Secrets of London
[01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise (/showthread.php?tid=5774)



[01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Brenna Longbottom - 21.02.2026

Dom Helloise nie leżał jeszcze na zakazanych terenach, ale dało się stąd dostrzec Knieję i to już wystarczyło, aby Brenna tuż po pojawieniu przez długą chwilę trzymała dłoń zaciśniętą na różdżce, i czekała na najdrobniejszą oznakę, że robi się ciemniej, zimniej, straszniej.
Aportowała się w pobliżu chwilę po powrocie ze Stawu, gdzie zdążyła zostawić wiadomość odnośnie znaczenia dziwnej „pamiątki”, która znalazła się przy ich domu. I kolejnej, porzuconej w ruinach posiadłości Lestrangów. Bo nie mogła być pewna, co stanie się dalej, a lata wojny nauczyły ją pewnej zapobiegliwości… i jednocześnie nie wystarczająco dużej ostrożności, aby ostatecznie się tutaj nie pojawiła. Szukając odpowiedzi na parę dręczących ją pytań.
Czy to było ostrzeżenie?
Kpina?
Groźba?
Zapowiedź?
„Prezent”, jaki lubili czasem zostawiać śmierciożercy, podobny głowie podrzuconej na biurko Harper Moody? Jedynie kaprys miejscowej zielarki, tak chętnie uważanej za szaloną, panny z dobrego domu, która z tegoż domu umknęła, najpierw – o czym Brenna nie wiedziała, wtedy trochę za młoda, by zwracać uwagę na plotki – do rudery na Nokturnie, a potem na skraj lasu?
Nie wyszła do niej tamtego wieczora, nie odpowiedziała na skrzypienie w murach, przegapione, gdy oni sprzątali po mabonowej kolacji, i gdy potem znikła z ruin Warowni, nieświadoma, że pozostawiono im tutaj taką pamiątkę. Pojawiła się jednak teraz, gdy niebo zatraciło już barwę błękitu i na jej ustach zamajaczył jedynie uśmiech, gdy nie znalazła wiedźmy z Kniei na miejscu. Wiedziona impulsem, nad którego powodami nie zastanawiała się długo, ułożyła przyniesione ze sobą rzeczy w stertę, może nie identyczną, ale łudząco podobną do tej, która znajdowała się jakiś czas temu przy murach podpalonej posiadłości.
A potem przemieniła się w wilka, by poczekać w pobliżu, przycupnięta gdzieś wśród pożółkłych roślin.
Trochę by zapach zaalarmował ją o pojawieniu właścicielki wcześniej niż mogłyby to zrobić oczy.
Trochę, bo była chyba ciekawa, czy Helloise w jakikolwiek sposób zareaguje na ten dziwny „ołtarzyk” w pobliżu jej domu, czy minie go bez słowa, zanim wiedźma sama ujrzy ją.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Helloise Rowle - 22.02.2026

