pół godziny - przytaknął i odwrócił się w swoją stronę. Pomysł tego całego wyławiania prezentów ze sklepowych witryn, przyszedł chyba odrobinę za szybko i bez pomyślunku, jak z resztą bardzo dużo rzeczy, które robił w swoim życiu Atreus. Zamiast też pomknąć w jedną z bocznych uliczek, on ruszył wzdłuż tej przy której znajdował się sklep zoologiczny, z którego przed chwilą wyszli. Te bandaże, maści na siniaki i eliksiry wiggenowe wcale nie były takie głupie i aż kusiło go nieco z przekory zajrzeć do jakiejś apteki, która by mu się po drodze nawinęła. Jak na zawołanie poczuł charakterystyczny zapach wytworów eliksiralnych, który dało się podłapać od mijanych drzwi. Szyld dumnie poświadczał o tym, że trzy schodki prowadziły do krainy pierwszej pomocy, syropków na kaszel czy specyfików na poważniejsze dolegliwości, ale Bulstrode uśmiechnął się tylko i ruszył dalej, zwalczając zakusy. Minął jeszcze parę sklepów; jubilera, kwiaciarnię czy jakąś przesadnie drogą księgarnie, ostatecznie decydując się na wejście do antykwariatu, który na Pokątnej stał chyba od zawsze. Wnętrze pachniało starociami, chociaż nie w ten posępny i przygnębiający sposób który sugerował, że wszystko wewnątrz zdążyło pokryć się grubą warstwą kurzu. Albo wszystkie trzy rzeczy znajdzie tutaj, albo faktycznie wróci się do tej głupiej apteki.




RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Brenna Longbottom - 17.03.2026

Było więcej niż jasne, że ta strata go gryzła. Brenna byłaby chyba szczerze przerażona, gdyby było inaczej. Ale próby poruszenia tego tematu raczej zbywał, sprawiał wrażenie, że absolutnie nie chce o tym rozmawiać i chociaż miała wrażenie, że grób, w którym to grzebał, należał do tych płytkich, to na pewno nie wydawało się jej dobrym pomysłem wyciąganie z niego czegoś siłą. (Pomijając już fakt, że miejscem do tego na pewno nie byłaby ulica Pokątna.)
– Niech to chociaż będzie ładny bandaż, różowy na przykład – rzuciła jeszcze, z odrobiną rozbawienia, zanim znikła mu z oczu. Była w gruncie rzeczy takim typem człowieka, który obdarowany bandażem i syropkiem na kaszel po prostu by zażartował: może takie podejście ułatwiał charakter, a może właśnie to uprzywilejowanie, że większość rzeczy mogła kupić sobie sama.
Przez ułamek sekundy kusiło ją być może, żeby złapać jakiś świąteczny pudding albo coś równie absurdalnego, o, na przykład kolejny bestseller autorki czarodziejskich romansów, którym go uszczęśliwiła w Mungu, bo głównie je sprzedawali w szpitalnym sklepiku tamtego dnia, i potem obserwować minę Atreusa, gdyby otrzymał takie dary (i gdyby wpadli na to po balu Lestrangów to może i faktycznie dostałby jakiś dodatek do tej sukni, którą tak bardzo chciał przymierzyć…). Ale ostatecznie wpadła do niewielkiego sklepiku, co do którego wiedziała, jaki mają asortyment… i że mogą przeprowadzić szybko drobne modyfikacje. W księgarni w pewnym momencie omal na siebie nie wpadli, potem weszła do jednego z tych bardziej ekskluzywnych, zanim skierowała się raźnym krokiem z powrotem do miejsca, w którym się rozstali. Na zakup faktycznego prezentu urodzinowego to byłoby trochę za mało czasu, bo przy takich Brenna miewała skłonności jednak do namyślania się wręcz nadmiernie (na przykład medytowania pół godziny nad dwoma prawie identycznymi swetrami, rozważając, który lepiej skomponuje się z karnacją Morpheusa), ale w przypadku tego drobnego zakładu powrót do „miejsca zbiórki” zajął jej dokładnie dwadzieścia siedem minut. Z czego połowę spędziła w tym pierwszym miejscu.


RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Atreus Bulstrode - 18.03.2026

Różowy bandaż brzmiał dla niego niemal oklepanie, no bo był mega dziewczyński i wydawał się pierwszą opcją po którą sięgała głowa w poszukiwaniu jakiejś nietypowej odmiany. Może lepszy byłby w kwiatki, albo jakieś inne romby - po prawdzie to Atreus nawet nie był pewien jak daleko posunęła się technika robienia bandaży, bo w Mungu zwykle owijali człowieka zwykłymi białymi.

