Secrets of London
[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy (/showthread.php?tid=5795)

Strony: 1 2


[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Prudence Fenwick - 04.03.2026

Promienie słońca powoli zaczynały rozświetlać mrok, który jeszcze chwilę wcześniej okrywał dom. Przebijały się przez szyby, zwiastowały, nowy, lepszy dzień. Piątek trzynastego. Naprawdę wspaniały poranek. Podniosła głowę, nie do końca była świadoma podróży, którą przed chwilą odbyła. Zasnęła, to było możliwe, spojrzała na swojego męża, który nadal leżał na dywanie, na ręce, na których miała jego krew, nie była już ciepła, musiała minąć dłuższa chwila. Widziała, że oddychał, nie pozwoliła mu umrzeć, chociaż tyle udało jej się zrobić.

Była zmęczona, to nie była lekka noc, wręcz przeciwnie, jedna z bardziej intensywnych nocy w jej życiu, ale musiała jakoś doprowadzić ich do względnego porządku. Przedpokój nie był do tego idealnym miejscem. Musiała znaleźć im bardziej dogodne pomieszczenie, sypialnia wydawała się jej właściwym miejscem. Szkoda tylko, że znajdowała się na piętrze. Nie miała wątpliwości co do tego, że bez drobnej pomocy magii nie będzie w stanie sobie poradzić, Benjy był wielki, ona wręcz przeciwnie, nie było żadnej szansy na to, że zdoła go przetransportować wyżej o własnych siłach.

Na szczęście trzymała w dłoni swoją różdżkę, mogła więc spróbować zrobić to w inny sposób, zaklęcie nie wydawało się szczególnie skomplikowane, powinna sobie z tym poradzić pomimo zmęczenia, które z każdą chwilą uderzało w nią coraz bardziej. Miała świadomość, że póki co nie może sobie pozwolić na odpoczynek, gdy będzie mieć pewność, że wszystko z nim w porządku zajmie się sobą, a do tego była daleka droga.

Miała naprawdę wiele do powiedzenia na temat tego, co się wydarzyło, póki co jednak nie było z kim rozmawiać, poczeka więc, aż dojdzie do siebie i wtedy nie omieszka mu wspomnieć co sądzi na temat takiej nieodpowiedzialności. Uniknęliby komplikacji, gdyby od początku był z nią szczery, na pewno pozwoli sobie na krótki monolog, bardzo krótki, aczkolwiek intensywny, jednak jeszcze nie teraz.

Nie wyszło najgorzej, jednak wiedziała, że mieli w tym wszystkim sporo szczęścia, coś im sprzyjało, bo to wcale nie było takie pewne, że to czego dokonała mogło się udać. Zaryzykowała, zresztą nie widziała innej możliwości, to był całkiem prosty wybór, a teraz znajdowali się znowu razem w tym jakże wspaniałym miejscu. Uśmiechnęła się sama do siebie, trwało to krótki moment, bo wiedziała, że to dopiero początek drogi, musiała go jeszcze jakoś postawić na nogi, ale tym będzie martwić się za chwilę. Najważniejsze, że aktualnie nie było najgorzej.

Prue podniosła się na nogi, coś strzyknęło jej w kolanie, kiedy to robiła, nie była przyzwyczajona do tkwienia w takiej pozycji, o czym jej ciało postanowiło ją poinformować. Nachyliła się, aby zabrać ze sobą na górę swoją torbę medyczną, jej zawartość na pewno jej się przyda, gdy będzie dokonywać dalszej diagnozy, zawiesiła ją sobie na ramię. Była gotowa do drogi. Westchnęła cicho, kiedy jej dłoń zaciskała się na różdżce, machnęła ją po chwili i mruknęła pod nosem zaklęcie, które miało unieść jej męża nad ziemią.


[roll=O]

Podjęła dwie próby, gdyby pierwsza się nie udała.

[roll=O]

Później ruszyła z wysoko uniesioną różdżką, unosząc w powietrzu bezwładne ciało Benjy'ego. Miała nadzieję, że nie zrobi mu krzywdy lewitując go na górę, schody jednak były dość wąskie. Istniała szansa, że zahaczy jego głową o którąś framugę, chociaż starała się jak najbardziej uważać. Nie ma się co jednak oszukiwać, w przypadku kogoś o jego gabarytach to wcale nie było łatwym zadaniem.


Czy Benjy przywali głową we framugę?
[roll=TakNie]

W końcu znaleźli się w sypialni, gdzie delikatnie opuściła jego ciało na łóżku. Sama zaś podeszła do niego, pozwoliła sobie na kolejne oględziny, podała mu jeden z eliksirów, które miały wspomóc proces leczenia. Gdy miała pewność, że wszystko jest tak jak powinno, sama wlazła do łóżka, nie zamierzała jednak spać, to nie był na to odpowiedni moment. Usiadła opierając się o zagłówek, skuliła się nieco, zakryła rękoma kolana. Powoli zaczynało do niej docierać, co właściwie wydarzyło się tej nocy, przestawiała się ze swojego zawodowego trybu na tryb żony, która omalże nie straciła swojego męża. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona.




RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Benjy Fenwick - 07.03.2026

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]
Obudziłem się tak, jak budzą się ludzie, którzy przeżyli za dużo podobnych poranków, aby w ogóle łudzić się, że wystarczy tylko rozciągnąć mięśnie i rozprostować kości, by móc z radością przywitać nowy dzień. Nie ziewnąłem głęboko, nie potargałem rozczochranych włosów i nie przekrzywiłem głowy, aby spojrzeć na zegarek stojący na szafce nocnej, nie sięgnąłem też za siebie, by poprawić poduszkę pod głową i wyprostować plecy do siadu przy zagłówku łóżka. Nie zrobiłem także niczego teatralnego, co mogłoby pasować do wybudzania się ze stanu bliskiego śmierci ani z omdlenia wynikającego z poważnej utraty krwi - nie było gwałtownego poderwania się ani jasnej chwili odzyskania przytomności, którą zaanonsowałbym głębokim i dramatycznym wdechem, nic z tych rzeczy. Najpierw była mgła i cisza, ale nie ta za oknem, tylko ta w mojej głowie - gęsta, lepka, otumaniająca, rozlewająca się wokół, przytłumiająca wszystkie moje zmysły - dopiero potem przyszedł wszechogarniający dyskomfort. Zupełnie tak, jakby moje ciało potrzebowało chwili, aby zgrać ze sobą to, co przygotował dla mnie zestaw doznanych rozległych obrażeń wewnętrznych i pomniejszych urazów zewnętrznych. Świadomość tego, że miałem pożałować powrotu do przytomności, i że nie wybudzałem się właśnie z przyjemnej, popołudniowej drzemki, która całkowitym przypadkiem przeciągnęła się o kilka zbędnych godzin pojawiła się dopiero do paru sekundach, brutalna i nieproszona, robiąc to jeszcze przed tym, jak zdecydowałem się uchylić powieki albo nawet lekko nimi poruszyć.
Zawsze tak jest - najpierw dociera do ciebie fakt, że wciąż oddychasz, zaraz potem przychodzi rachunek za to, że przeżyłeś - kolejność praktycznie nigdy nie bywała inna, przynajmniej nie według mojego szerokiego doświadczenia w wybudzaniu się na pograniczu życia i śmierci. Ocknąłem się niemrawo, jak zawsze, chociaż moje ciało wcale tego nie chciało, a tym, co poczułem najwyraźniej nie było pulsujące światło pod powiekami ani wyrazisty dźwięk łomotania krwi w uszach, lecz ciężar - przejmujący, duszący ucisk zalegający mi od gardła, przez mostek aż do końca przepony - miałem wrażenie, że ktoś wylał na moją klatkę piersiową płynny ołów, który teraz zastygł, przygniatając mnie do ciepłego materaca. Tego, który w każdej innej sytuacji byłby całkiem wygodny, a teraz przypominał o tym, że większość łóżek nie była dostosowana do niestandardowej wagi.
Oddychałem płytko, leżąc nieruchomo i próbując ustalić gdzie właściwie się znalazłem, w taki sposób, by nie dać ani jednego zbędnego znaku powrotu do przytomności, bo przecież nie byłem pewien, co się ze mną stało - mogłem znaleźć się dosłownie wszędzie, moja pamięć nie działała jeszcze w pełni, więc bazowałem na tym głęboko zakorzenionym odruchu, aby kupić sobie chwilę czasu na wstępne rozeznanie się w sytuacji. Zapadałem się w piance, jednocześnie czując nacisk na piersi, co razem z ciężkimi powiekami tworzyło naprawdę nieprzyjemne wrażenie - coś bliskiego klaustrofobii - pomimo tego przez chwilę nie próbowałem otworzyć oczu, bo w tym stanie nawet samo mrugnięcie wydało mi się wysiłkiem, na który musiałem być wcześniej odpowiednio przygotowany.
Łupało mi w głowie, jakbym co najmniej uderzył nią o coś twardego, co samo w sobie mówiło mi niewiele, bo zdecydowanie nie było aż takie dziwne - w moim fachu dosyć często ładowałem na ziemi, ścianie czy czymś równie nieprzyjemnym, nie mówiąc już nic o tym, że przy tym wzroście wystarczyło, bym zagapił się podczas przechodzenia przez drzwi, aby na koniec dnia skończyć z guzem wielkości pomarańczy - to nie tłumaczyło pościeli, w której się znalazłem, ani tego, że w mojej pamięci istniało więcej dziur niż informacji. Powietrze wokoł mnie było ciepłe i suche, pachniało październikiem - tym charakterystycznym zapachem dżdżystej, brytyjskiej jesieni, kurzem zza rozgrzanych żeliwnych grzejników, drewnem kominkowym, ziołami i czymś jeszcze, czymś metalicznym, co przypominało krew nawet wtedy, kiedy już jej nie było. Spróbowałem przełknąć ślinę i odkryłem, że prawie jej nie ma - w ustach miałem sucho jak po kilkudniowej wędrówce przez pustynię, język przykleił mi się do podniebienia, na domiar złego, zacząłem być nadto świadomy pieczenia w gardle, które może nie było najgorszym z problemów, lecz z pewnością nie było subtelne.
Zacisnąłem szczękę i spróbowałem się poruszyć, chcąc zmienić pozycję odrętwiałego ciała - to był błąd - ból uderzył natychmiast, ostry i przeszywający, przypominający rozgrzany nóż, który z błyskiem wsunął mi się między żebra, obracając się kilka razy. Wstrzymałem oddech, jakbym w ten sposób mógł przechytrzyć piekącą falę, sprawić, że cofnie się tam, skąd przyszła, ale na próżno - nie mogłem powstrzymać impulsu, który sprawił, że teraz oddychanie też bolało. Mimo to nie syknąłem, nawet nie drgnąłem, nie wydając z siebie ani jednego ciemiężniczego jęku - lata praktyki w dostawaniu wpierdolu robiły swoje, człowiek uczył się milczeć, kiedy ciało próbowało go przekonać, że jednak nie jest z żelaza. Przywykłem do bólu dawno temu, był informacją, nie tragedią. Informował mnie, że jeszcze żyję, moje ciało nadal wykonywało swoją robotę, nawet jeśli robiło to w sposób cholernie nieprzyjemny. To nie było zwykłe kłucie ani tępy ucisk, to było coś żywego, gorącego, wgryzającego się w mięśnie od środka. Wilkołacze pazury zrobiły swoje, kiedy przeszyły warstwy skóry, przebijając się przez gruby płaszcz, jak przez mokry papier, jednak w tym momencie nie za bardzo pamiętałem całą sytuację - pamiętałem głównie ten krótki, brutalny, szarpnięty oddech, który wyrwał mi się wtedy z płuc. Teraz rana najwyraźniej się zrastała, a zrastanie nigdy nie było łaskawe, mięśnie pod skórą drżały, jakby nie mogły się zdecydować, czy chcą się napiąć, czy poddać. W końcu tylko zaległem bez ruchu, oddychając płytko i powoli, żeby nie prowokować kolejnej fali, otwierając jednak powieki i mrugając parokrotnie, by wyostrzyć obraz skąpanego w półmroku pokoju. Ogród za oknami spowiła mgła - gęsta, mleczna, przyklejona do szyb tak, że świat kończył się kilka kroków od domu - szare światło wczesnego poranka wlewało się do sypialni. W pomieszczeniu panowała taka cisza, że słyszałem tykanie zegara gdzieś w drugim końcu domu i własny, nierówny oddech, dopiero po chwili zorientowałem się, że towarzyszył mu również drugi, spokojniejszy, znacznie cichszy, ale równie znajomy. Mimo to przez chwilę patrzyłem tylko na swoje dłonie, wyjątkowo blade na tle kremowej pościeli w drobne kwiatuszki, milcząco, próbując poukładać w głowie wszystko, co wydarzyło się między nocą a tym mglistym, październikowym świtem.
Las. Zapach mokrej ziemi. Ciężar czegoś, co uderzyło mnie z boku. Pazury. Krew.
Zamknąłem na moment oczy, czując jak wspomnienie przetacza mi się przez głowę jak zimna fala.
- Dalej szyję? - Zapytałem wreszcie cicho, głos miałem chropowaty, jakbym połknął garść piasku. Na chwilę zamilkłem, po wypowiedzeniu tych słów, zastanawiając się, czy to naprawdę było pierwsze zdanie, jakie przyszło mi do głowy po przebudzeniu, ale prawda była taka, że kiedy człowiek budzi się z bokiem rozdartym przez wilkołacze pazury, pytanie o to, czy wciąż jest po tej stronie świata, wydaje się całkiem rozsądne - prawda?
Oddychałem powoli, czując ból pulsujący pod opatrunkiem i rozchodzący się po żebrach - był tam, ciężki i gorący, ale jednocześnie dziwnie uspokajający - znaczył, że ciało się broni, a skoro się broniło, to znaczyło, że jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa. Ręce Prue spoczywały na jej kolanach, palce miała splecione ciasno, jak u kogoś, kto siedzi tak już od długiego czasu i pilnuje, żeby nic się nie wydarzyło - albo żeby coś się w końcu wydarzyło - kiedy znowu otworzyłem powieki, nadal tu była, zamrugałem powoli, próbując skupić wzrok na jej twarzy.


RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Prudence Fenwick - 09.03.2026

Dotarcie na piętro nie było dla Prue prostym zdaniem. Nie była mistrzynią translokacji, ba, jej wiedza w tej dziedzinie ograniczała się raczej do umiejętności teleportacji, jakimś cudem jednak po raz kolejny okazała się być wyjątkowo zdeterminowana - jak zawsze, kiedy jej na czymś zależało. Udało jej się przenieść męża bez niepotrzebnych przystanków po drodze, nie był łatwym materiałem do transportowania, ważył swoje, nie obeszło się też bez strat, przydzwoniła bowiem jego głową o framugę... być może mogło to przynieść pozytywne efekty, kto wie, może potrzebował takiego pizgnięcia, aby coś do niego dotarło. Tak czy siak najważniejsze było to, że udało jej się dotrzeć do celu całkiem sprawnie, bez niepotrzebnych przystanków, czy kolejnych prób. Sama była bowiem nieco zmęczona, ta walka o życie kosztowała ją sporo energii, jego na pewno dużo więcej, ona tylko odrobinę pomogła mu pozostać wśród żywych.

Kiedy zadbała o to, by znalazł się w łóżku sama się w nim znalazła. Nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zasnąć, nie dopóki nie miała pewności, że wszystko jest w porządku. Musiała czuwać, nie było innej możliwości, powinna być gotowa na interwencję, jeśli taka będzie konieczna. Właśnie dlatego siedziała tuż obok. Jej wzrok co chwilę wędrował na ciele mężczyzny, sprawdzała, czy jego klatka piersiowa się unosi, czy oddycha. To było całkiem zajmującym zajęciem, na tym się skupiała, wolała nie myśleć o tym, co właściwie się wydarzyło. Nie wątpiła w to, że będzie to do niej wracać, nigdy nie pozbędzie się tych obrazów ze swojej głowy, czy tego chciała, czy nie. Taki już jest urok osób, które pamiętają wszystko.