Najwięcej lubiła spędzać czas jak zwierzę, czerpiąc z dnia garściami na sposoby, jakie wielu uznałoby za próżniactwo. Pielęgnować instynkt: wylegiwać się na powietrzu i dawać prowadzić wyłącznie głodem, ciekawością, pożądaniem. Obok tej dzikości nie potrafiła Helloise pozostać jednak obojętna na swojego ducha, a ten domagał się momentów uwznioślenia, rytuału, i religijnej zadumy: tego dostarczał jej Kowen, do którego wiedźma wyszła i tego dnia, gdy to Brenna nie zastała jej w kurzej chacie.
Do domu wracała późną porą na miotle. Sunęła powoli między drżeniem suchych liści, które poruszał wiatr nietypowo cichy jak na jesienny czas. Gdy zeszła gładko w szarzejące podwórze, w środek żabiego koncertu przykrytego pogdakiwaniem kurczaków, od razu dostrzegła ułożony przed chatą kamienny krąg. Przyglądała mu się krótko bez żadnego wyraźnego wyrazu twarzy — ani zdziwiona, ani przestraszona. Zamyślona jedynie: niechybnie wiedziała od razu, że zwrócona ofiara to znak, który będzie należało odczytać, a zrozumienie rzeczy boskich wymagało skupienia.
Odwróciła się do domu zawieszonego w przestworzach, stuknęła kozakiem w glebę podwórza, a gigantyczne kurze kolanko zgięło się, spuściło do ziemi domek, który otwarł przed gospodynią drzwi. Czarownica zniknęła na chwilę we wnętrzu; po chwili wyłoniła się bez miotły, a z dużą misą wypełnioną kaszą, twarogiem i warzywami. Rzuciła swoim ptakom jeść. Jedna z kur nie dopchała się do rynienki; Helloise wzięła ją więc pod pachę i zabrała ze sobą, gdy poszła do zwróconego jej daru. Klękła przy kręgu, umościła sobie kurę na podołku, żeby wygodnie głaskać niespokojnego ptaka, który zdecydowanie wolałby ten czas spędzać, walcząc o kolację. Czarownica podniosła czaszkę ze szczytu stosu i w wyciagniętej do góry ręce oglądała ją w słabym, niknącym świetle dnia, od czasu do czasu spuszczając wzrok na głowę kurczaka — porównywała ich kształty. Odłożyła kość z powrotem i schyliła głowę. Siedziała już tylko w bezczynnym pozornie milczeniu, bujając się lekko na piętach w przód i w tył.
Myślała o tym, dlaczego ofiara powróciła. Byłaby to rzecz ludzka, gdyby ktoś rozgniewany odkrył ją jakimś sposobem i wrzucił jej byle jak za płot zebrane z własnego podwórza dary. Lecz to wróciło niemal nienaruszone, i pamiętała, że wróciło od Longbottomów. Czyżby wysunęła błędną intencję za tę rodzinę, skoro Bogini oddała jej dar modlitwy? Medytowała nad kamieniami, szukając znaczenia dla tego zjawiska, gdy kura na jej kolanach stała się więcej niż niespokojna i dziobnęła ją spłoszona w rękę. Czarownica puściła ptaka. Zainteresowana jego reakcją, dopiero wtedy rozejrzała się i dojrzała przyczajonego wilka. Czy mogła z takiej odległości rozpoznać w nim Brennę? Wątpliwe. Wiedziała jednak, skąd pochodziły zwrócone kamienie, i wiedziała, że Brenna przemienia się w wilka, więc zaryzykowała łagodne pytanie:
— Pomożesz mi to zrozumieć? Nie wiem, dlaczego wróciło.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Brenna Longbottom - 24.02.2026

Nie była pewna, czego spodziewała się po Helloise. Być może niczego: wiedźma ze skraju Kniei należała do istot chaotycznych, może nawet trochę szalonych, a tacy ludzie bywali nieprzewidywalni. Nie zdziwiłoby jej, gdyby Helloise minęła stosik bez zastanowienia i namysłu, nie poświęcając mu ani jednej myśli, ani gdyby wręcz przeciwnie, zniszczyła go w złości. Zachowała się jednak tak, jak pewnie zrobiłaby większość ludzi: zatrzymała się nad „prezentem” i przypatrywała mu długą chwilę.
Brenna nie była pewna, czym się zdradziła, ale też nie próbowała schować się z wielkim zaangażowaniem, a może i tu, na tym obszarze, rzucono jakieś zaklęcia i Helloise i od początku wiedziała, że ma towarzystwo.
Żółknące paprocie zaszeleściły, kiedy wilczyca dźwignęła się na łapy. Ku Helloise ruszyło zwierzę, ale parę sekund później stanęła koło niej kobieta.
– Podobno świat zwraca nam to, co ofiarowaliśmy. Nie jestem pewna… chyba nazywają to karmą? – spytała, marszcząc brwi, a potem uśmiechnęła się do Helloise.
Była zmęczona, i psychicznie, i fizycznie. Niewyspana, wyczerpana omami, lękiem, zaszczepionym gdzieś w jej głowie, ciągłym napięciem i wyczekiwaniem, co jeszcze ich wszystkich spotka. Żalem, złością, rozpaczą, i tymi własnymi, i tymi cudzymi, gdy wziąć w karby próbowała i jedne, i drugie, i odnosiła porażkę raz za razem. Ale jej uśmiech był równie pogodny jak zwykle, spojrzenie spokojne, bo nie chciała, nie zamierzała, pokazać tego wszystkiego niemal nikomu: a na pewno nie komuś, kto przyniósł czaszki pod ich dom. Nie była już pewna, czy to miało być ostrzeżenie albo próba przerażenia ich, w przypadku Helloise równie dobrze mógł to być jakiś rytuał, być może pozbawiony choćby śladu magii.
– A tak naprawdę… ja je tu przyniosłam zamiast po prostu wyrzucić, jak zrobili to pewnie inni. Może też chcę zrozumieć? – dodała po chwili. Dłonią wskazała na ten makabryczny kopczyk, chociaż spojrzenia ciemnych oczu nie oderwała od Helloise. Wiedziała, że podobne pojawiły się w innych miejscach, Victoria wspominała jej o ruinach w domu Lestrangów… a chodziły przecież jakieś plotki i o tym, że kogoś w Mabon widziano w okolicy mieszkania Bletchleyów. W ilu miejscach pojawiły się podobne rzeczy? – Przeraziły kilka osób w Dolinie. Jeśli chodzi o mnie, wolę zadawać pytania niż tylko się bać. Więc chciałam spytać… dlaczego je tam zaniosłaś?


