Secrets of London
[18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+---- Dział: Stadion Quidditcha (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=124)
+---- Wątek: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. (/showthread.php?tid=5827)



[18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Lorien Mulciber - 13.03.2026

18-09-1972 - pod wieczór, mecz Zjednoczonych z Puddlemere z Gargulcami z Gródka

[Obrazek: obraz.png]
To nie jest randka.
Powtarzała w myślach pani Mulciber, a jej własne odbicie w lustrze uniosło kpiąco brwi. Oszukiwać to my, nie nas - chciała sobie samej odpowiedzieć, ale powstrzymała się. Zamiast tego wsmarowała w skórę pod żuchwą odrobinę więcej swoich jaśminowych perfum. Odbicie przewróciło oczami, ale odwróciła już wzrok. Ostatnimi czasy coraz trudniej jej było spojrzeć w lustro. Coraz częściej to coś czaiło się w kąciku oka, pojawiało na peryferiach widzenia. Zignorowała narastający niepokój - not today satan. Not today.
Kot rozwalony na łóżku, miauczeniem zażądał jej uwagi, więc wzięła go na ręce. Wtuliła na moment policzek w miękkie futerko swojego pieszczocha.
- To nie jest randka, wiesz?- Mruknęła cicho. Wiedział. Miauknął, po czym dziabnął ją w czubek nosa, bo kto to widział niewolić kota, który wcale nie chciał być podnoszony i tak naprawdę to od teraz wcale nie lubił głaskania. Wypuściła sierściucha z objęć. Co za niewdzięczny bydlak. Le Chat prychnął na nią w odpowiedzi, z pewnością doskonale słysząc co jego Pani sobie myśli.

To nie jest randka.
Pomyślała dobitnie, przebierając w szafie i próbując znaleźć coś, co jednocześnie pozwoli jej zniknąć w tłumie “kibiców” - zwłaszcza tych sezonowych, którzy przyszli się tylko pokazać z dobrej strony; a mimo wszystko… sprawi, że pan Moody zawiesi wzrok na niej odrobinę dłużej. Ale przecież to nie randka! No weźże się kobieto w garść. Ofuknęła się w myślach. To było… nawet nie biznesowe, a po prostu koleżeńskie… nie, nie koleżeńskie, przecież nie chciała się z nim kolegować… chyba, żeby przyjąć, że z definicji kolegowanie zakłada pójście po szalenie zapewne nudnym meczu do jakiejś małej knajpki, gdzie wypiliby jednego albo dwa drinki, nie więcej naprawdę, a potem… No może w drodze koleżeńskiego wyjątku pozwoliłaby się zaprosić do jego mieszkania, gdzie mógłby jej wytłumaczyć te wszystkie nudne różnice między manewrami w Quidditchu i system punktowy, albo czym jest karny rzut kaflem. No może i nawet by chwilę słuchała, póki znudzona nie zapytałaby czy ma trochę wina. Po winie podejmowało się przecież najlepsze decyzje. No i wtedy  może rzeczywiście mogliby się trochę zakolegować… Poznać odrobinę bliżej. Dużo bliżej. Wyciągnęła z szafy kolejną sukienkę - tą samą, którą miała ostatnio na spotkaniu z Hatim. Przypominała sobie, że wygląda w niej na wyjątkowo wyemancypowanego elfa. Nie. Nie ma mowy. Odrzuciła ją.
Zrezygnowana wyrzuciła następnie z szafy szatę z dalece niestosownym gorsetem i dekoltem. No nie. Zbyt seksownie. Koszulę? Nie! To nie posiedzenie w Wizengamocie. Obcisła spódnica? Też odpadała. Nie chciała, żeby patrzył się na nią cały czas. Jeszcze by przegapił jakiś super ważny rzut i by musiała oglądać na omnikularach powtórkę. Albo nie daj Bogom tłumaczyć co kto komu podał i gość z którym numerem wrzucił piłkę przez obręcz. Zupełnie jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Punkty to punkty, po co drążyć temat.

To nie jest randka.
Oświadczyła raz a dobrze do wszelkich swoich wyobrażeń, pojawiając się w umówionym miejscu i czasie - to znaczy przy punkcie sieci fiuu na podlondyńskim stadionie dokładnie na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem meczu. Tak było… po prostu łatwiej. Spotkać się na miejscu bez obaw, że jakiś zbyt wścibski służący zainteresuje się z kim pani Mulciber opuszcza posiadłość. Nie chciała żeby to brzmiało jak jakaś tajna schadzka, bo przecież to było zwykłe spotkanie koleżeńskie.

Porzuciła swój przepisowy urzędniczy mundurek na rzecz prostej, dość długiej sukienki. Skoro to nie była randka, to nie musiała się stroić prawda? Ale zadbała, żeby założyć pelerynkę ze złotym haftem pełnym roślinnych motywów. Na pewno znalazło się wśród nich sitowie czy tam pałki wodne, które jak rozumiała były emblematem Zjednoczonych z Puddlemere. We włosy wpięła… bardzo starą pamiątkę - złoty znicz, którego pewnego razu wykradł dla niej krukoński szukający. Jak mu tam było? Wood? Wright? Było w tym coś seksownego, gdy tak podleciał po meczu do trybun i dał złotą piłeczkę właśnie jej. I chociaż gość spał na każdej historii magii to chyba nawet przez krótki czas pozwoliła mu się adorować. Chyba. Nieważne. Nie mogła znicza nosić w szkole, ale teraz? Idealna okazja, żeby pokazać się z najlepszej strony jako bardzo zaangażowany kibic. Unieruchomiony w jej gęstych lokach przytrzymywał misterną fryzurę. Na nos nasunęła duże, ciemne okulary, żeby choć przez moment udawać, że jest tu “incognito”.