Nie miała pojęcia ile czasu minęło, ile tkwiła w jeden pozycji, zawiesiła się na jego ciele, obserwowała, jak klatka piersiowa unosi się i opada, dzięki temu też stawała się spokojniejsza. Strach się ulatniał, wiedziała, że są to dobre symptomy, być może była przed nimi długa droga, jednak istniała, co wcale nie było takie oczywiste jeszcze kilka godzin wcześniej. Naprawdę  mogła go stracić, tak po prostu.

Miała świadomość, że obrażenia, które zadała mu bestia były z tych zabójczych. Jego ciało zostało dosyć mocno poturbowane, liczyła jednak na to, że w miarę szybka reakcja spowoduje, że nie będzie tak źle. Cóż, oddychał zdecydowanie mogło być gorzej, zwłaszcza, że praktycznie umierał na jej rękach.

Prudence nienawidziła wilkołaków, po tej nocy jej nienawiść do tych stworzeń miała być jeszcze większa, nie miała pojęcia dlaczego nikt jeszcze nie zajął się tymi przeklętymi tak jak trzeba, gdyby tylko mogła sama wypleniłaby je do ostatniej sztuki gołymi rękoma. O tym jednak będzie myśleć później, póki co miała zamiar skupić się na tym, aby doprowadzić swojego męża do porządku, co pewnie zajmie kilka dni, nie zamierzała mu w żaden sposób odpuszczać po tym, co się wydarzyło, wręcz przeciwnie zaczęła sobie w głowie szykować plan na to, jak bardzo dokładnie będzie musiała się nim zająć.

W końcu się poruszył, nie miała pojęcia, czy się obudził, czy był to tylko zwykły, senny odruch, nie spuszczała z niego wzroku, jakby odwrócenie go mogło spowodować, że stanie mu się krzywda, a przecież już było po wszystkim, już był bezpieczny, nie miało być gorzej niż tej nocy, która już mijała. Pierwsze promienie słońca zaczynały przebijać się przez szyby okien, chociaż trudno je było wyłapać przez gęstą mgłę. Nadchodził ranek, nie zwiastował jednak niczego dobrego, chociaż może? To, co najgorsze zabrała ze sobą odchodząca noc.

Otworzył oczy, Prue odetchnęła z ulgą, ciężar wydawał się opuścić jej ciało, ramiona jeszcze przed chwilą spięte opadły jej, ręce nadal miała jednak ciasno owinięte wokół własnych kolan. Miała świadomość, że ta pobudka nie była niczym przyjemnym, musiało go boleć całe ciało, które powoli zaczynało się zrastać. Rany były głębokie, potrzebowały czasu, żeby się zasklepić. Obserwowała go uważnie, póki co jednak się nie odezwała. Nie miała pewności, czy to nie było chwilowe, zresztą po chwili zamknął oczy, jak się okazało tylko na moment.

- Dalej żyjesz. - Nie sądziła, że musiała odpowiadać na to pytanie, jego ciało na pewno w tej chwili samo bardzo mocno zamierzało go o tym informować. - Jakimś cudem, udało Ci się przetrwać. - Ton jej głosu był spokojny, chociaż się denerwowała, bo zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo blisko było tego, żeby stało się zupełnie inaczej. Udało im się oszukać śmierć, jak wiele razy jeszcze przyjdzie im to zrobić? Nie miała pojęcia, był to pierwszy raz, czuła, że nie ostatni.

- Będzie bolało, jeszcze przez kilka dni, później wszystko powinno wrócić do normy. - Nie do końca wiedziała jak się zachować, naprawdę bała się o niego minionej nocy, obawiała się, że polegnie, że nie uda jej się go uratować, nie wybaczyłaby sobie tego. Bycie uzdrowicielem niosło ze sobą pewną odpowiedzialność, miała tego świadomość, kiedy jednak chodziło o życie najbliższych, cóż - nie dało się do końca opisać jej ciężaru. Tym razem udało jej się jakoś sobie z tym poradzić, bała się tego, że kiedyś może być inaczej. Musiała jednak jakoś to wszystko przetrawić, bo wiedziała, że to był dopiero początek, nie wątpiła w to, że takie sytuacje mogą się powtórzyć.

Przesunęła się na łóżku, ostrożnie, tak, by znaleźć się tuż obok niego, położyła się na boku, aby móc nadal na niego patrzeć, starała się trzymać emocje na wodzy, chociaż nie było to łatwe. Była zła i szczęśliwa jednocześnie, zła, bo nie powiedział jej od razu, co się stało, bo stracili bardzo dużo czasu przez to, że nie wspomniał jej o swoich obrażeniach, szczęśliwa, bo jakimś cudem nadal żył. - Jak się czujesz? - Było to pytanie z retorycznych, wiedziała, że nie może czuć się dobrze, z dwojga złego jednak miał możliwość, w ogóle jakoś się czuć.




RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Benjy Fenwick - 10.03.2026

Wspomnienia wracały do mnie powoli, w półmroku mojego umysłu, odsłaniając tylko fragmenty tego, co wydarzyło się wcześniej. Jeszcze przed chwilą dryfowałem gdzieś pomiędzy snem a czymś znacznie głębszym i ciemniejszym, teraz jednak wszystko wracało - ciężar kończyn, pulsowanie w skroniach, nieprzyjemne, tępe kłucie rozlewające się po całym boku. Obraz pojawił się nagle - ciężkie ciało w mgle, błysk zębów, kępki trawy wzlatujące w górę, pazury, które wbiły się mój bok jak hak - pamiętałem szarpnięcie, upadek na mokrą ziemię i własny oddech, który nagle stał się czymś obcym, rwanym. „Wilkołak” - samo wspomnienie tego słowa było jak zimna ręka przesuwająca mi się po karku - a może raczej jak ciepły, mokry, śmierdzący oddech muskający wrażliwą skórę z tyłu mojej głowy, wprawiający w ruch wszystkie, nawet najdrobniejsze włoski. Nieważne, do czego bym to porównał, całe moje ciało pokryło się gęsią skórką, było mi jednocześnie ciepło i lodowato, znalazłem się w jasnym pomieszczeniu, lecz pod powiekami wciąż miałem przebłyski tamtej nocy - wilgoć, ciężki warkot bestii, mokrą ziemię pod kolanami - miałem wrażenie, że jeśli zamrugam odrobinę zbyt szybko, znowu zobaczę zęby tamtego stworzenia zamiast znajomego sufitu nad łóżkiem.
Ciepło pod plecami, zapach domu, mgła za oknem i…
I krew…
Otworzyłem oczy powoli, chociaż sam ruch powiek wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. Na ułamek sekundy straciłem przytomność umysłu, nie od razu reagując na słowa żony, tylko odruchowo przesuwając spojrzeniem po zaparowanej szybie drzwi balkonowych, za którą coś się poruszyło. Prawdopodobnie był to jakiś przelatujący ptak - gęś, może kaczka, jednak przez zatrważająco wyraźny, jak na stan mojej pamięci, moment miałem wrażenie, że w gęstej mgle zobaczyłem zarys jego sylwetki - zbyt duży, zbyt szybki, zbyt żywy jak na coś, co powinno istnieć tylko w opowieściach przy piwie. Świat zniknął na sekundę, kiedy znów go zobaczyłem, w głowie zaczęły układać mi się pierwsze sensowne fragmenty ostatnich… Dni? Godzin? Na pewno nie minut, ponieważ pamiętałem, że było ciemno, gdy ostatni raz wiedziałem, co działo się dookoła mnie. Potem znów byłem tu - w domu, zupełnie nie wiedząc, jak znalazłem się w sypialni.
Przymknąłem oczy na moment, nie dlatego, że chciałem znowu zasnąć, tylko dlatego, że światło wydawało się zbyt jasne, a głowa zbyt ciężka. Nie byłem pewien, czy naprawdę się obudziłem, czy tylko na moment wynurzyłem się z tego dziwnego, ciężkiego półsnu, w którym dryfowałem od... Nie wiedziałem nawet jak dawna. Spróbowałem przełknąć ślinę i od razu poczułem, jak bardzo miałem wysuszone gardło, powietrze zdawało się drapać mnie od środka, a w ustach czułem gorzki posmak czegoś leczniczego, zmieszanego z metaliczną nutą krwi. Każdy oddech był płytki, jakby moje ciało jeszcze nie zdecydowało, czy naprawdę chce wrócić do pracy, kiedy zaś lekko poruszyłem ramieniem, ból w moim boku rozlał się niczym ogień, ciężki i głęboki, ciągnący wzdłuż żeber.
Zacisnąłem zęby, pozwalając temu wrażeniu przejść przez mnie falą - to nie było zwykłe skaleczenie ani stłuczenie, to było szarpnięcie czegoś dużego, czegoś ciężkiego, czegoś, co miało kły i pazury - doskonale wiedziałem, że „kilka dni” było optymistycznym założeniem powrotu do formy.
- To… - Głos miałem tak ochrypły, że sam ledwo go rozpoznałem. Przełknąłem ślinę, która niczego nie poprawiła, po czym przekręciłem głowę bardzo powoli w stronę Prudence, nawet jeśli ten drobny ruch sprawił, że świat na moment lekko się zachwiał. - Dobsze wiedzieś. - Chciałem się uśmiechnąć, choćby krzywo, ale zamiast tego wyszedł z tego tylko nieudolny grymas, który zakończył się cichym syknięciem, kiedy mój bok zaprotestował przeciwko tak niewielkiemu wysiłkowi. Zamknąłem na moment oczy, pozwalając, żeby kolejna fala bólu przetoczyła się przeze mnie i opadła, zostawiając po sobie tylko to ciężkie, pulsujące echo.
Kiedy je znowu otworzyłem, Prue była już bliżej, przesunęła się na łóżku tak ostrożnie, jakby każdy centymetr przestrzeni między nami był czymś niezmiernie wartościowym - tak, jakby bała się ruszyć, jakby każdy nagły ruch mógł coś zepsuć. Przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, to było dziwne uczucie - widzieć ją tak wyraźnie po tym wszystkim, co jeszcze przed chwilą było tylko mgłą i ciemnością. W mojej głowie wciąż mieszały się obrazy - jej twarz i tamta bestia, ciepło tego pokoju i zimno nocnego powietrza. Przeniosłem wzrok w górę, patrząc w sufit i próbując zebrać myśli w coś, co przypominałoby odpowiedź na pytanie o moje samopoczucie. Głowa łupała mi przy każdym uderzeniu serca, gardło miałem tak spieczone, że przełknięcie śliny graniczyło z wysiłkiem, a bok pulsował ostrym, wewnętrznym ciągnięciem, które nie pozwalało zapomnieć o sobie nawet na sekundę.
- Woda… - Mruknąłem, bardziej wydychając to słowo niż je wypowiadając. Miałem wrażenie, że nieświadomie, znajdując się poza granicami świadomości, wciągnąłem w siebie całą mglistą chmurę drobnego pyłu, wdychając w płuca coś znacznie gorszego od dymu, którego nawdychałem się podczas pożarów miasta - to samo w sobie było paskudne uczucie, zdecydowanie nie potrzebowałem jeszcze bardziej cierpieć, więc spróbowałem przełknąć jeszcze raz, krzywiąc się lekko, gdy nic to nie dało.
- Jak długo…? - Zacząłem cicho, marszcząc brwi, bo w mojej głowie czas był jedną wielką plamą. „Jakimś cudem”, tak powiedziała, „jakimś cudem”, to brzmiało wystarczająco uczciwie, żebym nie kwestionował tej części informacji, zamiast tego ponownie spróbowałem odtworzyć w pamięci ostatnie chwile sprzed ciemności… Nic, zero, pustka. Pamiętałem moment, w którym coś uderzyło mnie w bok, pamiętałem, że upadłem, pamiętałem krew, wilgotne powietrze, zapach mokrej ziemi, ciężkie, nieludzkie sapanie gdzieś bardzo blisko, ale brakowało mi chronologii i znacznej części tego, co musiało być gdzieś pomiędzy.
Mgła za oknem rozpraszała światło w pokoju, przez co wszystko miało zmiękczone, przytłumione i rozmyte krawędzie, a twarz Prue wydawała się jeszcze bledsza niż zazwyczaj, niemal nierealna, jak u ducha. Przesunąłem powoli dłonią po kocu, aż moje palce zatrzymały się na grubym opatrunku owiniętym wokół obolałych mięśni - nawet przez materiał czułem napiętą skórę i pulsujące ciągnięcie pod bandażami - to było prawdziwe, zbyt prawdziwe, żeby mogło być majakiem. Milczałem chwilę, patrząc na nią uważnie, jakby dopiero teraz zaczynało docierać do mnie, że naprawdę tu była. Była blisko, na tyle blisko, że widziałem drobne czerwone żyłki w białkach jej oczu i delikatne cienie pod nimi - to nie był kolejny fragment jakiegoś dziwnego snu - wyglądała zresztą tak, jakby sama nie spała całą noc, może dłużej. Jej zachowanie było spokojne, ale znałem ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć wszystko to, co kryło się pod spodem - zbyt wiele nocy spędziliśmy razem, zbyt wiele rozmów przeprowadziliśmy, żebym nie rozpoznawał tej cienkiej, napiętej nici, która pojawiała się w postawie i tonie głosu mojej żony, kiedy naprawdę się przejmowała.
- Wyglądasz, jakbyś nie spała od… - Urwałem, bo właściwie nie wiedziałem, od kiedy. Na moment zawahałem się, obserwując jej twarz. - Od kiedy mnie tu… Pszytaszczyłaś? - Stwierdziłem w końcu, chociaż zabrzmiało to pytająco, bo moja pamięć wciąż była dziurawa. - Jak długo mnie tu nie było, Pluey? - Spytałem poważniej, nawet nie próbując się uśmiechać, wciąż z lekką chrypką w głosie. Chciałem coś dodać, może uściślić pytanie, ale w tej samej chwili tamten rozgrzany do czerwoności sztylet odezwał się w moim boku tak gwałtownie, że odruchowo przymknąłem oczy - miałem wrażenie, że ktoś wyjął i na nowo wcisnął mi w żebra kawał rozżarzonej stali, grzebiąc nim przez blisko pół minuty - oddech zatrzymał mi się w gardle na ułamek sekundy po fakcie, potem wypuściłem go powoli, bardzo ostrożnie, jakby każdy ruch klatki piersiowej mógł coś w środku rozerwać na nowo. Ten ruch wystarczył, żeby świat przez chwilę znów się zachwiał, a pulsowanie w skroniach przybrało na sile, zamknąłem oczy na sekundę, tylko żeby zebrać się w sobie. Przez chwilę słuchałem tylko własnego spłyconego dyszenia i cichego szelestu materiału, gdy Pruey poprawiała się na łóżku, a potem znowu na nią spojrzałem.
- Czuję się… - Urwałem, bo musiałem przełknąć ślinę, zanim dokończyłem. - Jakby ktoś plóbował mnie lozeblaś na części i złoszyś s powlotem w pośpiechu. - Zatrzymałem na niej wzrok dłużej - coś w jej twarzy mówiło mi wyraźnie, że ta noc nie należała do spokojnych, znałem ją wystarczająco długo, żeby rozpoznać to bez słów.
Mgła, ciemność i coś ogromnego poruszającego się w niej zbyt szybko - tamta bestia wcale nie wyglądała, jakby miała ochotę mnie wypuścić, ale…
Tak wiele elementów wciąż do siebie nie pasowało, jak gdyby moja własna pamięć sprzysięgła się przeciwko mnie. Powinienem był pamiętać… Powinienem był pamiętać o wszystkim, co się działo, ale sam ledwo trzymałem się w kupie, cała reszta była jeszcze większą sieczką.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]


RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Prudence Fenwick - 10.03.2026

Prudence miała dosyć drastyczne zdanie na temat wilkołaków, mimo, że sama nigdy nie spotkała się z żadnym zbyt blisko. Szkody, które wyrządzali przeklęci jednak dosyć mocno jej dotyczyły. Nie miała w zwyczaju wrzucać wszystkich do jednego wora, w tym wypadku jednak wyjątkowo to robiła. Uważała, że należy unicestwić te bestie, wybić je, jedna za drugą, aby nie miały szansy niszczyć życia nikomu więcej, zbyt wiele razy widziała, czego mogą dokonać. Tym razem udało jej się zareagować, jednak mało kto miał szansę przetrwać bez większych szkód spotkanie z nimi twarzą w twarz. Ta noc tylko i wyłącznie spotęgowała jej wstręt do tych bestii, być może nawet nienawiść. Nie żywiła takiego intensywnego uczucia do żadnych potworów, mimo, że przecież widziała na swoje oczy naprawdę różne przypadki spotkań z najróżniejszymi z nich. Wilkołaki stały się jej największym wrogiem. To pewnie nigdy się nie zmieni.

