Secrets of London
[09.10.1972] And the sky is made of velvet - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [09.10.1972] And the sky is made of velvet (/showthread.php?tid=5804)



[09.10.1972] And the sky is made of velvet - Bard Beedle - 06.03.2026

Gdzieś nad moją głową przeleciało stado gęsi, krótki trzepot skrzydeł przeciął ciszę, wraz z krzykiem ptaków, potem wszystko znowu ucichło. Wieczór był już chłodny, ale jeszcze nie tak zimny, żeby przegonić mnie do środka domu. Słońce dopiero zaczynało chować się za horyzontem, a dzisiejszy dzień należał do tych cieplejszych, jeszcze nie do końca jesiennych, chociaż już niezupełnie letnich. Nad ogrodem wisiał ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawiał się tylko o tej porze roku, powietrze było gęste od zapachu dymu z czyjegoś kominka, który wił się popielatą smugą w niebo, znikając gdzieś dalej, za linią starych drzew. Gleba pod moimi opuszkami była wilgotna i miękka, pachniała ciężko, ziemiście, gdy powoli zagłębiałam palce w grządce z ziołami, delektując się tym wrażeniem - przez poprzednie miesiące zbierała w sobie wspomnienia słońca, żeby teraz oddawać je bardzo powoli, przygotowując rosnącą w niej roślinność na nadejście znacznie chłodniejszej pory roku.
Miałam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, zawsze miałam, praca nad utrzymaniem ogrodu tak naprawdę nigdy nie była całkowicie skończona, to był nieustanny proces, który ponoć albo się kochało, albo nienawidziło, natomiast ja - nawet jeśli nie uważałam się za ekspertkę w zakresie pielęgnacji flory, czasami celowo łamiąc reguły ogrodnictwa, tak dla odrobiny eksperymentu, co nie zawsze odpowiadało moim sąsiadom - balansowałam gdzieś pomiędzy. Uwielbiałam moje grządki z szałwią, rozmarynem i innymi pachnącymi roślinami, umiarkowanie dbałam o zieleń trawnika, za to zupełnie ignorowałam wszystkie żywopłoty, pozwalając im rosnąć, jak chciały. To samo tyczyło się drzew i krzewów innych, niż te owocowe, które otrzymywały ode mnie okazjonalną, nieplanowaną uwagę. Wszystko zależało od aury.
Unosząc głowę, przymknęłam oczy na moment, wsłuchując się w przestrzeń. Przesunęłam palcami po łodygach lawendy, zbierając kilka ostatnich kwiatów, które zostawiłam na później do suszenia. Właśnie wtedy ją poczułam - choć nie od razu w wyraźny sposób, najpierw pod skórą, na pograniczu świadomości, niczym delikatne rezonowanie, brzęczenie w uszach - tę zmianę w powietrzu, która zakłóciła senny spokój zmierzchu otulającego londyńskie przedmieścia. Rośliny mówiły, jeśli tylko ktoś potrafił słuchać, nie słowami, oczywiście, raczej ciężarem powietrza, sposobem, w jaki poruszały się ich pędy, tym drobnym napięciem, które pojawiało się w karku bez wyraźnego powodu wraz z zapachem ozonu w nozdrzach. Najpierw był tylko wiatr przesuwający się między gałęziami starej jabłoni, potem szum liści, wszystkie te subtelne dźwięki, które znałam na pamięć - dopiero po chwili pojawił się cichy, metaliczny odgłos, który w niczym nie przypominał dzwonków wietrznych zawieszonych na werandzie z tyłu domu i w głównych, przednich drzwiach. Powoli podniosłam się z kolan, opierając dłoń o drewnianą skrzynkę, zawias furtki zaskrzypiał jeszcze raz, już ciszej, jakby ktoś zamykał ją ostrożnie za sobą. Uśmiechnęłam się pod nosem, strzepnęłam ziemię z dłoni i potarłam palce o fartuch, odwróciłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam znajomy rytm kroków na ścieżce wzdłuż bocznej ściany - doskonale, akurat poczułam ochotę, by napić się gorącej herbaty, najlepiej z wkładką.