Na stadionie panował… pewnie typowy dla tego typu miejsc harmider. Handlarze z budek z jedzeniem się przekrzykiwali, ktoś sprzedawał szaliki w jednym kolorze, ktoś inny szaliki w innym kolorze. Ludzie przepychali się do wejścia, machali biletami, szukali swoich znajomych pośród bezimiennej masy.
Ktoś się zatrzymał.
Przywitał.
No i diabli wzięli jej przykrywkę. Skinęła głową, wymieniając parę uprzejmości (“Pani Mulciber, pani prywatnie czy będzie nam sędziował Wizengamot?” “Och nie, gdzieżbym śmiała, panie Travers! Prywatnie.”).
Poszedł sobie. I dobrze.
Człowiek się ukrywał, a tu go zaraz wszyscy demaskowali.
Odetchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na swój srebrny kieszonkowy zegarek.
No dobrze, zaraz tu pan Moody przyjdzie (chyba, że się rozmyślił. Oczywiście, że mógł się rozmyślić. Ale czy wystawiłby ją jak nastolatkę na randce? To nie była randka. No ale wystawiłby???), zajmą miejsce w loży. Z tego co się zorientowała mieli całkiem dobre bilety, co oznaczało, że mieli nieco więcej… prywatności. Nie żeby była im potrzebna, w końcu to tylko KOLEŻEŃSKIE WYJŚCIE NA MECZ. Nie randka. Żadna randka. Tak, dokładnie to sobie postanowiła - przeżyje to wszystko, bo nie takie rzeczy się przeżywało, a potem będzie można iść się napić, bo ich drużyna (komu kibicowali? Już zapomniała.) wygrała. Albo zalać smutek jeśli przegra. Plan bez wad. Jeszcze będąc w domu wypisała czek - na kwotę wysoką. Odpowiednio wysoką, bo przecież chodziło o cele charytatywne. A nuż się okaże, że dla największego darczyńcy będą dożywotnie bilety albo inne benefity? Mogłaby taki ofiarować wówczas panu Moody’emu w ramach kolejnego prezentu.

Jej uwagę przykuło małe stoisko bukmacherskie. No może… W sumie nie zaszkodziło jeszcze obstawić jakiegoś wyniku, prawda? Nie znała się na tyle, żeby przewidywać dokładnie najbardziej opłacalne strategie, ale nawet stąd widziała swojego dalekiego kuzyna Prewetta, który leniwie liczył tokeny. Przygryzła delikatnie dolną wargę. Ostatecznie - zrezygnowała. Jeszcze sobie pan Moody pomyśli, że jest jakąś zapaloną hazardzistką!


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Aaron Andrew Moody - 25.03.2026

Pewnie, że to nie była randka. Oboje byli zbyt poważni na takie rzeczy, prawda? Na randki chodziły dzieciaki w Hogwarcie, nie wdowcy z dwudziestoletnim stażem i wdowy w żałobie. No a nawet gdyby, nie chodziło się przecież na randki na mecze qudditcha. Takowe kojarzyły się tylko z popijawami w klubach w otoczeniu innych kibiców. Nie było w tym nic a nic romantycznego! Na pewno nie dla większości znanych mu kobiet, włączając w to jego świętej pamięci żonę. A randki powinny być przecież romantyczne! Nie, żeby Moody cokolwiek wiedział o romantyzmie. Zbyt długo był sam, żeby pielęgnować w sercu podobne sentymenty. Może dlatego to wszystko z Lorien wydawało mu się takie... Nowe. A jednocześnie tak naturalne. Nie był dzieciakiem z Hogwartu, lecz dorosłym mężczyzną, a nawet jeżeli nie była to randka, mogli przecież miło spędzić czas razem.
To nie jest randka, powtórzył sobie, goląc się na gładko, a potem prasując koszulę jak jakiś paniczyk. Pewnym było jednak, że jeszcze nigdy nie ubrał na mecz tak porządnej koszuli. Prezentował się równie elegancko, co pozostający pod krawatami trenerzy reprezentacji. Większość z nich wywodziła się z grona emerytowanych graczy, którzy zrzucili tradycyjne szaty klubowe na rzecz garniaków, ledwie zdołali zakończyć swe niezbyt żywotne kariery sportowe. Może dlatego Aaron z pewnym powątpiewaniem patrzył zawsze na Mills, gdy ta latała za zniczem, zbierając pochwały, że mogłaby się zająć sportem zawodowo. Wystarczyła przecież jedna niefortunna kontuzja, żeby pożegnać się z profesjonalną karierą. Qudditch nie był zbyt rozsądnym wyborem jeżeli o te kwestie chodziło. Nadawał człowiekowi datę przydatności, po której należało w pełni przedefiniować życie. Tak jak gdyby nie robiła tego samego praca aurora, można byłoby się kłócić. Ale Aaron jakoś nie wyobrażał sobie kręcenia beczek na miotle do późnej starości. A łapanie czarnoksiężników? Ach, to akurat zamierzał robić aż do usranej śmierci.

Wyminął jednego ze ścigających Puddlemerczyków, robiącego sobie zdjęcia z dzieciakami, które obskoczyły go, naśladując charakterystyczną dla gracza cieszynkę. Aaron wiedział, że sportowiec leczy teraz kontuzję (a według przeglądu sportowego, leczył ją na wakacjach w rodzimej Portugalii, w ramionach jakiejś cycatej celebrytki), więc dzisiaj nie zagra. Normalnie pewnie dołączyłby do jednej z kolejek ustawiających się w kierunku bramek prowadzących na trybuny, wmieszawszy się w tłum. Może wcześniej jeszcze kupiłby sobie piwo. Dzisiaj nie mógł sobie na to pozwolić, ale też jego spojrzenie nie zatrzymywało się na niczym na dłużej, dopóki nie odszukał w tłumie sylwetki Lorien. Czekała w umówionym miejscu. Aaron poczuł niezrozumiałą irytację, że nie stawił się wcześniej, choć poświęcił ten czas na szukanie dla niej dodatkowej pary omnikularów.

Nie, to nie była randka.

Musnął ustami dłoń Lorien na przywitanie, mamrocząc pod nosem przeprosiny, że kazał na siebie czekać. Przytrzymał ją przez chwilę, wypuszczając drobny przegub kobiety jak gdyby z pewnym ociąganiem. Nie było w tym nic przesadnie nachalnego, a jednak wyczuwalny był moment, w którym coś w spojrzeniu Aarona się zmieniło. Zaskoczenie, gdy puls, który wyczuł pod palcami, zgrał się z jego własnym. Lekkie zmieszanie, gdy przyłapał się na tym, że podziwia ją w sukience. Zrobiła coś z włosami, zauważył. Ułożyła je inaczej niż zwykle. Upięła, odsłaniając szyję. Widok jej zagięcia wydał mu się dziwnie intymnym, nawet jeżeli ramiona wciąż okryte miała peleryną, nie nagie. Zmusił się do pomyślenia, że było to bardzo praktycznym, bo wrześniowe wieczory bywały chłodnymi. Wiedział jednak, jakich myśli nie dopuścił do głosu, prześlizgując się spojrzeniem po linii jej obojczyków. Miał przyzwoitość, żeby spuścić na chwilę wzrok, zanim spojrzał jej na powrót w oczy.

Przedziwny miały odcień.