Brenna jeszcze gotowa by się zdziwić, bo pewnie z braku laku by nawet przeczytał ten romans, gdyby mu coś takiego zafundowała. Momentami wybierał wszystko, tylko nie pisanie tych durnych raportów, a szczególnie teraz, kiedy miał na głowie bieganie po innych departamentach za pieniędzmi, jakoś tak uzupełnianie oklepanych rubryczek wydawało mu się jeszcze cięższe. Ale powiedział Harper, że on wszystko ogarnie, więc musiał chociaż odrobinę ograniczyć ewentualne marudzenie. W końcu cała inicjatywa, to był też jego pomysł, jakby nie patrzeć.

Znalezienie w podstarzałym antykwariacie okazało się chyba strzałem w dziesiątkę, a przynajmniej Bulstrode nie zamierzał sądzić inaczej. Regały i stoliki uginały się od klasycznych rzeczy jak książki, obrazy czy niewielkie figurki. Pełno tu było też czegoś, co nazwałby zbiorowo rupieciami i durnostojkami, które swoje miejsce w cudzych domach znajdowały przede wszystkim po to, żeby zbierać kurz. Były też całe meble, małe i duże, ale niestety nie miał chyba w sobie na tyle samozaparcia, żeby przez Pokątną w drodze powrotnej paradować ze stolikiem czy inną fikuśną lampą albo zestawem poduszek. Pozostawało więc wszystko to co można było łatwo zgarnąć do kieszeni. Było poręczne, może trochę głupie, ale przecież o nic mądrego w tym całym wyzwaniu chodziło. Kiedy już udało mu się zagarnąć trzy obiecane przedmioty, poprosił o opakowanie ich i ruszył w drogę powrotną.

Po drodze postanowił wejść do sklepu ze słodyczami, gdzie kupił kartę z czekoladową żabą. Pamiętał, ze Brenna je zbierała, więc stwierdził że niech ma jako bonus. Może bo chciał być zwyczajnie miły, a może by przykryć ewentualne potknięcia w upominkach. Tak uzbrojony kontynuował drogę do punktu zbiórki. Longbottom wrócenie zabrało 27 minut, jemu 32, chociaż ciężko było to zaliczać do spóźnienia czy naruszenia ram czasowych.

- Wszystko masz i nie oszukiwałaś? - uśmiechnął się do niej lekko, ściskając pod pachą niewielki pakunek owinięty w szary papier i obwiązany sznurkiem.


!Bingo D2


RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Pan Losu - 18.03.2026

Walentynkowe Bingo
adres pola: D2
wariant: 1
typ: prompt

Inny adorator.

Ktoś jest wobec jednego z was zbyt miły. Zbyt częsty w komplementach. Zbyt obecny jak na zwykłego znajomego. W końcu zaczyna wysyłać sowy, kwiaty, zaczepki podszyte żartem, na komentarze o byciu w związku reagując śmiechem i odpowiedziami z serii „to przyjacielskie gesty”. Zazdrość ma ostre krawędzie. Nie potnijcie się o nie.


RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Brenna Longbottom - 18.03.2026

– Gdybym oszukiwała przecież bym się do tego nie przyznała, prawda? – oświadczyła, kiedy Atreus się pojawił i odsunęła się od ściany, a potem sięgnęła do torby, by te rzeczy wręczyć. Żadna nie była na tyle wielka albo ciężka, żeby stanowiła jakiś szczególny problem w tej chwili.
Pierwszym, co Brenna wyciągnęła, była książka… i kobieta pozwoliła Atreusowi wierzyć całe pięć sekund, że mogło to być dla niego.
– To prezent dla kogoś innego – uspokoiła go jednak zaraz, bo powstrzymała ochotę na takie zakupy. Wyciągnęła z torby tę drugą książkę, kupioną faktycznie w ramach tego małego zakładu, a tę pierwszą, absolutnie ewidentnie romans, bo na ruchomej okładce dziewczę omdlewało prosto w ramiona czarodzieja we fraku, chowając z powrotem. – No chyba że wolisz jednak „M jak miłość i magia”, to jeszcze dokonamy podmiany, zdaje się, że to ta sama autorka, którą ją poznałeś i miałeś mi zrecenzować, pamiętasz?
Nie wybrała tej drugiej pozycji, którą teraz podała Bulstrodowi, dlatego, że Atreus kojarzył się jej jakoś mocno z księgami: raczej chodziło o tematykę, a po opisie na okładce, była to powieść o przygodach pewnego bardzo dzielnego aurora, tropiącego czarnoksiężnika na Nokturnie. Czarnoksiężnika i jego, oczywiście, łączyła sprawa zbrodni sprzed lat, jak to bywa w takich wypadkach.
W ślad za wepchniętą mu w dłonie książką poszło niewielkie pudełeczko, które położyła na okładce. To już z tej półki cenowej, która dla nich może była rozsądna, ale niekoniecznie dla każdego innego, zegarek z limitowanej edycji Rosierów – chyba o zakupie przesądziło trochę „limitowane” czyli nie tylko kasa się liczy, ale bardziej fakt, że w centrum tarczy znajdował się złoty znicz, którego skrzydła stały się wskazówkami, ot motywy quidditchowe.
Przy czym Brenna najbardziej była… dumna to może nie było odpowiednie słowo, rozbawiona też nie do końca, ale po prostu to było coś, co kupić musiała.
Tym była po prostu niewielka figurka, która wyleciała jej z ręki na miniaturowej miotle. Tyle że w zakupie nie chodziło tak naprawdę nawet o miotłę. Raczej o fakt, że personalizowali szybko płaszcze miotlarza, dokonując drobnych zmian, by każdy mógł mieć tę z symbolem swojej ulubionej drużyny…
Na płaszczu tego zawodnika jednak zamiast jakiegoś symbolu zjednoczonych czy harpii znalazł się herb z płomieniem ujętym w wieńcu majowym, na tle utrzymanym w chłodnych kolorach.
Jeśli motywem przewodnim miało być skojarzenie z drugą osobą, to nie mogłaby znaleźć lepszego. Bo miała pewność, że nawet za tysiąc lat, choćby ich drogi rozeszły się tego wieczora a on miał zapomnieć o jej istnieniu, te majowe wieńce zawsze miały kojarzyć się jej z nim, z Beltane i z dziwną, senną ucztą, do której zasiedli z odpowiednikami ich krewnych i znajomych z jakiegoś innego świata.


