![]() |
|
[17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=5895) Strony:
1
2
|
[17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 25.03.2026 - Co masz w tym pudełku? - Zapytała, mrużąc oczy. - Kupiona okazyjnie używana dusza z lumpeksu. - Odparł z powagą, wyciągając lekko potłuczoną, szklaną kulę ze środka. - Pachnie jak stary strych i czyjeś niezrealizowane marzenia. Pomyślałem, że pasuje na półkę nad kominkiem. Opuszczając Pokątną, zwolniłem jeszcze bardziej, chociaż teoretycznie nie było już, po co - Nokturn przyjął nas jak zawsze - tu nikt się nie spieszył w oczywisty sposób, ruch był inny, bardziej rytmiczny, w pewnym sensie płynny, lecz nie nerwowy, znacznie bardziej przewidywalny w swojej nieprzewidywalności. Ta część magicznego Londynu zawsze wyglądała tak, jakby została dotknięta kataklizmem i po pożarach wcale się nie zmieniła, zapach wilgoci, dymu, starego drewna i czegoś metalicznego - tego, czego nie dało się do końca nazwać, a co zawsze kojarzyło mi się z miejscami, w których rzeczy miały swoją historię i rzadko była to historia przyjemna - osiadał na języku szybciej niż myśli zdążyły się ułożyć. Zatrzymałem się naprzeciwko Prudence, dokładnie na środku wąskiej odnogi ulicy, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi, którzy mieli tu prawo stać w miejscu i nie przejmować się tym, co działo się wokół - ktoś minął nas bliżej niż powinien, ktoś inny zwolnił, rzucił krótkie spojrzenie, ale nikt nie powiedział ani słowa - takie miejsca miały swoje zasady, a jedną z nich było to, że nie zaczepiasz ludzi, którzy wyglądają, jakby nie mieli ochoty być zaczepiani. Przyjrzałem się Prue uważnie, powoli, bez pośpiechu, zaczynając od oczu, które zawsze zdradzały więcej, niż chciała, schodząc niżej, do ust, które właśnie przed chwilą rzuciły tę swoją propozycję, a potem jeszcze niżej, jakbym sprawdzał coś, co i tak już wiedziałem. Nie chodziło nawet o ocenę, oboje znacznie lepiej wpasowywaliśmy się dziś stylem w ten klimat niż w jasność poprzedniej ulicy, bardziej o sam fakt, że mogłem - stała tu przede mną, dokładnie tam, gdzie chciałem, żeby była - kącik ust uniósł mi się lekko. - „Loslywkowo”, hm…? - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do żony, smakując to słowo, jak gdybym próbował je dopasować do miejsca, w którym staliśmy - kącik ust drgnął mi jeszcze odrobinę wyżej, uniosłem lekko brew, jakbym rozważał, czy to nie była jedna z tych sytuacji, w których powinniśmy się cofnąć, zanim zrobimy coś głupiego. Nie cofnąłem się jednak ani o krok, ktokolwiek naprawdę mnie znał, aż za dobrze wiedział, że raczej nie przeprowadzałem podobnych analiz. - To chyba pielwszy las, kiedy ktoś uszywa tego słowa na Noktulnie, w kontekście zakupów, bez cienia ilonii… - Odchyliłem lekko głowę, przenosząc wzrok na szyldy wokół nas - były krzywe, nadgryzione czasem, niektóre ledwo trzymające się ścian, inne aż nazbyt ostentacyjnie zadbane, odmalowane zbyt świeżo, jakby ktoś próbował coś ukryć pod nową warstwą. Sklepy, które sprzedawały rzeczy, o które nie powinno się pytać na głos… Miejsca, które nie potrzebowały witryn, bo ich klienci wiedzieli, czego szukają, zanim przekroczyli próg… Każde z nich obiecywało coś innego, każde w trochę inny sposób kłamał. Przesunąłem ciężar ciała, ignorując znajome ciągnięcie w boku, i jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem ulicę, tym razem uważniej, jak ktoś, kto naprawdę wybierał, a nie tylko patrzył. Koślawe litery, przygaszone światła, nazwy, które brzmiały jak ostrzeżenia albo obietnice, zależnie od tego, kto czytał… Kilka z nich znałem, kilka pamiętałem aż za dobrze, inne wyglądały na nowe albo po prostu zmieniły właściciela, co na Nokturnie często oznaczało, że poprzedni już nie miał nic do powiedzenia - to miejsce nie było niebezpieczne w sposób, który by mnie niepokoił. Było… Przewidywalne w swojej nieprzewidywalności, a to akurat rozumiałem. Runy, których znaczenia nie musiałem nawet czytać, żeby wiedzieć, że nie były dekoracją. Metal, który nie odbijał światła tak, jak powinien. Drzwi, które wyglądały, jakby otwierały się tylko dla tych, którzy naprawdę wiedzieli, po co przyszli. Powietrze było cięższe, gęstsze, jakby ktoś rozpuścił w nim coś, co nie do końca powinno być wdychane, a jednak wszyscy oddychali tym bez większego sprzeciwu… - No, dobsze… - Powiedziałem cicho. - Skolo to zakupy na wpół w ciemno… - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważnie. - Gdzie szyczysz sobie iść najpielw? - Mogłem mieć co najmniej kilka propozycji, lecz nie o to chodziło, w tym wypadku byłem bardzo zaciekawiony preferencjami mojej małżonki, w końcu pierwszy raz byliśmy tu wspólnie. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 26.03.2026 Prudence nie spodziewała się, że będzie miała sentyment właśnie do tego miejsca, ale jakoś tak się złożyło, że to na Nokturnie doszło do najbardziej niespodziewanej zmiany w jej życiu. Nie pasowała do otoczenia, ale wydawała się tym zupełnie nie przejmować. Czy właściwie ktokolwiek mógł się dopasować do Nokturnu? Tutaj każdy mógł być kimś, albo nikim, wszystko zależało od tego, czego ktoś potrzebował w danym momencie. Brnęła przed siebie w tych swoich idealnie wypastowanych pantofelkach, koszuli wystającej spod płaszcza, która była wyprasowana tak, że bardziej się nie dało, w miejscu, które odrzucało swoim obrzydliwym zapachem, pełnym mętów, ludzi spod ciemnej gwiazdy, gotowych sprzedać własną duszę za odpowiednią usługę i czuła się tutaj jak u siebie. Było to całkiem zabawne, zważając na jej idealną aparycję. Kolory, które wybierała jednak bardziej pasowały do tej części Londynu, jakby gdzieś podświadomie wiedziała która dzielnica stolicy jest jej najbliższa. Benjy przystanął, nie zauważyła kiedy znaleźli się na Nokutnie, to przejście z części, w której większość czarodziejów czuła się najlepiej do tej mniej przyjemnej nie zostało przez nią zarejestrowane. Bywała tu wystarczająco często, aby nie robiło na niej wrażenia. Pamiętała swoje początki, nie należały one do najłatwiejszych dla kogoś jej pokroju, jednak bardzo szybko się uczyła, potrafiła się dostosować, więc z czasem po prostu przywykła do specyfiki Nokturnu. Nie wzbudzał w niej żadnych, większych emocji, był raczej po prostu niedocenianą przez większość częścią całości, którą tworzyła stolica. Może to i lepiej, że nie każdy próbował się tutaj odnaleźć, jeszcze stałby się dużo bardziej obleganym miejscem, a to mogłoby powodować pewne komplikacje w zdobywaniu przedmiotów, czy kontaktów na których jej zależało. Jej mąż spoglądał na nią uważnie, mierzył ją wzrokiem, powoli. Odwdzięczyła mu się tym samym. Nadal nie mieli się dokąd spieszyć, mogli pozwolić sobie na takie przystanki, tutaj ludzie wydawali się zupełnie nie interesować tym, co robili, nikt nie zwracał na nich uwagi, w przeciwieństwie do Pokątnej, gdzie widziała na twarzach większości mijających ich przechodniów reakcje, które nie należały do szczególnie przyjemnych. - A znasz miejsce, w którym można się lepiej bawić? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie, chociaż nie wypadało tego robić, najwyraźniej jednak niespecjalnie się tym przejmowała. - Nie sądzę, żeby gdziekolwiek w Londynie mieli ciekawsze przedmioty do kupienia, niż tutaj. Nigdy nie wiesz na co trafisz, co niesamowitego przywiózł ktoś z końca świata, co zabił. Jeśli to nie jest najlepszą rozrywką, to nie wiem, co innego nią jest. - Faktycznie, pewnie mało kto skłaniałby się do podobnych przemyśleń, jednak oni byli ulepieni z podobnej gliny, bywali tutaj, wiedzieli, czego można się spodziewać, nie obawiali się tego, co mogliby tu znaleźć, wręcz przeciwnie. To wszystko malowało jej się jako naprawdę doskonała zabawa. Nie miała wątpliwości co do tego, że na Pokątnej nie bawiliby się równie świetnie. Pożary, które niemalże zrównały stolicę z ziemią wydawały się w ogóle nie dotrzeć do tej części Londynu, może chodziło o to, że i bez nich było tu paskudnie, a większość z budynków, kamienic była nadszarpnięta upływem mijającego czasu. Miało to swój urok, pewnie nie powiedziałaby tego na głos, ale naprawdę lubiła takie miejsca, w przeciwieństwie do tych idealnych, wymuskanych, te miały jakąś duszę, historię do opowiedzenia. - Skoro to zakupy na wpół ciemno, to mam pomysł. - Była dzisiaj całkiem pozytywnie nastawiona do podejmowania spontanicznych decyzji, a więc zamierzała kontynuować zachowywanie się w ten sposób. - Wybierz liczbę, od pięciu do dwunastu. - Nie sądziła, aby był w stanie zapamiętać kolejność sklepików, czy miejsc, które mieli mijać. - Nie zastanawiaj się nad tym zbyt długo, to ma być szybka decyzja. - Dodała jeszcze. To nie tak, że zamierzała go pospieszać, ale trochę była ciekawa, gdzie wylądują i co tam znajdą, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że trudno było to określić na podstawie szyldów, czy witryn, bo te nigdy nie były w stanie określić, co może znajdować się w środku. Nie sądziła, że takie spontaniczne zakupy mogą sprawić jej tyle frajdy, jak widać jednak ciągle dowiadywała się o sobie czegoś nowego. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 26.03.2026 Nokturn nie zmienił się ani trochę, co samo w sobie było jakimś osobliwym luksusem - tam, gdzie reszta miasta próbowała się pozbierać, udawać, że wszystko wracało już do normy, tutaj nikt nawet nie próbował, brud był na swoim miejscu, krzywe szyldy nadal wisiały, jakby tylko z przyzwyczajenia, a ludzie… Ludzie robili dokładnie to samo, co zawsze, tylko może trochę ciszej, jakby świat na chwilę ściszył głos, ale nie zmienił melodii. Ten zakątek Londynu zawsze miał to do siebie, że nie próbował nikogo przekonać do swojego uroku, nie udawał luksusowej dzielnicy, nie stroił się w nic, co mogłoby być przyjemne dla oka, a jednak… Im częściej się tu przebywało, tym bardziej wszystko zaczynało układać się w sensowną całość - wszechobecny nieporządek nie był całkowicie przypadkowy, cień nie był tylko brakiem światła, a cisza między krokami przechodniów miała w sobie coś cięższego niż zwykły brak dźwięku. To miejsce nie prosiło o uwagę, ono ją brało, miało też tę jedną zaletę, której nie miała Pokątna - nikogo tu nie obchodziło, kim jesteś i co robisz, dopóki nie wchodzisz komuś w drogę, a to upraszczało zadziwiająco wiele rzeczy. Każdy miał własne sprawy, własne brudy do ukrycia, własne interesy, które nie tolerowały ciekawskich spojrzeń, dzięki temu mogliśmy stać na środku ulicy jak para idiotów, która zgubiła poczucie czasu, i nikt nie uznał tego za coś wartego uwagi. Nigdy nie było to miejsce, które próbowało się komukolwiek sztucznie przypodobać, może właśnie dlatego zawsze czułem się tu… Swojsko. Nie w sensie komfortu, nie w tym sentymentalhym, przyjemnym znaczeniu, które ludzie lubili przypisywać słowu „dom”, tylko w tym surowym, ostrym odczuciu, że wszystko było praktycznie dokładnie takie, jakie powinno być - nic nie udawało niewinności, nic nie próbowało być lepsze, niż było w rzeczywistości, jeśli coś było niebezpieczne, to było - jeśli ktoś wyglądał jak problem, to zazwyczaj nim był. Proste zasady, jasne granice, brak złudzeń. Z nieskrywanym błyskiem rozbawienia w oczach, dostrzegłem to, że Prue postanowiła odwzajemnić spojrzenie, które jej posłałem. Pasowała tu - nie tak, jak ktoś, kto próbował udawać pewność siebie, tylko tak, jak ktoś, kto rozumiał zasady gry, nawet jeśli nie mówił ich na głos. Kącik ust drgnął mi lekko, kiedy odbiła moje pytanie pytaniem, ale nie odpowiedziałem od razu - przez chwilę tylko patrzyłem na nią, jakbym naprawdę rozważał odpowiedź, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to była tylko gra. - Lepsze miejsce do zabawy? - Przesunąłem spojrzeniem po ulicy, po krzywych szyldach, po przejściach i zaułkach, które widziały więcej, niż powinny, po ludziach, którzy nie zadawali pytań, bo sami nie chcieli ich słyszeć. - Kilka by się znalazło, ale szadne nie ma takiego uloku jak to. Pokątna to był teatr, Nokturn to było zaplecze, a na zapleczu zawsze działy się ciekawsze rzeczy. Słuchałem jej dalej, z tym cwaniackim uśmiechem, który pojawiał się u mnie zawsze, kiedy ktoś trafiał w coś, co znałem aż za dobrze. Opowiadała o przedmiotach, o rzeczach przywożonych z końca świata, o tym, że nigdy nie wiesz, na co trafisz… Skinąłem głową, powoli, jak ktoś, kto nie tylko to rozumiał, ale widział to z drugiej strony. - No, ploszę. - Mruknąłem pod nosem, na tyle cicho, by być pewnym, iż kierowałem to wyłącznie do jej uszu. - Kto by pomyślał, sze będziesz tak ładnie opisywaś mój zakles