Bard: Benjy Fenwick



RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - Prudence Fenwick - 06.03.2026

Skoro babcia pomyślała sobie dzisiaj o niej podczas parzenia herbaty, to nie wypadało tego zignorować, prawda? Niby nie musiała się spieszyć, postanowiła jednak ją odwiedzić jeszcze tego wieczoru. Skończyła pracę szybciej niż zakładała, więc postanowiła wybrać się do swojej babci. Miała jej zresztą trochę do przekazania, nie wątpiła, że ucieszą ją wieści, które miała usłyszeć.

Prudence szła przed siebie z rękoma schowanymi głęboko w kieszeniach płaszcza, jesień nie należała do najprzyjemniejszych pór roku. Lubiła ją, jednak nie zmieniało to faktu, że robiło się naprawdę chłodno, a że miała ona tendencje do szybkiego marznięcia... to gdy tylko znalazła się na zewnątrz wsunęła dłonie do kieszeni, a na głowę narzuciła kaptur swojego płaszcza. Trudno więc było dostrzec uśmiech, który sam pojawiał się na jej twarzy, nie mogła przestać się uśmiechać, w końcu wszystko zaczęło się układać.

Jeszcze wczoraj nie spodziewała się tego, że w przeciągu kilkunastu godzin jej życie może się, aż tak diametralnie zmienić, jak widać nigdy nie zna się, ani dnia, ani godziny. Była szczęśliwa, co widać było w jej kroku, poruszała się wyjątkowo lekko, można było stwierdzić, że brakuje jej zwyczajnej dla niej roztropności nawet po sposobie w jaki się poruszała.

Spacer zajął jej dłuższą chwilę, chociaż zupełnie tego nie odczuwała, nieco zagubiła się w swoich myślach, kiedy szła przed siebie, ale tym razem było to jedno z tych przyjemniejszych zagubień. Przed oczami pojawiały jej się obrazy z minionego wieczoru, były naprawdę kolorowe, wszystko się zmieniło i była z tego powodu zwyczajnie szczęśliwa.

Trafiła w końcu na ulicę przy której znajdował się znajomy dom. Zdjęła z głowy kaptur, policzki nieco zaróżowiły jej się od wiatru, który muskał jej twarz. Spodziewała się tego, że zastanie Ellie w ogrodzie, znała jej przyzwyczajenia. Przystanęła jeszcze na moment przed bramą i rzuciła okiem na dom, dom w którym spędziła sporą część swojego dzieciństwa, była blisko z babcią, bywała tu naprawdę często.

Nie zwlekała, otworzyła bramkę i weszła do środka. Zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu znajomej sylwetki, wyciągnęła ręce z kieszeni, odruchowo dotknęła obrączki, która znajdowała się na jej palcu, musiała się do niej przyzwyczaić, ten ciężar jednak był bardzo przyjemny.

W końcu ją dostrzegła, tak jak się spodziewała nie była w domu, tylko na zewnątrz. Babcia nie do końca umiała usiedzieć na miejscu. Prudence ruszyła w jej kierunku całkiem żwawym tempem, gdy znalazła się blisko przytuliła ją bez słowa, od tego było warto zacząć.

- Napisałaś o tej filiżance, więc musiałam się tutaj pojawić. - Zaczęła rozmowę spokojnym tonem. Nie dało się nie dostrzec, że była wyjątkowo spokojna i szczęśliwa, oczy jej błyszczały, a uśmiech nie schodził z twarzy, schowała ręce do kieszeni, gdy tylko odsunęła się od babci. - Idziemy do środka, czy masz chęć jeszcze zostać na zewnątrz, potrzebujesz jakiejś pomocy? - Nie powinna o to pytać, bo Ellie nigdy jej nie potrzebowała, ale nie zamierzała ignorować tego, że przed chwilą dłubała w ziemi.




RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - Bard Beedle - 07.03.2026

Uśmiech pojawił się u mnie jeszcze zanim odwróciłam głowę i całkowicie się wyprostowałam. Człowiek może zapomnieć wiele rzeczy, ale nie sposób, w jaki poruszają się ludzie, których się wychowało. Obróciłam się powoli, strzepując resztki ziemi z dłoni, i zobaczyłam ją dokładnie tam, gdzie powinna się pojawić - w półmroku październikowego wieczoru sylwetka zbliżająca się od strony frontu domu była najpierw tylko cieniem, smukłym ruchem między krzewami porzeczek i wysokimi łodygami słoneczników, które już dawno przekwitły, jednak zaraz zaczęła nabierać wyraźniejszych cech Prudence. Nawet jeśli nie spodziewałam się jej odwiedzin, przynajmniej nie właśnie tego wieczoru, nie zdziwiło mnie skrzypnięcie furtki i nagłe towarzystwo wnuczki - bywały takie dni, kiedy pewne rzeczy po prostu układały się w logiczną całość, choć nikt nigdy nie potrafiłby wytłumaczyć dlaczego - podświadomie wiedziałam, że nie chodziło wyłącznie o chęć obejrzenia pękniętej porcelany, nawet tej wyjątkowo przez nią lubianej. Nie zmartwiłam się jednak, chociaż zdawałam sobie sprawę, iż tak pilne reakcje na otrzymane wiadomości, zwłaszcza u kobiet głęboko oddających się pracy, rzadko bywały przypadkiem. Poza ujawnianiem obecności wizytora, otoczenie zawsze mówiło więcej, niż ludziom się wydawało - ziemia inaczej przyjmowała ciężar czyichś stóp, gdy gość przychodził z dobrym albo złym humorem, liście inaczej szeleściły, a powietrze poruszało się w różny sposób, kiedy ktoś wchodził w jego nurt, oddychając nim pełną piersią, a kiedy celowo dusił dech w płucach.
Nie musiałam się przyglądać długo, żeby wiedzieć, że coś w niej było inne - nie chodziło o płaszcz ani o włosy, które wiatr zdążył już trochę poplątać, chodziło o sposób, w jaki się poruszała. Ludzie noszą swoje nastroje i doświadczenia na barkach, jakby to były niewidzialne peleryny - ciężkie albo lekkie, duszące lub otulające - jej dzisiejsza powiewała za nią, praktycznie płynąc w powietrzu, dokładnie tak jak sama Prudie. Wiatr przesunął się przez ogród, poruszając suchymi łodygami ziół, gdzieś w oddali zaszeleściły liście. Przeniosłam wzrok na grządkę, przy której jeszcze przed chwilą klęczałam, a potem z powrotem na nią. Całkowity zmierzch był już tuż tuż, światło miało ten ciepły, bursztynowy odcień, który rozlewa się po ogrodzie tylko przez kilka minut dziennie, zanim wszystko zacznie tonąć w granacie wieczoru. W tym oświetleniu twarz Prudence wydawała się jaśniejsza niż zwykle.
- Filiżanki rzadko pękają bez powodu. - Odpowiedziałam lekko. - Ta wytrzymała ponad trzydzieści lat, więc uznałam, że jeśli już postanowiła się poddać, to pewnie coś próbuje mi powiedzieć.
Objęła mnie bez wahania. Ziemia na moich dłoniach była jeszcze wilgotna, nie udało mi się całkiem oczyścić dłoni, więc przez chwilę zawahałam się odruchowo, ale tylko przez ułamek sekundy - potem oparłam ręce o jej ramiona i przyciągnęłam ją bliżej, tak jak robiło się to odruchowo, kiedy przytulało się własne dziecko, nawet jeśli to dziecko dawno już przestało nim być. Pachniała chłodnym powietrzem i aurą miasta, tą październikową wilgocią, która osiadała na ubraniach po dłuższym spacerze. Odsunęła się po chwili, a ja spojrzałam na nią uważniej - policzki miała zaróżowione od wiatru, oczy błyszczały w sposób, którego nie dało się pomylić z niczym innym - znałam ten rodzaj światła, widziałam go już w życiu kilka razy i nigdy nie pojawiał się bez powodu, nie skomentowałam tego jednak od razu, zamiast tego powoli skrzyżowałam ręce na piersi i zmrużyłam oczy z udawaną powagą. Przez chwilę przyglądałam się jej twarzy, temu uśmiechowi, który uparcie nie chciał zniknąć, i tej dziwnej lekkości w jej ruchach.
- Napisałam „w najbliższych dniach”. - Powiedziałam spokojnie. - Nie „za piętnaście minut”. - Kącik ust uniósł mi się jednak zdradziecko, gdy przeniosłam spojrzenie na ogród, na wilgotną ziemię i powoli gasnące światło między drzewami. Wskazałam brodą drugą stronę rabaty - na kępę, która rosła przy kamiennej obręczy grządki.
- Trzeba zerwać resztę szałwii, zanim przyjdzie pierwszy porządny mróz. Jeszcze dwa, trzy dni i będzie po niej. A przyda mi się na pęczki do okadzania. - Spojrzałam znowu na Prudence, trochę z ukosa, z tym półuśmiechem, który zawsze pojawiał się, kiedy coś mnie intrygowało bardziej, niż dawałam po sobie poznać. Wiatr poruszył liśćmi jabłoni nad naszymi głowami, kilka z nich opadło powoli na ziemię, kręcąc się w powietrzu jak małe, rude spirale. - Mogłabyś mi pomóc ją zebrać. Delikatnie, przy ziemi. Nie lubi, kiedy ktoś się z nią szarpie. - Dodałam. Liście zaczynały już matowieć od chłodu, ale wciąż pachniały intensywnie, gdy tylko się je poruszyło - jeśli miała jeszcze do czegoś posłużyć tej jesieni, to był właśnie ostatni moment na zbiory.


RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - Prudence Fenwick - 09.03.2026

Nie zastanawiała się jakoś specjalnie nad tym, czy powinna się tu pojawić tak szybko. Wydawało jej się to całkiem jasne, zresztą akurat Ellie należała do osób, które zawsze chętnie odwiedzała, skorzystała więc z zaproszenia, gdy opuściła biuro koronera nogi same ją tutaj przyprowadziły. Babcia towarzyszyła jej w tych najlepszych i najgorszych momentach życia, chciała podzielić się z nią swoim szczęściem, chociaż jeszcze nie do końca wiedziała, jak to z siebie wyrzuci, bo miała jej dość sporo do przekazania. Nie martwiła się tym jednak jakoś specjalnie, w końcu cel wizyty był jasny. Filiżanka dokonała swojego żywota, co było wystarczającym powodem, aby zasugerować Ellie, że coś się wydarzyło. Całkiem zabawne, że zasugerowała to śmierć tego przedmiotu, jednak najwyraźniej nic nie działo się bez przyczyny.

Pojawiła się przed miejscem, które wiele dla niej znaczyło. Spędziła w tym domu naprawdę wiele czasu, babcia była jej bardzo bliska, łączyło je wiele, od lat to ona była jej powierniczką, nic więc dziwnego, że to miejsce mogła nazwać swoim domem. Dość szybko udało jej się dostrzec kobietę, podeszła więc do niej. Nie musiała się odzywać, bo Ellie od razu dostrzegła to, że się pojawiła. Jej intuicja nie miała sobie równych, zresztą nie zależało jej na tym, aby ją zaskoczyć.

- Jak wiadomo nic nie dzieje się bez przyczyny. - Nie zamierzała udawać, że nic się nie wydarzyło, być może nie zaczęła od podzielenia się czymś więcej, ale nie miała zamiaru też tego ukrywać. Zresztą trudno było przed Ellie ukryć cokolwiek. Miała świadomość, że widać było po niej, że jest w wyjątkowo dobrym nastroju, szczególnie, że jej ostatnia wizyta w tym miejscu nie należała do tych najbardziej przyjemnych, wtedy miała wrażenie, że jej świat się rozsypał, teraz towarzyszyła jej zupełnie inna aura, co na pewno nie umknęło babci.