RE: [05.10.72] Trzy po trzy - Atreus Bulstrode - 19.03.2026

Może i miała odrobinę racji, bo w sumie on też by się do niczego nie przyznawał. Oszukiwane czy nie, prezenty wciąż pozostawały prezentami którymi należało się podzielić i kiedy Brenna wyciągnęła tę swoją książkę, Atreus mimowolnie ściągnął nieco brwi. Nawet nie na to, że była to książka, a raczej na to co było na okładce i naj brzmiał tytuł. Pozycja brzmiało raczej jak coś, co znalazłoby miejsce w biblioteczce Basiliusa, a nie każdego szanującego się faceta. Przez moment więc zawahał się wyraźnie i może nawet odetchnął z ulgą kiedy okazało się że to nie dla niego.

- Nie pamiętam - odpowiedział, zgodnie z prawdą zresztą. Dzielenie się wrażeniami i przemyśleniami jakoś umknęło mu w natłoku innych obowiązków. Książkę którą od niej dostał, z miejsca obrócił w dłoniach, chcąc przelecieć spojrzeniem jej opis znajdujący się na tylnej okładce. Słowa kluczowe wydawały się obiecujące, dlatego pokiwał głową i wsunął ją pod pachę. Potem było pudełeczko z zegarkiem, na które nawet się uśmiechnął lekko.

- Czy to jakaś sugestia do lepszego dysponowania czasem? - zapytał rozbawiony, po oględzinach wsuwając upominek do kieszeni. Trzeci prezento natomiast... a to było nawet ciekawe. Z pewnym zastanowieniem oglądał jak figurka poleciała ku górze na swojej miotełce, potem uważnie oglądając sobie herb który miała na plecach i wreszcie parsknął śmiechem. Ale może ciężko było mieć inne skojarzenia.

Wyciągnął swój własny pakunek spod pachy i podał jej go. W środku były dwie książki; specjalne, ekskluzywne wydanie dwóch tomów Diuny które do tej pory wyszło, a które jakiś czarodziej postanowił zilustrować magicznymi obrazkami, które ruszały się w rytm opowieści. Czerwie przecinały pustynie, omnitoptery sunęły po niebie i ukrop wręcz lał się z nieba.

Drugie co pojawiło się na tapecie było niewielkie pudełeczko. Z lakowanego drewna i zdobione, jak pewnie można było się spodziewać, motywem wieńca i płomienia na pokrywce. Po bokach znajdowały się wijące się porzeczki i bez, a kiedy puzderko zostało otworzone, okazało się że było pozytywką. Grała muzykę, którą słyszeli na plaży, ale jeśli mogli mieć obawy czy melodia nie miała okazać się tak samo zdradliwa jak wcześniej to najwyraźniej nie ona było problemem, a sam bard który im wtedy przygrywał.

Ostatnią rzeczą był kamień. Szary, chropowaty kamień, którego miejscami przecinały czerwonawe żyłki, urozmaicające jego fakturę. Atreus zaprezentował go z kamienną miną i nie wytłumaczył absolutnie nic w jego temacie.
- To co, zabieramy rzeczy i wracamy? - zapytał tylko, pchnąwszy drzwi do zoologicznego sklepu, by odebrać opłacone wcześniej zamówienie.


Koniec sesji