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Helloise Rowle - 25.02.2026

Brenna się chyba niczym nie zdradziła. Helloise ją dostrzegła dlatego, że byłam pewna, że mogę ją zobaczyć. Nie bij mnie.
Mimo że czarownica podejrzewała, że zmierzający ku niej wilk nie jest dzikim gościem z głębin Kniei, po jej kręgosłupie i tak przebiegł dreszcz, gdy skrzyżowała wzrok ze ślepiami zwierza. Wilczyca stanęła przy niej już jako kobieta, czym Helloise rozczarowała się — straciła bowiem okazję do posmakowania pod palcami gęstego futra. Zapomniała już, jak wysoka była Brenna Longbottom. Klęcząc na ziemi, musiała wysoko wznosić oczy, żeby na nią patrzeć.
Chyba — powtórzyła za brygadzistką, jak echo, bo choć pojęcie karmy nie było jej zupełnie obce, to nigdy nie studiowała tak dalekich religii. — Lubię, gdy rzeczy wracają. Nigdy nie wracają takie same. Zawsze trochę odmienione. — Spuściła wzrok na odtworzony ręką Brenny kopiec wzorowany na jej kompozycji. Bliźniaczy rytuał, mimo że rzeczywiście pozbawiony w obu przypadkach magii.
Helloise, podobnie jak Brenna, również żyła w cieniu strachu, choć zgoła innego niż ten przed terrorem Śmierciożerców. Żyła pod Knieją: tu widma napędzały koszmary, które nawracały, mimo że przeżycie sabatu wydźwignęło czarownicę z najgłębszych lęków po widzeniu z upiorami. Oddała się w Mabon ufnie w opiekę Matki, pokrzepiło ją przeświadczenie o usłyszanej modlitwie. Wyglądała więc lepiej: nie była już wypłoszona i ponura, lecz niemal tak samo błogo rozmarzona jak zwykle. Na tyle, na ile potrafiła być w takim sąsiedztwie.
Modliłaś się w Mabon? — zapytała Brennę, poprawiając tu i tam układ kamieni pod sobie tylko znany wzór. — To dar. Złożyłam dar za nas wszystkich, bo tego dziś potrzebuje Knieja. Jest źle. Tak źle. I tak mało z tym robimy. — Rzewnie pobrzmiewały te ostatnie słowa. Rzewnym rozgoryczeniem i wyrzutem; oskarżeniem. — Modliłam się w imieniu waszym, bo nie można na was polegać. Potrzebujemy, aby Matka zwróciła oczy ku Dolinie. Potrzebujemy głosów, próśb i starań. — Zadarła głowę w górę, aby odnaleźć spojrzenie Brenny i sprawdzić, czy rozumie. Miała nadzieję, że rozumie. Zawsze wydawała się dobrą dziewczyną. — Potrzebujemy jej opieki, jeśli mamy przetrwać. Zimą jest bardzo ciemno. Ile zimniej może tu jeszcze być? — Uniosła rękę i, jeśli tylko Brenna jej pozwoliła, kobieta ujęła jej dłoń. — Skoro odwzajemniłaś moje zaproszenie, chodź i módl się ze mną.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Brenna Longbottom - 26.02.2026