Mam taką tradycję jeszcze z hogwarckich lat, że obstawiam, który z przeciwnej drużyny pierwszy oberwie – rzucił, widząc, że spojrzenie Lorien zahaczyło o stoisko bukmacherskie. Choć gdyby zastanowił się nad tym dłużej, sam właściwie nie wiedział, co sprowokowało go do nagłego podzielenia się tym z nią. Szczerość może i była dla Aarona czymś naturalnym, ale otwartość już nie. Wzruszył lekko ramionami. – Taki tam, głupi przesąd – dodał pokpiewającym tonem. Nie mógł przecież powiedzieć Lorien, że w trakcie swojego pierwszego meczu rozkwasił takiemu jednemu ślizgonowi nos pałką. Musiał potem słuchać jak kapitan wrzeszczy na niego, żeby zaciągnął się w szeregi brygady, jak ma ochotę pałować ludzi. Na końcu poklepał go jednak mimo wszystko po plecach, bo wygrali. Od tamtego czasu zawsze zwracał się do Aarona per "policjant". Śmieszny gość. Pochodził z mugolskiej rodziny więc wiedział o ich świecie więcej niż inni. Ożenił się z mugolką. Śmierciożercy ubili im rok temu syna. Odsunął jednak te myśli na bok. – Dochody z meczu idą podobno na cele charytatywne, więc żywię nadzieję, że nie uzna mnie pani przez to za hazardzistę. – Wyciągnął w jej stronę ramię, oczekując wyboru. – Możemy podejść, czy wolałabyś... Czy wolałaby pani udać się już do loży?

!Strach przed imieniem


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Pan Losu - 25.03.2026

Słyszysz go. Słyszysz kroki czarnoksiężnika, który znajduje się tak blisko. Czujesz smród zgnilizny jego duszy. To omamy? Przez moment tak sobie wmawiasz, bo to lżejsze niż pogodzić się z prawdą, że być może jakaś część Niego będzie w tobie już na zawsze.


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Lorien Mulciber - 27.03.2026

Wbrew pozorom pani Mulciber, podobnie pewnie jak większość czystokrwistych dam w jej wieku, nie miała jakichś wielkich doświadczeń z randkowaniem. Jasne był Hati Grayback, ale to było w szkole. Wtedy po cichu, żeby nie wywołać skandalu, chodziło się za szklarnie albo do zakazanego lasu. Tylko trzeba było uważać na centaury, bo lubiły donosić na całujących się po krzakach nastolatków. Ewentualnie zostawało Hogsmeade. Nastoletnie miłostki były tylko nastoletnimi miłostkami. Gdy dorosła nie było zbyt wiele okazji do takich… mniej biznesowych spotkań. Czy proszone kolacje można było uznać za randki? Wyjścia do teatru, opery? Spotkania przy winie z Anthonym? Nie. Nawet oświadczyny były tylko koleżeńską przysługą.
Czy którekolwiek spotkanie z Robertem było tak naprawdę randką, skoro od samego początku wiedzieli czego chcą?
Ale na randki nie chodziło się na mecze Quidditcha. To wiedziała każda dziewczyna. Na randki chodziło się w miejsca, które nie cuchnęły potem i tanim żarciem na wynos.

Skoro jednak to nie była randka, sam widok Aarona pomiędzy tłoczącymi się na mecz czarodziejami i czarownicami, sprawił, że jakiś dziwny ciężar spadł jej z ramion? Czy gdyby zdecydował się nie pojawić to z przekory kupiłaby najlepsze możliwe bilety, przesiedziała obrażona cały mecz, a potem bardzo dokładnie opisała mu w liście co przegapił? Tak. Ale czuła, że przyjdzie. Jeśli nie dla niej to dla zjednoczonych z Puddlemere.

Spojrzała na niego znad swoich ciemnych okularów, wodząc wzrokiem po gładko ogolonej twarzy. Pierwszym odruchem zawsze było uniesienie dłoni do ucałowania; robiła to z przyzwyczajenia witana tak niemal od dziecka. Dziewczynka stawała się nastolatką, nastolatka dorosłą kobietą, którą całowano w grzbiet wyciągniętej dłoni. Przytrzymał ją odrobinę dłużej - pozwoliła mu, czując dziwną potrzebę bycia blisko. Jakby ten prosty gest przywitania był przystawką po bardzo długim oczekiwaniu, bo choć posiłek był zbyt mały to cieszył zmysły. Jego dłoń była ciepła, a usta, które musnęły jej skórę, szorstkie. Przez moment miała wrażenie, że ich oddechy się zsynchronizowały, ale szybko odtrąciła od siebie tą myśl.
Poczekała aż puści jej dłoń. Cofnęła ją powoli. Każdy ruch Lorien zdawał się być uważny, niemal wyćwiczony, a sama czarownica bardziej… “obecna” niż zazwyczaj. Była i myślą i ciałem tu i teraz, z nim.
Obserwował ją.
Czuła to ale nie uciekała spod aurorskiego spojrzenia. Niby dokąd? Niby po co? Czy mam opróżnić kieszenie, panie Moody? Chciała zażartować. Powstrzymała się. Mógł oglądać jej szatę, przyglądać się pelerynce, zastanawiać się nad ozdobami połyskującymi w kruczoczarnych włosach.
Odebrała mu tylko jeden przywilej. Lorien docisnęła mocniej na nosie swoje okulary przeciwsłoneczne, zrywając kontakt wzrokowy. Nie chciała, żeby dostrzegł to coś co się w nich ostatnio zagnieździło.

Uniosła rozbawiona brwi, gdy opowiedział o swojej tradycji.
Znała pewną młodą dziewczynę, która stwierdziłaby, że pan Aaron dokonuje tym wyboru poety. Bo przecież któż mógł wiedzieć kto i kiedy oberwie tłuczkiem podczas meczu? Bogactwo leżało na wyciągnięcie ręki, zależne tylko od łutu szczęścia lub przekupionego pałkarza przeciwników. Czy i dzisiaj wręczono komu trzeba łapówkę?
Wolałabyś?
Przekrzywiła głowę zaintrygowana nagłą zmianą. Dziwny był to gest, szalenie nieludzki, choć przecież nie robiła z pozoru nic nienaturalnego. Po prostu rozważała obie opcje.
Wolałaby pani?
To w końcu jak? Ujęła go pod ramię, przysuwając się bliżej. Nieświadomie wsparła większość ciężaru ciała na ramieniu czarodzieja.
- Nie mogłabym Cię… pana osądzać. Moja rodzina znana jest z tego, że lubuje się w wyścigach konnych, a i mi nie są one obce.- Odpowiedziała spokojnie, skinieniem głowy wskazując, że chciałaby coś obstawić. W końcu wszystko szło na cele charytatywne, prawda?

