Secrets of London
[17.10.72] Małe klątwy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [17.10.72] Małe klątwy (/showthread.php?tid=5897)

Strony: 1 2 3


[17.10.72] Małe klątwy - Christopher Rosier - 26.03.2026

C3

To był zwykły dzień. Szary, jak to bywało jesienią w Anglii, zwłaszcza tej po Spalonej Nocy, ale dość spokojny. Na ulicy Pokątnej kręcili się ludzie, choć tłum już się powoli przerzedzał: jeszcze nie znikł zupełnie, bo do zmierzchu zostało trochę czasu, ale i każdy chciał załatwić ile zdoła przed nocą.
Jakby noc coś zmieniała, pomyślał Christopher, ale zaraz skupił się na tym, aby nie trząść za bardzo klatką, w której spoczywał ptaszek. Na razie nie wyglądał zbyt imponująco, Rosier ufał jednak zdaniu Victorii, że wyrośnie z niego jakieś magiczne stworzenie prosto ze wschodu.
Zbliżali się do siedziby Domu Mody Rosierów, gdzie dziś do regularnej sprzedaży trafiła z opóźnieniem ostatnia część kolekcji jesiennej, zawierająca między innymi koszule. Wprawdzie Chris sam nie zajmował się tymi konkretnymi projektami, ale było wśród nich trochę ciekawych opcji, wartych obejrzenia. Otworzył nawet usta, aby powiedzieć coś na ten temat do Victorii, ale nie zdążył.
Gdzieś z jednej z bocznych uliczek dobiegł śmiech, złośliwy, przedłużający się, brzmiący niemalże szaleńczo. Christopher trochę nie wiedział, co robić, bo zwykle w takich chwilach czarodziej łapał za różdżkę, on trzymał klatkę i nie bardzo chciał nią rzucać, by nie zrobić pisklakowi krzywdy, ale przecież mimo wszystko ptak był tylko ptakiem…
…nie zdążył jednak podjąć decyzji, bo z półmroku uliczki wyłoniła się sylwetka poltergeista, całkiem podobnego do tego, który nie tak dawno był uwięziony w mieszkaniu Victorii. Podleciał do nich ze złośliwym chichotem, nim którekolwiek z nich zdążyłoby zareagować, a potem powietrze wokół jakby zamigotało na błękitno. Nim jednak zdali sobie sprawę z tego, co dokładnie się dzieje, zjawy już nie było. Stali sami na chodniku, a dwóch czarodziejów idących z przeciwka zmieniło gwałtownie kierunek, pewnie woląc nie ryzykować.
– Co to było? – zastanowił się Rosier, bo niby wiedział, poltergeist, ale to migotanie? Obejrzał się za duchem, albo jednak stał się niewidzialny, albo umknął w inną uliczkę, szukając ofiar. Christopher obrzucił spojrzeniem Victorię, a potem popatrzył po sobie, ale nie wyglądało na to, że rzucono na któreś z nich zaklęcie, którego efekty mógłby dostrzec.


RE: [17.10.72] Małe klątwy - Victoria Lestrange - 26.03.2026

Victoria przyszła do Christophera z popękanym jajkiem-szyszką, z którego „sączyła” się żywica i kupą liści, żeby nie myślał sobie, że go oszukała i szyszka była faktyczną szyszką, a ona jak z rękawa wyczarowała ptaszka – nie. Jajo popękało już całkiem na oczach Chrostophera a efekt teraz siedział w klatce; pisklak jak to pisklak – mały, jeszcze nie opierzony w ten docelowy sposób, tylko w jakiś taki lekki puszek, popiskiwał sobie cicho, nawet jeśli teraz spoczywał sobie w klatce pośród tych wszystkich liści, które Victoria ze sobą zabrała. To na pewien sposób był naprawdę osobliwy widok: wysoki młodzian w markowym płaszczu, a w klatce taki mikrusek, a do tego wszystkiego ciemnooka wiedziała, że Chris nie miał doświadczenia ze zwierzakami… ale było to na swój sposób urocze, to jak starał się zapewnić klatce stabilność podczas tej przechadzki.

Niedługo wcześniej Lestrange zdążyła opowiedzieć mu o tym, że zaczęła czytać tę książkę, którą kupiła gdy byli razem w Wenecji, swoje pierwsze przemyślenia na ten temat i nim temat płynnie im się zmienił na najnowszą kolekcję… Cóż. Rosier miał ręce zajęte, ale Victoria nie i miała przy tym dość dobrze wyszkolone odruchy, jej różdżka znalazła się więc w ręku w mgnieniu oka, gdy tylko dotarł do nich ten złowieszczy śmiech. Nie zjeżył on włosów na karku, a przynajmniej nie Victorii, raczej stała się czujna, bo jej ostatnie doświadczenia z istotą, która potrafiła się tak śmiać skończyły się… cóż. Skończyły się egzorcyzmami w środku nocy przy otworzonym oknie i darciem się tego cholernego poltergeista, a potem usłyszała na swój temat kilka bardzo dziwnych plotek, w stylu że odprawia po nocach jakieś rytuały. Ale nie zdążyła zareagować bardziej niż to wyciągnięcie różdżki – bo upiór pojawił się nagle obok i potem… stało się coś.