– Tak – odparła krótko, bo rzeczywiście, odmówiła modlitwę, trochę z powodu tradycji, trochę ze względu na rytuał oczyszczający, o którym opowiedział jej Thomas. Więcej w tym jednak było pragmatyzmu i tradycji niż prawdziwej, żarliwej wiary.
Uśmiechnęła się, trochę gorzko, na kolejne słowa. Czy zawiedli? Tak, pod wieloma względami. Czy nie można było na nich polegać? Może. Ale nie dlatego, że pozostawali bierni i nie sądziła, by modlitwy mogły wiele zmienić.
– Nie powinnaś w takim razie modlić się w imieniu tych, którzy przyciągnęli widma do Kniei, gdy rozdarli światy? Którzy nakarmili je mocą? Podobno po drugiej stronie zostawili za sobą ścieżkę zniszczenia – stwierdziła Brenna, bo po prostu nie wierzyła, że zbieżność pojawienia się widm i rozerwania granicy z Limbo była przypadkowa. Może i nie wyszły stamtąd, bo pojawiły się na granicy lasu, ale czy to ich nie przyciągnęło na Polanę? Może to wydobyło je z jakiegoś letargu? Albo siła tamtej burzy pozwoliła im zdobyć na tyle siły, że mogli zacząć potem żerować na ludziach? Przecież do Beltane nie było żadnych widm, a przynajmniej nikt (czy prawie nikt) o nich nie słyszał w Dolinie. A potem... potem zaczęło się źle dziać. Poza tym zwyczajnie odruchowo obwiniała Voldemorta.
Spoglądała na ten ołtarzyk, ułożony jej ręką. Podobny, ale faktycznie nie identyczny, wprawdzie sfotografowała tamten kopczyk, ale nie miała aż takiego talentu do pracy ręcznych i tyle cierpliwości, aby odtworzyć go idealnie. Nie wyrwała dłoni, gdy Helloise po nią sięgnęła, bo i nie leżało w jej zwyczaju odrzucanie takich gestów. Dłoń miała ciepłą i suchą.
Nie odpowiedziała jednak od razu.
Obracała w głowię słowa zielarki. O tym, że zostawiła to wszystko w ramach daru i modlitwy, i nie do końca umiała to zaakceptować, bo Helloise zaszczepiła w nich tylko jeszcze więcej strachu. O tym, że tak niewiele robią.
– Byłaś w Kniei po tym, jak się pojawiły? Ja tak. Widziałam ich ofiarę, jej dom i to, co z nim zrobiły. Widziałam ciało człowieka, które obróciły w proch.
Ciało jej wuja.
A potem patrzyła oczyma widmowidza na to, jak ku niemu zbliżały, gdy umierał, zabity przez innego potwora, w ciele człowieka.
Próbowała dowiedzieć się więcej, ale nie miała dość wiedzy i odbijała się od drzwi Departamentu Tajemnic. Pokładała więc nadzieję w wuju, na to, że ten zdoła dowiedzieć się czegokolwiek jeszcze. Ale tym, co wiedziała na pewno, było to, że sama modlitwa to o wiele za mało.
– Pytałam. To i ówdzie. Obserwowałam. Wiem, że są znaki, które być może mogą je powstrzymać, i rytuały, które może mogą przy tym pomóc. – Czy Hjalmar miał rację, a raczej czy miało ją dziecko, które do niego przyszło, a o którym napisał jej w liście? Może tak. Może nie. Ale trzeba było próbować, prawda? – Mój wuj… chce spróbować pociągnąć to dalej. Jeśli prosisz o wspólną modlitwę… dobrze. Ale po tym, co wydarzyło się na tej Polanie i w Stonehange nie jestem pewna, czy Bogini potrzebuje głosów, proszących o opiekę. Może to ona potrzebuje pomocy, nie odwrotnie. Jeśli chcesz się modlić, może należałoby to zrobić za nią.
Nie tylko przy Kniei i w sprawie widm. Kogo martwego widzieli Mav i Patrick po drugiej stronie? Co naprawdę stało się w Stonhange? Nie była tam podczas rytuału, nie miała pojęcia, co zobaczyli Leviathan, Septima, Murtagh, Lorraine i Sarah… ale była tam w kolejnych dniach i w połączeniu z ogólnymi raportami ciężko było nie mieć wrażenia, że coś tam zostało popsute.
Czy jeśli bogini istniała, w ogóle mogła odpowiedzieć na ich modlitwy?