Nie spodziewała się tego, że dane będzie jej to powtórzyć, że znowu znajdzie się w podobnej sytuacji. Tym razem była na to przygotowana, nie pozwoliła zaskoczyć się, jak wcześniej, jednak mimo wszystko nadal miała wrażenie, że nie zrobiła wystarczająco, bo mogła reagować szybciej, bardziej precyzyjne, mogła być uważniejsza, wyłapać pewne znaki, a jednak tego nie zrobiła. Miała do siebie żal, czuła, że zawiodła. Powinna dostrzec szybciej, że coś było nie tak, zmarnowała czas i prawie dopuściła do tego, aby odszedł z tego świata w jej ramionach. Świadomość tego nie była przyjemna, wiedziała nad czym powinna popracować, nie zamierzała dopuścić do podobnej sytuacji nigdy więcej, cóż powinna wprowadzić pewne zasady, tak, to na pewno mogło jej pomóc w ewentualnej ocenie sytuacji. Będzie jednak nad tym myśleć później, nie teraz, najważniejsze, że jakoś udało się z tego wyjść. Miała szczęście, że była dobrze przygotowana, że zakładała każdą ewentualność i nie obawiała się korzystać z bardziej alternatywnych metod leczenia, które mogły wzbudzać kontrowersje.

Ciężko jej było patrzeć na niego w takim stanie. Niby miała doświadczenie, niby niejedno w życiu widziała, jednak, kiedy ktoś na kim zależy Ci najbardziej na świecie zjawia się w podobnym stanie, w domu, cóż, to było nawet dla kogoś tak doświadczonego jak ona dość traumatycznym przeżyciem, chociaż starała się nie dawać po sobie o tym znać. Nie mogła pokazać słabości, nie w takiej sytuacji, była przecież uzdrowicielem, ale nawet ona miewała momenty, w której trudno jej było odciąć od siebie emocje, to był jeden z takich momentów. W końcu tuż obok niej, leżał jej mąż, jej mąż, który jeszcze przed chwilą znajdował się jedną nogą za zasłoną, a może nawet i obiema nogami.

- Mogło być lepiej. - Mruknęła jeszcze cicho. Jasne, nie było najgorzej, zdawał sobie sprawę, że żyje, a to można było uznać za dosyć sporo jak na obrażenia, które przyniosło jego starcie z wilkołakiem, jednak nie przestawała myśleć o tym, jak blisko śmierci się znalazł, to, że udało mu się wywinąć było niemalże cudem, miała szczęście, że był taki silny, gdyby nie to, pewnie skończyłoby się to inaczej. Być może nie był to moment, w którym warto było to roztrząsać, bo przecież przeżył, na tym powinni się skupić. - Ostrożnie. - Powiedziała cicho, kiedy do jej uszu dotarło jego syknięcie. Nie powinien się ruszać, miała świadomość, że to wcale nie było takie proste, jak mogło się wydawać, szczególnie, że dopiero wracał do żywych, próbował odnaleźć się w rzeczywistości, wiedziała, że musi mieć mętlik w głowie, bo sporo się wydarzyło, ból na pewno uderzał w jego ciało z każdej strony, gdyby tylko mogła, gdyby tylko potrafiła to wzięłaby go na siebie, jednak akurat tego nie była w stanie zrobić.

Woda. To jedno słowo spowodowało, że się podniosła. Nie zrobiła tego gwałtownie, raczej próbowała zrobić to jak najostrożniej potrafiła, aby przypadkiem nie spowodować kolejnych szkód, jeden nieodpowiedni ruch mógł spowodować, że poczułby się jeszcze gorzej, musiała uważać. Dość szybko zlokalizowała szklankę i wodę, znalazła się też po drugiej stronie łóżka, aby przynieść mu ulgę. Musiał nieco się unieść, zamierzała mu w tym pomóc, wsunęła rękę pod jego plecy - ostrożnie, każdy jej ruch był bardzo ostrożny, nie chciała przynieść kolejnego bólu, nawet najmniejszego, jego ciało i tak wystarczająco cierpiało. - Napij się, tylko uważaj, powoli. - Poinstruowała go jeszcze.

Kiedy to zrobił odstawiła szklankę na stoliku, i ponownie obeszła łóżko, aby znowu się znaleźć po jego drugiej stronie i ostrożnie na nie wejść, przyjęła tę samą pozycję co wcześniej, chciała być blisko, chociaż nie mogła być zbyt blisko, musiała uważać, aby przypadkiem nie dotknąć go w nieodpowiednim miejscu. Trudno było trzymać jej ręce przy sobie, ale musiała to zrobić, bo nie chciała, aby cierpiał.

- Kilka godzin, nie jestem w stanie stwierdzić jak długo. - Nie do końca pilnowała czasu. Wstawał kolejny dzień, on znalazł się tu w nocy, pięć, może sześć godzin minęło odkąd znajdował się zakrwawiony w ich przedpokoju. Najdłuższe pięć godzin w jej życiu - tego jednak nie dodała. Póki co nie zamierzała mu dokładać, chociaż nie miało go to ominąć, nie było takiej opcji, aby nie skomentowała jego zachowania.

- Bo nie spałam, nie mogłam spać. - Nie mogła, bo nie zamierzała tak po prostu pozwolić sobie zasnąć w momencie, w którym on niemalże umarł. To nie było nic wielkiego, sen przecież nie był priorytetem, nie w takich sytuacjach, musiała czuwać, nie wyobrażała sobie, że mogłaby zrobić inaczej, musiała się nim zająć. - Kilka godzin, nie było Cię kilka godzin. - Nie była mu w stanie udzielić bardziej precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie, musiałaby to nieco bardziej przeanalizować, a przecież i jej nieco się to wszystko rozmywało. Nie pamiętała takich szczegółów, one nie były istotne, grunt, że udało im się jakoś to przetrwać, to było w tej chwili najważniejsze.

Widziała, że cierpi, najgorsze było to, że nie mogła mu w żaden sposób pomóc, skorzystała ze wszystkich środków, które miała pod ręką, aby złagodzić ból, jednak nie były one wystarczające, nie znajdowali się w Mungu, nie mieli nic więcej, powinna nieco bardziej przygotować się na wszystkie możliwe ewentualności, a jednak tego nie zrobiła, to był jej błąd, nie miała zamiaru go powtórzyć.

- Masz prawo się tak czuć. - Starała się mówić cicho, nie chciała powodować kolejnych bodźców, które mogły być nieprzyjemne po tym, co mu się przytrafiło. - Składałam Cię dość szybko, bo czas nie był naszym sprzymierzeńcem, mogło być lepiej, musisz mi to jednak wybaczyć. - To był jej błąd, nie zauważyła wcześniej jego dolegliwości, nie zareagowała, gdyby to zrobiła pewnie ominęliby te mniej przyjemną część, a tak musiała sobie radzić dość spontanicznie, zrobiła, co mogła, żeby jakoś uniknąć najgorszego, jednak niosło to konsekwencje. - Ten wilkołak dość mocno Cię poturbował. - Dodała jeszcze, chociaż na pewno zdawał sobie z tego sprawę.




RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Benjy Fenwick - 10.03.2026

Czułem się, jakby ktoś przepuścił mnie przez wyżymaczkę, a potem próbował ponownie wpompować we mnie powietrze i posklejać mnie w całość przy pomocy różdżki, eliksirów z domowej apteczki i pokładów samozaparcia, co w sumie nie mijało się zbytnio z prawdą. Nie musiałem znać wszystkich szczegółów dotyczących wydarzeń, jakie miały miejsce ostatniej nocy, aby zdawać sobie sprawę z tego, że ani ja, ani Prue nie byliśmy na to gotowi, tak naprawdę dopiero co przenieśliśmy się do nowego domu i żadne z nas nie przewidywało konieczności wyposażenia go w asortyment godny Świętego Munga. Zresztą… Nawet jeśli oboje wiedzieliśmy całkiem sporo o tym, jakich obrażeń można było doznać podczas wykonywania pracy, w której nudne raporty pisane przy biurku należały do rzadkości, spotkania z bestiami siejącymi tak wielkie spustoszenie raczej również nie były elementem niczyjej codzienności. Łowy nie łowy, tamten wilkołak był zdecydowanie najsilniejszym osobnikiem, z jakim przyszło mi się mierzyć - zazwyczaj to ja byłem większy i mocniejszy, tym razem czułem się tak, jakbyśmy we dwoje, z Geraldine, wcale nie mieli nad nim jakiejkolwiek przewagi. Wycofanie się nie wchodziło jednak w grę, leżąc teraz w łóżku, stopniowo zaczynałem dopuszczać do siebie myśl, że prawdopodobnie cudem zeszliśmy z tamtej polany…
Spróbowałem przełknąć gorącą, zbyt gęstą ślinę, ale moje gardło przypominało wyschnięte koryto rzeki, a język zdawał się być dwa rozmiary za duży, co tylko potęgowało ogólne wrażenie absolutnej klęski fizycznej, jaką odniosłem. Czułem się beznadziejnie, zdecydowanie zbyt bezradny i osłabiony, żeby móc szybko przejść z tym do porządku dziennego i przestać zaciskać zęby. Co gorsza - z pewnością i tak miałem olbrzymie szczęście, mogąc wciąż oddychać, nawet z trudem, biorąc pod uwagę to, co zostawiło na mnie swoje piętno tej nocy. Nie musiałem oglądać z bliska swoich obrażeń, by wiedzieć, iż były zdecydowanie zbyt rozległe, jak na to, co przeżyłem dotychczas - nie tylko powtórzyłem swój największy wyczyn, lecz odnosiłem wrażenie, że tym razem przesunąłem granicę zdecydowanie dalej, i gdybym już potrzebował poruszać się po jakiejś skali, prawdopodobnie nie spodobałoby mi się to, gdzie musiał bym je ulokować.
Miałem olbrzymie szczęście, nawet jeśli w tej chwili radzenie sobie z powrotem do przytomności przypominało bycie poddawanym bardzo specyficznym torturom - jasność była za jasna, biel zbyt biała, dźwięki za ciche albo za głośne - ani przez chwilę nie wątpiłem w to, że gdy chodziło o opiekę medyczną, nie mogłem trafić w ręce nikogo, kto byłby bardziej profesjonalny i zaangażowany niż moja żona. Po prostu nie było ze mną dobrze i coraz bardziej to sobie uświadamiałem…
Wspomnienia wciąż nie układały się w jedną całość, tylko dryfowały gdzieś na obrzeżach mojej zamglonej świadomości, lecz rozumienie niektórych faktów było nieuniknione. Na przykład, że to, co działo się we mnie, było niczym w porównaniu z tym, co dostrzegłem w Sunny, kiedy w końcu udało mi się skupić na niej wzrok i przebić się przez mgłę. Widziałem te cienie pod jej oczami, których nie potrafiła ukryć nawet profesjonalna maska uzdrowiciela, i to lekkie drżenie dłoni, gdy przesunęła się trochę bliżej, świadczące o tym, że jej własne rezerwy energii dawno zostały wyczerpane. Patrzyłem na nią, kiedy mówiła, i przez chwilę miałem wrażenie, że jej głos docierał do mnie z większej odległości, niż wynosiła szerokość łóżka. Obraz wilgotnej mgły wrócił na moment, wraz z ciężkim zapachem mokrego futra i krwi, dopiero po kilku oddechach wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce - zapach pokoju, ciężar koca na nogach, tępy ból pod bandażami, który pulsował przy każdym uderzeniu serca. Patrzyłem na nią uważnie, chociaż skupienie wzroku na jednym punkcie, nawet względnie nieruchomym, wymagało ode mnie więcej wysiłku, niż chciałbym przyznać. Słysząc jej mruknięcie, spróbowałem unieść jedną brew, ale nawet ten drobny gest okazał się zaskakująco męczący.
- To dość… Dyplomatyczne… - Wymamrotałem na tyle wymownie, na ile tylko byłem w stanie - głos urwał się gdzieś w połowie zdania, a w klatce piersiowej znów pojawiło się to znajome kłucie. - Wiesz - powiedziałem wolniej - jeśli to jest twoja welsja „mogło byś lepiej”, to chyba nie chcę wnikaś głębiej… - Nie był to najlepszy żart, ale miałem wrażenie, że jeśli nie spróbuję choćby trochę rozładować napięcia, które wisiało w powietrzu między nami, to zacznie mnie dusić równie skutecznie jak ból w boku. To było dziwne uczucie - wiedzieć, że się żyje, a jednocześnie czuć się jak ktoś, kto ledwo zdążył wrócić z miejsca, z którego zazwyczaj się już nie wracało. W mojej głowie powoli układał się obraz nocy z jej perspektywy i nie podobało mi się to, co widziałem.
Drzwi domu otwierające się w środku nocy... Ja, ledwo stojący na nogach… Krew na podłodze...
Krew wszędzie.
Mogła próbować udawać spokój, ale ja pamiętałem, jak wyglądała, kiedy naprawdę była spokojna, i to nie było to. Widziałem w niej tę walkę między profesjonalizmem a czystym, ludzkim przerażeniem, które wciąż w niej drżało, widoczne w najmniejszym ruchu palców czy nieznacznym zaciśnięciu warg, kiedy spoglądała na moje opatrunki.
- Nie patsz tak. - Powiedziałem, chociaż mój głos był bardziej zmęczony niż upominający. - Wyglądasz, jakbyś właśnie pszeliczała wszystkie moszliwe sposoby, w jakie jeszcze mogę umsześ. - Spróbowałem się lekko uśmiechnąć, ale wyszło to krzywo, mniej zawadiacko niż zwykle, i szybko odpuściłem, bo ból w żebrach przypomniał mi, że to kiepski pomysł. Czułem się ciężki i dziwnie obcy we własnym ciele, jakbym wrócił do niego zbyt wcześnie i coś w środku wciąż nie było gotowe, żeby znów działać tak jak wcześniej. Wszystko wyglądało znajomo - krawędź komody, krzesło z przerzuconym przez oparcie swetrem, jasne światło wpadające przez zamglone okno - mimo to czułem się trochę jak intruz we własnym domu, jak ktoś, kto wrócił z miejsca, z którego właściwie nie powinien był już wracać.
Dopiero kiedy Pruey powróciła do łóżka ze szklanką wody, skupiłem się znów na niej. Zbliżyła się od strony mojego boku, a ja instynktownie napiąłem ramiona, zanim jeszcze mnie dotknęła - nie dlatego, że się bałem jej ruchu, tylko dlatego, że wiedziałem, co zaraz nastąpi. W powietrzu, którym się zaciągnąłem, unosił się zapach czegoś metalicznego, co przypominało mi krew, choć nie byłem pewien, czy to naprawdę zapach, czy tylko echo w mojej głowie. Uniosłem się tyle, ile pozwoliło mi ciało, a kiedy przyłożyła szklankę do moich ust, przez chwilę tylko patrzyłem na krystalicznie czystą zawartość, jakby była czymś niezwykłym. Pierwszy łyk wody był niemal szokiem, gardło miałem tak wyschnięte, że przez moment aż zakręciło mi się w głowie, przełykany płyn zapiekł mnie niemal boleśnie, ale zaraz potem przyniósł ulgę, której nie potrafiłem nawet nazwać.
- Tak, tak… Wiem. - Mruknąłem, ale i tak posłuchałem - oderwałem usta od szkła i wypuściłem powietrze nosem. Piłem powoli, tak jak kazała, chociaż każda część mnie chciała opróżnić całą szklankę naraz. Oddałem ją niechętnie, a kiedy znów opadłem na poduszki, powietrze uciekło mi z płuc ciężkim oddechem.
- Dzięki. - Wymruczałem cicho, zamykając na moment oczy, w milczeniu słuchałem przez chwilę tego ostrożnego sposobu, w jaki Prudence odłożyła szklankę i wróciła na swoją stronę łóżka. Materac ugiął się lekko, kiedy znów się położyła, więc otworzyłem oczy i znów na nią spojrzałem. Nie była mi w stanie podać dokładnego czasu, nie musiała, wystarczyła mi ta niezbyt konkretna, lecz wciąż odrobinę przytłaczająca odpowiedź. Nagle poczułem się… Źle. Nie tylko fizycznie - to drugie uczucie było znacznie trudniejsze do zignorowania, szczególnie gdy widziałem w jej oczach ślady nocy, którą przeżyła przeze mnie.
„Kilka godzin” - powiedziała to spokojnie, ale w jej twarzy było coś, co sprawiło, że to zdanie zabrzmiało inaczej - ta informacja była dziwnie abstrakcyjna, ponieważ w mojej głowie wszystko trwało może kilka minut. Pamiętałem warkot, pazury, dym, korytarz, ciemność, dryfowanie, pustkę i przebłyski trwające jednocześnie sekundy i wieki. Spróbowałem sobie wyobrazić te godziny, mnie leżącego gdzieś między życiem a śmiercią, ją krążącą wokół łóżka, liczącą oddechy, pilnującą, żeby żaden z nich nie był ostatni, i przez moment poczułem dziwne ukłucie w klatce piersiowej, które nie miało nic wspólnego z raną - to, że ktoś dla mnie najbliższy z całkowitym zaangażowaniem reagował na każdy mój ruch i wypowiedziane słowo, było jednocześnie pocieszające i cholernie niewygodne. Gdy leżałem teraz w bezpiecznych czterech ścianach naszego domu, z zapachem drewna i herbaty unoszącym się w powietrzu, kontrast pomiędzy tym porankiem a wydarzeniami, które nas tu sprowadziły, był tak ostry, że aż trudny do przyjęcia - ciepło pokoju otulało mnie, ale ciało wciąż pamiętało zimno tamtej nocy. Mogła być ostatnia… Nie musiałem tego słyszeć, by wiedzieć, dostrzegałem to w zmęczonych oczach Prue, to była ta sama świadomość, która powoli zaczynała się układać w mojej głowie - to, że wcale nie brakowało wiele.
- Powinnaś splóbowaś. - Powiedziałem cicho, choć wiedziałem, że to zdanie było całkowicie bezużyteczne. - Chociasz na chwilę. - Od razu wiedziałem, że nie miało to większego sensu - oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że i tak by tego nie zrobiła - była cholernie zawzięta i zdeterminowana, gdy czuła potrzebę utrzymywania kontroli nad sytuacją, świat miał cholernie dużo szczęścia, że wybrała uzdrawianie, a nie coś znacznie mniej miłosiernego. To, że obwiniała się za brak profesjonalnych warunków w naszym własnym domu, było tak bardzo w jej stylu, a jednocześnie tak niesprawiedliwe, że czułem, jak w klatce piersiowej narasta mi dławiące poczucie winy, którego nie uśmierzyłby żaden magiczny środek.
Przesunąłem lekko palce po kocu, bez potrzeby, po prostu zajmując dłoń brzegiem okrycia, jednak rwący ból w boku przypomniał mi natychmiast, że nawet ten niewielki ruch był zbyt duży. Zatrzymałem rękę i odetchnąłem płytko, czekając aż fala bólu znów trochę opadnie, dopiero wtedy znów na nią spojrzałem - z bliska było to jeszcze wyraźniejsze - napięcie w jej twarzy, które próbowała ukryć, drobne drżenie w dłoniach, które trzymała przy sobie, jakby bała się nimi poruszyć. Była blisko, a jednocześnie trzymała się w takiej odległości, jakby między nami leżało coś kruchego, jakbyśmy zostali rozdzieleni przezroczystym murem, który tylko ona widziała, albo jakby w każdej chwili mogło się wydarzyć coś niebezpiecznego, tylko dlatego, że postanowi zbyt mocno się poruszyć. To ostatnie uderzyło mnie mocniej niż ból, bo nagle zdałem sobie sprawę, że ona uważała, żeby mnie nie dotknąć. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, czując jak pod tym wszystkim - dezorientacją, szarpaniem, zmęczeniem, ciężarem w głowie i ciele - pojawia się coś jeszcze. Był to niepokój, którego wcześniej nie było. Nie chciałem, żeby siedziała obok mnie jak przy kimś obcym, jak przy kimś, kto zaraz się rozpadnie.
- Wiesz… - Odezwałem się, głos miałem wciąż niski i ochrypły, ale starałem się, by brzmiał stabilnie. Nie mogłem pozwolić, by moje sapanie z bólu zagłuszyło to, co próbowałem jej przekazać. - Jestem „dość mocno potulbowany”, jak to ujęłaś, ale nie nie lospadnę się od niewłaściwego spojszenia. Nie maltw się, nic mi nie połamiesz balsiej, nisz zlobił to ten kundel. - Kącik ust drgnął mi lekko, chociaż był to cień uśmiechu, który szybko zniknął, bo znowu zaprotestowały żebra. Przez chwilę wahałem się, czy w ogóle to powiedzieć, ale myśl o tym, że znajdowała się obok, lecz nie tak blisko jak mogłaby być, leżąc spięta jak struna, była gorsza niż ewentualny ból. Spojrzałem na nią uważnie, potem przesunąłem bardzo ostrożnie jedną rękę po kocu, zostawiając między nami niewielką przestrzeń, zanim dotknąłem jej nadgarstka.
- Chcesz się pszytuliś? - Zapytałem, przy czym zawahałem się na sekundę, otwierając i zamykając usta, a potem odchrzakując, jakbym próbował dobrać odpowiednie słowa, chociaż w gruncie rzeczy nie było tu nic skomplikowanego. - Wyglądasz… - Urwałem, bo nie chciałem powiedzieć „jak ktoś, kto właśnie przeszedł piekło”. Na moment zawiesiłem głos, czując jak zmęczenie zaczyna powoli wciągać mnie z powrotem w ciężką senność. Nie przysypiałem naprawdę, raczej zapadałem się w coś pomiędzy odpoczynkiem a sekundową utratą świadomości, ponieważ moje ciało najwyraźniej wciąż próbowało zdecydować, w którą stronę pójść. - Wyglądasz, jakbyś to ty stoczyła tę walkę, a nie ja. Odpocznij w końcu. - Tak, to były konkretne, może nawet za dosadne słowa, niosły bardzo stanowczy przekaz, nawet jeśli wciąż brzmiały chrapliwie, jednak nie zamierzałem ukrywać przed nią tego, o czym myślałem - obiecaliśmy sobie być ze sobą całkowicie szczerzy, więc właśnie to robiłem - dzieliłem z nią moje myśli, patrząc jej w oczy i czekając na reakcję.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]


RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Prudence Fenwick - 10.03.2026

Prue niby zdawała sobie sprawę, że była to jego codzienność. Jego praca wiązała się z ryzykowaniem życia, jednak zobaczenie go w takim stanie, w jakim znajdował się w nocy nie było dla niej najprostszym doświadczeniem. Wiele w swoim życiu wiedziała, nie była laikiem, jednak i ona raczej gdyby miała rozsądnie spojrzeć na taki przypadek to nie wróżyłaby mu przeżycia. Zastanawiała się, jak wiele razy znajdował się w podobnej sytuacji, czy zawsze było, aż tak bardzo źle, jak często zdarzało mu się wyrywać z ramion śmierci. Chyba jeszcze nie była gotowa na to, aby poznać odpowiedź na to pytanie. Musiała to po prostu przetrawić, przywyknąć do tego, że takie momenty mogą się zdarzać, czy w ogóle dało się przywyknąć do czegoś takiego?

Przede wszystkim musiała zadbać o to, aby w domu znalazło się więcej medykamentów. W głowie już zdążyła zrobić listę rzeczy, w które powinna się zaopatrzyć, zmienić ją trzy razy, powykreślać niektóre przedmioty i dopisać bardziej istotne. Na dniach pewnie się tym zajmie, bo nie znosiła nie być przygotowana na to, co mogło się wydarzyć, a w tym przypadku mogło zdarzyć się wszystko. Dosyć boleśnie się o tym przekonała i nie mogła sobie pozwolić na kolejny, durny błąd. Fakt, nie miała zbytnio szansy zadbać o to wcześniej, bo dopiero, co się tutaj przenieśli, to jednak nie było żadnym argumentem. Powinna spodziewać się niespodziewanego - zawsze.

Być może nie mieli szczęścia i akurat tej nocy przytrafiła się sytuacja inna od wszystkich, poważniejsza, jednak mogła się ona powtórzyć, musiała mieć gotowy plan, zwłaszcza, że była tutaj zdana na siebie, nikt nie miał pomagać jej walczyć o jego życie, więc wypadało, aby kontrolowała to, co może ułatwić jej pracę, a było tego sporo. Tym razem musiała sobie radzić z jakąś śmieszną apteczką i tym, co się nauczyła, a to było mało. Było bardzo blisko tego, aby sobie nie poradziła, tak naprawdę jej determinacja była głównym czynnikiem, dzięki któremu udało jej się utrzymać przy życiu, a nie tak to powinno wyglądać, poniekąd traktowała tę noc jako okropną klęskę, swoją własną klęskę, bo przecież powinna być gotowa na dosłownie wszystko.

- Masz rację, póki co nie ma sensu w to wnikać głębiej. - Nie był to na to odpowiedni moment, mogli poczekać, kiedy poczuje się lepiej, wtedy bardzo dokładnie będzie mogła mu wytłumaczyć, jak to wyglądało. Bez sensu było teraz jeszcze mu dokładać, wtedy też nie będzie musiała być już dyplomatyczna, wręcz przeciwnie. Na pewno miała zamiar wrócić do tematu, nie mogła udawać, że nic się nie stało, bo przecież praktycznie umarł jej na rękach, a to nie mogło mieć miejsca ponownie. Niby nie mogła mieć o to do niego pretensji, bo przecież tym się zajmował, jednak można to było rozegrać zupełnie w inny sposób, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, to by sporo ułatwiło i pomogło uniknąć komplikacji do których doszło. Nie miała jednak siły teraz o tym myśleć.

Przewróciła oczami, kiedy usłyszała jego komentarz. - Można uznać, że trochę trafiłeś, ale nie do końca, bardziej zastanawiam się nad tym, w jaki sposób powinnam się przygotować na kolejne możliwe sposoby, żeby to uniemożliwić, wiesz, lubię być przygotowana na każdą ewentualność. - Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie miała podejście. Nie należała do osób, które dwa razy popełniały te same błędy, wyciągała wnioski, wykorzystywała nabyte doświadczenie, więc tak Prue być może i myślała o wszystkich, możliwych sposobach w jaki mógł odejść z tego świata, ale tylko dlatego, żeby być gotową na to, by znowu zatrzymać go na miejscu. Prosta sprawa.

Podała mu wodę, nie wpadła na to wcześniej, była dość mocno zaabsorbowana tym, że się obudził, musiał więc sam się o to upomnieć. Widziała, że słuchał tego, co do niego powiedziała, nie pił łapczywie, chociaż pewnie bardzo tego chciał, póki co jednak jeszcze musiał być ostrożny, bo przecież ledwie się obudził. Musiał czuć się paskudnie, zważając na to, że jego ciało zazwyczaj idealnie z nim współpracowało, a teraz było dość mocno pokiereszowane i trudno było się z nim zsynchronizować.

- To nic takiego, od tego jestem. - Nie było to przecież niczym skomplikowanym, podała mu szklankę wody, każdy mógł zrobić coś podobnego, nie należało to do jakichś niesamowitych czynności. Obserwowała go przy tym uważnie, jakby jeszcze próbowała wybadać samym wzrokiem jak bardzo ucierpiał. Obudził się całkiem szybko, jak na to, co mu się przydarzyło, nie zmieniało to jednak faktu, że szkody były spore, nie będzie mógł się ruszyć z tej sypialni przez kilka dni, o tym jeszcze nie miała zamiaru go informować, na takie dobre wiadomości nadejdzie odpowiedni moment. Nie miała serca dokładać mu w tej chwili kolejnych ciosów, wiedziała, że to może go zaboleć, na pewno nie będzie z tego zadowolony, jednak nieszczególnie ją to interesowało. Musiał wrócić do pełni sił, nie mógł ryzykować, że w między czasie dorzuci sobie kolejnych schorzeń, ale to później, jeszcze do tego przejdzie.

Wiedziała, że on musiał stracić poczucie czasu, widziała podobne sytuacje wiele razy, takie urazy wiązały się z pewnym zagubieniem w czasie i przestrzeni, nie było to dla niej niczym nowym. Nie miała do niego o to pretensji, przecież nie miał na to wpływu, nie wiedział, co się działo, jego ciało całkiem skutecznie nie pozwalało mu odnaleźć się w rzeczywistości. Nie myślał racjonalnie, ale nie było to jego winą. To wszystko spowodował ten cholerny wilkołak, jak ona ich nienawidziła. Przymknęła na moment oczy, wolała nie kierować swoich myśli w tamtym kierunku. Nie sądziła, że nienawiść do tych stworzeń może być jeszcze większa, jak widać, nigdy nie można niczego zakładać.

Leżała na łóżku, odwróciła się znowu w taki sposób, aby móc się w niego wpatrywać. Naprawdę cieszyło ją to, że się obudził, że był tutaj z nią, bo to wcale nie było takie oczywiste jeszcze kilka godzin temu. Mogła odetchnąć, nieco się uspokoić, bo przecież nie odszedł. Niełatwo jednak było pozbyć się z głowy tego widoku, który tak mocno zapadł jej w pamięci, czy tego chciała, czy nie ciągle do niego wracała.

- Nie powinnam, to nie mogło się wydarzyć, bo mogłabym coś jeszcze przegapić. - Miała do siebie żal, że kiedy tylko pojawił się w domu nie zauważyła tego, jak mocno był ranny, szybka reakcja była wskazana, a ona uwierzyła mu na słowo, że wcale nie jest źle, mimo tego, że czuła, że jest zupełnie inaczej. Później mówił to wszystko, godził się z tym, że miał odejść tej nocy, niby jak miałaby zmrużyć oczy? Musiała czuwać, musiała mieć pewność, że faktycznie udało jej się go przywrócić do żywych, nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zasnąć, jeszcze nie teraz, nie dopóki faktycznie jego sytuacja chociaż odrobinę się nie poprawi. Widziała, że było z nim w tej chwili dużo lepiej, niż jeszcze przed kilkoma godzinami, nie walczył już o życie, ale to jeszcze nie był stan, w którym mogła sobie pozwolić na chwilę snu.