I już go nie było.

Victoria słyszała o tym, że w magicznych dzielnicach kręci się pewien złośliwy poltergeist, którego jak dotąd żaden egzorcysta nie zlokalizował, by się go pozbyć, więc jakoś w odruchu spojrzała czy przypadkiem coś się nie zmieniło w Christopherze, z ulgą przyjęła, że nie zmienił się nagle w kobietę, potem spojrzała po sobie… również bez zmian, a potem po prostu wpatrzyła się w uliczkę.

– Poltergeist – mruknęła pod nosem w odpowiedzi i westchnęła. – Słyszałam już, że kręci się i robi ludziom psikusy, a nikt nie wie chyba jak go dorwać i przepędzić, ale nigdy wcześniej go nie spotkałam – spojrzała z powrotem na Chrisa. – Ale chyba nic nam nie zrobił… No, nadal wyglądasz jak ty, a ja…? – i skoro nic się nie zmieniło to to ją trochę zmartwiło: bo przynajmniej wiedzieliby co im wywinął. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że po prostu zrobił sobie niebieskie światełko i zwiał, zanosząc się śmiechem. One nie zostawiały ludzi ot tak, chyba że się ich bały. A potem spojrzała na małego ptaszka w klatce, by się upewnić, czy maluszkowi nic nie było – ale chyba nie, wyglądał ciągle tak samo. – Ostatni z jakim miałam do czynienia przez kilka tygodni mieszał mi w głowie, ale ten się chyba ulotnił… cokolwiek zrobił – chyba że nie zrobił nic i to właśnie była część żartu: żeby się teraz głowili i zastanawiali.




RE: [17.10.72] Małe klątwy - Christopher Rosier - 27.03.2026

Mogło to być urocze, jak próbował sprawić, aby ptaszyna nie latała po całej klatce, chociaż pewnie już mniej uroczym był fakt, że zamierzał zwalić opiekę nad nim przynajmniej z początku na swoją asystentkę. Tak, miał zamiar dać jej za to specjalny dodatek do pensji, ale trudno było powiedzieć, ile to zmieniało. W każdym razie nie tylko nie wyobrażał sobie samego siebie opiekującego się tym maleństwem, ale też sama wizja w jakiś sposób zdawała się mu przerażająca. No i nie wiedział, czym miałby go karmić, coś mu się wydawało, że przysmaki dla sów mogłyby być dla niego trochę za duże.
Zamierzał zapytać Victorię, co sądziła o jednym z wątków z książki, ale poltergeist naprawdę wytrącił go z równowagi na tyle, że zupełnie zapomniał o czym dokładnie rozmawiali. Milczał jeszcze przez chwilę, jakby wciąż oczekiwał, że coś się stanie, ale wyglądało na to, że stworzenie znikło.
– Przypominał Irytka – odparł, gdy Victoria wyjaśniła, że to poltergeist. – Jeżeli ma podobny charakter, możemy się spodziewać, że jakaś lampa zaraz spadnie nam na głowy.
Jeszcze raz spojrzał po sobie, najpierw na ręce, potem na nogi, na swój płaszcz, ale wszystko wyglądało normalnie. I on czuł się normalnie. Nie miał nawet pojęcia, że poltergeisty mogą rzucać jakieś klątwy. Zakładał, że są podobne raczej do Irytka właśnie, który robił rzeczy takie jak chwytanie ludzi za nosy albo uszkadzanie stopni, by uczniowie potknęli się na schodach, idąc na lekcję.
– Tak samo ładna jak zwykle – skwitował, obrzucając ją krótkim spojrzeniem, wcale nie w różny sposób niż do tej pory: nie potrzeba było klątw, aby wyduszać z Christophera komplementy, jeśli były szczere i zdarzało mu się w przeszłości już nawet rzucić półżartem, półserio, że wybrano dla niej nie tego Rosiera. A Victoria akurat była nie tylko naturalnie ładna, ale też umiała o tę urodę odpowiednio zadbać, co było właściwie równie ważne.
W przeciwieństwie do niej nie uznał, że coś się musiało stać. Chyba faktycznie zakładał, że ta istota uciekła ze śmiechem, bo zrobiła coś w tym zaułku, nawet jeżeli nie dało się tam odkręcić żadnego żyrandola.
– Czy w tym też jest jakaś historia? – zapytał, zwracając na nią znowu na moment spojrzenie. Poltergeist? Mieszanie w głowie? Zaczynał się zastanawiać, czy Atreus nie miał trochę racji z tym, że Victoria ciągle robiła jakieś dziwne rzeczy i to niekoniecznie dlatego, że była aurorką. – Gdzie miałaś kontakt z poltergeistem? – dodał jeszcze, ruszając ku wejściu do Domu Mody, bo nie było co stać i rozglądać się za złośliwym duchem, który zdążył zniknąć.