Wyczuła to chwilowe zawahanie przed tym nim ją objęła. Zdawała sobie sprawę z tego, z czego ono wynika, nie przeszkadzała jej jednak ziemia, której nie do końca udało się pozbyć kobiecie ze swoich dłoni, to była tylko ziemia, nic wielkiego. Po tym krótkim, aczkolwiek ciepłym przywitaniu odsunęła się o krok, wpatrywała się w kobietę przez chwilę, a uśmiech nie schodził jej z twarzy, co było pewnie ciekawym zjawiskiem, bo raczej nieczęsto można było zobaczyć Prue w tak dobrym humorze.

- Och, jeśli tak, to mogę wyjść, przejść się i wrócić, albo wrócić za kilka dni, nie spodziewałam się, że mogę pojawić się zbyt szybko. - Faktycznie, tym razem zjawiła się u niej niemalże natychmiast po otrzymaniu wiadomości, zazwyczaj nie było jej, aż tak po drodze z wizytą, ten dzień był jednak trochę wyjątkowy. Chciała się z kimś podzielić swoim szczęściem, a wiedziała, że akurat ona zrozumie, wszystko zrozumie, nie będzie jej oceniała, wręcz przeciwnie. Wydawała się więc być dla Prue osobą z którą mogła cieszyć się swoim szczęściem.

Przeniosła wzrok w stronę kępy, którą wskazała jej babcia. Kiwnęła jeszcze głową na znak, że zrozumiała, czym ma się zająć. - Szkoda by było, żeby się zmarnowała, zajmę się tym więc. - Nie było to szczególnie wymagającym zajęciem, być może nie była specjalistką od grzebania w ziemi, ale to nie przerastało jej umiejętności.

- Będę delikatna, nie musisz się o nią martwić. - Nie zwlekała, zaczynało robić się ciemno, a skoro już zaoferowała swoją pomoc, to dobrze byłoby się tym zająć. Powoli ruszyła w stronę szałwii, którą wskazała jej babcia. Przykucnęła i zaczęła zajmować się swoim zadaniem. Bardzo ostrożnie zrywała liść po liściu, zaciągała się przy tym tym charakterystycznym zapachem, który roztaczała roślina. Nie odzywała się ani słowem, skupiona na tym, co robiła. Niby było to całkiem prostym zadaniem, jednak jak zawsze starała się je wykonać perfekcyjnie.

Jej dłonie zaczęły pokrywać się ziemią, co nie było niczym dziwnym, nie przejmowała się też jakoś specjalnie tym, że nie była przygotowana do tego, aby wykonywać zajęcia ogrodnicze, mruczała sobie nawet coś pod nosem, co świadczyło o tym, że była w naprawdę dobrym nastroju. Po kilku minutach udało jej się zebrać całkiem dorodny bukiet, postanowiła więc wrócić do Ellie, aby wręczyć jej rośliny, albo znaleźć dla nich odpowiednie miejsce.

- Co mam z tym zrobić? - Zapytała kobietę, w końcu to tutaj dowodziła, Prue była tylko drobnym wsparciem, które pojawiło się zupełnie niespodziewanie.




RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - Bard Beedle - 10.03.2026

Uśmiech… Człowiek w moim wieku, z wieloma różnymi doświadczeniami, widział już różne jego odmiany - uśmiech ulgi, uśmiech zmęczenia, uśmiech ludzi, którzy próbują przekonać samych siebie, że wszystko jest w porządku - ten u Prudence był inny, zauważyłam to praktycznie od razu, jeszcze zanim spytałam, co go spowodowało.
- Filiżanki pękają - kiwnęłam głową, spokojnie, prawie mimochodem - ptaki zmieniają kierunek lotu. Psy zaczynają szczekać w środku nocy bez powodu. - Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale wystarczyło, że w tym jednym nie było między nami niezgody - faktycznie - nic nigdy nie działo się bez przyczyny, nawet jeśli czasami poznawaliśmy ją dopiero po latach albo wcale.
Od samego początku dnia wiedziałam, że coś musiało być na rzeczy, zbyt wiele drobnych zdarzeń zakłóciło naturalny bieg mojej rutyny, nakłaniając mnie do tego kontaktu, wspomniana filiżanka była wyłącznie wisienką na torcie, czubkiem deseru lodowego, pod którego powierzchnią, głęboko we wnętrzu, kryły się jeszcze inne znaki. Zawsze zresztą lubiłam twierdzić, iż przed najistotniejszymi wydarzeniami, tymi wpływającymi w jakiś sposób na dynamikę naszych rodzinnych relacji, zawsze pojawiały się jakieś dyskretne omeny, mające zwiastować zmiany w dotychczasowej równowadze sił, a dziś dostrzegałam je od samego rana, praktycznie aż do tej pory. Może dlatego nie spieszyłam się z pochopnymi wnioskami dotyczącymi zachowania wnuczki - nie próbowałam zgadywać, co się stało, choć mogłam mieć pewne różnorodne domysły - zdecydowanie wolałam poczekać na naturalny rozwój sytuacji. Przyglądałam się jej z tym cichym, uważnym zainteresowaniem, które miało w sobie tyle samo czułości, co ciekawości, dopóki nie wymieniłyśmy uścisku, który sam w sobie również całkiem sporo mi powiedział - był zupełnie inny, niż ten przed paroma dniami, w moim korytarzu - ten teraz był ciepły, mocny, wyrazisty, pełen pozytywnej energii, którą Prudence emanowała, niczym kociołek na rozżarzonym palenisku.
Dopiero odsuwając się od wnuczki, poczułam znowu znajomy chłód październikowego wieczoru na karku, mocniej otulając się chustą, którą trzymałam na ramionach i poprawiając fartuch przeznaczony do pracy w ogrodzie. Zazwyczaj nie byłabym chętna, by skorzystać z propozycji pomocy z rabatami, którą mi złożyła, przywykłam do samodzielnego zajmowania się takimi rzeczami, jednak dzisiaj było inaczej - wiedziałam, że w Prudie wibrowały pokłady zupełnie innej energii, niż podczas naszego wspólnego czasu na przełomie miesięcy, który spędziłyśmy w czterech ścianach, podczas zupełnie innej aury pogodowej. Warto było zatem, by dobrze wykorzystała te zasoby, a ja akurat miałam na to idealne rozwiązanie - szałwia do okadzeń lubiła, gdy zbierało się ją z odpowiednim nastawieniem - Matka Natura zdecydowanie potrafiła dobrać właściwą oprawę, zapewne porozumiewawczo uśmiechając się do nas z góry. Dziś na zewnątrz było znacznie ładniej niż wtedy, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni, pogodnie i rześko, co sprzyjało oddychaniu pełną piersią.
To była ta pora roku, kiedy wszystko powoli cichło, ale zanim to nastąpiło, ziemia jeszcze oddawała ostatnie zapachy lata - z zarośniętego sadu obok niezamieszkałego domu, tego tuż za bocznym płotem mojej własnej posesji, ciągnęła na przykład nuta wilgotnych liści i fermentująca słodycz późnych owoców, których nikt nie zebrał, mieszająca się z ziołami z mojej własnej grządki, i chociaż w teorii nie brzmiało to przyjemnie, w praktyce było zupełnie inaczej. Ten zapach kojarzył mi się z naprawdę przyjemnymi chwilami spędzanymi tu na przestrzeni dekad - w różnych odsłonach, niekiedy w towarzystwie, niekiedy samej, szczęśliwej, promieniującej lub chmurnej i potrzebującej wyładowania - wprawiając mnie w jeszcze lepszy nastrój, niż wcześniej. Nie dało się jednak ukryć, że za polepszenie atmosfery w znacznym stopniu odpowiadała głównie moja wnuczka i to, co ze sobą przyniosła - pokręciłam więc głową, chcąc naprędce zbyć jej żartobliwe założenia.
