![]() |
|
[9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple (/showthread.php?tid=5848) |
[9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple - Bard Beedle - 14.03.2026 Październikowe wieczory zawsze przychodziły szybko, jeszcze chwilę wcześniej na strychu widziałyśmy smugę zmierzchu w oknie, teraz za szklaną taflą pozostała już tylko noc. Włączyłam lampę na ścianie i zeszłam niżej, powoli, przytrzymując się poręczy. Dom o tej porze zawsze robił się cichszy, jakby wraz z zapadnięciem zmroku wszystko w nim zwalniało, salon był pogrążony w półmroku, kiedy zeszłyśmy na dół, mrok zdążył już na dobre rozgościć się za oknami, londyńska mgła była ciężka, wilgotna, a szyby odbijały tylko nikłe światło księżyca i latarni gazowych przy ulicy. Zatrzymałam się na moment przy drzwiach salonu, zdejmując fartuch i odkładając go na oparcie krzesła, po czym rzuciłam Prudence krótkie spojrzenie. Przez moment przyglądałam się jej twarzy w świetle świec, temu spokojowi, który pojawił się tam zamiast zmęczenia z poprzednich dni. - Zapal świece, dobrze? - Powiedziałam, zdejmując z haczyka stary klucz na długim łańcuszku. - Te przy kominku i na stole. - Nie czekałam na odpowiedź, bo i tak wiedziałam, że sobie poradzi, już ruszałam w stronę korytarza, ale zatrzymałam się jeszcze na moment. - I znajdź dwa kieliszki do wina. Nie te, które wybiera twój ojciec na niedzielnych obiadach, kiedy chce wyglądać na poważnego. Te z cienką nóżką, fikuśne. Stoją w kredensie po lewej. - Mrugnęłam do niej krótko i zniknęłam, kierując się tam, gdzie trzymałam kilka butelek na szczególne okazje. Nie było ich wiele, nie widziałam sensu w trzymaniu rzeczy „na kiedyś”, które nigdy nie nadchodzi, ale skrzętnie pilnowałam, by nikt ich nie ruszał przed czasem, każda była na konkretne okoliczności. Drzwi do piwnicy skrzypnęły cicho, kiedy je otworzyłam, a chłodny, wilgotny powiew natychmiast owiał mi twarz, schody były wąskie i wytarte przez lata, które dawno przestałam liczyć, więc zeszłam powoli w dół, opierając dłoń o ścianę, aż w końcu znalazłam się w chłodnej, półciemnej przestrzeni. W powietrzu unosił się zapach kurzu, wosku z trzymanych tam zapasów świec, starego drewna korkowego i tej specyficznej jesiennej chłodnej nuty, która zawsze wdzierała się do domu, gdy zapadał wieczór. Na półkach stały rzędy butelek - niektóre młodsze, inne tak stare, że sama nie pamiętałam, przy jakiej okazji je odkładałam, ale dobrze wiedziałam, po co - przesunęłam palcami po szyjkach kilku z nich, aż w końcu zatrzymałam się przy tej właściwej. Ciemne szkło było zakurzone, ale dobrze rozpoznawalne, nie musiałam nawet patrzeć na etykietę, zdjęłam je z półki energicznym ruchem dłoni, bez wahania, tak jak wyciągało się coś, na co czekało się odpowiednio długo, by już się nie cackać. Nie przejmowałam się grubą warstwą pajęczyn, którą starałam częściowo palcami, a trochę rękawem, zdmuchując też trochę kurzu z szyjki. Wracając zatrzymałam się na moment w progu, patrząc na wnuczkę, światło świec zdążyło już wypełnić salon miękkim, złotym blaskiem, płomienie odbijały się w szybach, w polerowanym drewnie stołu i w kieliszkach, które Prudence zdążyła znaleźć. Bez słowa postawiłam butelkę na stole z lekkim stuknięciem, sięgnęłam po korkociąg leżący obok tacy i zaczęłam powoli wkręcać spiralę w korek, aż w końcu ustąpił z subtelnym dźwiękiem - zapach wina rozszedł się w powietrzu natychmiast, ciężki, słodki, z nutą czegoś