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Helloise Rowle - 03.03.2026

Nie rozumiała, jak Brenna czy ktokolwiek inny mógł nie mieć w sobie prawdziwej wiary, gdy krążyły relacje z objawień i cudów. Ba, Leviathan, który był świadkiem cudownego objawienia, wciąż powątpiewał. Dlaczego się wzbraniali przed uznaniem boskiej obecności w świecie i nie szukali więzi ze Stwórczynią? Coś było ze współczesnym światem nie tak, coś się w ludziach zagubiło.
Modlę się o nich. Modliłam się w Mabon — powiedziała Helloise, zaskoczona, że Brenna w ogóle wzięła pod uwagę to, że mogła pominąć winę Śmierciożerców. — Błagałam o nawrócenie ich przywódcy, aby Matka odnowiła jego ducha i postawiła go na właściwej drodze. Żeby wszyscy oni wkroczyli na właściwe ścieżki i wyszli z ciemności.
Mówiła to wszystko z przekonaniem i z głębi serca, mówiła bowiem szczerze. Rzeczywiście jedną z jej intencji sabatowych była zmiana kierunku planów Voldemorta… aby świętą wojnę rasową prowadził z dala od miejsc mocy i kultu, które były zbyt cenne, aby je tracić w imię zyskania nieokreślonej przewagi nad oponentami.
Nie weszłam tam — przyznanie tego było gorzkie tak, jakby przyznawała się do tchórzostwa — ale byłam pod granicą lasu. I one tam były. Patrzyły na mnie. — Zacisnęła mocniej zimne palce na ręce Brenny i obróciła się tam, gdzie w oddali zaczynała się Knieja. Ile już razy przypomniała sobie tamten wieczór jako najgorszy koszmar? — Było zimno. Słyszałam ryki. Słyszałam, jak biegają między drzewami. Czekały i obserwowały. — Minęły dwa tygodnie. Historia okrzepła w niej i nie wywoływała już tej początkowej paniki, a jednak wciąż było coś ciężkiego w tonie, jakim to opowiadała. — Więc uciekłam.
Kolejne słowa brygadzistki zaś obudziły w niej nową nadzieję. Helloise czytała w gazetach o odstraszającym działaniu patronusów — to była wiedza powszechna. Wiadomości o żadnych znakach ani rytuałach nie dotarły do niej jeszcze. Serce aż zabiło szybciej, gdy Longbottom uchyliła przed nią rąbka nowej wiedzy.
Znaki? — Czarownica nie opanowała ekscytacji, mimo że nie podniosła głosu. Nadzieja była zbyt spontaniczna, aby mogła być nieszczera. — Jakie znaki? Jakie rytuały? — Patrzyła teraz już tylko na Brennę, bystro, oczekiwała dalszych wyjaśnień. — Zatem będziemy modlić się za twojego wuja. — Wstała płynnie, lekka jak listek podrywany wiatrem nowych sił. — I za wszystkich zaangażowanych w sprawę. O siłę, przewodnictwo. Lecz nie bluźnij przeciwko bogom. Nie oni nas potrzebują. — To pouczenie nie brzmiało nawet w połowie tak surowo, jak mogłoby brzmieć w ustach Helloise, gdyby nie rozmiękczyła jej chwilę wcześniej wspominka o rytuałach i znakach.
O bogach słyszała już zresztą podobne herezje (hehe) z ust Leviathana. Nieustannie próbował ją przekonać, że Bogini nie przeszkadza sytuacja w Kniei, może nawet ją wspiera. Opowiadał jej, że nie wadzi Matce ów chaos. Tylko tym Helloise gniewał i smucił, raz po raz musiała odrzucać jego słowa jako kłamstwa. A jednak to Leviathan spotkał Matkę w czasie rytuału w Stonehenge. Opowiadał jej o nim. Helloise nie potrafiła więc w pełni odtrącić jego zdania, nawet jeśli się jej nie podobało.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Brenna Longbottom - 05.03.2026