Nie chciała się do niego zbytnio zbliżyć, bo bała się tego, że jej dotyk może przynieść mu ból. Trzymała się na dystans, chociaż miała niesamowitą ochotę go przytulić, wiedziała jednak, że w tej chwili to wcale może nie być najlepszym posunięciem. Rozsądek wygrywał tę walkę, chociaż nie należała ona do najłatwiejszych, nie dało się pozbyć z pamięci tego, że czuła, jak jeszcze niedawno jego ciało robiło się coraz chłodniejsze, co było oznaką tego, że śmierć naprawdę znajdowała się tuż obok.

- Niby wiem, ale naprawdę nie chciałabym Ci dokładać, przeżyłeś swoje. Mam nadzieję, że ten kundel nie miał tej przyjemności. - Nie pamiętała, czy poinformował ją o tym, jak wyglądało zwierzę, które go zaatakowało. Miała nadzieję, że gorzej niż on, dla Prudence wilkołaki nie były niczym więcej niż stworzeniami, które pragnęły krwi, najchętniej pozbyłaby się ich wszystkich z tego świata, szkoda, że nie miała ku temu odpowiednich umiejętności.

- To głupie pytanie. - Skomentowała jeszcze jego słowa. Oczywiście, że chciała się do niego przytulić, nie do końca jednak sądziła, że był to dobry pomysł. Tak właściwie, może gdyby była ostrożna, to nie wydarzyłoby się nic złego? Zmrużyła na moment oczy, próbowała się przekonać, że to nie było, aż tak niewłaściwe jak jej się wydawało. Mrugnęła, a po chwili bardzo powoli, ostrożnie przesunęła się nieco bliżej. - Jeśli coś zacznie boleć Cię bardziej, nawet odrobinę, masz mi powiedzieć, jasne? - Wolała to powiedzieć, zanim do niego przylgnie. Miała nadzieję, że będzie z nią szczery. W końcu jego ciało było poobijane, nie chodziło tylko o tą wielką ranę, miał na nim również masę siniaków i otarć, miała przyjemność obejrzeć je wszystkie.

W końcu powoli, bardzo powoli pozwoliła się sobie wsunąć się pod jego ramię, przylgnąć do jego ciała. Niby nic wielkiego, ale naprawdę znaczyło to dla niej wiele. Jeszcze kilka godzin temu nie miała przecież pewności, że w ogóle będzie to jeszcze możliwe, nie wiedziała, czy się obudzi, czy to nie była jego ostatnia noc. Przymknęła na moment oczy, nie mogła się rozpłakać, musiała być silna, chociaż jej ciało zaczęło drżeć, emocje, które tkwiły w niej całą noc musiały kiedyś znaleźć ulgę, próbowała uspokoić oddech. Nie robiła tego dla siebie, a dla niego, nie chciała, żeby czuł się winny, bo przecież to, co się wydarzyło nie było jego winą. - Nie stoczyłam żadnej walki, po prostu czuwałam, to nic wielkiego, a że nie spałam, to wyglądam jak wyglądam, musisz się przyzwyczaić do tego, że czasem też zdarza mi się nie być w najlepszej formie. - Nie traktowała swojego udziału w tym wszystkim jako czegoś wielkiego, zrobiła to, co zrobiłby każdy na jej miejscu.




RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Benjy Fenwick - 11.03.2026

Październik w Anglii miał w sobie coś dziwnie nierzeczywistego - mgła za szybą była wciąż na tyle mleczna i gęsta, że świat wyglądał trochę tak, jakby dzień wcale nie był do końca dniem, a „tutaj” na jawie mogło być jednocześnie „tam” we śnie. Gdyby nie wszechogarniający mnie dyskomfort, mógłbym dalej kwestionować to, czy naprawdę oprzytomniałem, czy była to po prostu kolejna warstwa koszmaru, ale tak się składało, iż tego konkretnego zestawu bolączek nie dało się podrobić. Niestety, bo to oznaczało, że z tego bólu nie mogłem się obudzić.
Lekko kiwnąłem głową, czego praktycznie natychmiast pożałowały moje tępo pulsujące skronie - nie potrzebowaliśmy od razu zbyt głęboko wnikać w niektóre detale, każde kolejne zdanie, jakie wymienialiśmy, i tak układało się w znajomy schemat, który widziałem wiele razy wcześniej, chociaż nigdy przedtem nie dotyczył mnie on bezpośrednio - przynajmniej nie w ten konkretny sposób, ponieważ tak naprawdę dopiero powoli usiłowaliśmy znaleźć jakiś złoty środek w wyznawanych przez nas przekonaniach na temat bycia uzdrawianym - jeśli coś poszło źle, trzeba było znaleźć przyczynę, naprawić system i spróbować nie dopuścić, żeby błąd się powtórzył. Tak się składało, iż moja żona od zawsze przykładała naprawdę przeogromną wagę do weryfikacji danych, to było w niej piękne i jednocześnie czasem cholernie niesprawiedliwe dla niej samej. Nie mogłem kręcić na to nosem, chociaż nie do końca odpowiadał mi stan, do jakiego się jednocześnie doprowadziła - wiedziałem, z czego on wynikał, lecz jednocześnie nie chciałem być powodem jej skrajnego wycieńczenia.
Przez chwilę milczałem, próbując znaleźć słowa, które nie zabrzmią jak pusty frazes - nie od razu dodałem coś więcej, bo nagle przypomniał mi się obraz, który pojawił się w mojej głowie tylko na sekundę, ale był wystarczająco wyraźny… Przedpokój, mokra podłoga, krew, której było za dużo, żeby udawać, że to tylko draśnięcie, podarte warstwy ubrań i wyłaniająca się spod nich tkanka… Pamiętałem jej twarz pochyloną nade mną, pamiętałem jej ręce i to, że coś mówiła, chociaż wtedy chyba nie rozumiałem słów. Pamiętałem też moment, kiedy naprawdę myślałem, że to koniec…
Powoli wypuściłem powietrze z płuc, próbując otrzeźwieć z tego wspomnienia. Ból nie zniknął, tylko przesunął się gdzieś w tło, przypominając trochę jednostajny, głuchy szum - czułem go przy każdym oddechu i przy każdym napięciu mięśni, ale przynajmniej przestał być tym ostrym, paraliżującym uderzeniem, które wcześniej odbierało mi zdolność myślenia, teraz mogłem przynajmniej patrzeć na nią i naprawdę słuchać. Obserwowałem drobne zmiany w jej twarzy, napięcie w mięśniach szczęki, sposób, w jaki marszczyła brwi, kiedy coś analizowała. W tej chwili robiła dokładnie to, co robiła najlepiej - układała wszystko w głowie, planowała, wyciągała wnioski. Wiedziałem, że gdzieś za tym spokojem już budowała sobie listę rzeczy do zrobienia, mikroskopijnych poprawek, błędów do naprawienia - to było bardzo w jej stylu - ja natomiast leżałem tutaj jak człowiek, który wrócił z miejsca, skąd nie powinien był już wracać, i nie miał jeszcze do końca siły nawet protestować przeciwko temu, że najdroższa mu osoba właśnie analizowała jego prawie-śmierć jak kolejny problem do rozwiązania. Zawsze tak było - kiedy coś ją trapiło, kiedy coś ją złościło albo martwiło, najpierw musiała to uporządkować w głowie planami, listami, kolejnymi rozwiązaniami na problemy, które jeszcze się nawet nie wydarzyły. Ja działałem inaczej - najczęściej wchodziłem w sam środek bałaganu i dopiero potem zastanawiałem się, jak z niego wyjść. Dla niej ta noc była wypełniona niepotrzebnym chaosem, pełnym niedopatrzeń i kluczowych momentów do zmiany, czymś, co należało poprawić następnym razem, bo w tym momencie trudno było nie wierzyć, że ten „następny raz” już nigdy nie miał się wydarzyć. Dla mnie, chociaż nie mogłem się z tym nie zgodzić, walka z wilkołakiem była po prostu kolejnym dowodem na to, że rzeczy, które robiłem, czasem kończyły się w bardzo nieprzyjemny sposób, i nawet jeśli zdecydowanie pragnąłem unikać „następnych razów”... To było właśnie to, o czym kiedyś wspominałem, parokrotnie, w tym całkowicie serio, nie ironizując, podczas jednej z naszych najpoważniejszych rozmów - prawda? Jednak zamiast stwierdzić coś, co tylko niepotrzebnie pogorszyłoby atmosferę pomiędzy nami, tym razem naprawdę zdecydowałem się trzymać spieczony język za zębami, a japę na kłódkę, ponieważ wcale nie chciałem „a nie mówić”. Nie potrafiłem nie czuć się z tym wszystkim paskudnie, nie tylko fizycznie źle, chociaż gdzieś z tyłu głowy, podświadomie, od samego początku wiedziałem, że to się kiedyś wydarzy - nadejdzie ten dzień czy noc, gdy coś pójdzie nie tak, jak planowałem. Nie spodziewałem się tylko, jak szybko do tego dojdzie i jaką formę to przybierze.
- Bszmi jak ty. - Rzuciłem, nie mogąc nie dostrzec tego, jak teatralnie wywróciła oczami, co praktycznie natychmiast skłoniło mnie do takiej, nie innej reakcji. W normalnej sytuacji pewnie bym się z niej podśmiewał, powiedziałbym coś trochę bardziej błyskotliwego o jej obsesji na punkcie planów i list, ale teraz nie miałem na to ani siły, ani ochoty - nie po tym, co przeżyliśmy - teraz zadowoliłem się pośrednim rozwiązaniem, cicho prychając pod nosem, ale zostając przy banalnym:
- Gdyby świat się skończył, pewnie zlobiłabyś spis szeszy do poplawienia pszy następnym. - Skwitowałem bez chwili zawahania, jednak nie było w tym kpiny - w pewnym sensie ta jej uporządkowana determinacja była jedną z rzeczy, które zawsze mnie uspokajały, to była jedna z jej najbardziej irytujących i jednocześnie najbardziej godnych podziwu cech - kącik moich ust drgnął tylko odrobinę wyżej, zadziornie, nie uszczypliwie. To było znajome, normalne, to coś pomiędzy nami, co nie zmieniało się nawet wtedy, kiedy jedno z nas ledwo oddychało pod bandażami a drugie przez całą noc wstrzymywało dech w piersiach.
Wciąż czułem się jak ktoś, kto wrócił do własnego ciała po długiej nieobecności, niby wszystko było na swoim miejscu, a jednocześnie jakby nie do końca pasowało. Piłem powoli, tak jak mi powiedziała - gardło miałem tak wyschnięte, że pierwszy łyk był prawie bolesny, ale jednocześnie przyniósł ulgę, której wcześniej nawet nie potrafiłem nazwać - woda była chłodna i czysta, spływała powoli w dół, a ja starałem się nie przełykać zbyt szybko, choć mój organizm wyraźnie miał na to ochotę. Usłyszałem jej spokojne „to nic takiego” i odruchowo prychnąłem cicho pod nosem, jednak zabrzmiało to bardziej jak zmęczony wydech niż śmiech.
- Jasne. - Wymamrotałem ochryple, kącik moich ust drgnął lekko, chociaż ten uśmiech był słaby i trochę krzywy, nie żartowałem tak naprawdę, tylko ubierałem w półżart coś, co było dla mnie oczywiste. - Nic takiego. - Bujda, kompletna bujda, zauważyłem choćby to, jak pewnie trzymała szklankę, chociaż wiedziałem, że przez całą noc musiała być napięta jak struna… To chyba jednak podpadało pod kategorię „coś takiego”. Głos miałem wciąż chropowaty, ale tym razem nie chodziło wyłącznie o moje spieczone gardło, coś w środku nie pozwalało mi słuchać tego bez reakcji.
Im dłużej byłem przytomny, tym wyraźniej zaczynałem czuć ciężar własnego ciała i wszystkiego, co się z nim wydarzyło. Ból nie znikał, tylko zmieniał formę - z ostrego, rozdzierającego przechodził w głęboki, tępy puls, który rozlewał się wzdłuż żeber i wracał przy każdym głębszym oddechu. Leżałem jednak spokojnie, wsłuchując się w jej głos i w sposób, w jaki mówiła, bo znałem go zbyt dobrze, żeby nie słyszeć tego, co kryło się pod spokojną powierzchnią słów. To było dokładnie w jej stylu - zamiast zatrzymać się przy strachu, natychmiast zaczynała budować plan, rozkładać rzeczy na części, układać w głowie listy i scenariusze. Wiedziałem, że tak radziła sobie z rzeczami, które były dla niej zbyt blisko, kontrola była dla niej tarczą, jak dla znacznej części z nas, jednak w przeciwieństwie do większości ludzi, moja żona miała tę słodko-gorzką sposobność pamiętania wszystkiego, co się działo, każdego szczegółu, który się powiódł i tego, który zawiódł.
Odwróciłem głowę w jej stronę, ostrożnie, żeby nie poruszyć zbyt gwałtownie szyją.
- Wyglądał goszej ode mnie, jeśli to cię pociesza. - Powiedziałem to spokojnie, bez triumfu, bez szczególnej satysfakcji, po prostu jak fakt. Nie rozwijałem tematu, przez chwilę znów milczałem, czując ciężar tamtego wspomnienia powoli osiadający we mnie razem z bólem w boku. Nie był to pierwszy raz, kiedy starcie kończyło się w ten sposób, i pewnie nie ostatni, mimo to każda taka noc zostawiała po sobie coś ciężkiego - coś, co przez chwilę trzeba było po prostu unieść. Widziałem w życiu zbyt wiele takich zakończeń, żeby traktować je jak zwycięstwo.
- Wiesz - mruknąłem po chwili ciszy - jeśli mam być szczely, to i tak czuję się, jakby ktoś mnie przeszuł i wypluł na bluk. - Kącik ust znów drgnął mi lekko. - Więc twoje pszytulanie laszej nie pogolszy statystyk. - Westchnąłem lekko, uważając, żeby nie poruszyć się zbyt gwałtownie. Delikatnie przesunąłem zdrową rękę, żeby nie wisiała bezwładnie przy moim boku - ten ruch był powolny i ostrożny, każdy centymetr przestrzeni miał znaczenie - w końcu oparłem dłoń lekko na jej ramieniu. Czułem napięcie mięśni, które wciąż nie do końca chciały się rozluźnić, ale w tym momencie decydowałem się je ignorować.
- Czasem zadaję głupie pytania. - Odmruknąłem. - To jedna z moich wielu zalet. Nie pamiętasz? - W moich oczach pojawiło się coś na kształt zmęczonego rozbawienia. - Jasne. - Głos wciąż miałem niski i trochę zdarty, ale tym razem było w nim coś lżejszego. - Będę lapoltował na biesząco. - Kiwnąłem głową, bo przecież zamierzałem być ostrożny, to nie tak, że automatycznie wszystko bagatelizowałem, wiedziałem, kiedy przestać. Mimo tego, kiedy wsunęła się pod moje ramię, instynktownie poruszyłem się minimalnie, żeby zrobić jej miejsce, tłumiąc w sobie wszelkie inne bodźce, wbrew wcześniejszym zapewnieniom o konieczności komunikowania dyskomfortu. Ruch wywołał krótkie, tępe ukłucie w boku, które przecięło mnie jak błyskawica, ale nie było to nic, czego nie dało się wytrzymać - ból szybko opadł do znanego, przytłumionego pulsowania - skupiłem się tylko na tym, jak powoli, ostrożnie wsunęła się pod moje ramię. Ciało Pruey przylgnęło do mojego, lekkie i napięte jednocześnie, musiała bardzo uważać, żeby nie zahaczyć o rany, ale mimo tej ostrożności jej obecność była tak realna i bliska, że przez chwilę po prostu oddychałem razem z nią. Było warto, zdecydowanie. Zacisnąłem tylko mocniej zęby, upewniając się, że nie wydam z siebie żadnego, nawet najcichszego jęku czy syknięcia, które mogłoby ją spłoszyć. Znałem ją aż za dobrze, wiedziałem, że gdyby tylko usłyszała, że jej dotyk sprawił mi dyskomfort, natychmiast by się odsunęła. Na moment zamknąłem oczy, pozwalając, żeby ta chwila po prostu trwała. Nie ruszałem się, nawet nie próbowałem, bo wiedziałem, że w tej chwili najbezpieczniej będzie po prostu zostać tam, gdzie jestem.
- Na lasie to… - Zawahałem się na sekundę, marszcząc lekko nos, zanim zdążyła zadać mi to pytanie. - Mmmmm… Tszy i pół. - Teatralnie wygiąłem kącik ust, wyglądając tak, jakbym zamierzał do niej mrugnąć, chociaż w tym stanie raczej nie zamierzałem podejmować tej próby. - Mosze cztely, jeśli zaczniesz się wielsiś. - Oddychałem spokojniej przez kilka sekund, pozwalając, żeby moje ciało przyzwyczaiło się do tej pozycji, przez moment skupiłem się tylko na tym uczuciu. Ciepło drugiego człowieka było zaskakująco kojące po tej całej zimnej, wilgotnej nocy, która wciąż siedziała gdzieś głęboko w moich kościach. Przesunąłem lekko głowę, tak żeby móc oprzeć policzek o jej włosy. Pachniały znajomo - trochę mydłem, trochę ziołami, których używała przy opatrunkach, i czymś, co zawsze było po prostu… Nią.
Wtedy poczułem to pod palcami - ledwo uchwytne, nierytmiczne drżenie, które przebiegało przez jej ramiona, było tak delikatne, że prawie mogłem je pomylić z własnym pulsem, ale wiedziałem, co oznaczało. Próbowała oddychać równo, kurczowo trzymając się resztek opanowania, jednak te wszystkie godziny strachu właśnie zaczęły z niej wyciekać, ta siła, którą mi dawała, miała swoją wysoką cenę.
- Sunny… - Poczekałem chwilę, słuchając jej oddechu. - Znam cię tlochę dłuszej nisz od wczolaj… To tlochę inna liga. Pamiętasz. - Nie był to ton pytania ani napomnienia, raczej coś pomiędzy, coś miękkiego, co zwykle zostawiałem tylko dla niej. - Nie musisz telas byś dzielna. - Mój głos nie był ani śmiertelnie poważny, ani pobłażliwy - był pewny, jak coś, z czym nie trzeba było dyskutować.
W pokoju panowała cicho, dało się słyszeć tylko nasze oddechy i odległy szum ulicy za oknem, który w tej mlecznej, październikowej mgle brzmiał, jakby dochodził z bardzo daleka.
- Nie musisz byś usdlowicielem. - Palcami odsunąłem lekko kosmyk włosów, który przykleił się jej do policzka. - Ani kimkolwiek innym. - Przyciągnąłem ją jeszcze odrobinę bliżej - tak, żeby mogła oprzeć głowę wygodniej - moja dłoń wciąż spoczywała w tym samym miejscu, więc przesunąłem palcami trochę wyżej, aż zatrzymały się przy jej karku, gdzie włosy były lekko rozczochrane. Przyjrzałem się jej twarzy jeszcze raz - cieniom pod oczami, zmęczeniu, temu upartego napięciu, które wciąż trzymała w szczęce, jakby nie pozwalała sobie odpuścić ani na sekundę - czułem zmęczenie bijące od niej prawie tak wyraźnie jak ciepło.
- Jesteś tylko ze mną. - Przypomniałem, dając jej do zrozumienia, że czegokolwiek teraz potrzebowała, mogła sobie na to pozwolić. Przez chwilę nic więcej nie mówiłem, pozwalając, żeby cisza zrobiła swoje. Moja ręka powoli przesunęła się po jej włosach w pierwszym, a później kolejnym, spokojnym, jednostajnym ruchu.
Zamilkłem na chwilę, dając jej przestrzeń, podczas gdy moje własne ciało, chociaż wciąż przypominało pobojowisko, na którym każdy nerw zdawał się krzyczeć o litość, zareagowało instynktownym ukojeniem. Wiedziałem, że nienawidziła słabości, ale dla mnie to nie była słabość - to była cena, jaką płaciła za to, że kochała kogoś tak beznadziejnie narażonego na śmierć jak ja.
- Zabiliśmy go. - Powiedziałem, chcąc zamknąć ten rozdział, a może po to, by trochę ukoić skołatane nerwy Prue, nawiązując do jej nienawiści do tych bestii. - Spłonął. Ten kundel jusz nigdy nikogo nie dotknie. - Zrobiłem pauzę, by zaczerpnąć tchu, i spojrzałem jej prosto w oczy, chcąc, by dotarło do niej każde moje słowo. Przez moment wpatrywałem się w jej twarz, próbując zgadnąć, czy ta informacja przyniesie jej ulgę, czy tylko dołoży kolejną rzecz do tej długiej listy myśli, które już krążyły w jej głowie od kilku godzin. Dopilnowaliśmy, by ten potwór nigdy więcej nikogo nie skrzywdził, zadźgaliśmy go srebrem, odcięliśmy mu łeb, spaliliśmy go na popiół. Nawet jeśli ten pył wciąż zdawał się osiadać na moich płucach, utrudniając mi oddech, i wciąż czułem zapach dymu z tamtego lasu, to tutaj, w tym łóżku, otulony obecnością, w końcu zaczynałem czuć, że noc naprawdę się skończyła.
Słuchałem jej cichego głosu, gdy tak po prostu próbowała zbagatelizować to wszystko, co dla mnie zrobiła - gdy mówiła, że nie stoczyła żadnej walki, że tylko czuwała, że to nic wielkiego - nie zgadzałem się z ani jednym stwierdzeniem, wbrew wszelkim pozorom, zawsze miałem aż nazbyt krystaliczną świadomość ceny, jaką czasem płacili inni za moje wybory. Nie zawsze się tym przejmowałem, to prawda, jednak w tym konkretnym przypadku nie potrafiłem machnąć ręką na to, co mi powiedziała.
- Wiesz, sze to bszmi jak kompletna bzdula, plawda? - Zapytałem, aż za spokojnie, i na moment przechyliłem głowę, żeby móc spojrzeć na nią trochę lepiej. - Ktoś pszychodzi w ślodku nocy do domu, plawie wyklwawia się na podłodze, ty go latujesz, tszymasz pszy szyciu pszes kilka godzin… I nazywasz to „nic wielkiego”. - Krótki, słaby, ale wymowny uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Słowa, które powiedziała, były typowe dla niej - umniejszanie temu wszystkiemu, jakby czuwanie przez całą noc nad kimś, kto niemal wykrwawił się na podłodze własnego domu, było czymś zupełnie zwyczajnym, jakby to była tylko kolejna drobna rzecz na liście obowiązków. - Naplawdę masz fatalny zwyczaj udawania, sze twoje zaangaszowanie nie jest niczym szczególnym. - Stwierdziłem cicho, moja dłoń w końcu znalazła jej rękę i zacisnęła się na niej trochę pewniej - nie mocno, tylko tyle, żeby poczuła, że ją trzymam. - Ale pamiętaj, ja mam fatalny zwyczaj widzenia, kiedy tak nie jest. - Pokręciłem lekko głową, natychmiast żałując tego ruchu, bo skroń zapulsowała ostrzej. - Musimy powasznie pogadaś o definicjach, bo zaczynam się zastanawiaś, co musiałabyś zlobiś, szeby uznaś coś za powaszne osiągnięcie. - Minimalnie uniosłem brew. Gdybym miał więcej siły, pewnie bym się z nią o to sprzeczał, powiedziałbym jej, że nie wszystko da się przewidzieć, czasem rzeczy po prostu się dzieją, a radzenie sobie z nimi, tak jak zrobiła to ona, było naprawdę niesamowicie wartościową umiejętnością, teraz jednak nie miałem ochoty walczyć z czymś, co było jej tarczą. Przez chwilę nic nie mówiłem, pozwoliłem jej dokończyć, wypowiedzieć wszystko, co miała w sobie. Nie próbowałem jej pocieszać, nie mówiłem, że wszystko będzie dobrze, bo oboje wiedzieliśmy, że świat, w którym żyliśmy, rzadko bywał „dobry”.
- Tak między nami… - Zacząłem kilka momentów później, trochę bardziej miękko, chociaż nie bez towarzyszącej mi chrypki, na której zaleczenie z pewnością nie miało wystarczyć wyłącznie kilka łyków wody - to już wiedziałem, bo pieczenie nie ustało. - Wciąsz jesteś najładniejszą, wyczelpaną osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. - Westchnąłem cicho. Krótkie, zmęczone parsknięcie uciekło mi z gardła. - A widziałem naplawdę spolo wyczelpanych ludzi. Wiesz mi. - Te słowa wyszły ze mnie spokojnie, bez żartu, bez ironii, przez chwilę tylko patrzyłem na nią, pozwalając, żeby wybrzmiało to takim, jakim było naprawdę - szczerym, bo mimo całego bólu, chaosu i mojego własnego, zwykle dość porywczego i nieprzychylnego momentom miękkości charakteru, jedno było dla mnie absolutnie jasne - kochałem ją, naprawdę mocno, i nawet gdybym próbował to ukryć za tysiącem głupich żartów z prezencji nas obojga i krzywych min, przy niej zawsze wychodziło to na wierzch, w jeden czy drugi sposób.
- Wiesz, sze i tak się nie nabiolę… - Dodałem ciszej. Powoli przesunąłem dłoń na jej kark i przyciągnąłem ją odrobinę bliżej, tak żeby mogła schować twarz przy mojej szyi, jeśli tylko będzie chciała. Czułem, że próbowała utrzymać wszystko w środku, jakby trzymała zamknięte drzwi, które od dawna powinny się otworzyć.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]


RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Prudence Fenwick - 11.03.2026

Dla Prudence to było całkiem oczywiste. Musiała wrócić się w swojej głowie, przeanalizować każdą klatkę, każde wspomnienie po kolei, aby wyłapać, co mogłaby naprawić. Miała ku temu w końcu wyjątkowe predyspozycje, co przy jej podejściu do życia mogło być bardzo męczące. Będzie to roztrząsać, aż pojawi się pewność, że wyłapała każdą, najdrobniejszą rzecz, którą mogła poprawić. Tak już miała. Była to jedna z metod, dzięki którym potrafiła jakoś przetrawiać sytuacje, w których się znajdowała. Wyciągała wnioski, nie pozwalała sobie na popełnianie tych samych błędów, ciągle nad sobą pracowała, by stawać się coraz lepszą w tym co robiła. Miała świadomość, że w dużej mierze zawiodło przygotowanie do różnych ewentualności, które mogły mu się przytrafić, ledwie się przecież tutaj przenieśli, nie zadbała odpowiednio o zaopatrzenie medyczne. Pierwszym krokiem będzie więc ogarnięcie tego.

Nie uważała, aby w tej chwili było potrzebne poruszanie tematu tego, co się wydarzyło, i ona i on doskonale zdawali sobie sprawę z tego do czego omal nie doszło. Jako, że dopiero się przebudził chciała się przede wszystkim nacieszyć tym, że wrócił do żywych, bo to nie było wcale tak oczywiste, jak mogło się wydawać. Walka była bardzo desperacka, zakończyła się sukcesem, ale to nie miało jej wystarczyć. To było za mało. Kto wie bowiem, kiedy znowu przytrafi mu się coś podobnego, nie mogła następnym razem znowu błądzić, działać impulsywnie, nie znosiła pracować w ten sposób. Powinien pojawić się na to wszystko większy plan, co do tego nie miała wątpliwości. Miała pewność, że to nie był ostatni raz, nie zadawała sobie pytania, czy to się powtórzy, tylko kiedy.

Nie mogła mieć do niego pretensji o to, że stała mu się krzywda, doskonale zdawała sobie przecież sprawę, że nie zrobił tego celowo, to po prostu się wydarzyło. Mogło się powtórzyć, w końcu miewał naprawdę różne zlecenia, mogła jednak lepiej się zorganizować, zamierzała to zrobić, bo chaos nigdy nie był jej sprzymierzeńcem. Wolała przygotować się wcześniej na wszelkie możliwości, tak było prościej. Nie spodziewała się jednak tego, że tak szybko wydarzy się coś podobnego i to było ogromnym błędem, za który on mógł przypłacić życiem, był to tylko i wyłącznie jej błąd. Jako uzdrowiciel, a przede wszystkim jako jego żona musiała dbać o to, aby żył.

- Oczywiście, że tak bym zrobiła, jest zbyt wiele rzeczy, które można poprawić, aby z tego nie skorzystać przy tworzeniu kolejnego świata, nie wiem tylko, czy ktoś brałby pod uwagę moje listy, ale to jest zmartwieniem na ewentualny koniec świata, póki co chyba nic nam nie grozi. - Miała świadomość, że nie dla wszystkich jej sposób działania mógł wydawać się oczywisty. Trudno jej jednak było zmienić to w sobie z racji na to, że miała możliwość zapamiętać każdy, nawet najmniejszy swój błąd. Obrazy uderzały w nią w najmniej odpowiednich momentach, myśli same wędrowały w takim, a nie innym kierunku, nic innego jej nie pozostawało poza kontrolowaniem tego, co mogło zdarzyć się w przyszłości. Wiedziała, że nie da się przewidzieć wszystkiego, jednak świadomość tego, że bierze pod uwagę różne ewentualności powodowała, że była nieco bardziej spokojna. Czuła się dzięki temu pewniej, bo mogła uniknąć tego zupełnie niepotrzebnego chaosu, który nigdy nie był jej sprzymierzeńcem. Niektórzy doskonale się w nim odnajdywali, potrafili podejmować szybkie, racjonalne decyzje, ona wolała mieć czas na przygotowanie się do tego, dzięki temu mogła rozważać różne opcje, a lubiła wiedzieć, że jej wybór był najlepszym z możliwych.

Wyszła z łóżka i podała mu tę wodę, co nie wydawało jej się być czymś, czego nie mogłoby zrobić dziecko, była nawet zła na siebie, że wcześniej o tym nie pomyślała, ale ta noc odrobinę ją zmęczyła, więc trochę brakowało jej racjonalności. Powinna zadbać o to, aby lepiej się trzymać, nabyć jeszcze większą odporność na zmęczenie bo przy pracy z trupami zrobiła się nieco miękka, rzadko kiedy musiała pracować tak intensywnie, był to kolejny punkt, który powinna dodać do swojej listy, którą właśnie układała w głowie, nie mogła pozwolić sobie na wyjście z wprawy, bo mogło się to skończyć bardzo źle. Niby ciągle zdarzało jej się leczyć żywych, jednak nie robiła tego tak często jak kiedyś, musiała coś z tym zrobić.

- Cieszę się, że się w tym zgadzamy. - Dodała jeszcze, chociaż nie umknęło jej to parsknięcie, czy tam charknięcie, no efekt dźwiękowy, który wydostał się z jego ust. Nie zamierzała robić z siebie jakiejś bohaterki, wykonywała przecież to, czego uczyła się przez całe życie, to nie było nic wielkiego.