orzechowego i czekoladowego - sięgnęłam po pierwszy kieliszek i nalałam do niego solidną porcję, drogi alkohol spłynął powoli po ściankach szkła. - Mam jeszcze jedną taką butelkę. - Stwierdziłam, niby od niechcenia, nalewając drugi kieliszek. Porto miało ten nasycony ciemny kolor, który wyglądał niemal czarno w słabym świetle, dopóki nie złapało płomienia świec. - Dla Eliasa - zerknęłam na nią znacząco ponad brzegiem szkła, po czym podałam jej szkło - ale nie mów mu o tym. Niech sam się nareszcie ożeni. - Odstawiłam butelkę i uniosłam swój kieliszek. - Inaczej będzie musiał się zadowalać herbatą. - Kącik moich ust uniósł się w lekkim, konspiracyjnym uśmiechu. Bard: @Benjy Fenwick
RE: [9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple - Prudence Fenwick - 14.03.2026 Prudence podążała za Ellie, powoli, nie spieszyła się jakoś szczególnie, bo wolałaby nie spaść z tych krętych schodów. Kiedyś, bardzo dawno temu spotkała ją ta przyjemność, o czym miała pamiętać do końca swojego żywota i zdecydowanie nie chciała tego powtarzać. Na samo wspomnienie o obitym tyłku i plecach zaczynała się krzywić. Znalazły się w salonie, który był wyjątkowo cichy, mrok ogarnął pomieszczenie. Nadchodziła noc, a była to idealna pora do rozmów. Miała wrażenie, że łatwiej wtedy wychodziły z niej słowa, jakby dzień i światło niosły ze sobą większą odpowiedzialność za to, co mówiła, chociaż przecież pora dnia nie miała jeśli o to chodzi żadnego znaczenia. Lubiła wieczory, to była chyba jej ulubiona część dnia, świat wydawał się zwalniać, było więcej czasu na ułożenie myśli. - Zajmę się tym, za sekundę. - Nie było nic skomplikowanego w zapaleniu świec i znalezieniu kieliszków. To zadanie zdecydowanie nie miało jej przerosnąć, jednak na moment się oddaliła, poszła do łazienki, w której zamierzała bardzo dokładnie umyć swoje dłonie. Nie daj Merlinie, aby miała na nich teraz ślady ziemi, czy roślin. Nie miała nic przeciwko grzebaniu w ziemi, jednak należała do tych osób, które ceniły sobie porządek, bardzo dokładnie więc umyła swoje ręce. Spojrzała jeszcze na odbicie w lustrze i uśmiechnęła się sama do siebie. Ten dzień był naprawdę przyjemny, widziała, że jej twarz nabrała kolorów, nie była już tak przerażająco blada, jak jeszcze kilka dni temu, nie miała tych okropnych cieni pod oczami, a przecież prawie nie spała minionej nocy, najwyraźniej nie tylko sen był odpowiedzialny za to jak wyglądała. Po krótkiej chwili wróciła do salonu, od razu ruszyła w kierunku świec, o których wspomniała Ellie. Zapaliła je jedna za drugą, później znalazła się przy kredensie i ostrożnie wyciągnęła z niego dwa kieliszki, te fikuśne, które zasugerowała jej babcia. Nie zamierzała psuć jej wizji na to, w jaki sposób miały oblewać jej małżeństwo. Elli zdążyła zniknąć, Prudence podejrzewała, że udała się do piwnicy, wiedziała, że kobieta miała tam ukryte całkiem interesujące skarby, trunki, które czekały na to, by po nie sięgnąć, gdy w końcu nadarzy się ku temu odpowiednia okazja. Postanowiła usiąść przy stole, postawiła przed tym na nim dwa kieliszki, spoglądała na nie, bo światło bardzo ładnie się od nich odbijało. Kobieta podeszła do niej trzymając w dłoni butelkę, nie miała pojęcia, co to był za trunek. Nie przyjrzała mu się szczególnie uważnie, jednak wiedziała, że to musiało być coś wyjątkowego. Obserwowała Ellie, kiedy ta zajęła się otworzeniem butelki, robiła to bardzo sprawnie, widać było, że ma