Stoisko bukmacherskie nie wyróżniało się niczym szczególnym, a jednak przyciągało ją w sposób, którego nie potrafiła zignorować. Miało swój znajomy urok, charakterystyczny półmrok pod rozciągniętym baldachimem, kontrastujący z agresywnym światłem salonu. Zatrzymali się z boku, z dala od kolejki pełnej podekscytowanych czarodziejów. Ci ściskali w garści kupony, szeptali między sobą nazwiska zawodników, dyskutowali o ich formie, obstawiali potencjalne wyniki. Ile do ilu. Kto spadnie z miotły. Kto złapie znicz. Kto pójdzie dalej, a kto wróci do domu z goryczą porażki w ustach.
Skinęła dłonią na młodziutkiego Prewetta. Znała go. On znał ją. W końcu co w rodzinie to nie zginie, prawda? Prewettowie traktowali stare porzekadło szalenie poważnie, gdy chodziło o pieniądze. Chłopak niby dopiero się wprawiał w zawodzie, a jednak ewidentnie miał do tego smykałkę. Wiedział z jakimi graczami rozmawiać najlepiej - kto jest na tyle bogaty, żeby rozmowa z nim miała jakikolwiek sens. A najlepiej zawsze rozmawiało się z rodzinką.
- No proszę, proszę.- Zarechotał czarodziej, podchodząc bliżej. Oparł się wygodnie o drewniany blat. Niczym domorosły krupier przerzucał z ręki do ręki garść żetonów. Wyszczerzył się.- Za pięć minut kończymy przyjmować zakłady. Więc jeśli szanowna pani starsza - wyszczerzył zęby, a Lorien przewróciła aż oczami na bezczelność kuzyniątka. Gówniarz zerwał się z Hogwartu i myślał, że zacznie rządzić całym światem. Niech no zaczeka, już ona napisze do jego matki jak się do rodziny odnosi...- już obmyśliła co obstawia to mówić, mówić. Charytatywny mecz, emocje, tłum i taka dama.. To aż się prosi, żeby grać wysoko.
Zerknął znacząco na Moody’ego, ale nawet jeśli rozpoznał w nim aurora, to nawet brewka mu nie drgnęła. Byli tu legalnie, wszystko podbite i opłacone. Nie miały się do czego służby przypierdolić nawet jeśli chciały.

Ku zapewne wielkiemu cierpieniu Aarona, który nawet próbował jej wytłumaczyć kto jest z jakiej drużyny i co miało sens obstawić, Lorien uznała, że na pewno pierwszy zleci z miotły ten o… najzabawniejszym nazwisku.
Prawdziwy wybór poety.
Rzuciła na blat swój bardzo sowity czek. Czekając nieco znudzona aż Moody się zdecyduje jakiego kandydata na frajera meczu wybrać, położyła jeszcze trochę pieniędzy na te bardziej prawdopodobne rzeczy. W końcu jeśli mogła coś ugrać...
Jej wzrok błądził po magicznej tablicy. Cyfry, stawki i procenty zmieniały się co chwila, aktualizując na bieżąco potencjalne zyski i straty. Obserwowała je uważnie, udając, że słucha przy okazji paplającego kuzyna. Ale nie na jego reakcję czekała. Zawiesiła pióro nad pergaminem, stalówka wisiała nad kartką. Lorien czekała. Niby nic, niby prosta decyzja jaki wynik obstawić. Liczby przeskoczyły, kursy zmieniły się o ułamki swojej wartości, nazwiska przesunęły o jedno miejsce. Przez chwilę nic się nie działo. A potem - niemal niedostrzegalnie - jedno nazwisk zamigotało. 7. O’Sullivan.  Raz. Drugi. Mechanizm w tablicy nie zaskoczył od razu. Wkradł się mały błąd. Ktoś obok nich zaklął pod nosem, zirytowany opóźnieniem. Inni pewnie nawet nie zauważyli. Spojrzała w bok - Theodore Prewett nie patrzył na nią. Nie patrzył w sumie na nikogo.
Oczy miał wbite tablicę, którą cały czas zaklinał. Jaki Prewett pozwoliłby sobie na błąd w tak ważnym dniu?
Natychmiast wpisała dwa punkty przy nazwisku, które się tak nieszczęśliwie zacięło. Szkoda, że gość był chyba z tej drugiej drużyny, której mieli nie kibicować.

Odeszli od stoiska bez oglądania się za siebie.
Wszystko - żetony, liczby, szemrane układy - przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie, gdy odkładało się pióra a galeony lądowały w kasetce. Ujęła znów pana Moody’ego pod ramię. Lepiej znał to miejsce od niej, więc pozwoliła się przeprowadzić przez bramki, a potem kierować w stronę przysługującej im loży.
W końcu zajęli przysługujące im miejsca. Idealnie, by obejrzeć wlot obu drużyn na boisko. Lorien zdjęła okulary dopiero, gdy usiedli. Cały czas wachlowała się leniwie skasowanymi biletami.
- Ten z siódemką.- Rzuciła mimochodem, gdy pierwsze sylwetki graczy zaczęły wyłaniać się z tuneli. Ścigający gargulców z Gródka przeleciał wystarczająco blisko by dostrzec nazwisko na jego koszulce. Mac O’Sullivan. - Wygląda jakby miał dobry dzień.
Odychyliła się lekko w fotelu, błądząc za nim spojrzeniem. Dwa gole. Dom wygrywał nawet na meczach charytatywnych. Uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic do Aarona.
- To którym kibicujemy? Tym w zielonych czy niebieskich szatach?


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Aaron Andrew Moody - 29.03.2026

Wyścigi konne? – Zaintrygowało go to, widać to było po jego spojrzeniu. Po nagłym błysku na dnie zielonych oczu, które uważnie przesunęły się po twarzy sędziny, jak gdyby badały, czy mówi mu rzeczywiście prawdę, i tylko prawdę. Nie znał jej od tej strony. Kojarzył, że małżonka Philipa wywodziła się z rodu Prewettów, ale dziedzictwo Crouchów, stojących na straży Wizengamotu, wydawało mu się na tyle przytłaczającym, że nigdy w sumie nie poświęcił czasu na zastanowienie się, co mogło być w Lorien Mulciber z matki, a nie z ojca. Za bardzo przywykł do utożsamiania jej z ministerialnymi korytarzami. Z gmachem sądu. A może, pomyślał, za bardzo przywykł do utożsamiania jej ze swoją codziennością. Z bezpieczeństwem rutyny. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że serce zaczęło bić mu jak szalone, gdy zaplotła rękę wokół jego ramienia? – Chyba powoli zbliża się koniec sezonu – zauważył grzecznościowo, spoglądając w stronę stoiska, gdzie obstawiano zakłady, myślami zdążając jednak w stronę toru wyścigowego w Ascot. W pobliżu jego mieszkania mieścił się zakład bukmacherski, który Moody mijał, wracając pieszo z pracy. Zawsze gromadził się przy nim spory tłumek, chcąc niechcąc, zerkał więc w tamtą stronę. Dla zabawy obserwował, jak zmieniają się przewidywania w tabeli za szklaną witryną, choć częściej niż wyścigów konnych tyczyły się mugolskiego futbolu. Teraz też skierował wzrok w stronę magicznej tabeli wyników, a widząc, że Lorien zajęta jest rozmową ze swoim krewniakiem, wykorzystał moment, żeby się rozejrzeć wokoło. Stała czujność, oto było jego motto. Stała czujność...

