![]() |
|
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue (/showthread.php?tid=5828) Strony:
1
2
|
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - Prudence Fenwick - 13.03.2026 Poranek był całkiem przyjemny. Słońce nieśmiało wyłaniało się zza chmur, co sugerowało, że nie będzie to jeden z tych okropnie nieprzyjemnych, jesiennych dni. Pogoda zachęcała do spacerowania, warto było korzystać z tych ostatnich dni, które jeszcze odrobinę przypominały o tym, że niedawno było lato. Zgodziła się na to, żeby Benjy wyszedł z łóżka. Oczywiście, nie miała zamiaru pozwolić mu na samotne wędrówki, to jeszcze nie był ten moment, on miał dopiero nadejść, pewnie jutro, czy pojutrze, ale podczas tego pierwszego wyjścia postanowiła mu towarzyszyć. Chciała sprawdzić, czy faktycznie już było lepiej, zdecydowanie wolała to choć odrobinę kontrolować. Dotarli na Pokątną, nie miała pojęcia dlaczego wybrali akurat taki cel, tak właściwie to nogi same ich tu przyprowadziły. Ludzie, którzy spieszyli się do pracy mijali ich na chodniku, oni nie musieli się nigdzie spieszyć, co było wcale nie taką najgorszą perspektywą. Prue uważnie obserwowała okolicę, nie bywała tu często, większość czasu spędzała w Ministerstwie, jako, że na początku września sporo się wydarzyło to musiała zapamiętać ten nowy porządek. Niektóre miejsca nie przetrwały Spalonej Nocy, inne wydawały się zupełnie nie zmienić, los bywał przewrotny. Co chwila kątem oka spoglądała na swojego męża, sprawdzała, czy przypadkiem się nie krzywi, analizowała jego mimikę i ruchy, żeby zasugerować przerwę w spacerowaniu, gdy nastanie taka potrzeba. Nie wątpiła w to, że sam na pewno nie zamierzał wspomnieć nic na temat ewentualnego dyskomfortu, za bardzo irytowało go leżenie w łóżku do którego musiała go zmusić, obeszło się na szczęście bez unieruchomienia ciała. - Właściwie to nie widać, że miesiąc temu miasto praktycznie nie spłonęło. - Powiedziała cicho. Stolica wydawała się wrócić do dawnego rytmu, być może jeszcze trochę brakowało do tego, jak wyglądało to wcześniej, jednak ludzie przecież musieli wrócić do normalności, do życia, na tyle na ile w ogóle było to możliwe po czymś takim. Ścisnęła mocniej jego dłoń, całkiem zabawne było to, że jeszcze miesiąc temu przemierzała z nim to miasto jako praktycznie zupełnie obca osoba, a teraz była jego żoną. Uśmiechnęła się sama do siebie, naprawdę była okropnie szczęśliwa, że jej życie potoczyło się w taki, a nie w inny sposób. RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Benjy Fenwick - 13.03.2026 Gdyby ktoś mi kilka miesięcy temu powiedział, że będę chodził za rękę po Pokątnej, świeżo po ślubie, pilnowany przez moją żonę-uzdrowicielkę, jak nieco zbyt ruchliwy rekonwalescent albo pięcioletni dzieciak, pewnie parsknąłbym śmiechem, a jednak byliśmy tu - szliśmy powoli, jak stuletnie małżeństwo, ale tym razem wcale nie wkurzało mnie to tak bardzo, jak pewnie robiłoby to jeszcze kilka dni wcześniej, bo przynajmniej mogłem opuścić cztery ściany naszego domu i wyjść gdzieś dalej, niż do ogrodu. Nie robiłem z tego tragedii, po wszystkim, co przeżyłem, taki spacer był właściwie luksusem. Maszerowałem powoli, wolniej niż pozwalała na to moja duma, ale szybciej, niż życzyłyby sobie moje poobijane żebra. Nadal czułem to znajome, tępe ciągnięcie, jakby ktoś włożył pomiędzy moją tkankę mięśniową a kości kawałek drutu i od czasu do czasu delikatnie nim poruszał, żeby przypomnieć mi, że nie jestem tak niezniszczalny, jak lubiłem udawać, jednak starałem się tego nie okazywać - odruchowo prostowałem plecy, kiedy tylko łapałem się na tym, że zaczynam iść odrobinę krzywo - niestety znałem Prue za dobrze, żeby wierzyć, że cokolwiek jej umykało. Nie patrzyła na mnie cały czas, była na to zbyt sprytna, ale kątem oka łapałem te szybkie, kontrolne spojrzenia, jakby próbowała wyczytać z mojej twarzy szczegóły do raportu medycznego. Nie lubiłem ostrożności - pachniała chorobą, bezradnością i tymi wszystkimi spojrzeniami, które mówiły człowiekowi „usiądź, nie ruszaj się, oddychaj powoli”, a ja przecież oddychałem całkiem dobrze, jak na kogoś, kto praktycznie umarł pewnej październikowej nocy. Co z tego, iż każdy nie do końca właściwy krok przypominał mi o tym jednym miejscu w boku, gdzie ciało wciąż nie mogło się zdecydować, czy już wybaczyło światu to, co mu zrobiono. Najważniejsze, że nie było to tępe, paraliżujące piekło z pierwszych dni, tylko raczej uparty, złośliwy dyskomfort, który ciągnął się za mną jak smród po wilkołaku. Ignorowałem go z taką samą konsekwencją, z jaką przez ponad pół życia ignorowałem wszystkie rozsądne rady, niestety moja żona nadrabiała za nas oboje, pilnując każdego grymasu, niemal prawie jeszcze przed tym, gdy pojawił się na mojej twarzy. Piękny spacer, naprawdę piękny… - Taa. - Mruknąłem na jej słowa, odwzajemniając uścisk dłoni, ale zamiast na nią patrzeć, zerkając przed siebie na znajome witryny, w których odbijała się ulica - miasto naprawdę wyglądało niemal normalnie, to było chyba najbardziej absurdalne. - Pali się, wali, a potem ktoś zamiata ulicę i wszyscy udają, sze tak miało byś. - Skwitowałem krótko, cicho prychając pod nosem i zaciągając się zapachami czegoś innego od ziół, eliksirów i środków do prania pościeli. Pokątna pachniała typową brytyjską jesienią, kurzem i kawą z jakiejś małej kawiarenki, która jakimś cudem przetrwała to całe szaleństwo, ludzie mijali nas w pośpiechu, w płaszczach, z gazetami pod pachą i z tą