sporo doświadczenia. Gdy korek znalazł się poza butelką w powietrzu roztoczyła się bardzo intensywna woń, zachęcająca do napicia się tego, co znajdowało się w środku. To musiało być naprawdę niezłe wino, ciekawe ile lat czekało na to, by znaleźć się w kieliszkach. Spoglądała na babcie, gdy ta zaczęła je rozlewać. Barwa była intensywna, tak samo jak zapach, pewnie i smak nie miał ich zawieść. - Nigdy nie wspominałaś o tym, że masz przygotowane butelki po to, żeby świętować naszą zmianę stanu cywilnego. - Nie powinno jej to jednak zaskakiwać, Ellie zawsze miała w zanadrzu coś, co mogło ją zaskoczyć. Była pełna tajemnic, taki już jej urok. - Możesz mieć pewność, że nic mu nie powiem, skoro ja nie wiedziałam wcześniej, to nie będę mu tego ułatwiać. - To byłoby nie w porządku. - Nie sądzę jednak, żeby szybko znalazł jakąś wybrankę, sama wiesz, że i on i ja jakoś nieszczególnie się tym interesowaliśmy. Musisz się więc zaopatrzyć w odpowiednią ilość herbaty. - Tak naprawdę nie miała pojęcia, czy istniał ktoś, przez kogo serce jej brata biło szybciej, nieszczególnie się przed sobą otwierali jeśli o to chodzi. Miała wrażenie, że kiedy byli młodsi łatwiej było im ze sobą rozmawiać. Dorosłość nieco to komplikowała, bo każdy się gdzieś spieszył, życzyła mu jednak tego, aby również odnalazł swoje szczęście, najlepiej jak najszybciej. RE: [9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple - Bard Beedle - 15.03.2026 Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy powiedziała o butelkach, bo rzeczywiście nigdy wcześniej o nich nie wspominałam - oczywiście, nie paliłam się, by to robić, zawsze uważałam, iż odrobina zaskoczenia czyimś przewidywaniem i uzbrajaniem się na okoliczność celebracji była znacznie przyjemniejsza niż wieloletnia świadomość cudzych oczekiwań, że wielki moment kiedyś nadejdzie, nawet tych najbardziej szczerych i serdecznych - według mojej filozofii, niektóre rzeczy nie istniały po to, żeby się nimi chwalić przy stole, tylko po to, żeby czekały cierpliwie, aż nadejdzie właściwy czas. Obróciłam butelkę lekko w dłoniach, przyglądając się ciemnemu szkłu, tak, naprawdę przyszła pora, by ją otworzyć… W świetle świec kolor płynu przelewającego się wewnątrz był głęboki, prawie czarny przy samym środku, z rubinowym błyskiem przy krawędziach, i wydobywał z siebie zapach tak intensywny, że nawet ja przez moment przymknęłam oczy, pozwalając mu się rozwinąć w powietrzu. - Gdybym opowiadała wszystkim o butelkach trzymanych na specjalne okazje, żadna z nich nie dotrwałaby do właściwego momentu. Pewnie połowa z nich zostałaby opróżniona jeszcze zanim ktokolwiek zdążyłby się zakochać, spłodzić dziecko, wywołać plagę, skandal dekady albo wykitować. - Odpwiedziałam spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, bo - w rzeczy samej - przy dwóch synach, bandzie ich kolegów, a następnie wnuku posiadającym własne stado rozbrykanych znajomych, wzbudzanie ciekawości zawartością specjalnej piwniczki nie byłoby zbyt rozsądnym posunięciem. Usiadłam naprzeciwko niej, opierając się wygodnie o oparcie starego fotela, uniosłam kieliszek, ale jeszcze nie piłam, zamiast tego przyjrzałam się Prue uważnie, a potem parsknęłam cicho na myśl, która przebiegła mi przez głowę. Nic jednak nie powiedziałam, jeszcze nie teraz, najpierw musiałam znaleźć odpowiednie słowa. Światło świec drgało na powierzchni szkła i na ciemnej tafli porto, które właśnie nalałam, wyglądało wręcz