Podniósł powoli głowę, nie chcąc dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Rozejrzał się dyskretnie, jak przystało na aurora zaprawionego w tropieniu czarnoksiężników. Otaczał go tłum, wokół wciąż rozlegały się wesołe pokrzykiwania, bukmacher gadał głośno, obstawiający jeszcze głośniej, ale wszystko docierało do Aarona jak gdyby z opóźnieniem. Tylko odgłosu zbliżających się kroków nie dało się pomylić z niczym innym. Zacisnął rękę na różdżce, którą zawsze miał w pogotowiu. Wiedział, czyje to kroki. Czuł smród zgnilizny, swąd spaczenia, tak charakterystyczny dla czarnoksiężników... Zadrgały mu nozdrza, gdy wziął głębszy oddech przez nos, ale wrażenie grozy zdążyło się ulotnić tak szybko, jak się pojawiło. Po chwili czuł już tylko zapach jaśminowych perfum Lorien. Przynajmniej tym razem nie wypluł z siebie żadnej nawiedzonej rymowanki, pomyślał. Zmusił się do skinięcia Lorien głową, niepomny, że przysunął się bliżej, chcąc osłonić ją przed zagrożeniem. W linii jego barków wciąż czaiło się napięcie, ale szybko zniknęło, gdy Lorien z powrotem ujęła go pod ramię. Być może wizyta u magipsychiatry pomogła, pomyślał, w milczeniu postawiwszy zakład. Nawet nie pamiętał, kogo tym razem wybrał... Wiedział tylko, że padło na któregoś zawodnika z Gargulców. Moody nigdy nie zakładał się przecież przeciwko swojej drużynie! Byłaby to niewyobrażalna zbrodnia. Przyklepał jeszcze bilet ręką, tak na szczęście, zanim udali się w stronę bramek, żeby zająć miejsca w wysokiej loży. Aaron wiedział, że dobrze widać stąd boisko, wciąż jednak poglądał na zgromadzonych w sektorze ludzi, nie na szykujących się do meczu zawodników. Wydawał się dziwnie nieswój.

"To którym kibicujemy?", spytała nagle Lorien. "Tym w zielonych czy w niebieskich szatach?"

Aaron przez chwilę po prostu na nią patrzył.

A potem prychnął śmiechem, pozbywając się resztek napięcia z pleców.

Delikatnie nacisnął na środek jej okularów przeciwsłonecznych, żeby móc spojrzeć Lorien w oczy. Wystarczyłaby krótka chwila, w której ciemne szkła przesunęłyby się nieco niżej na zadartym nosie. Wystarczyłby krótki błysk kobaltu, koloru, który tak rzadko występował w naturze. Jej oczy przypominały mu posadzkę w kaplicy Karola Wielkiego wzniesionej w Akwizgranie. Mozaikę wyłożoną niebieskimi odłamkami lapis lazuli, importowanego szlakami handlowymi z obszarów Afganistanu. Najwspanialsze dokonanie architektury średniowiecza, a na pewno najbardziej monumentalne. W tej kaplicy klękali królowie. Zastanawiał się, o czym myśleli, gdy zwieszali posłusznie głowy, wbijając wzrok w podłogę. Zagubić się było można w głębi wykładającego ją kamienia, który należał podówczas do najdroższych kruszców świata. Podobnie zagubić się można było w oczach Lorien.
O nie, nie dam się na to nabrać, droga pani – odparł z lubością Aaron, uśmiechając się nieoczekiwanie. Rzadkością był taki widok. Auror zwykle pozostawał przecież poważnym. Teraz jednak pokręcił głową z rozbawieniem. – Niezliczone razy nabierałem się na to w szkole. Wtedy, kiedy jeszcze grałem. Wiesz, że pewnego razu musiałem siedem razy tłumaczyć drużynie moją taktykę? Jak kończyłem, zaczynali zadawać najgłupsze możliwe pytania. Gdzieś w połowie czwartego podejścia, zorientowałem się, że zwyczajnie sobie ze mnie żartują. Nie wiem, czy domyśliłem się tego po pełnej samozadowolenia minie przyjaciela... Czy po jego pytaniu, którą stroną pałki powinien odbijać tłuczek. A że byłem głupim, i dosyć porywczym dzieciakiem, wyobrażasz sobie, że jeszcze trzy razy wywrzeszczałem im wszystko, aż powtarzali po mnie z pamięci. Pewnie wrzeszczałbym na nich dalej, ale ochrypłem. W każdym razie, teraz jestem nieco mądrzejszy. Widzę już, kiedy się ze mnie bezczelnie żartuje – zaśmiał się więc szczerze z jej przewrotnego pytania, odwzajemniając uśmiech.