Spojrzałam na nią tak, jak patrzyło się na kogoś, kto właśnie powiedział coś jednocześnie bardzo poważnego i zupełnie niedorzecznego, przy czym uniosłam brew tak wysoko, że aż poczułam, jak marszczy mi się skóra na czole.
Potem prychnęłam cicho.
- Oczywiście. - Powiedziałam powoli, z tą spokojną ironią, która zawsze wkradała się do mojego głosu, kiedy ktoś mówił coś szczególnie niemądrego. - Wyjdź. Przejdź się kawałek, zamknij za sobą furtkę, a potem wejdź jeszcze raz, tylko tym razem wolniej. - Przechyliłam głowę lekko na bok, przyglądając jej się spod przymrużonych powiek. - Może wtedy zdążę się przygotować na wizytę własnej wnuczki. - Wytrzymałam jeszcze sekundę tej teatralnej powagi, po czym machnęłam ręką, jakby odganiała natrętną muchę. - Nie wygłupiaj się.
Skinęłam głową w stronę rabaty, gdzie srebrzyste liski poruszały się lekko na wietrze.
- Więc wygląda na to, że jednak trafiłaś we właściwy moment. - Odparłam z aprobatą, nie dodając już nic odkrywczego, tylko wracając do kończenia wieczornych zajęć w ogrodzie.
Patrzyłam, jak bez słowa narzekania na brudzenie sobie rąk w chłodnej glebie, zupełnie w ciszy, lecz jednocześnie bardzo zdecydowanym ruchem, moja wnuczka przykucnęła przy szałwii. Zabrała się do pracy z tą swoją charakterystyczną dokładnością, która ani trochę nie była w stanie mnie zadziwić - Prudence zawsze robiła rzeczy w ten sposób, nawet kiedy była dzieckiem, nie umiała czegoś zrobić „byle jak” - pamiętałam to jeszcze z czasów, gdy była dużo młodsza i potrafiła siedzieć przy stole godzinami nad jakimś zadaniem tylko dlatego, że chciała zrobić je najlepiej, jak się tylko dało. Dziś również nie podążała ścieżką na skróty, chociaż zachowywała się inaczej niż zwykle, dzisiaj bez wątpienia poruszała się tak, jakby coś w jej wnętrzu nagle stało się lżejsze. Słyszałam nawet, jak mruczy coś pod nosem, chociaż nie słyszałam, co to było - nie wnikałam - uśmiechnęłam się do siebie, krótko, prawie niedostrzegalnie, a potem wróciłam do działania, tym razem nie kucając przy ziemi.
Podniosłam wzrok znad własnych dłoni dopiero wtedy, kiedy podeszła bliżej. Słońce opadło już prawie całkiem za linię drzew, wiatr przeszedł przez ogród pod postacią mocniejszego podmuchu, liście jabłoni zaszeleściły nad naszymi głowami, a dookoła zrobiło się jeszcze trochę ciemniej - światło miało już w sobie coraz wyraźniejszy chłodny odcień nadchodzącego wieczoru, ale powiew jeszcze nie był na tyle nieprzyjemny, byśmy musiały od razu chować się w domu - lubiłam tę porę dnia, zawsze była tak spokojna, skłaniała do myślenia, miała w sobie odpowiednio dużo łagodności i nostalgii…
Spojrzałam na szałwię w jej rękach i skinęłam głową z uznaniem.
- Dobrze. - Powiedziałam spokojnie. - W sam raz. - Skinęłam głową w stronę starego kamiennego stołu pod ścianą domu - tego, który stał tam od lat, trochę przekrzywiony, wciąż wiernie służył do wszystkiego, od krojenia ziół po łuskanie orzechów. Na blacie leżał kawałek lnianego sznurka i płytki wiklinowy kosz, w którym zwykle odkładałam zioła zanim związałam je w pęczki. - Połóż ją tam, na stole. Zaraz ją podzielimy na mniejsze wiązki. Takie, które da się powiesić w na strychu. Muszą wyschnąć powoli, inaczej stracą zapach. - Stwierdziłam, mierząc ją lekko zamyślonym spojrzeniem. - Właściwie… Możemy to zrobić wewnątrz. Zaniesiesz wszystko na poddasze?


RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - Prudence Fenwick - 10.03.2026

Prudence miała świadomość, że Ellie zawsze wiedziała więcej. Potrafiła czytać znaki, jak nikt inny. Nie miała wątpliwości, że i tym razem było podobnie. Nie zamierzała jej unikać, wręcz przeciwnie przyszła tutaj od razu po pracy, kilka godzin po tym, jak babcia wysłała jej list. Była ciekawa, jak zareaguje na nowe wieści, chociaż chyba wiedziała, czego mogła się spodziewać, nikt nie wspierał jej jak ta kobieta i tym razem nie mogło być inaczej. Dobrze było mieć świadomość, że w rodzinie jest ktoś, kto jest w stanie zrozumieć każdą, podjętą przez nią decyzję, wiedziała, że nie każdy miał tyle szczęścia.

Babcia jednak nie wypytywała jej, co też nie dziwiło Prue jakoś specjalnie. Nie miała w zwyczaju podobnych zagrywek, nie maglowała jej już na wejściu, raczej czekała na odpowiedni moment, albo na to, aż sama się otworzy, dawała jej czas na to, aby ułożyła sobie wszystko w głowie, doceniała to. Wiedziała, że łatwo było wyczytać z jej zachowania, że coś się zmieniło, nie była do końca sobą, chociaż może była nową wersją siebie? Tego pewnie dopiero miała się dowiedzieć.

Uśmiechnęła się, kiedy dostrzegła to zdziwienie na twarzy kobiety. - Może kolejnym razem po prostu poczekam dłużej niż piętnaście minut, dam Ci czas, abyś mogła mnie odpowiednio powitać. - Dodała jeszcze nie przestając się uśmiechać, doskonale wiedziała, że mogła pojawiać się tutaj bez uprzedzenia, drzwi domu Ellie zawsze były dla niej otwarte, zazwyczaj trochę trwało nim reagowała na jej zaproszenie, ale ten dzień był całkiem wyjątkowy. Jej szybka wizyta w tym miejscu nie umknęła kobiecie, trudno by było, aby tak się stało, nic jej przecież nigdy nie umykało. Znała ją doskonale.

- Mam dobry dzień. - Powiedziała jeszcze cicho, kiedy kobieta wspomniała o tym, że trafiła na odpowiedni moment. Skoro mogła się na coś przydać, to zamierzała to zrobić. Wiedziała, że Ellie doskonale radziła sobie ze wszystkim sama, jednak nie zamierzała stać bezczynnie, kiedy ta kończyła pracę w ogrodzie. Właśnie dlatego ruszyła w stronę wskazanego przez nią miejsca, by zająć się zadaniem, które jej wyznaczyła, robiła to skrupulatnie - jak miała w zwyczaju. Każdą czynność, którą wykonywała traktowała w ten sposób, to leżało w jej naturze, przykładała się nawet do tych najmniej wymagających rzeczy. Szło jej to całkiem sprawnie, przecież wcale nie było to nic skomplikowanego.

W końcu podniosła się z ziemi, gdy nie była w stanie zebrać już więcej. Nie chciała gnieść ziół, czy nie traktować ich nieodpowiednio, właśnie dlatego wróciła do babci. Przeniosła wzrok na stół, o którym wspomniała, tak właściwie to nie przeszkadzało jej to, by jeszcze przez chwilę znajdowały się na zewnątrz, chociaż robiło się coraz chłodniej. Ellie chyba zauważyła to samo, co ona. Kiwnęła więc głową, po czym włożyła szałwię do wiklinowego kosza, zabrała też lniany sznurek, sądziła, że może im się przydać. - Oczywiście, zabiorę co trzeba. - Poddasze wydawało się być nie najgorszą opcją na dalsze spędzenie wieczoru. Jak powiedziała, tak też zrobiła - ruszyła do domu, gdzie miały kontynuować aktualne zajęcie.


Koniec sesji