hipnotyzująco, przez chwilę obracałam swój kieliszek w palcach, obserwując, jak ciężkie wino powoli spływa po ściankach szkła. Ten kolor zawsze mi się podobał, był głęboki, gęsty, nasycony, niemal jak noc zamknięta w butelce… Czarny i zarazem czerwony, jak krew… nie woda, właśnie dlatego wybrałam właśnie ten alkohol, aby towarzyszył nam przy tej konkretnej okazji. - Ten zwyczaj zaczął się dawno temu. Jeszcze zanim się urodziłaś. - Podniosłam wzrok na Prudence, a w moim spojrzeniu pojawiło się coś miększego, jakbym cofnęła się pamięcią wiele lat wstecz - przez moment widziałam jednocześnie kobietę siedzącą naprzeciwko i coś znacznie mniejszego, co kiedyś mieściło mi się na jednym ramieniu - chociaż nie było w tym ani odrobiny sentymentalnej przesady. - Mówiliśmy z twoim dziadkiem, że to inwestycja w momenty, które dopiero nadejdą. - Na mojej twarzy pojawił się niemal figlarny wyraz. - Kiedy urodził się twój ojciec, kupiliśmy pierwszą butelkę. Najlepszą, na jaką było nas wtedy stać. Co, nawiasem mówiąc, oznaczało, że przez miesiąc jedliśmy głównie zupy i chleb, bo budżet domowy ledwo się po tym pozbierał. - Parsknęłam cicho na to wspomnienie. - Ale uznaliśmy, że to nie ma znaczenia. Niektóre rzeczy warto robić szczególnie wtedy, gdy są trochę nierozsądne. - Westchnęłam cicho, nie smutno, raczej z tą spokojną akceptacją, która przychodziła z czasem. Życie potrafi być nieprzewidywalne, ale jedno zawsze było pewne - uniosłam kieliszek trochę wyżej, patrząc na wino pod światło świec - prędzej czy później przychodzi moment, który warto uczcić czymś więcej niż herbatą. - Wiesz, kiedy kupowałam te butelki, nie miałam pojęcia, kim będziecie, i jak będzie wyglądało wasze życie, ale zwyczaj został. - Bardzo leciutko wzruszyłam ramionami, pozwalając sobie na dygresję. - Mam nadzieję, że przeżyje też następne dekady. To bardzo elegancka tradycja. - Wzięłam niewielki łyk, pozwalając mu chwilę rozwinąć się na moim języku, zanim przełknęłam alkohol i odstawiłam kieliszek na stół, potem spojrzałam na nią z lekkim błyskiem w oku, kiedy wspomniała o swoim bracie i o tym, że raczej szybko nie znajdzie wybranki. - Och, nie bądź taka pewna. - Oparłam się wygodniej w fotelu. - Wszak ludzie z tej rodziny mają irytującą tendencję do udawania, że coś zupełnie ich nie interesuje… Aż samo ich uderzy w głowę, jak cegła, a potem okazuje się, że świat się kończy, jeśli ta jedna konkretna osoba zniknie z pola widzenia. - Uniosłam brwi, z tym szczególnym, wewnętrznym rozbawieniem, które pojawiało się u mnie zawsze wtedy, gdy patrzyłam na młodsze pokolenie i widziałam powtarzające się historie. - Twój brat może udawać obojętność, ile chce, ale nie uwierzę, że akurat w kwestii miłości jego serce jest zrobione z kamienia, nie szkła. - Upiłam łyk porto. - Po prostu jeszcze nie trafił na osobę, która go naprawdę zirytuje. - Machnęłam ręką lekko, z tą spokojną pewnością kogoś, kto widział już kilka pokoleń dorastających ludzi. - W naszym przypadku to zazwyczaj pierwszy objaw prawdziwej miłości. - Ponownie uniosłam kieliszek, prychając bezgłośnie. - W każdym razie, jest całkiem brytyjski, picie czterdziestoletnich zapasów herbaty pewnie mu nie zaszkodzi. - Delikatnie stuknęłam paznokciem o szkło. - A jego butelka zostaje w piwnicy, dopóki sam nie wymąci powodu, żeby ją otworzyć. - Kącik moich ust drgnął lekko, w końcu siedząca przede mną kobieta była chodzącym potwierdzeniem, iż ludzie często