charakterystyczną wielkomiejską determinacją, jakby najlepszym sposobem na katastrofę było udawanie, że nigdy się nie wydarzyła - jakby ogień, krzyki i chaos były tylko złym snem, który miasto postanowiło po prostu zignorować. Tak. To niewątpliwie było odczuwalne, wszystko wracało do normy, nawet jeśli dla nas niektóre rzeczy nadal były nowe i zachowywaliśmy się inaczej, niż przed pożarami. RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Prudence Fenwick - 13.03.2026 Sytuacje jak ta w której się znaleźli pokazywały, że czasem nawet drobne rzeczy jak zwyczajny spacer mogą cieszyć. Tamtej okropnej nocy, kiedy świat się zatrzymał nie miała pewności, że kiedykolwiek jeszcze będzie miała szansę iść z nim za rękę ulicami Londynu. Doceniała to, że dostali kolejną szansę. Być może nieco sceptycznie podchodziła do tej aktywności, była bowiem bardzo czujna, co chwila upewniała się, że na pewno wszystko jest z nim w porządku. Organizm, bez względu na to jak silny po czymś takim potrzebował sporo czasu na rekonwalescencje. Miała świadomość, że ludzie różnie znosili ten okres powrotu do zdrowia, jej mąż należał do tej grupy, która nie lubiła się nad sobą rozczulać i nie była przyzwyczajona do tego, aby odpoczywać. Udało jej się jednak wyperswadować mu z głowy wszystkie głupie pomysły, pilnowała tego, aby spędził w łóżku odpowiednią ilość czasu. Niestety dla niego nieszczególnie była w tym łaskawa, jak przystało na odpowiedzialną uzdrowicielkę. Prue uważała, że ostrożność nie była niczym złym, wręcz przeciwnie, czasem była wręcz konieczna i tak było właśnie teraz. Nie robiła tego być może bardzo ostentacyjnie, jednak nie łudziła się, że ignorował jej wcale nie tak dyskretne spojrzenia jak jej się mogło wydawać. Nie przejmowała się tym jakoś szczególnie. Miała prawo jak nikt inny do tego, aby się o niego troszczyć i właśnie to robiła, chociaż wiedziała, że za tym nie przepadał. Jakoś jednak musiał to przetrawić. - Jakby nic wielkiego się nie stało. Podejrzewam jednak, że te mury będą do końca swojego istnienia pamiętać tę historię w przeciwieństwie do ludzi. - I opowiadać ją takim jak ona, którzy widzieli więcej. Kto wie ilu właściwie ludzi straciło życie podczas tamtej nocy. Straty były ogromne, ale nie chciała się teraz na tym skupiać, właściwie czy też tak bardzo różniła się od wszystkich innych? Nie do końca. Zasługiwali jednak na spokój i szczęście, nie mieli lekkiego życia, zresztą ledwie znowu się odnaleźli, podjęli decyzję o tym, że chcą być razem, a świat próbował jej go odebrać. Nie wyszło, ale dało jej to do myślenia, że warto jest cieszyć się każdym mijającym dniem, tymi najprostszymi czynnościami, które mogli razem robić. - Z drugiej strony, czy jest sens skupiać się na tym co było, skoro tak naprawdę warto doceniać to, co jest tu i teraz? - To też można było bardzo łatwo stracić. Nie wspominała o przyszłości, ostatnio zauważyła, że lepiej jest tego nie robić, bo plany mogą zostać bardzo szybko zweryfikowane, w najmniej odpowiednim momencie. To było dla niej czymś zupełnie nowym, życie chwilą, ale nie uważała, że jest to szczególnie niewygodne, może tak było prościej? RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Benjy Fenwick - 13.03.2026 Nie było tak źle, jak jeszcze kilka dni temu, ale każdy krok przypominał mi, że nadal mam w sobie więcej szwów niż rozsądku - bok ciągnął mnie przy dłuższym ruchu, mięśnie protestowały cicho, a ja udawałem, że to wszystko nic takiego, stare przyzwyczajenie, człowiek latami uczył się ignorować ból, więc teraz ciało mogło sobie narzekać do woli. Kątem oka znowu spojrzałem na Prue, na jej skupioną twarz, na te drobne, prawie niewidoczne zmarszczki między brwiami, które pojawiały się zawsze, kiedy coś analizowała - teraz analizowała mnie, oczywiście - parsknąłem cicho pod nosem, prawie bezgłośnie, do siebie, nie do niej. Nie przeszkadzało mi to, naprawdę, gdyby przestała, pewnie dopiero wtedy coś by było nie tak. Odkąd złapała mnie za rękę, nie wypuściłem jej dłoni, chociaż jeszcze kilkanaście dni temu miałbym naturalne obiekcje przeciwko publicznemu okazywaniu sobie czułości, kciukiem przesuwałem po niej leniwie, niemal bezmyślnie, kiedy mijaliśmy kolejne sklepy - wystawy były już uporządkowane, szyldy wyprostowane, cegły tam, gdzie trzeba… Moje spojrzenie na chwilę zatrzymało się na czarodziejskiej aptece po drugiej stronie ulicy, gdzie w witrynie ustawiono rząd nowo wyglądających regałów - nie pamiętałem, czy stały tam przed Spaloną Nocą, może tak, może nie - ten widok mimowolnie nasunął mi konkretne skojarzenie. Obraz ognia, krzyków, kłębów dymu, który jeszcze długo siedział nam wszystkim w płucach, bardzo subtelne, ale narastające brzęczenie w uszach, Prudence… Jej głos wyciągnął mnie z tego miejsca szybciej, niż bym się do tego przyznał. - Bszmisz jak ktoś, kto właśnie odklył filozofię szycia chwilą… - Spojrzałem na nią z boku, unosząc jedną brew. - Ty. - Mrugnąłem niedowierzająco, samo to było już wystarczająco zabawne, żeby mnie rozbroić, Prudence zawsze była raczej typem osoby, która układała świat w równych liniach, planach, kolejnych krokach, a teraz mówiła o teraźniejszości, jakby to była nowa dyscyplina, którą dopiero zaczynała ćwiczyć. Słońce wypełzło właśnie spomiędzy chmur i rozlało się po mokrych jeszcze kostkach brukowanej ulicy, a ja przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując poukładać w głowie to jedno zdanie, które właśnie powiedziała - „doceniać to, co jest