RE: [17.10.72] Małe klątwy - Victoria Lestrange - 27.03.2026

– Przypominał – przyznała, patrząc ciągle w kierunku, w którym (jak jej się wydawało) zniknął poltergeist. Ten z Hogwartu był… jaki był, ale choć złośliwy, to ostatecznie był stosunkowo nieszkodliwy. „Psikusy” tego z Magicznych Dzielnic też… choć były z serii tych znacznie bardziej utrudniających życie, też nie trwały wiecznie i klątwy jakie rzucał ustępowały same po dniu. Tak zakładała, że to jeden poltergeist, choć może było ich kilka – ale to się wydawało mało prawdopodobne. – W sumie to one są do pewnego stopnia podobne, ale charakter… numerów jakie robią się raczej różni – choć i tak na słowa Chrisa uniosła głowę, by upewnić się, że nad nimi nie zmaterializowała się żadna lampa, skrzynka ani tablica. Na szczęście nic nie groziło, że spadnie im na głowy.

Uśmiechnęła się jakoś mimowolnie, gdy Christopher gładko rzucił swój komentarz będący jednocześnie komplementem, który w jakiś sposób działał na pewną próżną część jej charakteru – a być może była po prostu spragniona tego, by się komuś podobać, skoro nawet jej były narzeczony nie potrafił jej tego powiedzieć.

– Dziękuję – odparła, utrzymała uśmiech przez moment, a ten nawet dotarł do jej oczu, po czym schowała swoją różdżkę. Miło było usłyszeć tak prostą rzecz, jak to, że podobało się komuś, z kim spędzało się ostatnio wcale niemało czasu, zwłaszcza porównując do tego, w jaki sposób utrzymywali kontakt do tej pory i raczej było jasne z dwóch stron, że nie jest to wcale takie przypadkowe i do końca bezinteresowne. Chris mówił kiedyś te swoje teksty, nie do końca na serio i nie do końca na żarty, a ona mogła się wtedy tylko uśmiechać, bo uważała, że totalnie wydawano ją za najmniej odpowiednią osobę pod słońcem. Tego problemu już nie było, oboje zresztą byli całkowicie wolni i pozbawieni jakichkolwiek zobowiązań – a przynajmniej nie wydawało jej się, by Rosier z kimś się spotykał i przynajmniej z ich dotychczasowych rozmów nie wynikało, by był typem, który grałby na dwa fronty.

– Zawsze jest jakaś historia – stwierdziła i nawet westchnęła lekko, przypominając sobie wściekłą, pełną złości i wykrzywioną mordę zakneblowanego poltergeista, który mierzył ją wściekłymi, żółtymi oczami, gdy znalazła go w tej cholernej kratce wentylacyjnej.  – W moim domu. Tym na Pokątnej – skrzywiła się wyraźnie, nie próbując tego nawet ukryć. – Wprowadziłam się tam w połowie lipca i działy się… rzeczy. Pukanie do drzwi, gdzie nikogo nie było, hałasy, które słyszałam tylko ja, ryki, wrzaski, afrykańskie tańce, walenie w perkusję, jakby za ścianą był cały zespół i tak dalej. I tak przez kilka tygodni, aż skończyła mi się cierpliwość. Ten ku– Victoria urwała nagle, chrząknęła, poprawiła jakiś zbłąkany kosmyk włosów i uśmiechnęła się sztucznie – nie do Chrisa, a do swoich myśli. – Ten cholerny poltergeist był w przewodzie wentylacyjnym w moim salonie. Siedział tam, związany jak baleron, zakneblowany, wciśnięty w taki mały otwór – nawet pokazała rozmiar ten dziury w ścianie dłońmi. – I mnie tak męczył. Myślałam, że pół Londynu słyszało o tym, ze Victoria Lestrange obdziera ludzi ze skóry w ofierze dla mrocznych bogów, ominęły cię te rewelacje? – spojrzała z ukosa na Chrisa, z wyraźną irytacją, ale to dlatego że wspomnienie o tym poltergeiście było dość gorzkie, nie była zła na Rosiera. – Bo był bardzo uparty i podczas egzorcyzmu się wydzierał, a niestety było otwarte okno… – Victoria uważała, że z tamtą kamienicą coś jest nie tak.