wyglądają, jakby stali w miejscu, a potem nagle okazuje się, że od dawna zmierzali dokładnie tam, gdzie powinni. RE: [9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple - Prudence Fenwick - 15.03.2026 - Co racja to racja, niektóre rzeczy jednak warto utrzymywać w tajemnicy. - Nie miała wątpliwości, że znalazłby się jakiś amator, który postanowiłby sięgnąć po ten wyjątkowy alkohol. Właściwie więc nie dziwiła się Ellie, że nikomu o tym nie wspomniała, przynajmniej nie musiała się martwić o to, że któraś z butelek zostanie otworzona bez większej okazji, a widać, że zostały zakupione z konkretnego powodu. - Podziwiam Cię jednak za to, że nic o tym nie wspomniałaś przez trzydzieści dwa lata mojego życia. - Nie, żeby wydawało jej się, iż babcia miała problemy z milczeniem, ale jednak były dość blisko, spędzała tu naprawdę wiele czasu i nie wiedziała o tym, co trzyma w swojej piwnicy. To było całkiem interesujące. - Teraz będę się zastanawiać, która z nich ma jaki smak, wiesz, jak skosztuje się pierwszej to nachodzi ochota na kolejny taki wyjątkowy trunek, może to jest jakaś metoda na to, aby pojawiały się następne okazje. - Może niekoniecznie wykitowanie, czy skandal, ale inne? Te mniej zobowiązujące. W sumie jak się nad tym głębiej zastanowiła, to chyba póki co wystarczy jej ta pierwsza, być może jedyna jaką miała świętować z kobietą w ten sposób. - Bardzo długo go praktykujesz, nie jestem przecież zbytnio młoda. - Miała swoje lata, spodziewała się więc, że tradycja sięga naprawdę zamierzchłych czasów. Prudence czasem zapominała, że Ellie żyła już dosyć sporo czasu. Jasne, miała sporo doświadczenia życiowego, zawsze była skora do rozmowy, udzielenia rady, jednak Prue zapominała o tym, że brało się to stąd, że chodziła po tym świecie naprawdę od dawna. Łatwo można było w przypadku tej kobiety zapomnieć o tym, ile właściwie miała lat. - Tak, czasem chwilowe wyrzeczenia są niczym w przypadku tego, jaki mogą mieć wpływ na przyszłość. To całkiem miłe wiesz, świadomość, że myśleliście o dzieciach, o rodzinie, nie wiedząc w jaki sposób potoczy się życie. Byliście gotowi na celebrację czyichś wielkich dni, mam wrażenie, że to wcale nie jest szczególnie popularnym podejściem. - Było to naprawdę zaskakujące. Nie sądziła, aby często najbliżsi myśleli o tym, aby być gotowym na przyszłość. - Miałaś jakieś przypuszczenia? - Przyglądała się babci przez krótką chwilę. Nigdy nie zastanawiała się, czy ona miała wobec nich jakieś oczekiwanie, czy chciała, żeby byli jacyś konkretnie i czy udało im się chociaż odrobinę temu dopasować. Z drugiej strony nie zakładałby, aby Ellie była jedną z takich osób, chociaż na pewno zastanawiała się kiedyś co z nich wyrośnie, to było całkiem naturalne. - Tak, jest bardzo elegancka i właściwie myślę, że warto będzie ją kontynuować. - Uważała, że to było nie najgorszym pomysłem i mogła wprowadzić go również w swoje życie. Nie, żeby chciała się wciskać w to, co robiła babcia, ale wydawało jej się to na tyle eleganckie, że mogła wprowadzić to w życie i założonej przez siebie rodzinie. Nawet jeśli miałaby być tylko i wyłącznie dwuosobowa. W końcu sięgnęła po ten fikuśny kieliszek pełen ciemnego trunku, zbliżyła go do ust i upiła niewielki łyk. Przymknęła na moment oczy, smak był bardzo intensywny, od razu można było wyczuć, że wino miało swoją wartość. Czy warto było wziąć ślub, aby poznać ten smak? Warto, oczywiście, że warto. - Nie wiedziałam, że to