Brenna nie była ateistką – trudno być ateistą w czarodziejskim świecie. Ale trudno było być i jednostką głęboko wierzącą, jeśli pracowałeś w policji i stykałeś się każdego dnia z rzeczami… różnymi. W gruncie rzeczy większość gliniarzy szybko stawała się cyniczna i zrezygnowana bądź robiła swoją pracę po łebkach. Brenna zachowała pogodę ducha, ale w tym duchu nie zostało jakoś wiele miejsca na żarliwą wiarę.
– W takim razie miałaś szczęście, że cię nie dopadły. W najlepszym razie wyssałyby z ciebie młodość, w najgorszym… nie tylko zamieniły w pył ciało, ale może i skradły ducha – westchnęła, nijak nie komentując modlitw Helloise za Voldemorta. Ona też nie rozumiała, nie pojmowała, nie mogła pojąć pewnych rzeczy. I jedną z nich była modlitwa za tego, przez którego te potwory krążyły po Kniei, bo nic ani nikt nie miał jej przekonać, że to nie jego wina. – Nie znam się na znakach, Helloise. Przekazałam to, czego się dowiedziałam tym, którzy mogą wiedzieć więcej. A co do rytuału, jeśli da się go nauczyć i coś jest wart, będę próbowała. - Czy miała szansę powtórzyć zaklęcie, o którym pisał Hjalmar? Czy w ogóle miało ono przenieść jakiś skutek, czy to była błędna ścieżka? Czy dziecko cokolwiek przekaże? Nie zamierzała jednak udawać, że jest czegokolwiek pewna.
– Czy to bluźnierstwo zastanawianie się, czy postępowanie ludzi jej w jakiś sposób nie skrzywdziło? Po drugiej stronie śmierciożercy zostawili za sobą ponoć szlak spalonej ziemi, a w Stonehange... Nie wiem czy zrobiło to przelanie krwi przez arcykapłankę, czy coś innego, ale coś się tam... zepsuło. Trzeba było to naprawić.
Nie miała pojęcia, co widział Leviathan i co mu powiedziano. Wiedziała głównie, że rytuał odprawiany przez Macmillanównę poszedł bardzo nie tak, że bogini nie wydawała się szczęśliwa z tego, że krwią spływały ołtarze, i wiedziała, co działo się tam później, gdy posłano tam funkcjonariuszy i paru specjalistów. Miała dziwne wrażenie po tych wszystkich wściekłych duchach i po nagłym odżyciu okolicy, gdy to wszystko oczyszczono, że jednak składane tam ofiary nikomu nie były miłe.
– Ale nie będę mówić czegoś, co ci niemiłe, bo nie znam się na boskich sprawach. I nie ma sprawy. Chętnie pomodlę się w takiej intencji – zgodziła się, bez większych oporów, bo w pewnym sensie dostała to, czego chciała: wiedziała przynajmniej mniej więcej, co „autor miał na myśli”, zostawiając czaszki pod ich domem. I chociaż Helloise mogła kłamać i to wciąż było niepokojące, chyba przynajmniej na razie Brenna mogła potraktować jej działania jako stosunkowo nieszkodliwe.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Helloise Rowle - 13.03.2026