I w ten właśnie sposób dotarli do Domu Mody, a że Chris miał zajęte ręce, postanowiła pomóc i otworzyć drzwi, przez które przeszła zaraz jako pierwsza i jeszcze się odwróciła, by mu je przytrzymać, żeby on, ani klatka, nie oberwali skrzydłem.




RE: [17.10.72] Małe klątwy - Christopher Rosier - 28.03.2026

Mogło chodzić trochę o to, że Irytek rezydował w szkole. Zrodził się być może z psikusów uczniowskich, które choć podszyte często złymi chęciami i czasem wcale nie aż tak nieszkodliwe, rzadko miały naprawdę poważne skutki. Poza tym nauczyciele nie tolerowaliby zapewne obecności aż tak niebezpiecznego poltergeista, a w Hogwarcie mieli większe możliwości niż tu, gdzie złośliwa istota grasowała po magicznych ulicach, trudna do namierzenia. Christopher chyba jednak nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co tej stwór mógł zrobić.
– Czyli jednak nie odkręca lamp? Co na przykład komuś zrobił? – spytał, a potem na jej uśmiech odpowiedział po prostu krótkim uśmiechem. Nie przyszło mu nawet do głowy, jak duże znaczenie mogły mieć rzucone ot tak słowa w uszach Victorii, bo w pewnym sensie przychodziły mu naturalnie. Nie lubił może zachwycać się kimś stale, czy w myślach, czy w słowach, ale też nigdy nie widział niczego złego w komplementach czy ujawnianiu, co się myśli, a wręcz przeciwnie. Nie krył się i specjalnie z tym, że jest zainteresowany, a czemu miałby interesować się kimś, kto mu się nie podobał? Zobowiązań nie miał, ostatni raz umówił się z kimś w sierpniu, raz na początku miesiąca na wesele Blacków, a pod koniec dał się wyciągnąć pewnej dziewczynie na przygodę na latającym dywanie, i mógł ten lot śmiało zaliczyć do najgorszych doświadczeń swojego życia.
Agrykańskie targi, wrzaski, ryki i „ten ku”, tak dogodnie urwany w pół słowa, co mógł się domyśleć, jak brzmiało brzmieć. Rzucił jej tym razem spojrzenie na wpół rozbawione, na wpół pełne odrobiny niedowierzania.
– Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie próbujesz mnie nabrać, ale to chyba zbyt absurdalne, żebyś to wymyśliła? Próbowałaś kontaktować się z poprzednimi właścicielami? – Zakneblowanie, związanie i wciśnięcie gdzieś poltergeista? To musiała być jakaś naprawdę bardzo potężna magia. – Obiło mi się o uszy coś o jakichś adoratorach wysyłających listy, ale chyba nic o jakichś potępieńczych krzykach. Ale przyznaję, że większość plotek, jakie dobiegły moich uszu, kończy się na weselu Blacków. Spędziłem sporo czasu szykując się do pokazu… który przez tę całą Spaloną Noc w najlepszym wypadku został odwleczony – stwierdził i westchnął, z pewnym żalem. Chyba wszyscy zastanawiali się czy teraz zagości spokój, czy podczas Samhain można spodziewać się czegoś jeszcze gorszego. Christopher nie znał się na duchach i nie był specjalistą od teologii, ale ogółem ten jesienny sabat miał trochę mroczną reputację i ciężko było nie obawiać się, czy ktoś tego nie wykorzysta. A jeśli tak, to nie było żadnych szans, by coś zorganizować w listopadzie.
Weszli do środka.
– Zawołaj Katty, proszę – rzucił Rosier do jednej z pracownic, mając na myśli swoją asystentkę, bo ktoś musiał przejąć tego ptaka. I ruszył w głąb Domu Mody, z Victorią u boku…

Poziom przypału, na kogo wpadamy
1 – matka Christophera
2 – ciotka Christopera od zmienionej wersji Baśni
3 – matka Victorii
4 – Cressida Avery
5 – panie numer 1, 2 i 3 razem
[roll=1d5]


RE: [17.10.72] Małe klątwy - Victoria Lestrange - 28.03.2026

Nie znała się aż tak dobrze na duchach i poltergeistach. To znaczy znała oczywiście teorię, a po tym, jak w jej własny mieszkaniu razem z Brenną znalazły jednego, to trochę poczytała, próbując zrozumieć co się stało i w jaki sposób Thoran Yaxley (bo była przekonana, że to jego sprawka, biorąc pod uwagę że wszelkie hałasy dobiegały z jego mieszkania, jakby poltergeist chciał pokazać winnego całej tej sytuacji) w ogóle spętał poltergeista. Ale nie potrafiła powiedzieć co sprawia, że się od siebie różnią, co powoduje, że jedne są mniej, a drugie bardziej okrutne. Może to faktycznie skoncentrowana wokół wola, z której się rodzą, wpływała na ich charakter?