tu i teraz”. Pół życia. Pół cholernego życia próbowałem jej to wbić do głowy. Przesunąłem językiem po zębach. - Niesamowite. - Mruknąłem pod nosem, przez moment znowu spojrzałem na witrynę sklepu, mimowolnie wspominając ten, który mijaliśmy kilka kroków wcześniej, a potem wróciłem wzrokiem do Prudence. Nie zatrzymałem się, ale zerknąłem na nią z boku, marszcząc lekko brwi, jakbym właśnie przeprowadzał w głowie jakieś wyjątkowo niewygodne obliczenia, po czym przesunąłem palcami po karku, krzywiąc się półżartobliwie, nie dlatego, że zabrzmiała głupio - właściwie przeciwnie - mówiła to z tą swoją powagą, z tą charakterystyczną dla niej spokojną analizą, jakby właśnie wygłaszała wniosek końcowy z bardzo długiego raportu o naturze świata. Problem polegał na tym, że przez pół życia próbowałem ją do tego doprowadzić. I nic. Absolutnie nic. Szedłem jeszcze chwilę w ciszy, patrząc przed siebie na ulicę, na ludzi przeciskających się między sklepami, na czarodzieja, który próbował opanować nerwową sowę siedzącą mu na ramieniu, dopiero po kilku krokach pokręciłem głową, a uśmiech sam wpełzł mi na twarz. Nie był to jednak ten zwykły, zaczepny, krzywy grymas - było w nim coś bardziej miękkiego, coś spokojniejszego, co pojawiało się u mnie rzadko i zwykle tylko przy niej - mimo to, byłem wyraźnie rozbawiony. - Nagle okazuje się, sze wystalszyła apokalipsa, tlochę ognia, wilkołak i plawie moja śmielś, szebyś wleszcie pszysnała mi lasję… RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Prudence Fenwick - 13.03.2026 Nie byłaby sobą, gdyby chociaż przez chwilę nie pozwoliła sobie na analizowanie sytuacji. Coś musiało zajmować jej myśli, tak już miała. Czasem było to głośniejsze, czasem cichsze, jednak rzadko kiedy zdarzało jej się iść przed siebie z pustką w głowie. Nie była jedną z tych osób, które potrafiły się odciąć i spacerować sobie tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. Tym razem skupiała się na obserwowaniu swojego męża, sprawdzaniu, czy miewał się dobrze. Obserwowała jego twarz, to w jaki sposób się poruszał, aby wyłapać każdą, niepokojącą rzecz. Było to całkiem zajmujące, zwłaszcza, że nie chciała mu dać się na tym przyłapać, poczułaby się z tym źle, mimo, że wiedziała, że on wie. Po prostu problem nie istniał, dopóki nie została nakryta na gorącym uczynku, prawda? - Ja, tak, właśnie odkryłam tę filozofię, jeszcze do końca nie wiem, co o niej myślę. Muszę to przeanalizować, chociaż póki co, nie wydaje się to wcale takie głupie. - Nie powinna tego mówić, bo to nie było dla niej typowe. Raczej wolała mieć wszystko zaplanowane, przygotowane, jednak można było czasem pójść na jakieś ustępstwa. Oczywiście, że w niektórych dziedzinach życia nie było to możliwe, jak chociażby dbaniu o zawartość ich domowej apteczki, ale nie wydawało jej się, aby naprawdę musiała robić wszystko według jakiegoś planu. Warto było docenić to, co się miało, szczególnie, że nigdy jeszcze nie posiadała tak wiele, i już niestety miała szansę przekonać się o tym, jak może smakować utrata tego. Dostrzegła zmianę w tonie jego głosu, oczywiście, że musiał podkreślić to, że było to niesamowite, bo nie pasowało do niej takie podejście. Minione wydarzenia jednak mówiły same za siebie, życie było naprawdę kruche, szkoda było je marnować na planowanie czegoś, co mogło się nigdy nie wydarzyć. Najwyraźniej jego słowa nie były wystarczająco przekonywujące. Musiała przeżyć swoje, aby w ogóle zacząć zastanawiać się nad tym, czy taka filozofia miała sens. To nie tak, że mu nie wierzyła, miała jednak zawsze jakieś swoje racje, którymi się kierowała. Zresztą każdy miał prawo do zmiany zdania, czyż nie? Powinien docenić to, że zaczęła otwierać oczy. Uniosła wzrok, żeby przyjrzeć się mijanym przez nich miejscom. Była praktycznie pewna, że za szklaną witryną, którą teraz mijali jeszcze miesiąc temu znajdowała się kawiarnia, a teraz to miejsce przekształciło się w księgarnie. Czy poprzedni właściciele nie przeżyli tamtej tragicznej nocy, nie należeli do grona szczęśliwców? Mogła tylko gdybać, wolała uznać, że postanowili, że jest to idealny czas na przebranżowienie. Mijali kolejnych ludzi, kolejne miejsca, Londyn powoli wracał do swojego rytmu, chociaż sądziła, że w ludziach pojawiła się jakaś zmiana, byli jakby mniej ufni, miała wrażenie, że niektórym zdarzało się spoglądać za siebie, czy do góry - jakby chcieli się upewnić, że nie ma tutaj żadnego zagrożenia. - Jeszcze oficjalnie nie przyznałam Ci racji. - Musiała wtrącić swoje trzy grosze. - Sądzę jednak, że to są wystarczające powody do ewentualnej zmiany zdania. - Przez ostatni miesiąc wydarzyło się naprawdę sporo, to musiało się w jakiś sposób odbić na jej zachowaniu, było to całkiem logiczne. - ale tak, nie da się ukryć, że w tej Twojej filozofii jest coś sensownego. - Oby tylko teraz nie wykorzystał tego przeciwko niej. Być może nie powinna się z nim tym tak ochoczo dzielić, bo wiedziała, że może się to skończyć dla niej źle. - Przyznaję rację, ale nie łudź się, że to może być jakimkolwiek argumentem, powiedzmy, że połowicznie się z tym zgadzam, nie zawsze ma to sens, ale często. - No, nie mogła tak przecież zupełnie się przestawić. RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Benjy Fenwick - 13.03.2026 Zrobiłem jeszcze kilka kroków, po czym zwolniłem odrobinę i powiodłem wzrokiem za spojrzeniem żony, na witrynę księgarni, którą mijaliśmy - świeże szyldy zawsze wyglądały trochę zbyt czysto na tle starego