tendencja naszej rodziny, Ty z dziadkiem też tak miałaś? - Przyglądała się uważnie kobiecie. W sumie nie powinno jej to dziwić jakoś specjalnie, prawda? Nie wypytywała też swoich rodziców o początek ich znajomości, ale uwierzyłaby w to bez mniejszego problemu, że z początku za sobą nie przepadali, byli przecież niczym ogień i woda. - W sumie kto wie, może faktycznie tak będzie, ostatnio nie jesteśmy ze sobą zbyt blisko, więc nawet nie wiem, czy ktoś go mocno irytuje. - Być może warto było się zainteresować tematem, kto wie, może o czymś nie wiedziała, to było całkiem prawdopodobne. - Na pewno kiedyś znajdzie się odpowiedni powód, nie będę jednak mu ułatwiać zadania, sam musi dowiedzieć się o istnieniu tej tradycji. - Wolałaby, aby tym powodem był ślub, a nie jakiś skandal towarzyski, z drugiej strony nigdy nie wiadomo, na pewno będzie czekać na to, by dowiedzieć się, co spowoduje wyciągnięcie jego butelki. RE: [9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple - Bard Beedle - 25.03.2026 Upiłam łyk porto, pozwalając, by cierpka słodycz i rozgrzewająca moc alkoholu powoli osiadły mi na języku, to nie był trunek dla niecierpliwych - tak samo jak życie, które sobie wybrałam. Patrzyłam na Prudence, która z taką namaszczeniem trzymała swój kieliszek, i poczułam nagłe ukłucie tęsknoty za czasami, gdy świat był czarno-biały tylko na zdjęciach, a w rzeczywistości mienił się kolorami, których moja rodzina panicznie się bała. Teraz sama go ubarwiałam, nie uprawiałam bylejakości, jednak były takie momenty, gdy tęskniłam za robieniem tego z drugą osobą - nie przypadkową, nie wybraną, aby zapełnić pustkę, tylko tą właściwą. - Trzydzieści dwa lata to wcale nie tak długo, kiedy czekasz na moment, w którym ktoś w tej rodzinie wreszcie wykaże się odrobiną ikry. - Odstawiłam kieliszek na stolik, wyprostowałam się i spojrzałam na wnuczkę z błyskiem w oku, którego nie powstydziłaby się nastolatka planująca kradzież miotły z szopy ojca. Milczałam, bo te butelki to nie był alkohol, to były przede wszystkim obietnice, a obietnic nie rzuca się na wiatr przy byle niedzielnej pieczeni - zresztą, kiedy wychowywało się w rodzinie, w której każde słowo było ważone na złotej wadze, a każdy uśmiech analizowany był pod kątem lojalności, trzymanie kilku butelek wina w piwnicy było jak ukrywanie cukierka w kieszeni. Milczenie to była cnota, której uczono nas od kołyski, chociaż zazwyczaj używano jej do ukrywania rzeczy znacznie mroczniejszych niż kilka butelek dobrego wina, ja po prostu postanowiłam wykorzystać tę tresurę w znacznie przyjemniejszym celu, bo bycie „idealną córką” to najkrótsza droga do stania się zgorzkniałą staruchą. - Nie miałam oczekiwań, byście byli „jacyś konkretni”. Nie myśleliśmy o was jako o kolejnych „poprawnych” figurach na szachownicy. Chciałam tylko, żebyście byli odważni. Bo bycie „poprawnym” to tylko ładne słowo na bycie martwym za życia. - Zmierzyłam ją wzrokiem, tym razem bez żartów, spojrzałam na wnuczkę, która teraz powoli smakowała wino, wiedziałam, że ona rozumiała, teraz naprawdę rozumiała tę elektryczność, która pojawiała się, gdy spotykasz kogoś, kto rozbija twój uporządkowany świat w drobny mak. Zamyśliłam się na moment, gdy wspomniała o moim mężu, o dziadku, którego portret wisiał w gabinecie, ale którego prawdziwej natury nigdy nie zdążyła poznać. Zapytała o to, czy my też tak „mieliśmy” - och, gdyby tylko wiedziała, jak bardzo „mieliśmy”... Nasza