Helloise nie miała złudzeń. Doskonale wiedziała, że Brenna ma rację — jedyne, co ich z Louvainem ocaliło tamtego wieczora, to szczęście. Widma czekały przyczajone, obserwowały, ale nie zdecydowały się ich zaatakować. Nie zrobili niczego, co można byłoby zaliczyć w ich zasługę; tylko uciekali. Nie trzeba było Helloise straszyć: słyszała o tym, co działo się z tymi, którzy wpadli w szpony upiora. Lorraine opisała jej to w szczególe.
Szczegółów natomiast nie potrafiła odłowić z relacji Longbottomówny, która nie powiedziała nic ponad to, że istnieją znaki i istnieją rytuały. Jakie znaki? Jakie rytuały? Rozjątrzyła ciekawość wiedźmy, a teraz próbowała zdusić ją. Niedoczekanie. Helloise patrzyła na brygadzistkę, wciąż czekając dalszych wyjaśnień. Zastanawiała się, jak wydobyć z Brenny coś więcej — czy naciskiem, czy przymilaniem się. Pani funkcjonariuszka zdawała się kimś, kto na oba jest głuchy, lecz przymilność bywała zwykle bezpieczniejsza — i tę ścieżkę wybrała Helloise.
Skąd te znaki? Skąd rytuały? Może i ja bym mogła o nie pytać. Znam wróżbitów, kapłanów… — zachęciła, zachowując uprzejmą pozę, choć w środku zaczynały się w niej odzywać pierwsze pomruki zniecierpliwienia. — Tylko opisz mi je. Widzisz, gdzie żyję. To może mi pomóc następnym razem. — Spróbowała, odwołując się do argumentu własnego bezpieczeństwa. Jeśli Brenna rzeczywiście miała serce tak prawe, jak sugerowała jej legitymacja służbowa, być może weźmie to do siebie.
Wytykanie błędów arcykapłanki przez kogoś z Kowenem niezwiązanego i sugerowanie, że Bóstwo dało się skrzywdzić… Brenna była bardzo zuchwała, nawet jeśli ubierała to w niewinne słówka przypuszczenia. Mimo że Helloise również słyszała o tym, że ofiary krwi rzeczywiście nie okazały się Bogini miłe, nie zamierzała ulegać ułomnym interpretacjom innych ludzi. Ich skrzywionej, ograniczonej percepcji. Ich zwątpieniu.
Naprawdę wierzysz, że Voldemort, ten człowiek, mógłby mieć moc taką, aby zaszkodzić samej Bogini? — obruszyła się, słysząc ową godną politowania bzdurę. — Może niszczyć dzieło jej stworzenia, nas, ale sięgnąć samego bóstwa? — Ona w to nie wierzyła.
Niezrażona Helloise splotła drugą dłoń z wolną dłonią Brenny i spuściła głowę w dół. Patrzyła na ziemię pod ich stopami, klarując w głowie intencję.
Zatem prośmy o pomyślność w sprawach Kniei dla twojego wuja — powiedziała, półgłosem sącząc powoli słowa. — Dla niego i wszystkich, którzy będą działać w tym z nim. Żeby Bogini Matka czuwała nad nimi i prowadziła ich, Dziewica dodała sił, Starucha udzieliła mądrości. — I w cichości swojej duszy szczerze wznosiła te prośby do Trójbogini, w której z wiarą szukała ratunku.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Brenna Longbottom - 19.03.2026

Ani przymilanie, ani grożenie, nie zadziałałyby specjalnie w przypadku Brenny. Wskazanie, że Helloise może grozić niebezpieczeństwo było już znacznie skuteczniejsze. Gorzej, że po pierwsze Brenna sama pewnych rzeczy nie rozumiała, bo nie znała się choćby na runach, a po drugie pewnych informacji – jak danych Giovanniego i jego pensjonatu – nie przekazałaby nikomu. Nie miała w końcu pewności, czy te ołtarzyki na pewno były nieszkodliwe: czy wiedźma z Kniei nie próbowała po prostu odwrócić kota z ogonem.
– Jak mam opisać ci runę ochronną, skoro nie potrafię malować run, Helloise? Jeżeli faktycznie będzie działała, osobiście ci tu taką przyniosę. Na razie…
Zawahała się, jakby szukając właściwych słów. Jakieś tam d r o b n e przypuszczenia pojawiały się w prasie, ale ona miała pewność. Rozmawiała z ludźmi, w tym z Dorą i Cynthią, a potem przepłoszyła te stwory patronusem.
Nie była jednak dostatecznie szalona, aby ot tak przyznać się wprost do łamania prawa.
Nie oznaczało to, że planowała trzymać język za zębami, gdy ktoś mógł podejść i spróbować ot tak Helloise zabić.
– Te istoty są zimne. Nienawidzą tego, co dobre. Nienawidzą życia i dobrych wspomnień i pragną ci je odebrać, wyssać raz z życiem. Przypomina ci to coś? – spytała, zwracając spojrzenie w stronę lasu, wypełnionego strachem i nienawiścią. – Takie istoty da się odgonić.
W ten sam sposób, co patronusy.
Naprawdę w to wierzysz?
Nie wierzyła: nie do tej pory. Ale nie przed Stonehange, nie przed Spaloną Nocą, nie przed opowieścią Mavelle, nie przed wspomnieniami, zaszczepionymi w umysłach jej przyjaciół. Ale teraz…
…teraz nie była pewna, w co wierzyć.
– Wierzę, że próbował. Wierzę, że próbując coś popsuł. Wierzę, że jeśli nawet nie sięgnął samej bogini, bo nie leży to w jego możliwościach, zepsuł rzeczy w jej krainie i w świecie, który stworzyła, bo wyrokami bogów śmiertelnicy nie powinni wchodzić do krainy umarłych, by wynieść stamtąd moc – powiedziała w końcu. Nie miały tu znaleźć nieporozumienia: i z powodów wiary, i czegoś głębszego, tego co ciągnęło Helloise ku śmierciożercom (nie żeby Brenna o tym akurat wiedziała), a Brennę dokładnie w przeciwną stronę. Skłoniła jednak głowę posłusznie w modlitwie, zaintonowaną przez wiedźmę z Kniei, bo nie odmówiłaby wspólnych modłów za swego krewnego, a panna, matka, starucha, w pewnym sensie stanowiły uosobienie kobiecego losu, nawet jeśli odrzeć by je z boskości.