Londynu i ten nie był w tym wyjątkiem - przez szybę było widać stosy nowych książek, jeszcze zbyt równo ułożonych, jakby dopiero wczoraj ktoś zdjął je z transportowych skrzyń. Nowy początek albo przynajmniej próba… Przez sekundę przyglądałem się ludziom wewnątrz, później przeniosłem wzrok na tych dookoła nas - coś w nich było inne, ten odruch zerknięcia w górę, ten moment napięcia w ramionach, gdy ktoś nagle trzasnął drzwiami gdzieś dalej - miasto oddychało, ale jeszcze nie do końca spokojnie. - Sun… - Parsknąłem cicho, naprawdę próbowałem tego nie zrobić, przez dobrą sekundę walczyłem z tym, żeby zachować powagę, ale im dłużej jej słuchałem, tym bardziej było to skazane na porażkę. Ten ton, ta precyzja, to ostrożne odmierzanie słów, jakby właśnie podpisywała traktat dyplomatyczny, a nie przyznawała rację własnemu mężowi - pokręciłem głową z niedowierzaniem - brzmiała dokładnie tak, jak się spodziewałem. Spojrzałem na nią z boku, kiedy tak spokojnie wygłaszała swoją połowiczną kapitulację, i poczułem to znajome, ciepłe rozbawienie, które w odległej, naprawdę odległej przeszłości pojawiało się we mnie zawsze, gdy próbowała coś „przyznać”, jednocześnie pilnując, żeby przypadkiem nie przyznać za dużo. Kiwnąłem lekko głową, kiedy skończyła. - Połowicznie. - Powtórzyłem, jakbym właśnie usłyszał jedno z najbardziej podejrzanych słów w języku angielskim i nie był do końca przekonany, czy rzeczywiście istniało - przez chwilę udawałem, że naprawdę się nad tym zastanawiam. - Całe lata budowałem leputasję złego wpływu na ciebie… - Burknąłem pod nosem, bardzo teatralnie, do siebie, jednak do niej. Zmarszczyłem lekko brwi, spojrzałem przed siebie, potem znowu na nią, potem na drogę przed nami. Niby przyznawała mi rację w czymś, o czym marudziłem jej od kilkunastu lat - z przerwami, ale jednak - lecz nie mogłem tak po prostu się zgodzić na pół racji. - Nie, nie, nie. - Mruknąłem przesadnie spokojnie. „Wszystko albo nic”, nie połówki, połówki mnie nie interesowały. - Sunny… Ja nie funkcjonuję połowicznie. - Uniosłem brwi, jakbym właśnie przypominał jej coś oczywistego. Zrobiliśmy jeszcze kilka kroków, nierówny bruk stuknął głucho pod podeszwą buta, a bok przypomniał mi o sobie krótkim, tępym ciągnięciem, zignorowałem to odruchowo, chociaż mój oddech na sekundę zrobił się płytszy. Nie zatrzymałem się jednak, dopiero po chwili odwróciłem do niej głowę. - Albo coś lobię, albo tego nie lobię. Nie ma opcji demonstlacyjnego świelś-szycia. Nie ma „połowicznej lasji”. Ruszyłem dalej, powoli, ale już trochę swobodniej, moje mięśnie zaczynały się rozgrzewać od marszu, a ciało - choć uparte - w końcu przestawało protestować przy każdym kroku. Mój kciuk przesunął się powoli po grzbiecie jej dłoni, zupełnie odruchowo. - No, ale… Skolo oficjalnie uznałaś, sze moja filozofia czasem ma sens… - Zacząłem na nowo, po czym zrobiłem krótką pauzę. - To chyba powinnaś iść za ciosem. - Zatrzymałem na niej spojrzenie, z tym znajomym błyskiem w oczach, który zwykle oznaczał, że właśnie wpadłem na coś, co w jej ocenie najpewniej kwalifikowało się jako „zły pomysł”. - Wlacająs do domu, wejdziemy do ślodka pielwszego bliula podlószy i kupmy pielwszą wycieczkę, jaka wpadnie nam w lęce. Bez powodu. Bez planu. Bez logicznego uzasadnienia. - Nachyliłem się odrobinę bliżej, mówiąc ciszej, prawie konspiracyjnie. - To będzie twój pielwszy oficjalny, nieodpowiedzialny czyn jako osoby szyjącej chwilą, m’kay? - Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na nią uważnie, oczekując, że mi przytaknie i nawet wyciągając mały palec wolnej ręki, by to przypieczętować. - Zgoda czy plóbujesz negocjowaś s człowiekiem, któly właśnie plawie umalł i w związku s tym powinien mieś pewne pszywileje decyzyjne? - Rzuciłem to z taką powagą, jakby właśnie ogłaszał konieczność uzyskania specjalnych świadczeń w Ministerstwie Magii przed komisją, chociaż w rzeczywistości chciałem jak najszybciej zapomnieć o byciu kontuzjowanym i pół-funkcjonującym. RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Prudence Fenwick - 13.03.2026 Nie musieli się nigdzie spieszyć. Był to dzień kiedy po prostu szli przed siebie bez żadnego celu i oglądali zmiany, do których doszło. Odnajdywali się w świecie który budował się na nowo. Nie sądziła, aby miało to być powtarzalnym doświadczeniem, podobne katastrofy nie zdarzały się przecież zbyt często. Zatrzymała się na moment, kiedy parsknął. Nie mógł sobie tego odmówić, nadal trzymała go za rękę, nie zamierzała jej dzisiaj wypuścić. Starała się podejść odpowiednio do jego filozofii, ale nie dało się nie zauważyć, że była ulepiona z zupełnie innej gliny. Podchodziła do tego, co mówiła bardzo ostrożnie, już tutaj powinna zapalić się lampka. Naprawdę starała się zmienić swoje nawyki, ale to nie było takie proste, nie po tylu latach podążania zupełnie inną drogą. Mimo wszystko próbowała dać temu jakąkolwiek szansę, chociaż nie było to dla niej łatwe, wydawało się jednak trochę mieć sens. Prychnęła. No jasne, budował reputację złego wpływu na jej osobę. Czy mogła się z tym nie zgodzić? Trochę. Zdecydowanie widziała to inaczej. Jasne, w tym jednym przypadku bardzo się różnili, mieli zupełnie inne podejście, jednak to niczego nie zmieniało. Oczywiście, że podeszła do tego ostrożnie i próbowała jak najdelikatniej pokazać, że być może pojawiła się szansa, iż nieco zmieniła zdanie. Nie mogła wejść w to tak po prostu całkowicie, być może wcale nie było jej tak blisko do tej całej