Madeleine nie lubiła, gdy krzyczał. Może dlatego, że był tak inny w sposobie, w jakim zwracał się do niej. Uważał, że to naturalne, Madeleine nie była przecież jego kolegą z drużyny. "Naprawdę musisz na nich tak krzyczeć?", mruczała mimo to, przewracając oczami, gdy wychodził jej na spotkanie po ciężkim treningu. Spieszył się, bo widział, że czeka na niego na trybunach. Widział, że waha się, czy wtulić się w niego, czy może raczej odsunąć się, demonstrując, że takie zachowanie nie uchodzi. "Inaczej nie będą mnie słuchać", odpowiadał jej ochryple, przyciągając dziewczynę bliżej. "Naprawdę musisz na nich tak krzyczeć?", pytała zbolałym głosem po latach, gdy tracił cierpliwość z dzieciakami.
Inaczej nie będą mnie słuchać, pozostawało niewypowiedzianym.
W szkole było łatwiej. W szkole wystarczyło poprosić, żeby nie przychodziła na treningi quidditcha, a potem też i na mecze, zasugerował jej niewinnie, bo nie przepadała przecież nigdy za tłumami. Zbytnio ją przytłaczały... A może to on ją przytłaczał. Zawsze zbyt głośny. Zawsze zbyt brutalny. Zbyt skupiony na sobie, zbyt ambitny, zbyt przejęty tym, co sobie postanowił. Zawsze zbyt intensywny. Zawsze "zbyt", ale nigdy "wystarczający", o czym przekonał się, wkraczając w dorosłe życie. Nie chciał, żeby słyszała, jak krzyczy. Zdzierając gardło, zlany potem i z włosami potarganymi wiatrem, czuł się jednak niezwyciężony. Czuł, że wszystko jest możliwe, jeżeli tylko się o to postara. Gdy rzucał się w wir pracy, to było tak, jak gdyby robił akrobacje na miotle. Dawno zostawił za sobą boisko, ale wciąż czuł pęd powietrza w uszach, pulsowanie adrenaliny w żyłach. Ściganie czarnoksiężników dawało nieporównanie większą satysfakcję, ale było też bardziej obciążające. Przynosiło więcej frustracji niż faul w powietrzu, niż przegrany mecz. Tego nie dało się wykrzyczeć na treningu. Nie dało się pozbyć poczucia niemocy. Aaron wracał więc do sfrustrowany własną niemocą do domu, w którym czekała na niego Madeleine z dziećmi, a frustracja narastała, bo nie umiał przekonać swym krzykiem dusz z Limbo, żeby nie męczyły jej przerażającymi wizjami. Nie umiał być dobrym ojcem. Nie umiał być dobrym mężem. Kim był, jeżeli nie umiał być nawet dobrym aurorem? "Zbyt dużo od siebie wymagasz", mówiła mu, gdy siadał przy stole w kuchni wyprany z życia. "Nie, to inni nie wymagają od siebie wystarczająco", odpowiadał, próbując nie pokazywać irytacji wobec tej oczywistej dysproporcji. Madeleine tylko wzdychała ciężko. Wiedział, że nie lubiła go, gdy był takim, bo nie znała go od tej strony.
Nie dał się jej nigdy poznać od tej strony.

A kibicować, kibicujemy, oczywiście, tym w niebieskich szatach. Od kilku dobrych lat grają w niebieskich, zamiast w oficjalnych, brązowych barwach, po tym jak ktoś z zarządu ligi stwierdził głośno, że... – przepraszam panią najmocniej za nieelegancki język, ale to cytat! – ..."nie tylko wyglądają jak gówno, ale i grają jak gówno". W kwalifikacjach przegrali wtedy z Krasnalami z Kaliningradu, więc trudno było się nie zgodzić. – Wzruszył ramionami Aaron. – Jak na moje to jednak niezbyt praktyczne, biorąc pod uwagę, jak często spadają z mioteł i ryją o boisko, wymuszając rzuty wolne. Na brązowym nie widać tak bardzo plam po trawie, więc... KTO MU DAŁ LICENCJĘ NA MIOTŁĘ?! – Nie wytrzymał Moody, przerywając swój własny wywód nagłym podniesieniem głosu. – Nie może być, popatrzy pani – dodał, przejęty, podsuwając jej omnikulary, sam pokazując palcem w bliżej nieokreślony punkt w powietrzu. Zawodnik, którego wskazała Lorien w swoim zakładzie, rzeczywiście miał dzisiaj dobry dzień. Moody wyglądał jednak na przerażonego. W końcu jego drużyna przegrywała!!


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Lorien Mulciber - 29.03.2026

Wyścigi konne?
“Przecież to nie nielegalne” zdawało się odpowiadać jej spojrzenie zza ciemnych okularów. Przecież nigdy nie dałaby się złapać na czymś co było nawet odrobinę niemoralne. Była sędzią. Była twarzą Wizengamotu. Ale chociaż na ramionach spoczywały ojcowskie regalia, to twarz Lorien przypominała twarz jej matki - miękką w konturach o cerze jasnej, ale znaczonej południowym słońcem, które widywała tak rzadko. Było w niej coś co przeczyło surowości pełnionej roli, bo choć to Wizengamot ukształtował jej duszę, to ciało należało wciąż do drobnej, nieco tylko ponad trzydziestoletniej kobiety, która po prostu lubowała się w drogich szatach i ozdobach. Każdy jeden element - lekko zadarty nos, wygięte w półuśmieszku usta czy głęboko osadzone pod ciemnymi, dość gęstymi jak na standardy współczesnej mody brwiami - czynił z niej urokliwą kobietę. Taką na której miło było zawiesić wzrok, zupełnie tak jak miło było przed laty zerknąć na Adeline Prewett.

Lorien nie pociągnęła rozmowy o kończącym się sezonie, zbywając temat wzruszeniem ramion. Nie miała w tym roku zbyt wielu okazji, żeby odwiedzić Ascot, a szansa, że dożyje kolejny była dość niewielka. Przynajmniej mogła sięgnąć po alternatywę jaką był Qudditch. To musiało na razie wystarczyć. Pogrążona w rozmowie z kuzynem nie zwróciła uwagi jak pan Moody naraz staje się nieco bardziej… zestresowany? Może gdyby rzeczywiście wypluł z siebie jakąś “nawiedzoną rymowankę” to czarownica spojrzałaby w jego stronę (i pewnie nie oderwałaby od niego wzroku przez cały wieczór, a potem, gdy niewątpliwie znaleźliby się całkiem sami w jego sypialni, kazałaby szeptać sobie do uszka co tam bardziej pro-voldemortowskiego przychodzi mu do głowy. Gods forbidden women have taste for some casual magirasism I guess!), ale po prostu się bardziej spiął, co nieszczególnie Mulciber obeszło. Auror któremu nagle odbija paranoja nie był niczym nowym.
Poczuła jak przysuwa się bliżej. Nie zareagowała. Szansa, że spotkają kogoś kto ich chociaż kojarzy była już wystarczająco duża, a ona nie miała ochoty na karmienie miejscowych plotkar.