obowiązków. - Spojrzałem na nią z ukosa, unosząc lekko brew. - Ludzie naplawdę nie doceniają, ile placy tszeba włoazyś w to, szeby takie szeszy tlafiały w odpowiednie lęse. - Nie było w tym ani grama skruchy, jeśli już, to raczej coś na kształt pokrętnej dumy - życie, jak moje, nauczyło mnie jednej rzeczy bardzo szybko… Tego, iż najlepsze rzeczy nigdy nie stoją na widoku, a te, które stoją, zwykle są tylko przynętą. To wcale nie było trudne, to był nawyk, człowiek szybko uczył się weryfikować kontakty, do których mógł wrócić… Albo których powinien unikać. Przeniosłem wzrok na ulicę, na te wszystkie miejsca, które wyglądały, jakby mogły się zawalić przy silniejszym podmuchu wiatru, a jednocześnie trwały tu uparcie od lat, okazjonalnie zmieniając tylko właścicieli. Nokturn miał swoją mapę, ale nie była ona narysowana na żadnym pergaminie - siedziała w głowie i w ciele, w odruchach, w tym, gdzie zwalniałem, a gdzie przyspieszałem bez zastanowienia - niektóre drzwi prowadziły do niczego, inne do rzeczy, których lepiej było nie dotykać bez przygotowania, jeszcze inne… Były dokładnie tym, czego się szukało, tylko trzeba było wiedzieć, kiedy wejść i z kim rozmawiać. Ogień, który przeszedł przez resztę miasta, jakby je ominął, albo… Może po prostu nie miał tu czego zabrać, bo wszystko już było nadgryzione, zużyte, przesiąknięte czymś, czego nie dało się spalić - wszechobecną zgnilizną, zarówno fizyczną, jak i moralną. Zerknąłem na Prue z boku, kiedy zaproponowała swoją grę, i uśmiechnąłem się szerzej, już bez ukrywania rozbawienia. - Dziewięś. - Padło od razu, bez wahania, bez liczenia, bez analizowania, co to mogło oznaczać - po prostu liczba, która przyszła pierwsza, zgodnie z życzeniem, nie zastanawiałem się nad nią długo - nigdy tego nie robiłem, kiedy nie było takiej potrzeby, podejmowane przeze mnie decyzje przychodziły szybko, instynktownie, jak coś, co było już podjęte, zanim zdążyłem to ubrać w słowa... RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 26.03.2026 Do niektórych miejsc trzeba było się dostosować, zrozumieć je. Nokturn był jednym z nich. Warto było jednak poświęcić nieco czasu, aby poznać jego możliwości, szczególnie kiedy miało się dość jasno sprecyzowane zainteresowania. Pokątna przyjmowała wszystkich, wystarczyło sypnąć groszem, a można było tam kupić to, co mieniło się na witrynach sklepików. Nokturn wymagał czegoś więcej, odpowiedniego podejścia, czy dobrze trafionej oferty, nie wszystko można było tu kupić za gotówkę, to było bardzo interesujące w tym miejscu. Trzeba było nieco się nagimnastykować, aby dostać to, czego się chciało, wyjść z odpowiednią propozycją, która nie zawsze wiązała się tylko i wyłącznie z zawartością sakiewki. Czasem trzeba było trochę pokombinować, ale gra była warta świeczki, bo czarodzieje, którzy wybrali to miejsce do prowadzenia swoich przybytków posiadali zasoby, jakich nie można było znaleźć nigdzie indziej, trzeba było tylko odrobinę się postarać, aby znaleźli chęć podzielenia się tym, co mogli zaoferować. Nikt nie wypytywał, nie spoglądał krzywo, kiedy padały pytania o przedmioty, którymi nie powinni interesować się czarodzieje. Nikogo nie obchodziło to, co zamierzało się z tym zrobić. Nie istniała tu potrzeba tłumaczenia się, czy strach przed tym, że ktoś mógłby dowiedzieć się czegoś, czego nie powinien. Każdy miał swoje sekrety, tajemnice, co wiązało się z tym, że nie próbował dociekać tego, jak wyglądało to u innych. Być może właśnie dzięki temu czuła się tutaj dobrze, nikt jej nie oceniał, nie oczekiwał odpowiedzi, mogła interesować się wszystkim i niczym, nikogo to nie obchodziło. Do tego można było tu znaleźć specjalistów od każdej dziedziny, nie teoretyków, raczej tych, którzy na co dzień musieli sobie radzić z różnymi odłamami magii, a to od takich osób można było nauczyć się najwięcej. Usługa za usługę, uważała to za całkiem niezły sposób negocjacji, wystarczyło tylko mieć coś do zaoferowania, na szczęście nigdy nie miała z tym problemu. - Kilka? - Powtórzyła za nim, nie odrywając nadal od mężczyzny swojego spojrzenia. To brzmiało jak zachęta do tego, żeby odwiedzić każde z nich, skoro uważał, że były fajniejsze od tego miejsca... to pewnie tak było. - Zabierz mnie chociaż w jedno z nich, będę miała jakieś porównanie. - Chętnie by to sprawdziła, w dalekiej lub mniej dalekiej przyszłości. - Fakt, uroku też mu nie można odmówić. - Nie wydawało jej się, aby sporo osób by się z nimi zgodziło, jednak jej zdaniem mało kto był w stanie naprawdę docenić to otoczenie. Nokturn był surowy, nikt usilnie nie próbował kolorować tego miejsca, ubarwiać go, udawać, że coś było inne niż naprawdę. Można było wiedzieć, czego się po nim spodziewać, czyli tak właściwie, że można się było spodziewać dosłownie wszystkiego. - Nawet nie musiałam jakoś specjalnie się starać. - Dodała, bo faktycznie uważała, że ludzie o jego profesji robili naprawdę wspaniałą robotę dostarczając tutaj te wszystkie skarby. - Tak właściwie to nigdy nie masz pewności, że towar trafi w odpowiednie ręce, z drugiej strony kto właściwie ma prawo oceniać to, czy były odpowiednie. - Podzieliła się jeszcze tym, co przeszło jej przez myśl. Wiadomo, że niektórzy ludzie korzystali z tego, co zostało sprowadzone po to, aby czynić zło, nie bez powodu kręcili się tu w większości czarnoksiężnicy, ale jakby się dłużej na tym zastanowiła to sama mogła zostać uznana za jednego z nich, nie wypadało więc oceniać, intencje były różne, każdy miał swoją moralność. Nie wiedziała, czy uzna jej pomysł za dobry, ale postanowiła się nim podzielić. Dość szybko padła liczba, powinna się spodziewać tego, że nie będzie się nad tym zastanawiał, tylko niemalże od razu wyrzuci ją z siebie. Mogli więc ponownie ruszyć się z miejsca. Nie mieli konkretnego celu, pomysł, który padł nie miał żadnych konkretnych założeń, więc mogli wejść dosłownie wszędzie, co doskonale wpasowywało się w tę jej zabawę. - Dziewięć brzmi dobrze. - Powiedziałaby tak samo zapewne o każdej liczbie, ale mniejsza o to. Szła przed siebie, nadal trzymając go za dłoń. - Raz. - Odliczyła, kiedy minęli drzwi niewielkiego sklepiku, który znajdował się zaledwie po kilku krokach. Następnie szła dalej, kolejne drzwi - kolejna liczba. Każdą z nich mówiła w głos, gdy mijali kolejne sklepiki, mniejsze, lub większe, powoli zbliżali się do celu ich wędrówki, chociaż póki co sama nie wiedziała, co nim będzie. Nie, żeby się tym jakoś szczególnie przejmowała, wiedziała, że gdzie by nie weszli tam na pewno uda im się znaleźć coś ciekawego. - Dziewięć. - Przystanęła, kiedy znaleźli się przed czymś co było zbiorem stoisk znajdujących się przy niewielkiej uliczce. - Niby to nie ma drzwi do tego miejsca, ale wydaje mi się, że powinniśmy wziąć je pod uwagę. - W końcu można było je uznać za coś na kształt sklepu, zresztą dawało więcej możliwości, bo było pełne różnych czarodziejów, co mogło spowodować, że ich zakupy będą ciekawsze. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 27.03.2026 Stałem naprzeciwko niej i przez moment naprawdę nie ruszałem się w ogóle, mierząc Prudence spojrzeniem przymrużonych oczu, jakbym chciał zapamiętać dokładnie ten obraz - ją na tle Nokturnu, z tym spokojem wymalowanym na twarzy, który w tym miejscu wyglądał - paradoksalnie - jak coś nie do końca legalnego… Czyli jednocześnie dokładnie tak jak powinien. Ulica żyła własnym życiem, coś skrzypnęło w głębi jednej z przyległych alejek, coś jeszcze innego stuknęło gdzieś wyżej, ktoś przeszedł za moimi plecami, zahaczając ramieniem o mur, ale to wszystko było tłem, przytłumionym szumem, który nie miał prawa przebić się przez to, co działo się między nami, wtrącić się w naszą cichą dyskusję o planach. Nokturn był brudny, stanowił wykrzywiony obraz Pokątnej, nieprzyjemny dla większości ludzi, a mimo to… Pasował… Do mnie na pewno. I, co mnie nadal trochę bawiło, do niej też - nie tak, jak powinien pasować do oficjalnej pracownicy Ministerstwa Magii, ale w tym był cały urok - nie mogliśmy trafić do lepszego miejsca. To znaczy… Mogliśmy, ale… Kiedy powtórzyła za mną „kilka?”, zerknąłem na nią z ukosa i uśmiechnąłem się pod nosem, widząc, jak szybko podłapała temat. Cóż, nie powinno mnie to dziwić. - Zabiolę. Jeśli będziesz miała ochotę wyściubiś nosa poza klaj, znam kilka miejsc, któle Noktuln uznałby za całkiem pszyzwoite. - Zapewniłem z krótkim, cichym wydechem, który mógł być śmiechem, a mógł być czymś bliższym uznaniu. To nie było miejsce na długoterminowe obietnice, raczej na krótkie deklaracje, które albo się spełniały, albo znikały bez śladu, ale nagle, zupełnie nie w moim stylu, pomyślałem, że rzeczywiście chciałbym ją tam zabrać - nie po to, żeby coś udowodnić, raczej po to, żeby zobaczyła to, o czym już kiedyś rozmawialiśmy, miejsca, gdzie rzeczy nie trafiały do oficjalnych rejestrów, gdzie granice były bardziej umowne niż realne, a „handel” miał znaczenie dużo szersze niż to, co widzieli ludzie na Pokątnej. Na pewno byłaby nimi zachwycona. - „Odpowiednie lęse” to pojęcie względne, wiesz. - Mruknąłem, przesuwając wzrokiem po jednym z przechodniów, który wyglądał, jakby niósł przy sobie coś więcej niż tylko zawiniątko wciśnięte pod płaszcz. - A kto ma prawo oceniaś? Nikt, kto tu pszychodzi. - To było jedno z tych prostych praw, które działały bez potrzeby zapisywania ich gdziekolwiek. Nie powiedziałem nic więcej, ale to wystarczyło, to miejsce działało według prostych zasad, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądało jak chaos. Nie oceniałem go, w tym momencie nie byłem od oceniania, zresztą, zbyt często bywałem po tej stronie, która dostarczała rzeczy tam, gdzie miały trafić, bez zadawania zbędnych pytań. Intencje były luksusem, na który nie zawsze można było sobie pozwolić, nie było w tym moralności, przynajmniej nie w tej formie, do której ludzie lubili się przyznawać, była za to prostota, która miała swój własny, pokręcony porządek. Nokturn nie zmieniał się dla nikogo, ale zawsze miał w sobie coś nowego, jeśli tylko patrzyło się wystarczająco uważnie… „Raz”. Mały sklepik, zapach czegoś kwaśnego i starego. „Dwa”. Wąskie drzwi, za którymi ktoś się kłócił, głosy były przytłumione, ale ostre. „Trzy”. Witryna z czymś, co wyglądało jak biżuteria, ale było zbyt ciemne, zbyt matowe, żeby było zwyczajne. „Cztery”. Minęliśmy kolejny sklepik, niewielki, z wystawą tak zapchaną, że trudno było rozróżnić pojedyncze przedmioty. „Pięć”. Następne drzwi, ciężkie, zamknięte, z rysą biegnącą przez całą powierzchnię drewna. „Sześć”. Przejście przez zabite drzwi, które wyglądało, jakby nie powinno istnieć, a jednak ktoś z niego właśnie wychodził, nie patrząc na nas nawet przez sekundę. „Siedem”. „Osiem”. Szliśmy dalej, łapałem się na tym, że naprawdę mnie to bawiło - ta jej spontaniczność, ta gra, którą wymyśliła na poczekaniu, pasowała do tego miejsca bardziej, niż powinna, Nokturn lubił przypadek… Albo przynajmniej dobrze udawał, że wszystko było tu związane z przypadkiem. „Dziewięć.” Zatrzymałem się razem z nią, przystając praktycznie odruchowo w tym samym momencie, i przeniosłem wzrok na to, co miało być naszym celem - zmrużyłem lekko oczy, przesuwając spojrzeniem po przestrzeni, wyłapując ruchy, twarze, drobne sygnały - nawyki nie znikały, nawet kiedy nie były potrzebne. Wąska uliczka odchodziła w bok, jeszcze ciemniejsza i bardziej ponura niż główna część Nokturnu, co samo w sobie było osiągnięciem, nie znajdowały się w niej żadne drzwi mogące prowadzić do lokali, ale nie były one potrzebne. Naszym oczom ukazała się zbieranina stoisk, ciasno ustawionych, jakby ktoś próbował upchnąć jak najwięcej w jak najmniejszej przestrzeni - to nie był sklep w klasycznym rozumieniu, to było skupisko tymczasowych konstrukcji, coś pomiędzy targiem a miejscem, które powstało, bo ktoś kiedyś postanowił sprzedawać rzeczy bez zadawania pytań, a inni uznali, że to dobry pomysł. Krzywe stragany, prowizoryczne zadaszenia, materiały, które pamiętały lepsze czasy, i poruszające się pod nimi sylwetki - różne, zbyt różne, żeby dało się je wrzucić do jednej kategorii - niektórzy wyglądali jak sprzedawcy, inni jak klienci, jeszcze inni jak ktoś lub coś pomiędzy. Światło było tu jeszcze gorsze niż na głównej części ulicy, bardziej punktowe, bardziej zdradliwe, twarze sprzedających częściowo znikały w cieniu, a kupujący wyglądali, jakby nie byli do końca pewni, czy właśnie robią interes, czy podpisują coś, czego nie rozumieją. Nic dziwnego, w takich przypadkach nigdy w stu procentach nie wiedziałeś, czy kupisz coś wartościowego, czy coś, co spróbuje cię zabić. Stoły zastawione były wszystkim - od drobnych, niepozornych artefaktów, przez fiolki z zawartością, której lepiej było nie zgadywać, po rzeczy, które wyglądały jak fragmenty czegoś większego, czego nikt nie chciał składać z powrotem - tu nie było jednej możliwości, tu było ich kilkadziesiąt, może kilkaset naraz, każda z potencjałem, żeby skończyć się dobrze… Albo bardzo źle. Przeniosłem wzrok z jednego stoiska na drugie, powoli, bez pośpiechu, analizując, wybierając, odrzucając. - Hm… - Rzuciłem do siebie pod nosem, po czym zerknąłem na Prudence, kiedy powiedziała, że „powinniśmy wziąć to pod uwagę”, i uśmiechnąłem się krzywo. - To jest jeszcze lepsze nisz sklep s dszwiami. - Stwierdziłem bez wahania. - Sklep ma właściciela. Tu masz… Konkulensję. - Ścisnąłem lekko jej dłoń, zerkając jeszcze raz na przestrzeń przed nami, dziewięć było doskonałym wyborem. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 27.03.2026 - Wszystko zależy od tego jak potoczy się ten najbliższy wypad, istnieje prawdopodobieństwo, że może mi się spodobać, a nuż odnajdę w sobie chęć do odkrywania świata. - Zazwyczaj robiła to raczej w teorii. Miała ogromną wiedzę jednak nigdy nie ciągnęło ją do odwiedzania nieznanych miejsc. Być może potrzebowała w swoim życiu kogoś, kto byłby bodźcem do tego, aby to robić. Wcześniej raczej wiodła spokojne, ułożone życie, w którym nie było miejsca na spontaniczność. Powoli zaczynało się to zmieniać, doskonale zdawała sobie sprawę dlaczego. Benjy był pod tym względem jej zupełnym przeciwieństwem, większość swojego dorosłego życia spędził w drodze. Nie ukrywała, że jej to imponowało, nie każdy bowiem potrafiłby się odnaleźć w takiej sytuacji, a mu to wychodziło. Do tego dzięki niemu mogłaby trafić w najbardziej ciekawe miejsca, bo sporo już widział, wiedział, co mogłoby wzbudzić jej zainteresowanie, to brzmiało całkiem przekonująco, właściwie nie widziałaby żadnego problemu w tym, aby zobaczyć z nim nieco świata. - Tak, wiem. Bardzo względne. - Kto właściwie miał prawo uznać, czy czyjeś ręce były odpowiednie, czy nie? No nikt. Wszystko zależało od punktu widzenia, a każdy miał swój, więc nie dało się raczej tego ocenić. - Nie da się z tym nie zgodzić. - Nie powinno jej interesować kto, czego tutaj szukał, kiedy sama pojawiała się w tym miejscu w konkretnym celu. Miała swoje potrzeby, a, że nie wszystko można było regulować, bo niektórzy się tego bali, to trzeba było znaleźć metodę na to, aby realizować je jakoś inaczej. Nie przyglądała się mijanym ludziom, nie obchodziło jej to, czego tu szukali, doskonale wiedziała, jak działał ten świat, przecież gdyby tego nie wiedziała to sama by tu nie trafiła. Ruszyli w końcu przed siebie. Benjy nie miał najmniejszego problemu, aby wziąć udział w tej śmiesznej grze, którą wymyśliła na poczekaniu. Zazwyczaj nie lubiła przypadków, tym razem jednak to wydawało jej się właściwe, pasowało do Nokturnu i do tego, co zamierzali zrobić. Kiedy wychodzili z domu nie miała żadnego konkretnego celu, to miał być tylko spacer bez celu, który zamienił się w spontaniczne zakupy, no - jeszcze nie, to dopiero miało się wydarzyć. Ustalili już jednak, że ten pomysł wcale nie był taki najgorszy. Mogli dzięki temu nadrobić braki, których wcześniej nie zauważyła, a jednak chyba istniały. Odliczała w głos, mijali kolejne drzwi, jedne za drugimi, nadal szli przed siebie nie do końca wiedząc, gdzie przyjdzie im się zatrzymać, czuła dziwną ekscytację, najwyraźniej wcale nie musiała mieć wszystkiego pod kontrolą, z drugiej strony to nie było nic wielkiego, co złego mogłoby się wydarzyć, gdyby trafili w nieodpowiednie miejsce? Po prostu by je opuścili tak samo dyskretnie, jak się w nim znaleźli. Czasem dobrze było przestać trzymać się przyzwyczajeń. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, bo naprawdę doskonale się bawiła. Zatrzymali się przed wąską uliczką, tam właśnie padło dziewięć. Była pełna ściśniętych stoisk, które znajdowały się jedno przy drugim, nie miała pojęcia, co będą mogli tam znaleźć, ale to nie było ważne, na pewno trafią na coś odpowiedniego, wszędzie było można znaleźć coś co przykuwało wzrok, a na Nokturnie tym bardziej nie brakowało takich przedmiotów. - Doskonale, faktycznie to miejsce może oferować większe możliwości. - Nie miała pojęcia ilu czarodziejów wystawiło się tutaj ze swoim dobytkiem, ale było ich naprawdę sporo. Sklepy jednak miały swoje ograniczenia, każdy specjalizował się w konkretnej branży, miała wrażenie, że tutaj będą mogli znaleźć wszystko, wydawało jej się to być całkiem atrakcyjne. - Dobrze, skoro mamy już wybrane miejsce, to może powinniśmy jeszcze dogadać szczegóły tych naszych zakupów. Mamy kupić określoną ilość rzeczy. - Zamyśliła się na moment, nie chciała przesadzić, ale jeden przedmiot wydawał się jej być jednak trochę za małą liczbą. - Może trzy? Trzy rzeczy, wybieramy coś co chcemy sobie dać, co nam się przyda, co nam się ze sobą kojarzy? - Spojrzała na niego próbując wyczytać z jego twarzy, czy to co mówiła nie brzmi głupio, nie miała pojęcia, czy ten pomysł nie był nieodpowiedni. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 28.03.2026 Nie sądziłem, że będziemy tu kiedyś razem w ten sposób - nie „po coś”, nie „bo trzeba” - tylko tak, dla samego faktu, że mogliśmy. Staliśmy jeszcze w tej „oficjalnej” części Nokturnu, jeśli w ogóle można było użyć takiego określenia w miejscu, które z definicji nie uznawało żadnych oficjalnych granic - tam gdzie ulica udawała, że ma jakieś zasady, a szyldy, mimo że krzywe i nadgryzione czasem, nadal próbowały sprawiać wrażenie, że reprezentowały coś konkretnego. Zerknąłem przed siebie, na linię ulicy, która powoli przechodziła z tej „jawnie podejrzanej” w coś bardziej surowego, mniej uporządkowanego - w tej części była jeszcze „grzeczna”, jeśli w ogóle można było ją tak nazwać, miejsca miały nazwy, wejścia były w miarę wyraźne, a ludzie udawali, że interesy, które tu robią, mają jakieś granice. Było tu jaśniej, o ile w ogóle można było użyć tego słowa w odniesieniu do Nokturnu, ruch był bardziej uporządkowany, a ludzie… Mniej oczywiści w swoich niezbyt moralnych intencjach. Wiedziałem jednak, z pewnością tak jak Prue, że to była tylko fasada, ta cienka, górna warstwa