![]() |
|
12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Anglesey (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=131) +---- Wątek: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża (/showthread.php?tid=5926) Strony:
1
2
|
12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Seisyll Rowle - 01.04.2026 wczesnym wieczorem, miasteczko Anglesey
List otrzymany przez Seisylla trzy dni temu, wywołał w jego głowie pasmo przemyśleń przeróżnych. Przykry sposób na sprzedanie swojej córki w ręce obcego mężczyzny – tak mu się przynajmniej wydawało, kiedy czytał tekst zapisany na pożółkłym pergaminie i zastanawiał się nad tym, czy byłby w stanie napisać coś takiego o Helenie. Wychowany w smoczym rezerwacie, wśród walijskich legend, gór i religii przypominającej bardziej pierwotny ryk, niż echo wypastowanych posadzek Whitecroft, Seisyll wierzył w siłę i wartość wolności. Pani Malfoy pisała o swojej córce tak, jakby miała być kobietą zniewoloną. Nie takimi słowami Rowle definiowali tradycje. Mógł, oczywiście, przyjąć pod swój dach nową żonę. Stać go było i na nią i na większą ilość dzieci, z których wszystkie mogły żyć godnie na jego utrzymaniu, jeśli taka byłaby jej wola. Cóż jednak cicha i nieporadna w opisie własnej matki dziewczyna miałaby jednak szukać u kogoś, kto wygrywał rytualne melodie na bębnach i wprawiał modlących się w trans – w wir, w ilinx – miałaby wtedy złożyć ręce i klęknąć jak cnotka, nie pozwalając sobie na zaznanie prawdziwego życia? Tak nie mogło wyglądać szczęście, wszak ono znajdowało się blisko natury, tam gdzie nie było już ciszy, bo wypierały ją dźwięki drzew, śmiechu, sapania, krzyków, jęków. Prawdziwe życie było dzikością. Kogoś, komu matka zrobiła taką reklamę nie miał zbyt wiele do powiedzenia… A przynajmniej tak mówił sobie przez pierwszy dzień. Zmiął te żałosne wypociny i rzucił ją na stertę papierów, których przeznaczeniem było skończyć w ogniu. Deirdre Malfoy, ku jego zaskoczeniu, wracała do jego myśli jeszcze wiele razy, nawet kiedy był skupiony na precyzyjnych uderzeniach młota. Mógł być mordercą, mógł być bawidamkiem, ale przecież był mordercą i bawidamkiem poczciwym. Wielkie znaczenie miała dla niego ludzka wola, osobiste preferencje, chęci. Nie lubił relacji wymuszonych. Mimo tego, opis drętwej Deirdre Malfoy, która mogłaby zaznać w Llanberis tego, jak można żyć poza najwyraźniej wiejącą niemytym chujem rezydencją Malfoyów, wprawiała go w stan, który znał w sobie dobrze. Drugiego dnia odkopał ten list, wyciągnął z niego zdjęcie, na które wcześniej nie raczył spojrzeć i zastanawiał się w jaki sposób ta dziewczyna mogłaby wyglądać, gdyby upoiła się kadzielnicą, zrzuciła z siebie gorset i spojrzała w czeluść ogniska, którego ciepło i rytm tańczących w oczach płomieni miał zaprowadzić ją w objęcia Eutierrii. Jak bardzo mógłby ją zmienić? To pytanie zaprowadziło ich tutaj. Seisyll siedział spokojnie przy dwuosobowym stoliku w eleganckiej restauracji w walijskim mieście Anglesey. Lubił widok z piętra – morze o tej porze roku miało swój urok, szczególnie przy zachodzie słońca. Ładnie ubrany, przystojny. Ciemne szkła zasłaniające gadzie oczy odłożył na blat. Pił już i palił, chociaż Deirdre jeszcze się nie pojawiła. Nie dało się jednak dostrzec w tym słabości. Nie zasłaniał się dymem, nie dodawał sobie brakującej odwagi, nie potrzebował zrobić czegoś z rękoma. Tym, czym emanował, była dominacja. RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Deirdre Malfoy - 30.04.2026 Deridre była zła na matkę. Bardzo zła. Nie tylko dlatego, że matka bez konsultacji z nią wysłała list do obcego mężczyzny, ale też dlatego, że brzmiało to w jej głowie straszliwie prześmiewczo. Matka wzięła niezręczną wymianę zdań przy stole na temat quizu z Czarownicy i uznała to za wystarczające wytyczne. Deirdre nie mogła się jednak nie zgodzić na spotkanie z Seisyllem. Ostatecznie przecież rzeczywiście