– Ten stąd nie, a przynajmniej nic o tym nie słyszałam. Ale zmienia ludziom wygląd, na przykład płeć… – i dlatego tak spojrzała wcześniej po sobie i Christopherze, by się upewnić, że na przykład nie stała się mężczyzną, a Chris nie okazał się nagle wysoką blondyneczką (bo po jej ostatnim, nieudanym związku, miała z blondynkami pewien niewypowiedziany na głos problem).

– Chciałabym, żeby to była tylko zmyślona historyjka, naprawdę – tym bardziej, że w tamtym okresie Victoria nie wiedziała, czy po prostu już całkiem zdurniała, biorąc pod uwagę rzeczy jakie się działy po tym, gdy już ona i reszta Zimnych się obudzili (to jest doświadczała nieswoich wspomnień), skoro te wszystkie hałasy słyszała tylko ona i zwyczajnie było jej z tym wszystkim źle, bo nie mogła odpocząć nawet we własnym mieszkaniu. – Nie próbowałam, bo tamtą kamienicę kupiłam gdzieś w styczniu i ilekroć tam przebywałam… chociaż może nieczęsto, to nic takiego się nie działo. A tuż przed tym, jak się do niej faktycznie przeniosłam w lipcu, to zrobiłam tam taki mały remont i sądzę, że to wtedy ten poltergeist się tam pojawił. Znaczy nie sam, a z pomocą mojego równie uroczego sąsiada, bo widzisz, ten poltergeist robił to wszystko tak, jakby to od tego sąsiada dobiegały te wszystkie hałasy. Z pustego mieszkania, w którym nikogo nie było – pierdolony Thoran Yaxley. – No ale sąsiad wyparował i poltergeista też już nie ma, bo został wyegzorcyzmowany – tyle, że Daegberht powiedział jej, że może wrócić, bo nie złapał go do pojemnika, a powinien go spalić w ogniach Samhain by pozbyć się go na dobre… – O adoratorach wysyłających listy? – no dobrze, tym ją zaskoczył, bo Victoria jakoś nie od razu pomyślała o tym, że Rosier usłyszał o tym przeklętym wyjcu, po którym rozeszły się dziwne plotki, a który był bezpośrednim powodem, dlaczego anons Aidana znalazł się kilka dni później w Czarownicy. – O na brodę Merlina, nie mów, że nawet ty słyszałeś o tej głupocie. Że też ludzie nie mają lepszych tematów do plotek… To nie byli żadni adoratorzy – za kogo on ją musiał mieć? Wiedziała jakie plotki krążyły o niej i Saurielu, jak choćby to, że byli po słownie, a nie po zaręczynach, które potem zresztą zerwano, a i tak poszli razem do Blacków i ta ich relacja była taka trochę burzliwa, jakby się rozchodzili i schodzili, a do tego jeszcze te durne plotki o jakichś innych mężczyznach… Ale może Chris się tym nie przejmował, skoro miał na głowie ważniejsze rzeczy, które zresztą po trosze poszły w niwecz przez Spaloną Noc. – Tak, domyślam się… Chyba wszystkim to popsuło wszystkie plany. I na kiedy teraz planujecie ten pokaz? Zakładając, że nic się już nie zmieni – dodała znacznie mniej ostrożniej, być może nawet na głos wyrażając pewne obawy, które toczyły umysł blondyna, ale też w sumie chyba faktycznie dużej części społeczeństwa. Victoria obawiała się czegoś na Samhain ze względu właśnie na wiedzę jaką miała, zbieraną przez miesiące. Ba – czy jej się wtedy coś nie stanie?

Pracownica obrzuciła ich szybkim spojrzeniem – Chris był tu codziennym bywalcem, a Victoria była rozpoznawalna przez mnóstwo ludzi. Kobieta jednak szybko kiwnęła głową, najpewniej dziwiąc się klatką trzymana przez jej szefa i ruszyła się, by odszukać asystentkę, o której mówił Christopher. Victoria w tym czasie zdążyła się tylko uśmiechnąć do pracownicy i jej wzrok prześlizgnął się po wieszakach bardzo krótko, zupełnie nieświadoma, że za jednym z nich czaiła się była partnerka Chistophera, która chyba na dźwięk jego głosu skryła się uważniej, robiąc z tego idealny punkt obserwacyjny. Otaksowała ich wzrokiem, najwyraźniej dodała sobie dwa do dwóch i już-już mieli zniknąć jej z oczu, kiedy Cressida nie mogąc się powstrzymać, wychynęła na środek przejścia i bardzo oskarżycielsko rzuciła:

– A więc to tak! Już znalazłeś sobie kolejną dziewczynę, której namieszasz w głowie i porzucisz z dnia na dzień jak już się pobawisz i znudzisz?