złożonej struktury - tkanki, można by rzec - składającej się na najmniej szanowaną część magicznej stolicy. Ta, którą widzieli ci, którzy zaglądali tu tylko z ciekawości albo z konieczności, kilka kroków dalej zaczynało się coś zupełnie innego, wszystko się rozmywało - światło słabło, przestrzeń się zwężała, a to, co sprzedawano, przestawało mieć etykiety, które dało się odczytać bez kontekstu. - Będzie spoko. Nie będziesz się nudziś. To mogę zagwalantowaś. - Rzuciłem, bez zbędnego rozwijania. - A jak nie, to pszysnam, sze wybielam beznadziejne miejscówki. - Dodałem po chwili, z cieniem uśmieszku, który mówił wyraźnie, że to się raczej nie wydarzy - to było bliższe prawdy niż jakiekolwiek zapewnienia o bezpieczeństwie czy planach. To nie była obietnica w stylu pocztówek i widoków, tylko coś znacznie bardziej konkretnego, bliższego temu, co naprawdę miało jakąś wartość, i byłem niemal pewien, że właśnie to mogłoby ją zdecydowanie bardziej zainteresować. Nie było w tym przekonaniu nic odkrywczego, widziałem to już nie raz, ludzie, którzy myśleli, że wystarczy im jedno miejsce, jeden wyjazd, jeden raz poza znanym światem, a potem nagle okazywało się, że ten świat jest większy, bardziej skomplikowany i zdecydowanie ciekawszy, niż zakładali. Nie potrzebowaliśmy roztrząsać dłużej tego, co było właściwe, ponieważ - jak i inne miejsca - Nokturn działał według własnych reguł i albo się je przyjmowało, albo się stąd znikało, ponadto każdy tutaj miał swoją wersję postępowania i nikt nie był arbitrem. Ruszyliśmy dalej, dając się prowadzić tej grze, która brzmiała niemal absurdalnie w kontraście do miejsca, w którym się znajdowaliśmy, a jednak działała, nie wprowadzała porządku, ale nie miała tego robić, zamiast tego nadawała temu wszystkiemu jakiś kierunek, nawet jeśli był on całkowicie losowy. Kilka miejsc rozpoznałem od razu - jedno z tych, gdzie kiedyś coś podrzucałem i odbierałem, drugie, które zawsze omijałem, bo właściciel miał zwyczaj zadawania zbyt wielu pytań. Trzecie wyglądało znajomo tylko przez sekundę, najwyraźniej moja pamięć chciała coś podsunąć, ale uznała, że to nie jest ten moment. Słuchałem kolejnych liczb, głosu żony, kroków, które wybijały rytm wśród tego całego szumu ulicy, i przez moment bardziej interesowało mnie to, jak bardzo się w to wciągnęła, niż to, dokąd trafimy. Uśmiech, który nie znikał z jej twarzy, był czymś, czego nie widywałem często w takich okolicznościach, więc - rzecz jasna - coś we mnie uznało, że to był wystarczający powód, żeby odnotować to jako nasz szczególny, wspólny sukces. Dziewięć zatrzymało nas w miejscu, które nie próbowało się definiować, przy tej wąskiej uliczce, przy zbiorze stoisk, które wyglądały jakby ktoś zebrał wszystko, co nie pasowało nigdzie indziej, i wrzucił w jedno miejsce - to było dobre, nawet bardzo. - Tu pszynajmniej nikt nie udaje, sze spszedaje świeczki i pamiątki. - Odmruknąłem pod nosem, sunąc wzrokiem po najbliższych stoiskach. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i zmrużyłem lekko oczy, po czym przechyliłem lekko głowę, przyglądając się Pruey przez chwilę w milczeniu, jakbym ważył ten pomysł, rozkładał go na części - to nie była moja naturalna dynamika, ja raczej brałem to, co chciałem, kiedy chciałem, bez większego planowania i bez narzucania sobie limitów. Znałem to tempo, ten sposób poruszania się między stoiskami, gdzie wzrok zatrzymywał się tylko na tym, co mogło mieć wartość, a reszta znikała w tle… Ale trzy to była dobra liczba - wystarczająco, żeby nie brać pierwszego lepszego badziewia, ale nie na tyle dużo, by zacząć się nad tym zastanawiać godzinami. - Bszmi dobsze. - Stwierdziłem i ruszyłem pierwszy krok w głąb, ciągnąc ją lekko za sobą, nie nachalnie, na siłę, tylko bardziej jak ktoś, kto już podjął decyzję i zakładał, że druga strona i tak pójdzie za nim. Im głębiej wchodziliśmy, tym bardziej wszystko się zagęszczało - zapachy, dźwięki, kolory, jeśli można było tak nazwać te przygaszone, brudne odcienie, które dominowały wokół - stoiska stały jedno przy drugim, niektóre ledwo oddzielone od siebie, inne praktycznie nachodziły na siebie, jakby ktoś nie do końca przejmował się przestrzenią innych. - Ale upszedzam - dodałem ciszej, z wyraźną nutą rozbawienia - sze jeśli mam wyblaś coś, co „ci się pszyda”, to definicja mosze się nam tlochę losjechaś. - Zerknąłem krótko na stoisko obok, gdzie leżało coś, co wyglądało jak zwykła szkatułka, ale miało w sobie tę charakterystyczną, niepokojącą jakość, której nie dało się pomylić z niczym innym. - Więc bes klęcenia nosem, jeśli tlafimy na coś… Intelesującego. - Przeniosłem wzrok na kolejny stragan, już bardziej skupiony. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 01.04.2026 - Z Tobą chyba nigdzie nie da się nudzić, więc nie wiem, czy to jest w miarodajny argument. - Tak naprawdę nie potrzebowali szczególnie oddalać się od miejsca zamieszkania by uniknąć nudy. Benjy miał w sobie coś takiego, że nawet najbardziej banalne miejsca wydawały się być w jego towarzystwie interesujące. Być może nie powinna się dzielić z nim tymi przemyśleniami, bo znowu wcale niedyskretnie łechtała jego ego, ale trudno, przecież to, co mówiła było prawdą. - Zapewne to się nigdy nie wydarzy, ale niech Ci będzie. - Nie miała wątpliwości, co do tego, że mieli o tym podobne zdanie, widziała to po wyrazie jego twarzy. Nie musiał wcale zabezpieczać się w ten sposób, bo mogła się spodziewać się tego, że miejsce, które wybierze na pewno okaże się ciekawym. Zresztą wcale nietrudno będzie zaskoczyć Prudence, jako, że raczej rzadko opuszczała Londyn, to niewiele trzeba było, aby zrobić na niej większe wrażenie. Nigdy nie czuła specjalnej potrzeby aby to zmieniać, lubiła swoją stałość, poukładane życie, przynajmniej do tej pory. Być może ostatnio dopiero zaczęła dostrzegać, jak wiele ją omijało. Lepiej późno, niż wcale, czyż nie. Na szczęście miała przy sobie kogoś, kto miał za sobą sporo, kto bywał w naprawdę różnych częściach świata, co wiązało się z tym, że mogła pominąć drobne niepowodzenia podróżnicze i miejsca, które mogły rozczarować. Póki co jednak warto było skupić się na tym, co mieli zamiar robić dzisiaj. Mogli razem odkryć na nowo Nokturn, jakby faktycznie było tu coś nowego do zobaczenia, chociaż może