filozofii życia chwilą, ciągle musiała mieć choć odrobinę kontroli. - No jasne, Ty jesteś z tych co uznają wszystko, albo nic. - Pokręciła jeszcze głową, chociaż wcale jej to nie dziwiło. Pasowało to do niego, do niej zdecydowanie mniej. - Powiedzmy więc, że raczej się z tym zgadzam, jednak widzę możliwość na pojawienie się wyjątków? - Nie było to całkowitą racją, ale było czymś więcej niż połowiczną racją, więc szala była raczej po jego stronie. Trafił się jej naprawdę ciężki egzemplarz, ale doceniała to, jak bardzo bronił swojego podejścia to było naprawdę zachwycające, on był zachwycający, ale o tym nie wspomniała, żeby za bardzo nie odbiegać od tematu. - Tak myślisz? - Dodała jeszcze, zaczęła się zastanawiać, co mogło się kryć za tym jego podążaniem za ciosem, spodziewała się, że zaraz ją uświadomi. Miała nadzieję, że zdoła temu jakoś podołać, wcale nie tak łatwo było jej oddać kontrolę. Uwielbiała planować, ale jednak próbowała chociaż odrobinę to zmienić, bo przecież warto było to zrobić, doskonale widziała argumenty za tym przemawiające, szkoda tylko, że tak trudno było wprowadzić to w życie. Dość szybko pokazał jej co planuje. Przełknęła głośno ślinę, niby nie było to, aż tak zobowiązujące, ale przecież wypadało rozważyć wszystkie za i przeciw wobec wizyty w danym miejscu, chociaż miał to być krótki wypad, więc tak właściwie mogła po prostu wziąć w nim udział nieprzygotowana. To nie było nic wielkiego, czyż nie? - Na jakiej zasadzie działa wpadnie nam w ręce? - Zapytała jeszcze o to, bo przecież było naprawdę wiele możliwości i nie mogła mieć na nie wpływu. - Zamierzasz w ciemno udać się w podróż poślubną? - Zapytała jeszcze. Oczywiście, że musiała uznać ten ich ewentualny wyjazd za podróż poślubną, która przecież należała się parze młodej jak psu buda. To nie tak, że miała coś zaplanowane, raczej o tym nie myślała, bo nie pobrali się w typowy dla większości sposób, co jednak nie zmieniało faktu, że mogli pozwolić sobie na to, aby gdzieś wyjechać i nacieszyć się sobą, tak po prostu. Nie powiedziała tego w głos, ale uznała ten pomysł za naprawdę interesujący. - Nie mogę się nie zgodzić, więc tak, niech będzie. - To by źle o niej świadczyło, dlatego właśnie stwierdziła, że to nie było taką złą opcją. - Ty poprosisz Corio o moje wolne. - Dodała jeszcze, bo niestety w jej miejscu pracy nie tak łatwo było wynegocjować wolne. - Nie powinieneś tego wykorzystywać do negocjacji. - Musiała to podkreślić, chociaż właściwie się tym nie przejmowała. - Niech będzie zgoda/ - Trudno jej było walczyć z jego argumentami. RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Benjy Fenwick - 14.03.2026 Nie zwalniając naszego ślimaczego tempa spaceru, pochyliłem głowę odrobinę, przyglądając się Prue, jak komuś, kto właśnie powiedział coś bardzo fascynującego, nawet jeśli jeszcze nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Kciukiem przesunąłem po jej dłoni, nadal trzymanej w mojej, jakbym chciał ją przy tym uspokoić, chociaż prawda była taka, że bawiłem się w tej chwili najlepiej na świecie. W rzeczywistości słuchałem jej z rosnącym rozbawieniem, a z każdym kolejnym zdaniem kącik ust unosił mi się coraz wyżej. Oczywiście, oczywiście musiała to rozebrać na części pierwsze. Zasady. Wyjątki. Możliwości. Warunki. - Ty naplawdę nie potlafisz odpuściś kontloli nawet wtedy, kiedy właśnie odpuszczasz kontlolę. - Powiedziałem, tonem człowieka, który właśnie odkrył nowe, niezwykle rzadkie zjawisko magiczne, wypychając policzek językiem. Nie było w tym złośliwości, lecz coś na kształt ciepłej rezygnacji, tej specyfiki działania mojej żony, do której przez lata zdążyłem się przyzwyczaić, chociaż dopiero od niedawna tak naprawdę po prostu to okazywałem. - Czyli podsumujmy. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Zgadzasz się, ale tylko tlochę. Wyjątki są mosliwe, ale nie wiadomo kiedy. Filozofia ma sens, ale nie zawsze. I ja mam nie wykoszystywaś swojej… Całościowej, ale obalszonej gwiasdkami i pszypisami… Lasji do negocjacji. - Pokiwałem głową z powagą, która absolutnie nie była szczera. - Oczywiście. - Mruknąłem. - Ty będziesz wyjątkiem od mojej filozofii szycia chwilą, ja będę wyjątkiem od twojej potszeby kontlolowania wszystkiego. Widzisz? Jusz mamy komplomis. Skinąłem głową, jakby właśnie zapadła absolutnie logiczna decyzja, przez moment brzmiało to tak zwyczajnie, że aż trochę nierealnie. My. Podróż poślubna. Normalne życie. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu, kiedy tak bardzo poważnie próbowała ustalić zasady czegoś, co z definicji nie miało żadnych zasad, po czym ruszyłem znowu przed siebie, ciągnąc ją delikatnie za rękę, zanim zdążyłaby jeszcze doprecyzować kolejne warunki tej operacji. Czułem na sobie jej spojrzenie, prawie słyszałem, jak w głowie próbowała uporządkować wszystkie zmienne. W pewnym momencie aż musiałem odwrócić głowę, bo czułem, że za sekundę znowu parsknę - to było niesamowite - ktoś z boku mógłby pomyśleć, że proponuję jej napad na bank Gringotta, a nie wyjazd. W końcu jednak spojrzałem na nią z powrotem i kącik ust sam mi się podniósł. - Na jakiej zasadzie działa „wpadnie nam w lęse”? - Uśmiechnąłem się krzywo, potem spojrzałem przed siebie, na ciąg sklepów ciągnących się wzdłuż ulicy Pokątnej - księgarnia, sklep z kałamarzami, apteka, jakaś nowa cukiernio-piekarnia, której wcześniej nie kojarzyłem. - Balso plostej. - Uniosłem wolną rękę i machnąłem nią niedbale w stronę ulicy. - Sunny, cała