RE: [17.10.72] Małe klątwy - Christopher Rosier - 28.03.2026

Na słowa Victorii mina mu trochę zrzedła i jeszcze raz obejrzał się po sobie, jakby też chciał się upewnić, czy nie stał się nagle filigranową blondynką. Albo bardzo wysoką blondynką, obojętne jaką, chyba nie kusiła go ani jedna, ani druga wersja. I to wcale nie dlatego, że jakoś tak wychodziło, że dziewczyny, które uważał za szczególnie ładne, były raczej ciemnowłose i nawet jak niskie, nie wydawały się mieć w sobie wiele słabości: o, taka Bella, platoniczna, ale wciąż jego muza od dobrych dwóch lat, nawet Millie Moody, choć niby delikatna, na pewno umiała komuś porządnie walnąć i wreszcie Victoria.
Dodajmy do tego, że Cressida Avery pozostawiła w nim pewien uraz do tego nazwiska oraz do jej imponującej, blond fryzury, po której zwykle dało się ją wypatrzeć z daleka…
…zwykle.
– Mam nieodparte wrażenie, Victorio, że w twoim życiu jest miejsce na wszystko poza nudą – ocenił Christopher, z jakimś takim zamyśleniem. Może dlatego, że on po prawdzie do niedawna nudził się niemal wszystkim, i powab dla niego miały już głównie własne projekty. Prawdopodobnie po części dlatego zaproponował maskaradę na weselu Blacków czy zgodził się wsiąść na ten latający dywan, trochę by rozproszyć tę nudę, uciec, znaleźć cokolwiek innego.
Mimo to nie czuł ani odrobiny zazdrości. Chyba nie chciał pozbywać się nudy w zamian za poltergeista, mieszającego mu w głowie. Po prawdzie wystarczyło mu, że jego mieszkanie było zrujnowane. Niby żadnej nudy, a naprawdę tylko go to irytowało.
– Nie przesłuchiwałem się zbyt uważnie, ale coś takiego obiło mi się o uszy. Nie żebym brał to na poważnie, biorąc pod uwagę, że podobno Atreus postanowił mnie pobić z powodu mojej domniemanej narzeczonej, ukrytej córki Morpheusa – zakpił lekko Rosier, z dość nietypowym dla siebie dystansem. Może trochę zaczynał mądrzeć. A może po prostu w jej towarzystwie zachowywał się odrobinę inaczej niż zwykle. – Chcielibyśmy zorganizować pokaz na przełomie listopada i grudnia, pokazując niektóre projekty z kolekcji jesiennej i na zimową, ale sama rozumiesz… sytuacja obecnie jest napięta. Z wielu różnych względów – powiedział ostrożnie, bo już weszli do środka budynku i wolał uważać na słowa.
Domu Mody Rosierów w końcu z jakichś powodów nie tknęły płomienie. Nie było więc co się rozwodzić o tym, że nie wiedzieli, jak mocno pogorszy się sytuacja, że pojawiły się problemy z dostawami, że wielu klientów straciło domy, a niejeden pracownik znalazł się w trudnej sytuacji.
Asystentka pojawiła się akurat w samą porę, by Rosier odwrócił się i wręczył jej klatkę… i nie zauważył tej sekundy, w którym nastąpiło dramatycznej ujawnienie Cressidy Avery. Zdębiał na jej głos, rzucił asystentce zirytowane spojrzenie (jak mogli ją tu w ogóle wpuścić!)
– Oczywiście, że nie – obruszył się Christopher. – To nie twoja sprawa, zresztą.
– Już jesteście razem?! Gdy ledwo co zerwaliśmy? – syczała kobieta, niezbyt głośno, ale jadowitym głosem.
– Jeszcze nie jesteśmy, a zerwaliśmy całe miesiące temu! – odparł Christopher, a potem z pewną konsternacją próbował spojrzeć na własne usta (niemożliwe do wykonania, rzecz jasna), jakby trochę zaskoczony tym, co powiedział.


RE: [17.10.72] Małe klątwy - Victoria Lestrange - 29.03.2026

– Bzdura, bardzo lubię się czasem ponudzić, to szalenie odprężające – usiąść sobie na fotelu, zamknąć oczy i robić nic. Potrzebowała tego, bo nieraz jej myśli po prostu galopowały, wymyślając setki różnych scenariuszy, generując pomysły czy rozwiązania na zagadnienia, które były tylko teoretyczne. Miała tak dużo myśli, że nie mogła spać, wielokrotnie kręcąc się w pościeli, szukając odpowiedniej pozycji by zasnąć, żeby udało się to tylko na godzinę czy dwie, doprawione jeszcze wypaczonymi majakami i koszmarami, jeśli nie zażyła eliksiru albo nie zapaliła kadzidła na sen. Prawda była jednak taka, że mało było rzeczy, które Victorię faktycznie nudziły. A ludźmi również nie nudziła się szybko. Być może nawet wcale. To nie dlatego rozpadały się jej znajomości czy relacje.