historia nie była prosta, nie była też jedną z tych opowieści, które czytało się dzieciom do poduszki, chyba że chcesz, by wyrosły na rebeliantów. - Pytasz, czy z twoim dziadkiem też tak miałam? - Przechyliłam głowę, a przed oczami stanął mi on - nie ten starszy pan z portretu, ale ten bezczelny chłopak, który wywrócił mój uporządkowany, czarno-biały świat do góry nogami. - Czy mieliśmy taką tendencję? Prudie, kochanie, my tę tendencję praktycznie wynaleźliśmy. - Mruknęłam, a na moją twarz wypłynął uśmiech, którego John, mój poprawny syn, nigdy nie potrafił u mnie zrozumieć. - Twój dziadek nie wszedł do mojego życia z bukietem róż i uprzejmym zapytaniem o zdrowie moich rodziców. - Stwierdziłam, nie kryjąc zadowolenia z tego powodu - on wpadł w nie jak kamień w szybę, rozbijając w drobny mak wszystko, co uważałam za nienaruszalne, ale tego już nie dodałam. - Gdybym ci powiedziała, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, musiałabyś wezwać uzdrowiciela z Lecznicy Dusz, bo oznaczałoby to, że kompletnie straciłam rozum. Był, najkrócej mówiąc, utrapieniem. Obraził moją rodzinę już na samym starcie, zanim w ogóle zdążyliśmy wymienić dwa zdania, i nie zrobił tego jakąś wysublimowaną tyradą. O nie. On był na to zbyt pragmatyczny. Przez pierwsze trzy lata naszej znajomości w Hogwarcie jedyną rzeczą, o jakiej marzyłam, było rzucenie na niego klątwy pełnego porażenia i zrzucenie go z wieży astronomicznej. - Prawdę mówiąc - miło było móc wypowiedzieć się na ten temat, bez poczucia deptania świętości, jaką dla moich synów był ich ojciec, może właśnie dlatego tak lekko mi przyszło kontynuowanie tej pierwszej historii. - Byliśmy nad jeziorem. Mój najstarszy brat - nie czułam potrzeby wymieniania go z imienia - dla mnie zresztą występował głównie jako ten, który najbardziej ze wszystkich uważał się za największe wcielenie cnót wszelakich i strażnika rodowej dumy, nie rozumiejąc, że prawdziwa rodzina to nie nieskazitelny gobelin, tylko zbiór połatanych skrawków, z których każdy ma swoją dziurę po molach - wysłał właśnie swoją nową sowę z jakimś niezwykle „istotnym” listem do domu. Był z niej taki dumny, jakby to on sam ją zniósł. Ptaszysko ledwo wzbiło się w powietrze, dumne, głupie i napuszone, jak jego właściciel, gdy nagle… Paf! Sowa wpadła prosto do jeziora, list przepadł w odmętach, a mój brat o mało nie dostał apopleksji. - Klasnęłam w dłonie, w moich oczach błysnęły iskry, których nie powstydziłaby się nastolatka. - Twój dziadek, siedząc na gałęzi wierzby, ustrzelił tę biedną sowę z procy. Z procy, Prudence! Nie wyciągnął różdżki. To byłoby zbyt oczywiste, zbyt „magiczne”. Wyciągnął z kieszeni zwykłą, wystruganą z jesionu strzelawkę i zestrzelił sowę kamieniem. - Zaśmiałam się na samą wzmiankę, niemal widząc tę scenę przed oczami, a dźwięk ten, nieco zachrypnięty od tytoniu i lat, wydawał się idealnie pasować do półmroku salonu. Mój kochany po prostu uznał, że ich duma jest zbyt ciężka, by mogła latać, więc postanowił ją zestrzelić, co było słusznym, chociaż skandalicznym posunięciem, które przysporzyło mu wiele kłopotów. Zatopiłam się na chwilę w tym wspomnieniu, praktycznie słysząc wściekłe okrzyki mojego brata i ten zaraźliwy, gardłowy śmiech mężczyzny, który za nic miał konwenanse. Stałam tam, patrząc na tego chłopaka z procą, i chociaż powinnam była od razu wejść w rolę obrażonej damy, w głębi duszy pomyślałam „Morgano, wreszcie ktoś uciszył to