właściwie... to wcale nie było takie oczywiste. Każdy kto się tutaj pojawiał miał inne cele, kojarzył inne miejsca, te z których przyszło mu korzystać. Ich powód bywania na Nokturnie był zupełnie inny, więc być może faktycznie miało w tym być coś odkrywczego. Dzisiaj postawiła na losowość, co nie zdarzało się jej często. Pozwoliła sobie nieco ponieść się wyobraźni, Benjy na to przystał, dzięki temu mogli znaleźć się w dosłownie każdym przybytku, co było dość interesujące, nigdy nie wiadomo, co znajduje się za zamkniętymi drzwiami, szczególnie tutaj. Mijali kolejne kamienice, kolejne sklepiki, aż w końcu zatrzymali się przed wąską uliczką, pełną straganów uginających się pod ciężarem przedmiotów, które się na nich znajdowały. Rzuciła krótkie spojrzenie w tamtym kierunku, wygląda na to, że można było tu znaleźć dosłownie wszystko - nie mogło być lepiej, przecież na tym im zależało. To miała być tylko zabawa, nie szukali niczego konkretnego. - Jakby nie patrzeć wszystko może być pamiątką? - Przeniosła spojrzenie na swojego męża. Miał rację co do tego miejsca, nikt tutaj nie owijał w bawełnę, raczej można było znaleźć na tym śmiesznym bazarze bardzo specyficzne przedmioty, co jednak ogromnie ją cieszyło. Na Pokątnej na pewno nie było miejsca równie odpowiednio zaopatrzonego. - To dobrze, że brzmi dobrze. - Na szczęście nie uznał jej pomysłu za głupi. Trzy przedmioty - nie wydawało się to być jakoś mocno skomplikowanym zadaniem, na pewno uda jej się znaleźć coś, co mogłoby idealnie do niego pasować. Będzie musiała bardzo uważnie się rozejrzeć i wybrać coś najbardziej właściwego, trochę żałowała, że miały to być tylko trzy rzeczy, bo pewnie byłaby w stanie znaleźć ich więcej, jednak słowo się rzekło. Mąż pociągnął ją za sobą w głąb uliczki, gdyby nie to, pewnie jeszcze przez kilka minut analizowałaby możliwości stojąc w miejscu, a tak będzie mogła po prostu przyjrzeć się wszystkiemu z bliska, co zdecydowanie było lepszym rozwiązaniem. - Nie będziemy się dzisiaj przejmować semantyką. - To miało być spontaniczne, nie musieli ustalać żadnych zasad co do tego, jak ma wyglądać definicja przydatności. Po prostu całkiem miło będzie kupić sobie jakieś drobne upominki, skoro wcześniej nigdy tego nie robili. Nie, żeby była jakąś ogromną fanką zakupów, tym razem jednak naprawdę uważała to za wyśmienity pomysł. - Żadnego kręcenia nosem, dobra, mamy jakiś limit czasowy, zdecydowanie potrzebuję limitu czasowego. - Wtedy będzie mogła się go trzymać, obawiała się bowiem, że istniała szansa na to, że przepadłaby między tymi stoiskami, oglądając bardzo dokładnie wszystko to, co wpadnie w jej ręce, a tego zdecydowanie lepiej byłoby uniknąć. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 03.04.2026 Przeniosłem wzrok na ulicę przed nami, na kolejne wejścia, na szyldy, które próbowały coś obiecywać, chociaż większość z nich kłamała albo przemilczała najważniejsze szczegóły. Nokturn nie był miejscem, które się „odkrywało” w klasycznym sensie, raczej miejscem, które odsłaniało się tylko na tyle, na ile chciało. Ruch wokół nas płynął swoim tempem, niespieszny, ale konkretny, ludzie nie krążyli tu bez celu, nawet jeśli próbowali sprawiać takie wrażenie - my też tego nie robiliśmy, tylko dziś ten „cel” był… Inny. Przechyliłem lekko głowę, przyglądając się Prue uważniej, z błyskiem w oku, sprawdzając, czy zdawała sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiła. Kącik ust unosił mi się stopniowo, im dalej brnęła w nasze rozważania o nudzie, o tym, że ze mną się nie da, że to w ogóle nie jest miarodajny argument… Pokręciłem lekko głową, jakbym naprawdę rozważał jej słowa, a nie tylko czekał, aż skończy, by wtrącić coś od siebie. -Czyli oficjalnie pszyznajesz, sze jestem loslywką sam w sobie. - Mruknąłem, puszczając do niej oczko. - Dobsze wiedzieś. Zapamiętam to sobie. - Nie było sensu udawać skromności, której i tak bym nie utrzymał dłużej niż kilka sekund, jeśli już coś działało na moją korzyść, nie widziałem powodu, żeby to umniejszać. - Ale spokojnie - dodałem po chwili, z lekkim uśmiechem - dziś nie będę się tym zbyt długo delektował. Jeszcze bym się zlobił nieznośny, a musimy jeszcze dowlec się do domu. - To było oczywiście kłamstwo - już byłem nieznośny, zwłaszcza dla siebie, z tym moim ślimaczym tempem - ale wypowiedziałem je jak większość rzeczy, które mówiłem, tym tonem oscylującym między pół-żartem, pół-prawdą. Ruszyliśmy dalej, wchodząc głębiej w Nokturn, a ja automatycznie przesunąłem się odrobinę bliżej niej, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Mijaliśmy kolejne miejsca, które wyglądały jakby powstały z potrzeby chwili, nie według planu zagospodarowania, i przez moment pozwoliłem sobie na to, żeby nie analizować każdego ruchu, tylko iść obok, tak zwyczajnie. Kiedy zatrzymaliśmy się przy tej wąskiej uliczce, spojrzałem dłużej na stoiska, które wciskały się jedno obok drugiego, jakby każdy sprzedawca walczył o to, żeby zająć choćby kawałek przestrzeni. „Wszystko może być pamiątką” w ustach Prue nie było rzucone od niechcenia, tylko podszyte czymś, czego zwykle nie dało się zobaczyć tak po prostu, przynajmniej jeśli nie było się obdarzonym umiejętnościami trzeciego oka. Zerknąłem na nią z boku, krócej niż zwykle, po czym przeniosłem wzrok z powrotem na stoiska przed nami, na przedmioty, które dla większości byłyby tylko dziwnymi ozdobami albo bezużytecznym złomem. Dla niej pewnie miały coś więcej - ślad, historię - coś, czego ja mogłem się co najwyżej domyślać. Cóż, tym razem to nie ja miałem przewagę w ocenianiu tego, co nas otaczało, liczyłem tylko na to, iż nie odbije się to w żaden sposób na prezencie, który dla niej wybiorę… - Fakt. - Przyznałem, rzeczywiście - należało założyć, że część z tych rzeczy miała więcej historii, niż sprzedawca byłby skłonny przyznać, trzeba było wziąć to pod uwagę. Pozwoliłem sobie pociągnąć ją za sobą w głąb uliczki, zanim zdążyłaby się zatrzymać i rozłożyć to wszystko na czynniki pierwsze, głównie dlatego, że znałem ten schemat - gdybyśmy zostali jeszcze chwilę w miejscu, zaczęłaby analizować każdą opcję, zanim zrobi pierwszy krok, a to by zepsuło całą spontaniczność naszej nieoczekiwanej gry. Ruszyłem bez większego ceremoniału, bardziej odruchowo niż świadomie, jak