nie miała zbyt dużego wyboru, nie była szczególnie ładna ani wygadana, prawdopodobnie jej jedynymi pozytywami była chęć do ciężkiej pracy oraz dziewictwo. Dlatego, siedząc przy toaletce, czesząc włosy, zastanawiała się, co właściwie powinna ubrać na siebie. Jej magimedyczna szata wisiała już odwieszona na szafie, czekając na następny dzień kaszlących popiołem pacjentów w Mungu. Nie ważne, jak kiepsko przejdzie kolacja, jej praca będzie na nią czekała. Nie będzie udawać, że nie zdążyła się przebrać, bo już wyszorowała paznokcie i skórę, tak dobrze, jak się dało. Odłożyła na blat szczotkę i postukała opuszkami otwarte stronnice poradnika dla młodych panien, jak zdobyć bogatego i dobrego męża. Zamknęła go i wzięła między dłonie jak modlitewnik. Patrzyła na siebie krytycznie. Mokre, wodniste oczy, wiecznie smutny wyraz twarzy, wyblakła twarz i wiotkie, proste jak druty włosy. Może wieczorne światło będzie dla niej bardziej łaskawe. Miała ochotę zamknąć się w łazience i wyjść dopiero rano, gdy już będzie po wszystkim. Naciągnęła skórę na policzku. Postukała go trzykrotnie. Wdech i wydech. Ostatecznie musiała pięć razy rozpinać sukienkę i zapinać na nowo, bo w nerwach myliła się na liczeniu guzików, a raz nawet nawet pomyliła oczka. Sensowna sukienka w kolorze oudrowego różu z bawełny, z haftem angielskim na rąbku, dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Lubiła ją i cieszyła się, że nie straciła jej w pożarze. Zjawiła się na miejscu o czasie, trzymając w dłoniach kopertową torebkę. Oddała obsłudze lokalu swój spiczasty kapelusz oraz jesienne palto z czasów nastoletnich, które są wciągnęła ze starego kufra, przez co nieco pachniała naftaliną. Przedstawiła się maître, a ten przyprowadził ją do stolika na piętrze. Niemal romantyczny krajobraz z okna na chwilę ją rozproszył. — Dobry wieczór — odezwała się cicho, czując jak wyparowuje z niej cała wiedza o poprawnym zachowaniu. Na szczęście kelner odsunął jej krzesło, więc mogła po prostu usiąść na miejscu. Mężczyzna na przeciw niej należał do tych z kategorii przystojnych, przynajmniej jej zdaniem, był przyjemny dla oka, co zdecydowanie należało do bonusów, chociaż na minus stanowił brzydki nawyk palenia. Od razu zauważyła jego oczy, zrzuciła to na swoje wykształcenie, nie zamierzając konfrontować innych możliwych powodów, dla których szukała innych oznak klątwy Rowle'ów, nawet przed sobą. — Dziękuję, że zgodził się pan na to spotkanie i... hmm... Wybrał pan takie piękne miejsce. Nigdy tu nie byłam. Tak. Pogoda. Wystrój. Bezpieczne tematy, aby nie zdradzić za bardzo drżenia w głosie. Może nie zauważy, że nie tylko wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. To było takie okrutne ze strony jej matki. Dlaczego nie mogła jej po prostu pokazać narzeczonego, z już przybitą umową. 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Seisyll Rowle - 30.04.2026 W bezpośrednim kontakcie Rowle okazywał się człowiekiem mniej przystojnym w tradycyjnym ujęciu tego słowa, a bardziej charakterystycznym. Nie chodziło już nawet o gadzie oczy i skórę skażoną starą, walijską klątwą – chodziło o całą jego aparycję, niewątpliwie zdradzającą z gry to, jakie mężczyzna miał podejście do życia. Był częścią rodziny, o której mówiło się wiele i która kojarzyła się z surowością gór i siłą walijskich wirów wodnych. On – wystrojony, obsypany biżuterią, z przebitymi uszami – z pewnością nie był najstarszym synem swojej matki, lecz jednym z tych młodszych. Tych, którzy lubili naciągać granice i bawić się nimi, bo mieli o wiele mniej strachu przed gniewem ojca. Tak też ktoś, kto powinien panować nad smokami, w rzeczywistości zaczynał przypominać jednego z nich. Ale w tym było coś więcej. Bo ciało Seisylla było opowieścią o żarze, z którego został wykuty on i każdy metalowy element je zdobiący. To nie były dłonie paniczyka trwoniącego rodowy majątek na błyskotki, lecz dłonie