– Wiesz, akurat Atreusowi zwykle nie potrzeba dużo, żeby… – urwała w zamyśleniu. Rozmawiali o tym trochę podczas balu, co prawda Chris bardzo unikał wtedy przyznania, że to z nim pobił się Atreus, ale gdy Victoria o tym pomyślała trochę dłużej to przypomniała sobie, że patrzyła na tę bardzo krótką scenę, nim zasłonił ją wielki ochroniarz. – Ukryta córka Morpheusa, aha – ją z kolei ta plotka ominęła, była wtedy zbyt skupiona sprawą Loretty i Mulcibera. No i kwestia domniemanej narzeczonej Christophera – tę już sobie wyjaśnili, bo Victoria zapytała go wprost. Nie było żadnej narzeczonej. Normalnie zapytałaby o co w takim razie poszło, ale raz – miejsce ku temu było kiepskie, lepiej było o to podpytać, gdyby byli całkowicie sami, a dwa trochę nie chciała zarysować jego dumy przypomnieniem o czymś, co z pewnością nie mogło być przyjemne. – Tak, rozumiem. Mam nadzieję, że jednak się to uda – odparła, życząc mu zresztą jak najlepiej całkiem szczerze. I innym ludziom zresztą też – żeby nie było już powtórki po Spalonej, bo wielu ludzi mogło tego zwyczajnie nie dźwignąć. Gdy traci się wszystko, łącznie z nadzieją, czasami znikały też chęci do życia, a to była kolejna tragedia…

Victoria chyba równie jak Chris zaskoczyła się słowami, które tutaj padły, ale w przeciwieństwie do niego nie rozpoznała głosu. Za to rozpoznała twarz i fryzurę, i od razu wiedziała, że ostre słowa kobiety wymierzone są… w nich. Na Panią Księżyca, o co całe zamieszanie, przecież tylko razem przyszli, czy robili tym komuś krzywdę? Chyba Cressidzie, która żyła w swoim świecie ułudy. I tak, jak nie była przygotowana na całą konfrontację, która sprawiła, że uniosła brwi w zdziwieniu, nie zdążywszy zareagować nijak na tę szybką wymianę zdań pomiędzy byłymi partnerami, tak chyba jeszcze bardziej zdziwiła się ostatnimi słowami Chrisa. Spojrzała nawet na niego, nie było w niej złości, ledwie zaskoczenie tą… w pewnym sensie… deklaracją, ale nim w ogóle znalazła jakiekolwiek słowa, by je wypowiedzieć, w tym całym mętliku, Cressida już przypuszczała dalszy atak.

– „Jeszcze nie”? – zdawała się puścić mimo uszu to „całe miesiące temu”, które było oczywiste i nie pasowało do całej narracji i sceny, jaka się tutaj rozlegała, tym bardziej, że Avery się zbliżyła, zamiast stać w miejscu. – Czyli mam rację, faktycznie znalazłeś sobie nową zabawkę. Mogłeś powiedzieć, nie zrobiłabym z siebie idiotki w Zorzy, kiedy na ciebie w zeszłym tygodniu czekałam – w oczach Cressidy błyszczały jakieś takie nuty, jakby właśnie rzucała Chrisowi wyzwanie. Przecież skoro mogła namieszać tak mocno, to dlaczego miałaby tego nie zrobić? A potem przeniosła spojrzenie na Victorię. – I no tak, oczywiście, że „jeszcze”. Panna wybredna, trzymasz go na dystans, żeby ostatecznie spławić, tak jak resztę, co?

A w żołądku Victorii coś się na te słowa ścisnęło. Ta cholerna plotka z balu, którą mimowolnie też słyszała.

– Jaki jest twój problem? – rzuciła z siebie w końcu, niepewna co o tym wszystkim w ogóle myśleć, chociaż Christopher ostrzegał ją, że Cressida to straszna wariatka. Spotkanie w zeszłym tygodniu? Naprawdę mieli się spotkać, czy to był blef?