W końcu dotarli w bardziej ustronne miejsce. Okazało się, że loża ma tylko dwa miejsca.  Inni kibice znajdowali się pod nimi lub daleko naprzeciw. Szczerze powiedziawszy trochę rozumiała ból pana Lupina, gdy żegnał się z biletami. Nawet ona potrafiła dostrzec jak prestiżowe miejsca wyrwał.
W pierwszej chwili nie zauważyła, że auror się w nią tak intensywnie wpatruje, Musiała się wygodnie usadzić, rozpiąć pelerynkę, gdy zrobiło jej się zdecydowanie zbyt ciepło, odsłaniając wyciętą w ramionach szatę, którą miała pod spodem. Ale w końcu odwzajemniła spojrzenie, unosząc pytająco brwi.
Śmiech był… nieoczekiwaną reakcją. Zaraźliwą. Przysłoniła na moment usta, chichocząc cicho. Czy ona kiedykolwiek widziała jak Aaron Andrew Moody się śmieje? Czy ktokolwiek to widział ostatnimi czasy?
- Nie śmiałabym nigdy z pana przecież żartować. Z pewnością jest na to jakiś paragraf.- Odpowiedziała szalenie swoim zapewnieniem rozbawiona. Pomalowanym na czerwono pazurkiem zrobiła krzyżyk na piersi. A potem… nacisnął na jej okulary i poczuła się dziwacznie bezbronna. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale jak inaczej wytłumaczyć dreszcz, który przebiegł jej po plecach, gdy wpatrywała się w czarodzieja niczym pochwycony w klatkę ptaszek? Nie mrugała. Nie odwracała od niego wzroku, zbyt przejęta całą tą sytuacją, by słuchać opowiadanej anegdotki. Znaczy, oczywiście, widziała, że rusza ustami, ale to co mówił? Pojęcia nie miała. Coś tam o drużynie i pałkach i byciu porywczym dzieciakiem?

W każdym razie teraz jestem nieco mądrzejszy.

- Jesteś?- Wyrwało jej się nagle. Na ile mądrym zachowaniem było przyjście z nią tutaj, całowanie jej dłoni na przywitanie? Co mądrego było w zbliżeniu się do czystokrwistej wdowy w wieku własnego syna? A może mądrość tkwiła w tym, że oboje cały czas sobie wmawiali, że to wszystko nie jest żadną randką tylko dziwaczną koleżeńską współpracą?
Odwróciła wzrok dopiero, gdy on go odwrócił, czując jak powoli jej policzki robią się cieplejsze. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, choć bogowie jej świadkiem, że próbowała.
Przypominał jej teraz Hati’ego. On też się tak ekscytował na meczach i… to był w sumie jedyny powód, dla którego w ogóle odwiedzała stadion Qudditcha Potrafił jej opowiadać o zagraniach i klubach, dyskutować o tym godzinami. Lubiła to, bo lubiła obserwować ludzkie emocje, nieważne czy te dobre czy złe. Jej własne - stłamszone eliksirami, zawsze wydawały się w pewien sposób odległe; trochę tak jak gdyby ktoś je jej wręczył w małym ozdobnym pudełeczku i kazał pilnować co by z niego nie uciekły. Przewracała oczami, gdy Greyback zrywał się na równe nogi wykrzykując “sędzia kalosz”, by potem otulić ją swoim szalikiem, kiedy mecz przeciągał się kolejne godziny, a “ślepy idiota” ze Slytherinu wciąż jeszcze nie złapał znicza.
Pomyślała, że w młodości pan Moody z pewnością był taki sam jak Hati Greyback i myśl ta sprawiła, że serce zabiło jej odrobinę mocniej.

Skinęła głową, gdy oświadczył, że będą kibicować tym w niebieskich szatach. Nawet zaśmiała się słysząc jakże niestosowny cytat. Rozluźniała się powoli, na moment odsuwając od siebie przerażającą myśli o własnych uczuciach. Nie byli teraz sędzią i aurorem. Nie byli nawet panią Mulciber i panią Moody. Byli po prostu… Lorien i Aaronem.
Gdy czarodziej ryknął na bogu ducha winnego gracza Zjednoczonych, któremu wybitnie nie wyszła beczka i chyba stracił przez to kafla, zaśmiała się serdecznie klaszcząc w dłonie. Przestała się śmiać, dopiero, gdy przysunął jej do nosa omnikulary. Uniosła jedną dłoń, łapiąc go za nadgarstek. Gdyby jeszcze tylko wiedziała na co patrzeć…
- Och spójrz!- Niemal zakrzyknęła, łapiąc moment później Aarona za ramię wolną ręką. Jeden z zawodników właśnie zarył o ziemię, wzbudzając poruszenie pośród zgromadzonych kibiców. Nie był to co prawda ten na którego zagłosowała, ale był z Gargulców.
Więc może pan Moody wytypował dobrze?

Oddała mu szybko omnikulary, co by mógł sobie spojrzeć i… dopiero wtedy uświadomiła sobie, że jest blisko. Zdecydowanie zbyt blisko. Zamrugała raz, drugi, czując na policzki na nowo pokrywa rumieniec. Niby mogła go wytłumaczyć wszystkimi tymi emocjami jakie wzbudził wyjątkowo zacięty mecz, ale… czy Aaron by jej teraz uwierzył? Przygryzła wnętrze policzka, po czym bardzo świadomie wypuściła jego ramię z morderczego uścisku. Czy powinna przeprosić, że mu pogniotła koszulę? Nie powiedziała nic, odwracając głowę w stronę boiska. Lorien Mulciber… się zwyczajnie w świecie zawstydziła i potrzebowała chwili, co by nawrzucać samej sobie jaką to nie jest głupią gęsią. Z pąsem na buzi naprawdę wyglądała jakby żałowała w tej chwili, że wstała rano z łóżka i w ogóle zdecydowała się na mecz przyjść. Ale przynajmniej wpłacili do skarbonki na cele charytatywne sumę, która mogła coś zmienić w czyimś życiu. I to było odrobinę ważniejsze niż jej odrobinę zbyt szybko bijące serduszko.

!BINGO B2


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Pan Losu - 29.03.2026

Walentynkowe Bingo
adres pola: B2
wariant: 2
typ: prompt

Języki miłości.

„Jaki jest twój język miłości?”

Uśmiechnięta Saoirse Spencer-Moon uśmiecha się do was z okładki „Czarownicy” reklamując ich najnowszy quiz. Zaczyna się niewinnie – kilka pytań, dużo śmiechu, drobne docinki. Robicie go razem, podczytując sobie odpowiedzi przez ramię. Może jedno z was potrzebuje słów, a drugie czynów? Może ktoś czuje się kochany przez dotyk, a ktoś inny przez wspólnie spędzony czas? Czy potraktujecie to jako zabawną ciekawostkę, czy jako coś, co wymaga rozmowy?

PS. Dla ubarwienia możecie najpierw wykonać test.


RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - Aaron Andrew Moody - 30.03.2026

Obracał przez chwilę w myślach jej nagłe "jesteś?", rzucone jak gdyby na wydechu. Wyrwało się z ust kobiety nieco zbyt pospiesznie, tchnąc rozbrajającą bezpośredniością, na którą sędzia Mulciber pozwalała sobie tak rzadko w obecności innych ludzi. Nauczył się rozpoznawać jej manieryzmy, nie rozumiejąc, jak nieoczywistymi wydają się czasem dla niewtajemniczonych. Ledwo dostrzegalne przewrócenie oczami, gdy ktoś przerywał ich dyskusję przy automacie na kawę. To w jaki sposób chowała ekscytację, maskując ją opanowaniem, nie będąc jednak w stanie ukryć erratyzmu swych odruchów. Tego, jak przechylała gwałtownie głowę w ptasim zwyczaju. Trelów, jakie z siebie wydawała, wybuchając śmiechem. Moody przyglądał się jej bardzo uważnie, gdy rozmawiali. Przyglądał się jej też, gdy rozmawiała z innymi. Wiedział, jaką kawę lubi, owszem. Wiedział także, że zwykła nosić różdżkę w lewym rękawie szaty, a sięgając po nią, zaczepiała czasem o drogi materiał pierścionkami, które zdobiły jej dłoń.

Aaron zawsze zwracał uwagę na to, co ważne. Nie wiedział więc, jak wyjaśnić, że skatalogowane w archiwum jego pamięci wspomnienie odsłoniętych obojczyków Lorien opatrzone było takim samym priorytetem, co treść jej następnego odczytu na posiedzeniu Wizengamotu.

A może nawet i wyższym, nie potrafił nie dodać w myślach.

"Teraz jestem nieco mądrzejszy", rzucił wcześniej, przyzwalając sobie na kpinę. Nie można było przecież traktować się zbyt poważnie... A jednak Lorien nie chciała jego żartów. Podobało mu się, że zawsze była nieco poważna. "Jesteś?", spytała po prostu, a Aaron pozwolił wybrzmieć jej pytaniu. Podobało mu się, że każde słowo ma dla niej znaczenie.

Daję z siebie wszystko, żeby być – odparł, a choć wciąż mówil żartobliwym tonem, twarz jego przybrała poważniejszy wyraz. Równie prostymi co pytanie Lorien były słowa, które uleciały z ust aurora. Słowa lekkie, a jednak niepozbawione ciężaru wyznania. Oto było przecież osobiste credo Moody'ego. – Nie widać? – Poruszył zabawnie brwiami. – Jak pracuję nad swoim... Aparatem kognitywnym? – dodał przewrotnie, nawiązując do słów, jakie padły podczas niedawnej dyskusji w Ministerstwie Magii. Z powrotem na jego twarz zakradł się wówczas uśmiech, jak gdyby cieszyło go nawiązanie do wspólnej rozmowy, czegoś, co należało tylko do nich, jak gdyby mówili wspólnym językiem, tajnym kodem operacyjnym, którego znaczenia nie znał nikt inny. Cieszyło go też, że Lorien nie nawiązała jakoś bardziej do jego anegdoty, bo była to przecież opowiastka nader głupia. Skarcił się w myślach za to, że ją w ogóle przywołał, ale gdy już wyrzekło się "Puddlemere", trzeba było od razu dodać: "górą!". Nie chciał, żeby brzmiało to wszystko tak, jak gdyby popisywał się przez nią, że kiedyś grał w quidditcha. Wystarczyło, że wciąż czasem łapał się na odgarnianiu włosów do tyłu w ten sam sposób, jaki robił to za młodu, wtedy, gdy zeskakiwał z miotły z czupryną potarganą wiatrem. W takich chwilach wiedział, że najwyższy już czas schwycić za maszynkę. Nie miał przecież piętnastu lat, tylko pięćdziesiąt! Gdyby więc Lorien nawiązała do nieszczęsnej anegdoty o quidditchu, zaśmiałby się tylko, że to bardzo stare czasy. Było nawet takie powiedzenie, że zawodnik quidditcha nie powinien być starszy od drzewa, jakie ścięto, żeby wykonać jego miotłę. Bo przecież miotła była jego głównym atrybutem, tak jak różdżka była atrybutem aurora. W przeciwieństwie do mioteł, różdżki aurorów, im starsze, tym większą legendą zdawały się owiane. Jego własna, odziedziczona po dziadku aurorze, dobijała już stu pięćdziesięciu lat.

Dysproporcja była oczywistą, podobnie jak w przypadku dzielącej ich różnicy wieku. Aaron nie podzielał więc obaw Lorien, że ludzie będą plotkować na ich temat. Może w świecie wielkopańskich salonów zwracano na to uwagę, ale Moody nie był jego częścią. Nie myślał o tym, czy zdrożnym było wyjście gdzieś z kobietą stanu wolnego, gorzej było mu jednak przełknąć, że był niewiele młodszym od jej ojca. Zwłaszcza, że Lorien wyglądała młodo. Bardzo młodo, chociaż Aaron zapominał, że jest aż tak młoda. Może dlatego, że sam nie czuł się jeszcze starym, a może dlatego, że zawsze była dla niego sędzią Wizengamotu, życzliwą znajomą z pracy, z którą zawsze przyjemnie było zamienić kilka słów... Zawiesić nieco dłużej oko. Musiała być po trzydziestce, a przynajmniej miał taką nadzieję. Nie mógł wiedzieć na pewno, a spytać przecież nie wypadało. Może po prostu nie chciał wiedzieć. Nie chciał sobie wyrzucać, że wyprawia się na mecz z kobietą w wieku jego córki, zwłaszcza, że nie czuł wcale istniejącej między nimi różnicy wieku.

Co ty pleciesz, Moody, tylko na nią popatrz.

Wyglądała ślicznie, gdy się rumieniła, zwłaszcza, że kolor tak rzadko gościł na jej buzi. Aaron zdecydowanie odwrócił jednak wzrok od twarzy siedzącej obok kobiety, skupiając się na napowietrznej murawie.

Zawsze zwracał uwagę na to, co ważne, teraz jednak zauważał zbyt wiele. Pamiętał zbyt dokładnie, reagował zbyt... Uważnie. Ważnym było przecież wszystko, co składało się na obecność Lorien. Gdyby tylko potrafił przyznać się przed sobą, że nie była to już wyłącznie wiedza użytkowa, lecz ten rodzaj czułej uważności, która rodziła się na styku fascynacji i przywiązania. Nawet jeśli sam nie chciał jeszcze nazwać tego fascynacją... Nawet jeśli sam nie chciał jeszcze nazwać tego przywiązaniem. Aaron nie wiedział, jak to wszystko nazwać. Może po prostu "randką", pomyślał, podając Lorien ciemne okulary, które spadły jej z nosa, gdy poglądała na boisko przez lornetkę.

Pozwolił, żeby ich dłonie na krótką chwilę zetknęły się ze sobą.

SĘDZIA KALOSZ – stwierdził chwilę później, zrywając się na nogi, gdy ogwizdano faul.

Koniec sesji