ktoś, kto już podjął decyzję i nie widział sensu, żeby ją jeszcze omawiać. Zwolniłem dopiero między stoiskami, gdzie przestrzeń sama wymuszała wolniejsze tempo - tu nie dało się iść pewnie i szeroko, trzeba było lawirować, mijać ludzi, czasem się zatrzymać, czasem zrobić pół kroku w bok. - Mam momenty. - Rzuciłem lekko. - Wykoszystuj je, póki tlwają. - Pozwoliłem sobie na krótki uśmiech, zanim znowu skupiłem się na otoczeniu. Przesunąłem spojrzeniem po jednym ze stolików, gdzie leżało coś, co wyglądało jak starodawny sekretnik, ale ale miało w sobie tę charakterystyczną, nieprzyjemną „nutę problemu”, która sugerowała, że historia za nim nie była szczególnie czysta, i nie trzeba było być nawet nikim specjalnie wrażliwym na takie rzeczy - ja nie byłem - aby wiedzieć, iż najpewniej ciążyła na nim jakaś niezbyt wyrafinowana klątwa, to po prostu się czuło. Pomysł z trzema rzeczami układał mi się w głowie coraz bardziej sensownie, im dłużej o nim myślałem, chociaż nie powiedziałbym tego wprost, lubiłem zasady, które nie wyglądały jak zasady, tylko jak pretekst do ich łamania. „Zdecydowanie potrzebuję limitu czasowego”, pokręciłem lekko głową, uśmiechając się lekko pod nosem - to był dokładnie ten moment, w którym wychodziło z niej wewnętrzne uporządkowanie, którego jeszcze do końca nie odpuściła, ale nie dało się ukryć, było to urocze. Czułem, że zaczynaliśmy się w to wciągać - nie w Nokturn, bo ten już oboje doskonale znaliśmy, tylko w samą ideę tej całej zabawy - to było nowe i całkiem… Pasujące. - Świetny pomysł. Ustalmy jeszcze budszet i listę kontlolną. - Przechyliłem lekko głowę, patrząc na nią z tym samym przekornym wyrazem twarzy, przez kilka sekund, zanim dodałem, już poważniej. - Okej. Mamy się ścigaś s czasem czy ze sobą? - Spytałem, ponieważ w tej grze obie opcje były równie dobre. RE: [17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 05.04.2026 - Skłamałabym, gdybym powiedziała, że tak nie jest. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo ponownie dała się złapać. Oczywiście, że nie zamierzał jej tego odpuścić, na pewno wyciągnie te słowa w najmniej odpowiednim momencie, ale być może właśnie na to liczyła. Sama mu podsuwała te wszystkie argumenty, które nie miały zostać zapomniane, zresztą przecież chciała, aby wiedział, że zajmował specjalne miejsce w jej świecie, była w stanie to udźwignąć, inaczej przecież nie dzieliłabym się tym z nim. Nie bez powodu to właśnie on znajdował się teraz przy niej, a nie ktoś zupełnie inny. Od zawsze tak było, kojarzył jej się z ogniem, który pochłaniał wszystko, co znajdowało się na jego drodze, nie dało się z nim nudzić, ona zaś miała w sobie więcej z wody, która niosła ze sobą łagodność i stagnację, nie widziała jednak nic złego w tym, aby od czasu do czasu pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. - Fakt, to bardzo istotne, abyśmy tam dotarli. - Lustrowała go wzrokiem od stóp do głów, nie robiła tego od kilku minut, a że sam o tym wspomniał... to wypadało się upewnić, czy nadal miewał się dobrze, wszak to było jego pierwsze wyjście poza sypialnię od czasu tamtej niezapomnianej nocy. Nie wydawał się być szczególnie zmęczony, trzymał się na nogach, co sugerowało, że mogli zrealizować ten śmieszny plan, który zupełnie przypadkiem wymyśliła. Nie wznosił sprzeciwu co do jej słów o tym, że każdy przedmiot mógł być pamiątką, nie sądziła, że mogłoby być inaczej. W jej przypadku dotykanie zupełnie obcych przedmiotów wiązało się z zaznajamianiem się z historiami różnych ludzi. Nigdy nie mogła mieć pewności, że coś, co wpadnie jej w ręce nie będzie pełne emocji. Najmniej atrakcyjny przedmiot, najbardziej niepozorny potrafił być wypełniony takimi przeżyciami, które szukały ujścia, miała szansę się o tym przekonać nieraz. W jej przypadku więc to było dość mocno skomplikowane, bo zdarzało jej się czuć to wszystko bardziej od większości ludzi. Wiedziała więc, że nie warto jest lekceważyć te niepozorne rzeczy, które nie zwracały uwagi. Wchodzili coraz głębiej, aż dotarli do tej ślepej uliczki, gdzie znajdowała się masa stoisk, które mogli zacząć eksplorować. Przez niektórych to miejsce mogło być uznane za raj, i wcale jej to nie dziwiło. Miała wrażenie, że na tych straganach da się znaleźć wszystko, tylko czy uda jej się dostrzec coś, co będzie idealnie pasowało do niego? Cóż, będzie musiała się postarać, wiedziała, że chciała go zaskoczyć. - Nie musisz mi tego dwa razy powtarzać. - Odwzajemniła uśmiech. Ugryzła się w język, bo chciała mu powiedzieć, że ostatnio widzi coraz więcej tych momentów, ale to mogło zabrzmieć źle, więc tego nie zrobiła, bo podobało jej się to, jak to w tej chwili wyglądało. Skoro tak to widział, to faktycznie miała zamiar wykorzystać te chwile, skoro już się przytrafiały. Przeniosła wzrok na najbliższe stoisko, jednak trudno jej było zawiesić spojrzenie na jednym przedmiocie, zbyt wiele z nich przyciągało jej uwagę. Wiedziała, że zadanie, które im wyznaczyła będzie trudne, zbyt wiele skarbów mogli tutaj znaleźć. - To byłaby przesada. - Żartował, chyba? Tak jej się wydawało. Próbowała być spontaniczna, jednak potrzebowała jakichś reguł, bo inaczej mogło się to skończyć niekoniecznie tak jak powinno. Magiczne przedmioty ją fascynowały, wbrew pozorom na pewno łatwo byłoby jej się zatracić w tym miejscu, chciałaby dotknąć wszystkiego, sprawdzić jak działa, stąd ten limit czasowy wydawał się Prue być koniecznym. - Nie wiem, czy powinniśmy się ścigać ze sobą skoro to sobie mamy sprawić przyjemność. - Powinno im chyba zależeć na tym, aby znaleźć coś jak najbardziej odpowiedniego dla drugiej połówki, ściganie się ze sobą mogłoby się zakończyć nietrafionymi prezentami, wybranymi na szybko - tego zdecydowanie wolała uniknąć. Skoro już postanowili się w to zaangażować, to miło by było gdyby zrobili to odpowiednio. - Lepiej z czasem, czy wystarczy nam pół godziny? - Spoglądała na niego uważnie, cóż pewnie w jego przypadku mogło być to nawet zbyt wiele czasu, jak dla niej pół godziny, jak na to miejsce, to było tyle, co nic, jednak nie chciała, aby przez godzinę tkwili w tej uliczce na Nokturnie. - W pół godziny można zrobić naprawdę wiele. - Mogło się wydawać, że próbuje przekonać sama siebie, że ta ilość czasu, którą wybrała jest odpowiednia. |