RE: [17.10.72] Małe klątwy - Christopher Rosier - 29.03.2026

– A kiedy ostatni raz to zrobiłaś? – podchwycił Christoper, przypatrując się jej przez chwilę. Podejrzewał, że po Spalonej Nocy na pewno nie, działo się po prostu za dużo, ale jak słuchał o tych całych poltergeistach i gęsiach, to zaczynał się zastanawiać czy i wcześniej sprawa była taka prosta. I to niekoniecznie przez karierę aurorską. – Tak, słyszałem, że przydzwonił ponoć Nottowi z powodu Loretty…
Czy to wierzyć czy nie to już nie wiedział, bo jemu faktycznie niewiele było trzeba. Tę konkretną sytuację Victoria znała zresztą o wiele lepiej i była nawet świadkiem pełnego glorii ciosu wykonanego za pomocą kutasa.
*
Samo pojawienie się Cressidy Avery było dostatecznie złe. To że Victoria przy tym była, było złe podwójnie. A że do sceny dochodziło w Domu Mody Rosierów już potrójnie. Christopher ścisnął nasadę nosa, wyobrażając sobie, jak po prostu łapie Cressidę i wyrzuca przez okno: niestety, nie był jakimś nieokrzesanym archeologiem – brutalem, a kimś kto przynajmniej udawał angielskiego dżentelmena. Złość narastała gdzieś w nim i miał ochotę sam zacząć wrzeszczeć, i najlepiej rzucać jeszcze przedmiotami, ale nie wypadało, przynajmniej nie tak publicznie.
A potem wyskoczyła z tą całą Zorzą.
Opuścił rękę, spoglądając najpierw na nią, z jakimś takim niedowierzaniem, a potem przeniósł wzrok na Victorię.
– To z tobą chcę się spotykać. Mam nadzieję, że nie uważasz, że upadłem na głowę tak mocno, żeby umówić się znowu z nią? – spytał, i znowu chyba nie do końca tak, jak zrobiłby to normalnie… chociaż… chociaż może i tak, bo przecież nie przywykł nadmiernie przejmować się pewnymi rzeczami. Już nawet ignorował tę całą zabaweczkę! Może i miał trochę mizogonistyczne podejście, które można było sprowadzić do tego, że dzielił trochę kobiety na te, z którymi się flirtuje i spotyka niezobowiązująco, i na te, z którymi się faktycznie umawia, ale nawet Avery raczej nie traktował jako zabawki…
Cressida poczerwieniała na twarzy.
I rzuciła się na Christophera z uniesionymi rękami…

Cios Cressidy
[roll=N]


RE: [17.10.72] Małe klątwy - Victoria Lestrange - 29.03.2026

Wszystko, co Cressida mówiła, było obliczone na to, by zadać ciosy, by podrapać, by zdenerwować, by napsuć krwi, by… zabolało? Victoria wiedziała bardzo pobieżnie jak skończyła się ich relacja, na ile Chris był skłonny jej o tym opowiedzieć – i powód rozpadu tamtego związku był jasny: zazdrość, która wymykała się mocno poza granice racjonalności czy normalności. Zadra była ewidentna, ale czarnowłosa miała teraz przed sobą żywy dowód na to, że być może Cressida była tym typem kobiety, która nie znosiła, gdy to ją ktoś rozegrał, gdy to nie ona dyktowała zasady gry i w końcu która nie zadowalała się jedną zemstą, tym bardziej, że ta nie do końca wyszła. Cressidę ciągle otaczała czerwień pasji, żarliwej nienawiści.

Cała ta sytuacja eskalowała w sposób dla Victorii zupełnie nieprzewidziany. Pomijając w ogóle pojawienie się tutaj Avery i to, że ich zaczepiła, nie wyobrażała sobie, że podczas tej słownej (przynajmniej na razie… ale nie wyprzedzajmy faktów) przepychanki dojdzie do tego, że Rosier tak wprost powie, że chciałby się z nią spotykać. Znaczy… ostatnio widywali się częściej, byli na randce i tak dalej, dawali sobie sugestie, że są w jakiś sposób zainteresowani (a przynajmniej nie niechętni), ale nie było to do tej pory powiedziane tak wprost.

I przy świadkach (a pracownice musiały mieć teraz niezłe przedstawienie).

Powinni o tym porozmawiać, ale nie w tej chwili.

– Nie, jest- – w porządku – miała powiedzieć, bo rzeczywiście do Christophera nie pasowało to, jak wściekły był na Cressidę, jak bardzo nazywał ją wariatką, jak zawracał sobie głowę organizowaniem wypadu do Wenecji, by jednak po drodze umawiać się z kim innym, i to w dodatku akurat z nią, ale urwała, bo to właśnie w tym momencie czerwona mgła wściekłości przysłoniła oczy blondynki i ta rzuciła się na Rosiera, a Victoria zdążyła tylko w odruchu wyciągnąć dłoń, chcąc pochwycić Avery za nadgarstek najbliższej ręki. Jakikolwiek Cressida miała problem – nie zaadresowała tego na głos, ale w zasadzie nie musiała, bo ten problem ewidentnie nazywał się Christopher Rosier.


// Aktywność fizyczna ◉◉◉○○
[roll=Z]