idea polega na tym, sze nie ma szadnej zasady. Wchodzimy do pielwszego biula podlószy, któle miniemy w dlodze do domu. Nie wybielamy miejsca wcześniej. Chwytamy katalog. Otwielamy go na losowej stlonie. Nie czytamy bloszul pszes pół godziny. Nie lobimy analizy klimatu, bezpieczeństwa, lysyka lawin ani lokalnej sytuacji politycznej, i śledniej liczby komalów na metl kwadlatowy. - Spojrzałem na nią znacząco. Zatrzymałem się na moment przy skrzyżowaniu uliczek, bo ktoś właśnie przeciągał przed nami wózek pełen skrzynek z ingrediencjami alchemicznymi, oparłem się lekko ciężarem na zdrowej nodze, czekając aż osoby zaangażowane w całą akcję przejdą i znikną na zapleczu pobliskiego lokalu. - Och, Colio. - To jedno słowo wystarczyło, żeby błysk w moich oczach wrócił ze zdwojoną siłą - to nie było nawet ukryte rozbawienie, to był ten rodzaj triumfu, który rozlewał się po twarzy, zanim człowiek zdążył go powstrzymać. To on nas zamknął w swojej rodzinnej rezydencji na wsi, to on uznał, że świetnym pomysłem będzie wrzucić nas do jednego domu po latach kłótni, i to przez niego w ogóle zaczęliśmy znowu ze sobą rozmawiać, bo równie dobrze mogliśmy się już więcej nie spotkać, więc technicznie rzecz biorąc… Ta podróż poślubna to była również jego odpowiedzialność. - Absolutnie poploszę Colio. - Mój uśmiech zrobił się bardziej łobuzerski. „Siema, porywam żonę w nieznane, oddam ją kiedyś później” brzmiało doskonale, z pewnością, bardzo przekonująco. Cornelius był inteligentnym człowiekiem, miał raczej szybko zrozumieć, że znacznie łatwiej jest powiedzieć „tak” niż znosić wszelkie możliwe konsekwencje odmowy, w jego własnym interesie było się z tym zgodzić, poza tym nawet on nie był aż tak zafiksowany na podtrzymaniu kręgu ministerialnej biurokracji, żeby wchodzić między świeżo poślubioną parę. - W dlodze powlotnej dowiemy się leszty. - Skinąłem głową gdzieś w stronę ulicy prowadzącej dalej w głąb Pokątnej, kciukiem przesunąłem powoli po grzbiecie jej ręki. Spacer był przyjemny, dłoń ukochanej kobiety w mojej była przyjemna, a fakt, że naprawdę zaczęła brać pod uwagę coś tak absurdalnego jak podróż w ciemno… To było prawie rozczulające. - Na lasie spaselujemy. - Zerknąłem jeszcze raz na witryny sklepów, ludzi, jesienne światło rozlane między kamienicami. - Nie uklywam - dodałem po chwili ciszej - chcę zobaczyś, ile czasu wytszymasz, zanim zaczniesz plóbować zgadywać, gdzie moszemy tlafiś. - Spojrzałem na nią z tym znajomym, zaczepnym półuśmiechem, wiedziałem, że nawet jeśli dotychczas praktycznie nie podróżowała poza Wielką Brytanię, w swoim dorosłym życiu, z pewnością miała jakieś statystyki, które mogła wyciągnąć, na przykład w oparciu o najbardziej popularne kierunki podróżnicze, które z pewnością miały najwięcej ofert w katalogu, lub coś podobnego. - Daję ci… Piętnaście minut. - I właśnie za to ją kochałem… RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Prudence Fenwick - 14.03.2026 Nie mogło być przecież zbyt prosto, nie umiałaby chyba tak po prostu stosować się do nowej filozofii życiowej, zwłaszcza, że była ona zupełnym przeciwieństwem tej dotychczasowej. Musiała więc oficjalnie jakoś zabezpieczyć się przed tym, co mogło z niej wynikać. Ostrzegła go, co było przecież całkiem miłe. Naprawdę próbowała coś w sobie zmienić, ale nie mogła tego zrobić bez zastanowienia, aż tak jej jeszcze nie pomyliło. - Nie potrafię, bo to nie jest takie proste, wiesz? To siedzi gdzieś głęboko, było pielęgnowane przez lata. - Nie potrafiła pozbyć się tych cech tak po prostu, niczym przez dotknięcie różdżki. Doskonale zdawał sobie sprawę z jej podejścia, jego było zupełnie odwrotne, co mogło nieco komplikować sprawę, ale potrafili się porozumieć, nie trzymali się swoich założeń uporczywie, wiedzieli, kiedy odpuścić, co w sumie powodowało, że wcale nie tak trudno było im się ze sobą dogadać pomimo tych dość sporych różnic. - Nikt nie mówił, że będzie łatwo. - Skomentowała jeszcze jego podsumowanie, które brzmiało jakby tak naprawdę to, co ustalali nie miało sensu i nieco się gryzło, ona jednak widziała w tym logikę. Wspaniale, że mogli sobie wszystko od razu ułożyć i wytłumaczyć. - Grunt to potrafić go znaleźć, czyż nie? Nie bez powodu jesteśmy swoimi wyjątkami. - Ten kompromis brzmiał całkiem interesująco, nie sądziła, że znajdzie się kiedyś ktoś komu pozwoli bez żadnego zawahania ingerować w jej podejście do życia i przyzwyczajenia, jednak to działo się samoistnie. Nie zastanawiała się też jakoś szczególnie nad tym, jak to o niej świadczyło, skoro wystarczyło tylko przez jakiś czas przebywać w jego towarzystwie, aby dokonać tak widocznych zmian w jej podejściu. Kto wie, co będzie później, może nauczy się odpuszczać i kontrola wcale nie będzie dla niej już taka istotna? Przystanęła na moment, zmrużyła oczy, analizowała to wszystko o czym rozmawiali bardzo dokładnie, mrugnęła kiedy Benjy pociągnął ją za sobą za rękę. Tak, warto było się ruszyć, i tak nie spacerowali jakimś wybitnie szybkim tempem, wyjątkowo nie miała problemu z tym, żeby za nim nadążyć przez te jego długie nogi. Jednak drobne uszczerbki na zdrowiu miały jakieś plusy... Pokiwała jeszcze głową, kiedy się odwrócił. Dokładnie tak. Musiała dowiedzieć się na jakiej zasadzie to działało, bo jakaś zasada musiała istnieć, prawda? Zasady istniały zawsze, przynajmniej w jej świecie, musiała być chociaż jedna, malutka. Słuchała uważnie tego, co mówił. Tłumaczył jej, w jaki sposób mieliby to zrobić. Tak po