Wróciła do łóżka, znajdowała się na przeciwko niego, jednak niezbyt blisko, żeby przypadkiem nie dołożyć mu kolejnego powodu przez który będzie cierpiał, kącik ust drgnął jej w delikatnym uśmiechu, gdy wspomniał o tym, że tamten wyglądał gorzej, było to może marne pocieszenie, ale jednak, doskonale wiedziała, że Benjy nie odpuszczał tak łatwo, że nie pozwoliłby na to, aby bestia  z nim wygrała, ceniła tę jego zawziętość, chociaż jak widać była ona też nieco niebezpieczna.

- Pociesza mnie to. - Dodała jeszcze po chwili, raczej nie należała do osób, które cieszyło to, że komuś działa się krzywda, jednak w tym przypadku było zupełnie inaczej.

- Nie dziwi mnie, że tak się czujesz, bo jest w tym trochę prawdy, to co Cię spotkało było bardzo bliskie przeżucia. -  Być może nie trafił pod zęby bestii, a pod pazury, jednak gdyby zdarzyło się inaczej to efekt pewnie byłby podobny. - Fakt, zważając na to co przeżyłeś moje przytulenie pewnie nawet nie będzie odczuwalne. - Jego argumenty wydawały się do niej docierać, przekonały Prue, że to wcale nie było, aż tak nieodpowiednie jak mogło się jej wydawać chwilę wcześniej. Zresztą chciała to zrobić, chciała poczuć ciepło jego skóry, upewnić się, że naprawdę jest żywy i nigdzie się nie wybierał.

- Całkiem szybko zapomniałam, nie sądzisz? Musisz mi częściej przypominać o swoich zaletach. - Jeszcze nie daj Merlinie faktycznie dojdzie do tego, że przestanie je zauważać. Prudence przecież miała ogromne problemy z pamięcią. - Mam nadzieję, że nie ściemniasz. - Wiedziała przecież, że bardzo dobrze potrafił udawać, że nic mu nie jest, zresztą poprzedniej nocy bardzo dobrze się o tym przekonała, oby nie miało się to wydarzyć ponownie.

Pękła, znalazła się bliżej, przylgnęła do jego ciała. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebowała. Niby nie było to nic wielkiego, ale jeszcze kilka godzin wcześniej nie miała pewności, że jeszcze kiedykolwiek będzie się mogła tak po prostu do niego przytulić, był naprawdę bliski śmierci, nie miała pojęcia, jak często mu się to zdarzało, miała prawo jednak wierzyć w to, że aż tak blisko nie znalazł się jeszcze nigdy wcześniej. Nie sądziła, że pierwszy, lepszy uzdrowiciel by go z tego wyciągnął, na szczęście ona miała pewne doświadczenie, dobrze, że trafił do domu, wolała nawet nie myśleć, jakby to wszystko wyglądało gdyby się tak nie stało.

Była bardzo ostrożna, uważała, żeby nie dotknąć go tam, gdzie nie powinna, naprawdę starała się uniknąć niepotrzebnych komplikacji, czy dokładać mu chociaż drobnego powodu do bólu, bo jego ciało i bez tego było w naprawdę fatalnym stanie. - Dziękuję za aktualizację, kiedyś nie byłeś skłonny dzielić się takimi niewielkimi liczbami. Nie będę się wiercić. - Skoro już znalazła pozycję, dzięki której nie było najgorzej, to zamierzała się jej trzymać. Cieszyło ją to, że się tym z nią podzielił, że faktycznie nie udawał, że wszystko jest w porządku i to nic wielkiego, to wcale nie było takie oczywiste. Przymknęła na moment oczy, nie mogła powstrzymać tego drobnego drżenia ciała, chociażby chciała. Dużo się wydarzyło tej nocy, a i ona miała swoje granice, w końcu musiała pęknąć, chociaż robiła to niemalże niewyczuwalnie, to mu nie umknęło. Naprawdę nie chciała, aby teraz się nią przejmował, to nie był odpowiedni moment, sam przecież praktycznie się rozsypał. Powinna być silniejsza, ale była tylko człowiekiem.

- Wiem, że nie muszę. - Nie chciała jednak pokazywać słabości, w końcu wiedziała na co się pisze, miała świadomość, że może dojść do podobnej sytuacji, tyle, że kiedy leżał na tym nieszczęsnym dywanie w przedpokoju, cały we krwi to stało się realne, naprawdę mogła go stracić, a na to nie była gotowa. Umierał na jej rękach.

Przyciągnął ją jeszcze bliżej, czuła jego oddech na swojej skórze. Żył, nie odszedł, nadal jednak trudno jej było się pogodzić z tym do czego doszło. Milczała przez chwilę, próbowała ciągle walczyć z tymi emocjami, nie udało jej się to jednak, musiały znaleźć ujście, zbyt długo dusiła wszystko w sobie, trzymała się w jednym kawałku, mimo, że czuła, że w środku wszystko zaczyna pękać. - Okropnie bałam się, że nie dam rady. - Powiedziała cicho, zacisnęła mocniej powieki, bo czuła, że zaczynają ją piec, a nie chciała się popłakać, mimo wszystko jedna łza z nich popłynęła, starała się oddychać spokojnie, ale wychodziło jej to raczej średnio. - Bałam się, że zawiodę, że mi się nie uda, a nie wybaczyłabym sobie tego. - Wolała sobie nie wyobrażać alternatywnej sytuacji do tej, która właśnie się działa, szczególnie, że naprawdę byli bardzo bliscy tego, aby to naprawdę się stało.

- To dobrze, dobrze, że go zabiliście. Najlepiej, aby wszystkie zostały zabite. - Naprawdę nie znosiła wilkołaków, teraz jeszcze bardziej, niestety nie było możliwości, żeby każdy z przeklętych zniknął z powierzchni ziemi. Było to odrobinę pocieszające, że udało im się pozbyć chociaż tego jedynego przypadku, który doprowadził Benjy'ego do takiego stanu, jednak to, że wilkołak to zrobił samo w sobie świadczyło o tym, że musiał być bardzo niebezpiecznym przypadkiem. Jej mąż należał do osób, które potrafiły się bronić, a jednak oberwał dość mocno, co dopiero gdyby trafiło na kogoś innego. Mogła być z niego dumna, udało mu się bowiem pozbyć ogromnego zagrożenia, szkoda tylko, że niemal przypłacił to swoim własnym życiem, a więc ceną największą z możliwych.

- Uczyłam się w jaki sposób reagować w podobnych sytuacjach, leczyłam ludzi po podobnych przejściach, to nie jest jakieś specjalne osiągnięcie dla kogoś kto przez lata pracował z podobnymi przypadkami, zresztą zawiodłam wiele osób, tym razem nie mogłam tego zrobić. - Nie zawsze udawało jej się osiągnąć sukces, to było dla niej najgorsze, obawiała się bowiem, że Benjy będzie kolejną osobą, której nie uda jej się utrzymać przy życiu, a tego sama by nie przeżyła, kochała go tak mocno, że nie była sobie nawet w stanie wyobrazić, jak bardzo uderzyłaby w nią jego strata.

- Zresztą pewnie gdyby był to ktoś inny, to nie udałoby mi się sobie z tym poradzić, jesteś silny, ja tylko odrobinę pomogłam Ci przetrwać. - Nie zamierzała umniejszać jego zasłudze, gdyby nie to, że miał taki silny organizm, nie mogłaby nic z tym zrobić, tak jakimś cudem udało jej się go złożyć w całość. - Niech Ci będzie, mogę uznać, że to była współpraca. - Powiedziała to dla świętego spokoju, wiedziała bowiem, że inaczej istniała szansa na to, że będzie wracał do tematu. Nie czuła potrzeby rozdmuchiwania tego co zrobiła. - Zresztą każdy medyk zachowałby się tak samo, to całkiem proste. - To, że posiadała wiedzę na temat nieco bardziej alternatywnych możliwości leczenia ją uratowało, wiedziała, że nie każdy uzdrowiciel byłby w stanie z nich skorzystać, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nie lubiła jednak o tym mówić. Udało jej się, to było najważniejsze, nie uważała, że był sens, aby się nad tym teraz rozdrabniać.

- Wierzę Ci. W takim wypadku chyba wypada podziękować za komplement. - Nie przejmowała się jakoś szczególnie swoim wyczerpaniem, było chwilowe, później to odeśpi i wszystko wróci do normy, była to naprawdę mała zapłata za to, co udało im się osiągnąć. Przetrwał noc, miała pewność, że nie znajdzie się za zasłoną, czuła pod sobą ciepło jego ciała, oddech powoli wracał do swojego rytmu, czekała go długa rekonwalescencja, ale żył, to było w tym wszystkim najbardziej istotne.

- Tak, nic się przed Tobą nie ukryje, niestety. - Musiała przyznać mu rację, bo znał ją jak nikt inny, znowu się poruszył, więc skorzystała z okazji, schowała twarz w jego szyi, naprawdę potrzebowała w tej chwili tej bliskości, chociaż starała się tego nie okazywać, przesunęła też dłoń, bardzo delikatnie na jego klatkę piersiową, aby móc wyczuć pod opuszkami palców to jak się poruszała, jakby chciała mieć pewność, że naprawdę oddychał i był tutaj z nią.

- Okropnie mnie wystraszyłeś. - Powiedziała jeszcze cicho, nie chciała go za to winić, ale nie mogła przecież ukrywać, że było inaczej. - Naprawdę było blisko, strasznie blisko. - Na pewno zdawał sobie z tego sprawę, bo przecież to jego ciało w tej chwili cierpiało tak, jakby ktoś je przeżuł. - Myślałam, że to koniec. - Jego koniec, jej koniec, ich koniec, a nie była na to gotowa.




RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Benjy Fenwick - 12.03.2026

„Naprawdę było blisko”, to nie była przesada, czułem to w każdym miejscu własnego ciała.