RE: [01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise - Helloise Rowle - 21.03.2026

Decyzja o niedzieleniu się z Helloise wszystkim, co Brenna wiedziała, była raczej dobra. Wiedźma nie miała może długiego języka — zwykle zatrzymywała informacje dla siebie — lecz nie odczuwała również wobec Longbottom żadnego sentymentu i bez mrugnięcia okiem wykorzystałaby wrażliwe informacje na swoją korzyść, gdyby tylko jakaś okazja pojawiła się na horyzoncie.
Przerysuj to, przyprowadź mi człowieka, który będzie to potrafił — czarownica miała wiele pomysłów na to, w jaki sposób Brenna mogła ją dopuścić do posiadanych przez siebie informacji o runach. Potrafiła jednak dostrzec, kiedy ktoś nie chce się pod nią ugiąć ani na centymetr. Nie z tej strony, to z innej…
Oczywiście. Tak mówią, że da się je odgonić — potwierdziła tymczasem, ponieważ choć nie miała żadnego praktycznego doświadczenia z odstraszaniem widm, to czytała w gazetach o tym, że patronusy mają być skutecznym rozwiązaniem. Hela była na tyle zdolną nekromantką, że informacja o tym miała dla niej realną wartość; potrafiłaby zapewne nie najgorszego patronusa wyczarować.
Wbrew pozorom w kwestii tego, że Voldemort zniszczył coś, kobiety się zgadzały. Nie było sposobu — nawet w pokręconym umyśle Helloise — aby wyprzeć ten fakt. Chciała ona wierzyć natomiast, że uda się Śmierciożerców po dobroci stopniowo spychać na inny tor i przypomnieć im, czym jest prawdziwy konserwatyzm. Bo jak wojować, to tylko z Boginią na ustach w świętej wojnie prowadzonej z dala od miejsc kultu religijnego. Wówczas godne to i sprawiedliwe.
Jeśli Matka okazała się łaskawa, być może usłyszała dwie swoje córki, które tamtego dnia zaniosły jej w tym kameralnym akcie modlitewnym swoje intencje.
Wróć, jeśli będziesz o czymś wiedziała — poprosiła na koniec Helloise, po czym ostatni raz ścisnęła ręce Brenny i wycofała się. Przysiadła na miotle niby na ruchomej ławeczce i dała się ponieść w górę, do ciemnego wnętrza chaty na kurzej łapie.
Ledwie znalazła się w środku, poza zasięgiem wzroku Brenny, czarownica sięgnęła po skryte w jednej z szaf eliksiry na sen i wypiła flakonik duszkiem. Czując ogarniającą ją naraz senność, stanęła przy oknie, aby patrzeć na to, co zrobi dalej Longbottom. Nie kryła się — jeśli brygadzistka akurat spojrzała w górę, mogła dostrzec Helloise obserwującą ją spomiędzy firan.
Sylwetka obserwatorki nie majaczyła tam jednak długo. Kobieta szybko osunęła się na sofę, a tracąc świadomość skupiła swoją energię na tym, aby wyjść z ciała. W jakiejś płonnej, naiwnej nadziei na więcej informacji zamierzała podążyć za Brenną, która rozjątrzyła jej ciekawość i pozostawiła zirytowaną.

// rzucam nekromancję na użycie eksterioryzacji
[roll=Z]

Możesz się obracać, Brenno! Możesz nasłuchiwać. Nic ci to nie da. Duch Helloise podążał za brygadzistką tak długo, jak ta nie zniknęła w murach chronionego domu czy nie teleportowała się w nieznane. Wiedźma nie dowiedziała się może tego dnia już niczego więcej, lecz wiedziała teraz, że Brenna Longbottom ma coś, co ona również bardzo chciałaby mieć — informacje.

Koniec sesji