prostu wylosować miejsce destynacji, jasne, to brzmiało jak całkiem niezła rozrywka, tylko dla kogoś kto nie miał problemu z kontrolowaniem wszystkiego, co się wokół niego działo. Wpatrywała się w mężczyznę krótką chwilę, po czym zaczęła mówić. - Jest tu jakaś zasada, w sensie to, że niby nie ma zasad też może być uznane za zasadę. - Od tego postanowiła zacząć, aby udowodnić mu, że zawsze istniała jakaś zasada. - Czyli wchodzimy do pierwszego mijanego biura, bez względu na to, jak obskurne nie będzie. - Próbowała sobie ułożyć jakoś logicznie to, co do niej właśnie mówił. - Bierzemy broszurę i tak po prostu ją otwieramy na jakiejkolwiek stronie. Brzmi jak całkiem niezła rozrywka. - Starała się brzmieć lekko, chociaż widać było po niej, że to nie było dla niej takie proste. Z drugiej strony to miał być tylko wyjazd, czy naprawdę miało to jakieś znaczenie dokąd się wybiorą? Będą tam razem, a wiedziała, że wszędzie będą się razem doskonale bawić, bez względu na to, czy faktycznie będzie tam zbyt wiele komarów, czy innych robaków. - Jasne, jak mogłam zapomnieć, że mój szef jest Twoim przyjacielem. - Wyciągnięcie argumentu związanego z tym, co miał powiedzieć na ten temat Corio było niczym strzał w kolano. Doskonale wiedziała, że raczej nie będzie uprzykrzał życia swojemu kumplowi, który właśnie zmienił stan cywilny i nie zmieniało tu nic to, że to ona była jego żoną. - Niech Ci będzie, chociaż nie wiem, czy droga powrotna to dobry pomysł, to daje mi zbyt dużo czasu na to, żeby o tym myśleć, wiesz, może lepiej iść za ciosem, wtedy nie będę miała wyboru. - Nie powinna mu tego mówić, ale naprawdę chciała ten jeden raz nieco odpuścić, a wiedziała, że łatwiej będzie to zrobić, jeśli szybciej się tym zajmą. - Jest szansa, że już zaczęłam to robić w mojej głowie, na szczęście nie jesteś w stanie wiedzieć o czym myślę, więc udowodnię Ci, że wytrzymam więcej niż piętnaście minut, tylko dlatego, żeby nie dać Ci tej satysfakcji. - Łatwo było o tym mówić, pewnie gorzej przyjdzie jej z realizacją celu, ale potrafiła być bardzo zawzięta. RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - Benjy Fenwick - 15.03.2026 Pokątna żyła swoim zwykłym chaosem, chociaż było w tym coś lekko sztucznego, nie do końca będącego tym samym, co przed pożarami, a raczej odzwierciedleniem miejskiej próby powrotu do normalności. Słońce znowu wyszło zza chmur i na moment zatrzymało się na jej twarzy, a ja zmrużyłem oczy, jakbym właśnie zobaczył coś znajomego i jednocześnie dziwnie nowego. Lubiłem tę jej potrzebę porządkowania wszechświata, jeszcze bardziej lubiłem też ją z niej wyciągać, kawałek po kawałku. Przesunąłem powoli kciukiem po grzbiecie jej dłoni, bardziej odruchowo niż świadomie, kiedy powiedziała o tym, że to siedziało głęboko w niej, było pielęgnowane przez lata - kiwnąłem lekko głową, bo to nie brzmiało dla mnie jak żadne odkrycie - wiedziałem o tym od dawna, widziałem to jeszcze wtedy, kiedy byliśmy młodsi i potrafiła siedzieć nad jednym problemem tak długo, aż rozebrała go na czynniki pierwsze. A ja tylko stałem obok i zastanawiałem się, jakim cudem ktoś może być jednocześnie tak cholernie logiczny i tak kompletnie niereformowalny. - Wiem. - To nie było rzucone od niechcenia, powiedziałem to normalnie, bez śladu ironii, cholera, bo zawsze uważałem to raczej za diabelsko pociągające - czasem równie irytujące, fakt, lecz równocześnie wcale nie uważałem tego za problem, tak samo jak nie lubiłem iść na łatwiznę. - Właściwie to zawsze mi się to w tobie podobało. - Dodałem po chwili, bez śladu zawahania. Potrafiła zobaczyć rzeczy, które innym umykały, rozebrać problem na części, znaleźć sens tam, gdzie ja zwykle machałem ręką i mówiłem, że jakoś się ułoży, to było fascynujące. Całkiem niezły układ, jak na dwoje ludzi, którzy przez pół życia próbowali udowodnić sobie nawzajem, że to drugie kompletnie nie ma racji. - Mhm. - Przytaknąłem, uśmiech powoli rozciągnął mi się na twarzy, kiedy zaczęła rozkładać to wszystko na części pierwsze, stałem obok niej na środku Pokątnej, słuchając jak próbuje uporządkować coś, co z definicji nie miało być uporządkowane, i to było tak bardzo w jej stylu, że przez chwilę nawet nie próbowałem jej przerywać, po prostu patrzyłem na nią z tym półuśmiechem, który pojawiał się u mnie zawsze wtedy, kiedy robiła coś tak niesamowicie… prudencjowego. W końcu pokręciłem lekko głową, ciągnąc ją lekko za rękę i ruszając dalej powolnym krokiem. Było w tym coś absolutnie rozbrajającego i zarazem fascynującego, coś, co sprawiało, że zamiast ją powstrzymywać, miałem ochotę patrzeć, dokąd ją to zaprowadzi - ta potrzeba, żeby nawet chaos ułożyć w jakąś strukturę - człowiek mówił „zróbmy coś bez planu”, a moja żona natychmiast zaczynała budować wokół tego system zasad tak precyzyjny, że połowa osób zawodowo zajmujących się badaniami naukowymi mogłaby się od niej uczyć metodologii. Szliśmy powoli wzdłuż Pokątnej, a ja co chwilę zerkałem na nią z boku, ponieważ obserwowanie jej było ciekawsze niż wszystkie wystawy sklepów razem wzięte. - Widzisz, i tu właśnie zaczyna się ploblem - powiedziałem spokojnie, nie przestając iść - bo plóbujesz znaleźć instlukcję obsługi do czegoś, co jej nie ma. - Spojrzałem przed siebie, na witryny sklepów i ludzi mijających nas na chodniku, ale wciąż czułem ją obok - tę jej skupioną obecność, chociaż była jednocześnie tu i w meandrach własnej głowy. Przez moment patrzyłem w przód, na witryny sklepów i ludzi mijających nas na