Październikowa mgła za szybą zdawała się gęstnieć z każdą minutą, wgryzając się w mury budynku i wyciągając z nich ciepło. Nie opadała ani na sekundę, spowijając wszystko mlecznym światłem, chociaż powinna była rzędnać, jak zawsze, wraz z nastaniem kolejnego chłodnego poranka - to był jeden z niezaprzeczalnych znaków tego, że brytyjska jesień trwale wyparła lato, nawet nie dając nam przywyknąć do tej przejściowej pogody - gdzieś bardzo daleko, przez grube szkło, dało się słyszeć szum miasta i krzyk odlatujących ptaków, poza tym w pomieszczeniu było przejmująco cicho. Nie zamierzałem jednak odzywać się tylko po to, żeby zapełnić ciszę, ponieważ cisza wcale nie była tutaj problemem.
Przez chwilę patrzyłem w sufit nad łóżkiem, w punkt, gdzie mleczne światło poranka przeciskało się przez zasłony. Zajmowanie się rzeczami, które potrafiły człowieka rozerwać na kawałki, nie należało do zajęć szczególnie bezpiecznych, praktycznie każdy, kto wchodził w ten świat, prędzej czy później stawał w miejscu, gdzie jeden błąd znaczył koniec. W tamtym lesie naprawdę przyszedł taki moment - jeden z tych krótkich, bardzo konkretnych przebłysków, w którym człowiek przestaje kalkulować i zaczyna rozumieć, że wszystko może się skończyć w ciągu kilku sekund - nie było w nim paniki ani dramatyzmu, raczej chłodna świadomość faktu. Widziałem już takie chwile wcześniej, byłem ich częścią, a jednak nigdy przedtem nie miałem tego poczucia, że mogłem zawieść o wiele więcej osób, na których mi zależało, niż kiedykolwiek.
Oddychałem przez chwilę powoli, czując jak moje żebra podnosiły się i opadały, dając o sobie znać tą dziwną, nie do końca równą pracą, którą ciało wybierało, kiedy próbowało nie drażnić zbyt wielu uszkodzonych miejsc naraz. Ból w boku nadal był tam, gdzie powinien - głęboki, tępy, przypominający o sobie przy każdym głębszym oddechu, ale przynajmniej przestał już być tym ostrym impulsem, który wcześniej odbierał mi zdolność skupienia się na czymkolwiek poza nim. Zsunąłem spojrzenie na moment na jej twarz, na te lekko zmarszczone brwi, które pojawiały się zawsze, kiedy próbowała jednocześnie analizować sytuację i nie okazywać zbyt wielu emocji. Przez chwilę tylko patrzyłem na nią z tym swoim spokojnym, prawie niewinnym wyrazem twarzy, kiedy powiedziała, że mam jej częściej przypominać o swoich zaletach.
- S pszyjemnością. - Mruknąłem nisko, trochę ochryple. - Mogę nawet pszygotowaś listę. - Na moment przymknąłem oczy, jakbym naprawdę rozważał to z pełną powagą, po czym poruszyłem lekko brwiami, mrugając. - W posządku gladasyjnym czy alfabetycznym? - Spytałem, bo przecież musiałem wiedzieć, jak łatwiej byłoby jej zapamiętać, z jakim zajebistym człowiekiem teraz żyła. W normalnych okolicznościach pewnie od razu skorzystałbym z takiej okazji, rozwinął temat z przesadną pewnością siebie, wymienił przynajmniej kilka cech, które rzekomo powinny być zapisywane w kronikach rodzinnych, ale tym razem mój repertuar był nieco ograniczony przez fakt, że oddychanie samo w sobie wciąż wymagało ode mnie więcej wysiłku, niż bym chciał przyznać. Po części naprawdę nie miałem ochoty sprawdzać, ile powietrza mogę zużyć na jedną dłuższą przemowę bez konsekwencji dla własnych płuc, po drugie - obserwowanie jej reakcji było w tej chwili ciekawsze niż słuchanie własnego głosu.
„Mam nadzieję, że nie ściemniasz.” Kącik moich ust drgnął odrobinę, ale nie był to uśmiech w pełnym znaczeniu tego słowa, tylko raczej coś pomiędzy nim a krótkim grymasem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy w jej zdaniach było więcej sensu, niż chciałbym przyznać. Prudence miała tę zdolność mówienia rzeczy, które z jednej strony brzmiały zupełnie zwyczajnie, a z drugiej sprawiały, że człowiek nagle zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem właśnie nie został subtelnie zaczepiony i skonfrontowany z rzeczywistością. Przez moment nic nie powiedziałem, ale nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi - dlatego, że zastanawiałem się, jak bardzo szczera powinna ona być. Powoli wypuściłem powietrze z płuc, czując jak ten ruch rozciąga mięśnie przy moich żebrach i przypomina mi bardzo wyraźnie, dlaczego właściwie w ogóle prowadziliśmy tę rozmowę.
- Nigdy bym tak nie okłamał miłości mojego szycia. - Powiedziałem to spokojnie, niemal poważnie, jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie zwyczajnym, a nie o sytuacji, w której ledwo byłem w stanie podnieść głowę bez przypomnienia sobie o wszystkich miejscach, gdzie moje ciało zostało tej nocy brutalnie przekonane o własnej śmiertelności. Tylko ten jeden drobny błysk w oczach zdradzał, że zdanie nie było do końca tak święte, jak brzmiało - bo oczywiście, że ściemniałem, nie jakoś dramatycznie, nie tak, żeby robić z siebie bohatera, który nic nie czuje, ale liczba, którą jej podałem, była bardziej uprzejmością niż raportem medycznym. Prawda była taka, że bliżej temu było do ośmiu niż do trzech i pół, czułem to przy każdym oddechu, przy każdym minimalnym napięciu mięśni, przy każdym milimetrze ruchu, ale jednocześnie wiedziałem też coś innego… Wiedziałem, że gdybym powiedział to na głos, jej ciało natychmiast by się wycofało, jakby dotknęła rozżarzonego żelaza, a nie miałem najmniejszego zamiaru pozwolić, żeby się ode mnie odsunęła - nie po tej nocy, nie kiedy dopiero co zacząłem przekonywać ją, że mogła przylgnąć do mnie bliżej.
- Mhm. - Ten dźwięk był przeciągły, trochę podejrzany. Uniosłem jedną brew z tą samą półironiczną miną, którą znała aż za dobrze. Nie było w tym dumy, nie było też skruchy, było coś pomiędzy ironicznym zmęczeniem a przyzwyczajeniem do takiego stanu rzeczy - nie było sensu robić z tego wielkiej tajemnicy - oboje wiedzieliśmy, że tak było, widziała to już nieraz, zanim jeszcze przestaliśmy być dla siebie kimś więcej niż przyjaciółmi, a później… Później pewnie też to dostrzegała, tylko nie musiała zaprzątać sobie tym głowy, skoro łączyły nas chłodne stosunki. Nie chciałem, by widziała to teraz częściej, niż kiedykolwiek, ale prawda była taka, iż nie mogłem nic na to poradzić, to była część moich naturalnych mechanizmów, część mnie. Kiedyś w ogóle nie prowadziłem raportów, raczej nie lubiłem chwalić się fatalnym samopoczuciem.
- Zobacz, jak się loswijam. - Odparłem spokojnie, głos wciąż miałem niski i trochę zdarty, ale tym razem pojawiła się w nim nuta czegoś lżejszego. Przechyliłem lekko głowę, tak żeby móc spojrzeć na nią z góry, chociaż przez moment milczałem, analizując jej twarz. Gdyby ktoś patrzył na to z boku, mógłby odnieść wrażenie, że próbowała rozbroić bombę, a nie przytulić własnego męża.
Dostrzegłem dokładnie ten moment, w którym przestała się powstrzymywać - materac ugiął się odrobinę głębiej, jej ciało przesunęło się bliżej mojego i nagle ta przestrzeń pomiędzy nami, którą tak skrupulatnie zostawiła wcześniej, po prostu przestała istnieć. Gdy tylko podjęła decyzję, przesunąłem minimalnie ramię, robiąc trochę więcej miejsca, tak żeby mogła ułożyć się wygodniej, nawet jeśli ten ruch przypomniał mi natychmiast o kilku miejscach, które zdecydowanie wolałyby, żebym niczego dzisiaj nie przesuwał. Nie zmieniłem wyrazu twarzy, nie dlatego, że chciałem ją oszukać, po prostu nie było sensu robić z tego spektaklu. Ciepło jej skóry było wyraźne nawet przez warstwy okryć, a oddech, który powoli zaczynał wracać do spokojniejszego rytmu, ogrzewał moją szyję.
- I tak, w tym konkletnym pszypadku naplawdę wolałbym, szebyś się nie wielsiła. - To zdanie zabrzmiało bardzo poważnie przez pierwszą sekundę, a potem kącik moich ust uniósł się odrobinę wyżej. - Chociasz w większości sytuacji jestem zdecydowanie zwolennikiem twojej aktywności. - Nie musiałem nic więcej dodawać, sens tego zdania był aż nazbyt oczywisty, w moim głosie pojawiła się ta charakterystyczna nuta, która zwykle pojawiała się wtedy, kiedy droczyłem się z nią bardziej świadomie.
- Mhm. - Mruknąłem cicho, kiedy wspomniała o wilkołaku i o tym, że dobrze, że go zabiliśmy. W jej głosie była twardość, której nie musiała udawać - wiedziałem, jak bardzo ich nienawidziła - po tej nocy miała jeszcze jeden powód. Na moment przymknąłem oczy, oddychając spokojniej, jej ciało wciąż drżało lekko, oddech był rozchwiany, pozbawiony rytmu, próbowała to ukryć, ale nie było sensu udawać, że tego nie widzę, tak samo jak nie było sensu zaczynać teraz jakiejś wielkiej dyskusji o tym, czy miała prawo się bać - oczywiście, że miała - każdy, kto widział kogoś wykrwawiającego się na własnym dywanie, miał to prawo, a ona i tak zawsze była dobra w trzymaniu emocji w ryzach, lepsza niż większość ludzi, których znałem. Zbyt dobra… Przez chwilę patrzyłem w pustą przestrzeń przed sobą. Jej słowa nie były dla mnie zaskoczeniem, ale ich ciężar i tak osiadł gdzieś głęboko, tam gdzie zwykle nie dopuszczałem zbyt wielu rzeczy - przez sekundę naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć - czułem, jak ciało Prue napina się przy mnie, jak próbuje trzymać się w całości jeszcze odrobinę dłużej, jeszcze jedną minutę, jeszcze jeden oddech…
Wiedziałem, jak wyglądało to „trzymanie się”, sam robiłem to całe życie. Spojrzałem na nią jeszcze raz, uważnie.
- To, co się wydaszyło… - Mój głos był cichy, ale bardzo pewny. - To nie jest coś, za co masz odpowiadaś. - Zrobiłem krótką pauzę. - To nie jest cięszal, któly powinien lesześ na twoich balkach. - Zacząłem wolniej. - Ja wybielam tę lobotę. - Powiedziałem ciężej, w taki sposób, aby nie brzmiało to jak usprawiedliwienie, tylko przyznanie się do czegoś, co oboje wiedzieliśmy od dawna. - Ja chodzę w miejsca, gdzie szeszy plóbują mnie zabiś. - Krótki, zmęczony wydech wydostał mi się z piersi. - I czasem im się plawie udaje. - To była surowa, nieoszlifowana prawda, która pojawiła się między nami bez żadnej szczególnej ceremonii.
Powoli przesunąłem dłonią po jej ramieniu, bardzo ostrożnie, aż zatrzymałem palce gdzieś w połowie drogi między łopatką a karkiem - ten ruch był spokojny, niemal leniwy, ale miał w sobie coś z odruchowej czułości, która pojawiała się między nami bez żadnego wysiłku. Nie próbowałem jej pocieszać, nie w ten tani, wyświechtany sposób, w jaki ludzie mówią „już okej” albo „nie myśl o tym” - to byłoby kłamstwo, a ona zasługiwała na więcej niż uprzejme bzdury - puste słowa o tym, że przecież wszystko skończyło się dobrze, byłyby teraz jak splunięcie jej w twarz. Oboje wiedzieliśmy, że nie było dobrze - było tragicznie, krwawo i o włos od ostateczności, fakt, że udało nam się odpełznąć od krawędzi, nie oznaczał, że przepaść zniknęła. Nie zatrzymywałem się przy tym wspomnieniu na długo, ale ono i tak wracało, kiedy chciało, nie potrzebowało zaproszenia. Oddychaliśmy przez chwilę w tym samym rytmie, mgła za oknem wciąż sprawiała, że świat wydawał się dziwnie zawieszony pomiędzy nocą a dniem.
- Jasne, kaszdy medyk zachowałby się tak samo… - Powtórzyłem jej słowa z lekką, gorzką ironią, której nie potrafiłem powstrzymać. Widziałem ludzi, którzy potrafili zszyć obcego człowieka w kilka minut, a przy własnym bracie zaczynali drżeć tak, że nie mogli utrzymać różdżki prosto, natomiast ona… - Ale ty nie jesteś tylko „kaszdym”. Jesteś moją soną, nie moim usdlowisielem, nie ploś mnie, szebym udawał, sze to było „nic wielkiego”. To, co zlobiłaś na tym dywanie w pszedpokoju, to nie była „współplaca” s moim silnym olganismem. - Nie chciałem spierać się z nią o to, co było a co nie było niestandardowym osiągnięciem, teraz nie miałem na to aż tyle energii, ale iskra gdzieś w środku i tak się zapaliła, jak zawsze, kiedy zostawiała mi podobne otwarcie. - Placowałaś s tlupami, leczyłaś setki ludzi, wiem to. - Kontynuowałem, ignorując pulsowanie w skroniach, wziąłem głębszy oddech, który zakończył się krótkim, stłumionym syknięciem. - Wiem, sze to jest twoja plasa, twoje szemiosło, twoja cholelnie cięszko wyplacowana wiedza. Wiem, sze potlafisz lobiś takie szeszy. - Podjąłem po chwili. - Wiem, sze masz do tego głowę, lęce i nelwy ze stali. - Powoli wypuściłem powietrze z płuc, ten oddech był dłuższy niż poprzednie i od razu przypomniał moim żebrom, że nie powinienem jeszcze próbować takich eksperymentów - zignorowałem również to - ta jedna łza, którą poczułem gdzieś przy szyi, powiedziała mi więcej niż całe zdania. - Jestem cholelnie wdzięczny, sze byłaś tu tej nocy, ale... - Na krótką chwilę zamknąłem oczy, obraz sprzed kilku godzin wrócił sam, bez zaproszenia - podłoga w przedpokoju, zapach krwi, rozmyty sufit nad głową i jej twarz pochylona nade mną, napięta, skupiona, o wiele spokojniejsza niż sytuacja na to zasługiwała. - Jesteś moją małszonką, Pluey. - Powiedziałem to spokojnie, rozchylając powieki.. - Nie moim planem latunkowym. - Patrzyłem w szarą przestrzeń pokoju, czując znajomy ciężar gdzieś w klatce piersiowej - coś pomiędzy winą a świadomością, że mimo wszystko nie potrafiłbym żyć inaczej, oboje o tym wiedzieliśmy. - Wiem, sze potlafisz mnie poskładaś do kupy lepiej nisz połowa ludzi w Mungu. - Kącik moich ust drgnął odrobinę, ale w moim głosie nie było żartu. - I wiem tesz, sze gdyby sytuacja się powtószyła, zlobiłabyś dokładnie to samo, ale nie jesteś moim zapleczem medycznym. - Była to jedna z tych prostych prawd, które nie potrzebowały ozdobników. Powietrze w pokoju było ciepłe, tylko nasze oddechy i odległy szum miasta gdzieś za oknem przypominały, że świat poza tym łóżkiem wciąż istniał. - Jesteś najwaszniejszą osobą w moim szyciu. - To zdanie nie było patetyczne, nie było też dramatyczne, padło tak po prostu, jako fakt. - Nie chcę, szebyś zaczęła myśleś o sobie jak o kimś, kto ma mnie naplawiaś za kaszdym lasem, kiedy coś pójdzie nie tak. - Moje palce przesunęły się jeszcze raz powoli po jej włosach. - Bo nie po to za mnie wychodziłaś.
Cisza znów na chwilę wróciła do pokoju, jednak nie próbowałem wypełniać milczenia słowami, dopiero po chwili przesunąłem lekko dłoń z karku Prue na jej ramię, oplatając sobie kosmyk ciemnych włosów wokół palca, bardziej żeby zmienić pozycję niż zrobić coś konkretnego. Ten ruch był powolny, ostrożny, ale nie pozbawiony energii - cokolwiek się stało, nie byliśmy już w tym samym punkcie, co w nocy, teraz było stabilnie. Ból nadal był tam, gdzie wcześniej, nie zamierzał się nigdzie wybierać, ale w tej chwili przynajmniej nie dominował całego świata.
- Niestety dla ciebie - przyznałem bez krztyny niepewności czy wahania - jestem całkiem dobsze wytlenowany w zauwaszaniu takich szeszy. - Przesunąłem palcami po jej ramieniu, powoli, bez pośpiechu, aż zatrzymały się przy jej łopatce. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, ile wysiłku kosztowało ją każde spokojne zdanie, które wypowiedziała od momentu, kiedy się obudziłem. Wiedziałem, że Prue nienawidziła chaosu, a ta noc była definicją entropii, potrafiła z zimną krwią zszywać rozerwane tętnice, jednak teraz trzęsła się pod moim ramieniem, bo rzeczywistość w końcu przebiła się przez jej mury ochronne. Chciała być silna, chciała być tą opanowaną Prudence, która zawsze wie, gdzie leżą bandaże i jakie zioła zaparzyć na gorączkę, ale pod tą maską profesjonalizmu była kobieta, która przed chwilą patrzyła, jak życie wycieka z mężczyzny, który obiecał jej może nie starość, lecz z pewnością coś dłuższego niż kilka wspólnych tygodni, nawet wspaniałych. Nie rzucałem pustych słów o tym, że przecież wszystko jest w porządku, bo nie było - leżeliśmy w sercu październikowej mgły, pośród nieświeżej już pościeli, woni eliksirów i zapachu krwi, której nie dało się całkowicie zmyć z desek w przedpokoju samym tylko wycieraniem szmatą. Nie zamierzałem komentować niczego, co wkradło się w tę chwilę - ani przytakiwać temu, że wiedziałem, jak było blisko, ani próbować bagatelizować mojego spotkania ze śmiercią - przetrwaliśmy to oboje, ale nie było w tym nic z triumfu, tylko obopólne zmęczenie dwojga ludzi, którzy właśnie oszukali przeznaczenie i nie mieli pojęcia, na jak długo. Ten kundel, który teraz był tylko garstką kości i prochem w lesie, niemal odebrał nam wszystko, co budowaliśmy - każdy plan, każdą przyszłą listę, każde wspólne śniadanie w tej przeklętej, mroźnej Anglii. To był realny ciężar naszej codzienności, każde moje wyjście, każde zlecenie, każda noc poza domem była rzutem monetą, a ona była tą, która musiała czekać, by sprawdzić, na którą stronę upadła. To nie był strach nowicjusza, to był strach kogoś, kto wiedział aż za dobrze, co znajduje się po drugiej stronie, i kto musiał patrzeć, jak osoba, którą kocha, jedną nogą już tam stoi. Nie było żadnego „następnego świata”, w którym mogłaby to naprawić, był tylko ten jeden, tu i teraz, w którym oboje byliśmy potwornie zmęczeni i naznaczeni przez to, co wydarzyło się w lesie.
Przesunęła dłoń na moją klatkę piersiową, a ja instynktownie spiąłem mięśnie, by zaraz potem zmusić się do rozluźnienia. Naprawdę była przekonana, że jeden zły ruch może coś popsuć, prawda była taka, że większość rzeczy w moim ciele już była popsuta, ale to nie było coś, o czym zamierzałem teraz robić wykład.
- Wiesz… - Odezwałem się po chwili, trochę ciszej, mój głos był niski, ochrypły od zmęczenia i wysuszonego gardła. - Jest taka stala, alystoklatyszna lada. - Minimalnie poruszyłem głową, tak żeby móc oprzeć skroń o jej włosy. - Podobno balso skuteczna. - Zrobiłem krótką pauzę, kącik moich ust drgnął odrobinę. - „Zamknij oczy i myśl o Anglii”. - W moim głosie wybrzmiało coś pomiędzy ironią a zmęczonym rozbawieniem - podobno była to oficjalna strategia przetrwania wielu małżeństw - ten cytat był tak absurdalnie niedopasowany do sytuacji, że aż pasował idealnie.
Przez chwilę nic więcej nie mówiłem, ale moja dłoń przesunęła się po jej włosach jeszcze raz, powoli, spokojnie.
- Selio - dodałem po kilku sekundach ciszy, bardziej miękko - splóbuj odpocząś. - Nie brzmiało to jak rozkaz, a jak bardzo pragmatyczna propozycja kogoś, kto właśnie wrócił z miejsca, gdzie noc mogła skończyć się zupełnie inaczej. Zamilkłem, słuchając naszego wspólnego rytmu zsynchronizowanych oddechów i cichego szumu miasta za oknem, który powoli zaczynał gęstnieć razem z porankiem. Spojrzałem w stronę okna, przed siebie, w jasność, gdzie mleczna biel mgły powoli rozrzedzała się, ustępując miejsca szarości świtu. To był brzydki dzień - brudny, zimny i wilgotny, ale… Był. Świat dopiero zaczynał powoli wracać do życia, miałem bardzo wyraźne wrażenie, że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, nie zamieniłbym tej chwili na żadną inną.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]