ptaszysko”, a on tylko oparł się o drzewo, wyszczerzył te swoje bezczelne zęby i zapytał, czy zawsze robię się taka osłupiała, gdy ktoś narusza moją „arystokratyczną sielankę”. Oczywiście, publicznie go zwyzywałam od najgorszych, nie odzywaliśmy się do siebie przez kolejne dwa tygodnie, a później każda nasza wymiana zdań kończyła się trzaskaniem drzwiami albo interwencją prefektów. Dla niego byłam po prostu pyskatą dziewczyną, a nie „panną z odpowiedniego domu”, był ode mnie dwa lata starszy, co w tamtym wieku dawało mu niesłychane poczucie wyższości, które ja z namiętnością próbowałam deptać przy każdej okazji - przez następne lata nasza „rozmowa” polegała na wzajemnym uprzykrzaniu sobie życia - podmieniałam mu składniki w eliksirach, on zaczarowywał moje podręczniki tak, by wyły przy każdej próbie otwarcia. Nienawidziłam go za to, że nic sobie nie robił z mojego pochodzenia, więc tak - my nie mieliśmy „trudnego początku”, my mieliśmy regularną wojnę domową, zanim jeszcze w ogóle doszło do jakiegokolwiek „domu”. Moi synowie pewnie woleliby wersję, w której ich ojciec podjechał pod mój dom na białym koniu i poprosił o moją rękę, z tomikiem poezji w dłoni, natomiast prawda była taka, że przy naszym pierwszym spotkaniu miałam ochotę go przekląć, a on miał ochotę... Cóż, na pewno nie na recytowanie wierszy. - Widzisz, Prudence, prawdziwa pasja rzadko rodzi się z uprzejmych ukłonów i wspólnego picia herbatki w salonie. My się nienawidziliśmy, bo byliśmy do siebie zbyt podobni w swoim uporze. Widzisz, mój mąż nie uznawał autorytetów, które nie miały solidnych fundamentów. On uważał mnie za nadętą lalkę z dobrego domu, ja jego za prymitywnego wyrobnika bez przyszłości. Potrzebowaliśmy całych lat, by zostało tylko to, co ty nazywasz teraz „dogadaniem się”. - Uśmiechnęłam się do wspomnienia, czując ten sam dreszcz buntu, który towarzyszył mi w młodości. - My po prostu nie potrafimy kochać kogoś, kto nie potrafi nas od czasu do czasu wyprowadzić z równowagi. Zresztą, zawsze uważałam, że inteligentni ludzie potrzebują wyzwań, również w miłości, inaczej gnuśnieją. - To mówiąc, dolałam sobie wina i odstawiłam butelkę na mahoniowy stolik, rozkoszując się ciężkim, słodkawym aromatem, który wypełnił salon, światło świec tańczyło w ciemnym płynie, przypominając mi krew - tę, o której tak wiele się w naszym rodzie mówiło, a o której ja zawsze myślałam z pewnym lekceważeniem - tak, smak wolności bywał cierpki i słodki jednocześnie, natomiast wino, podobnie jak zemsta czy prawdziwe uczucie, najlepiej smakowało, gdy było odpowiednio dojrzałe. - Słusznie, nie ułatwiaj mu. - Machnęłam lekko wolną ręką, jakbym odganiała stado natrętnych chochlików, po czym pochyliłam się nieco w jej stronę, mrużąc oczy w ten swój specyficzny, śledczy sposób. Zamilkłam na moment, a mój wzrok spoważniał, tracąc tę zaczepną iskrę. Słowa Prudence o tym, że „nie są ze sobą blisko”, ukłuły mnie w sposób, którego nie spodziewałam się poczuć tego wieczoru - w tej rodzinie „oddalenie” rzadko oznaczało tylko brak czasu, zazwyczaj był to początek pęknięcia, którego nie dało się już skleić. - Powiedz mi jednak, kochanie… Skąd to oddalenie? Rodzina to trudny interes, zwłaszcza w naszym wydaniu, ale szkoda by było, gdybyście stali się dla siebie tylko obcymi ludźmi, którzy wymieniają uprzejmości przy świątecznym stole. Co się tam właściwie między wami dzieje, Prudie? - Zawiesiłam głos, bacznie obserwując jej twarz. |