chodniku, potem znowu na nią. - I tak, masz lasję. Technicznie szesz bioląs, blak zasad tesz jest jakąś zasadą. - Przyznałem, uśmiechając się szerzej, łapałem się na tym, że słucham jej bardziej niż czegokolwiek dookoła, lecz ten brak absolutnej kontroli nad otoczeniem wcale nie napawał mnie jakąkolwiek obawą - dziś mieliśmy dzień całkowicie dla siebie, dzisiaj naprawdę starałem się odpuścić wszelkie obiekcje wobec publicznego okazywania sobie uczuć, chodzenia razem w dzień szerokimi ulicami magicznego Londynu, pośród tych wszystkich ludzi, i tak dalej - w końcu mało brakowało, byśmy nie byli tu razem. - Losowe podlósze to w zasadzie moja specjalność. - Nie chwaliłem się, tylko stwierdziłem fakt, po chwili wzruszyłem ramionami, jakby to wszystko było najzwyklejszą rzeczą na świecie. W moim kroku wciąż była ta wymuszona odrobina ostrożności, której nie dało się jeszcze całkiem ukryć, ale nie miałem najmniejszego zamiaru robić z tego tematu dnia. W Ameryce Południowej raz wsiadłem na statek tylko dlatego, że ktoś powiedział, że płynie „gdzieś na północ”, nie miałem pieniędzy, więc przez trzy dni zdejmowałem z pokładu jakieś przeklęte skrzynie z kakao. W Meksyku spałem tydzień w warsztacie mechanika, bo pomogłem mu zdjąć klątwę z silnika ciężarówki, do dziś nie wiedziałem, kto w ogóle rzuca klątwy na ciężarówki. A w Kanadzie przyjąłem zlecenie tylko dlatego, że facet powiedział, że „gdzieś w lesie jest coś bardzo złego”, okazało się, że miał rację… Prychnąłem cicho pod nosem, kiedy powiedziała o ustalaniu jej urlopu z moim przyjacielem, nie był to nawet śmiech, raczej ten odruchowy dźwięk, który pojawiał się, kiedy ktoś dotknął czegoś absurdalnie oczywistego. Ścisnąłem jej dłoń trochę mocniej, prowadząc ją dalej przez chodnik, potem wzruszyłem ramionami, jakby cała ta sprawa była zupełnie banalna. - Zlobię to s przyjemnością. - Uśmiechnąłem się krzywo. Ludzie mijali nas w pośpiechu, gdzieś dalej ktoś wybuchł śmiechem, drzwi sklepu zatrzasnęły się z głuchym stuknięciem. - Nie wiem, czy zdajesz sobie splawę, ale twój szef uznał za stosowne pszeplowadziś ze mną balso szczegółową losmowę na temat tego, jakie mam wobec ciebie zamialy. - Przez chwilę patrzyłem przed siebie, przypominając sobie minę Corio stojącego naprzeciwko mnie, z tą swoją charakterystyczną powagą człowieka, który udawał, że nie obchodziło go nic poza logiką sytuacji, wypisaną na twarzy, potrafił być cholernie przenikliwy, kiedy chciał, a kiedy chodziło o ludzi, na których mu zależało, robił się prawdopodobnie jeszcze bardziej upierdliwy niż ja. Przypominało przesłuchanie prowadzone przez człowieka, który uznał, że ma moralny obowiązek sprawdzić, czy nie jestem kompletnym idiotą, dosłownie ustawił mnie w swoim tymczasowym gabinecie i zaczął zadawać pytania, jakbym był podejrzanym w sprawie kryminalnej. - A ja balso chętnie mu się za tę pogadankę odwdzięczę. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym dodałem zupełnie spokojnie. - Myślę, sze doceni ilonię sytuacji. - Wzruszyłem lekko ramionami, strata najlepszej pracownicy na tydzień lub dwa nie miała nikomu zaszkodzić, gdy liczyło się jej szczęście - prawda? Kiedy jednak powiedziała, że może lepiej zrobić to od razu, zatrzymałem się i spojrzałem na nią z wyraźnym zaintrygowaniem - w moich oczach pojawił się ten błysk, który pojawiał się zawsze, kiedy robiła coś zupełnie wbrew swoim zwyczajom. Ulica skręcała lekko w prawo, a kawałek dalej rzeczywiście zaczynały się witryny biur podróży, eleganckie szyldy, złote litery, w środku plakaty z egzotycznymi destynacjami i bardzo magicznymi sposobami transportu, które najwyraźniej miały się doskonale, mimo ostatnich wydarzeń w kraju… Spojrzałem na nie z daleka i skrzywiłem się lekko, wskazując głową witrynę jednego z nich, gdzie w powietrzu wisiała miniaturowa makieta tropikalnej wyspy. - Jest tylko jeden tyci ploblem. - Zwolniłem krok. - Tu wszędzie będą świstokliki. - Powiedziałem to takim tonem, jakby mówił o czymś naprawdę podejrzanym i zarazem lekko obrzydliwym. - Jeśli wejdziemy tam telas, wcisną coś magicznego. Świstoklik, poltal, kominek, Mellin wie co jeszcze. - Przechyliłem lekko głowę, marszcząc nos. - A ja kulwa nie lubię świstoklików. - Przez chwilę milczałem, jakbym zastanawiał się, czy w ogóle powinienem to tłumaczyć, ponieważ to było coś absolutnie uzasadnionego. W jej świecie wszystko miało strukturę, linie, logikę, ja przez pół życia robiłem dokładnie odwrotnie, wchodząc tam, gdzie prowadziły mnie nogi albo gdzie ktoś akurat potrzebował idioty gotowego zaryzykować kark dla paru galeonów i dobrej historii. - Las mnie taki wyszucił na ślodku jakiegoś bagna w Luizjanie. Do dziś nie wiem, kto go tak ustawił. - Mruknąłem, spojrzałem przed siebie, jakbym wciąż widział to miejsce, po czym zerknąłem na nią znacząco. - Miałem byś w Nowym Olleanie - ciągnąłem spokojnie - a wylądowałem po pas w błocie i wodzie, w ślodku czegoś, co wyglądało jak losinne spotkanie balso niezadowolonych aligatolów. - Potarłem kark wolną ręką, mój uśmiech zrobił mi się trochę bardziej krzywy. Nie było drogi, nie było ludzi, była za to woda do kolan i szeroki wachlarz stworzeń, które bardzo chciały sprawdzić, czy nadaję się do zjedzenia. Wybranie podróży z mugolskiego biura było znacznie mniej intensywną opcją, jak na pierwszy raz. - Ooch, ja już ją mam… - Odmruknąłem, nie bez satysfakcji, mogła zachować dla siebie swoje myśli, były bezpieczne, ale przecież i tak wiedziałem, co moje. |