człowieka pracy, który nie bał się wysiłku ani podejmowania ryzyka. Brązowy kołnierz przysłaniał zadrapania, bardzo wyraźne na opalonej skórze. Jego ciało naznaczyły ogień smoków, paleniska w pracowni i słońce. Jak wiele skrywała przed oczyma Deirdre szata w runiczne wzory pozostawało w sferze jej wyobraźni. – Witamy w Walii, panno Malfoy – powiedział spokojnie, z jakąś ciężką do odczytana nutą rozbawienia. Jasna, różowa sukienka i włosy jaśniejsze od jej cery. Ciekawiło go to, czy Deirdre była mentalnie gotowa na to, z czym dokładnie miała mieć do czynienia. Nie mieszkał w miejscu, w którym warto było kupować białe buty. Nie mieszkał też w miejscu, w którym plotkarzom umykało to, że znany rzemieślnik zaprosił na randkę czarownicę płaczącą zaledwie kilka sekund po zajęciu miejsca naprzeciwko. – Smutna mina jak na kogoś chwalącego Anglesey. – Jego oczy utkwiły w niej. Sceneria owszem – urzekała i nie wybrał jej bez powodu, bo wiedział dobrze, jak bardzo niektórzy potrzebowali uciekać spojrzeniem w bok i cóż mogło rozluźnić spięte ramiona bardziej niż jesienne kolory rozpływające się po nadmorskim niebie? Ale Seisylla nie obchodziło teraz światło tańczące po białej latarni. – Piękno tych okolic nie może równać się z pięknem gór, wśród których się wychowałem, a jednak tutejsze wybrzeże plasuje się w mojej osobistej hierarchii wyżej niż zasnute dymem dzielnice Londynu. Anglii nie pomaga to, że ostatnio w obu miejscach można się poparzyć, jeśli nie zna się zasad gry. Istniało wiele słów, jakie mógł wypowiedzieć ku chwale przestarzałych konwenansów, ale nie powiedział żadnego. Wiszący na metalowym łańcuchu szyld restauracji Halcyon zatrzepotał na zrywającym się wietrze. – Sugeruję owoce morza – wypowiedź mogła zabrzmieć od czapy, jeśli nie zwróciła uwagi na to, że po jej stronie stolika znajdowała się karta dań – i wino – chociaż sam pił whiskey on rocks. To zdecydowanie nie było miejsce do upicia się. Menu zawierało zestaw alkoholi pasujących do gustownej kolacji. Zapach ryb. Alkohol. Nietrudno było domyślić się, że to nie był jedynie romantyczny gest dobrej woli. Sprawdzał w niewybredny sposób, czy nie przyszła tutaj w pakiecie. RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Deirdre Malfoy - 09.05.2026 Deirdre była z natury osobą, która stawiała na swoim. W przeciwieństwie do większości nie robiła tego głośno, ale jeżeli chciała, aby jej trzewiki pozostały białe, to nawet tam, gdzie inni będą grzęznąć po kostki w błocie, ona będzie miała je bez skazy. Mogła nie pasować do otoczenia, do zmęczenia wiatrem i zmiennością pogody, lecz nie zamierzała pozwolić, aby to zmieniło jej cel. Planowała znaleźć sobie dobrego męża. Z tą myślą przypomniała sobie, że nie tylko ona jest tutaj pod lupą. On również miał spełnić jej standardy. Lęk odrobinę z niej schodził. Nie dlatego, że rozluźniła ją atmosfera przestrzeni, wręcz przeciwnie, czuła się jak na świeczniku każdej osoby, w której zasięgu wzroku była. Z przyjemnością przyjęła zaproszenie w inne miejsce, niż Londyn. Miało go już powyżej uszu z ciągłymi urazami, ponieważ ktoś wszedł do budynku, którego konstrukcja była niestabilna, nawracającymi kaszlącymi pacjentami i niekończącymi się kolejkami ofiar pożarów. Sadza przyklejała się do wszystkiego do tego stopnia, że zamówiła dwie dodatkowe szaty służbowe, by mieć czas, aby ją doprać. — Och. Moja twarz po prostu tak wygląda. Dlatego zwykle nie jestem osobą do informowania rodzin poszkodowanych o stanie pacjenta. Pracuję w Mungu — sprecyzowała rrzeczowym tonem, skanując kartę menu. Zdecydowała się na sałatkę z grillowanym kozim serem i karmelizowaną cebulą oraz wino, które poleci do dania somelier. Danie ze środka karty. Ani zbyt tanie ani zbyt drogie. — Nie jadam zwierząt. W przypadku Deirdre nie był to wybór etyczny. Nosiła skórzane buty i skórzane torebki, w jej szafie wisiało zimowe futro po jej babce, a jej ulubioną biżuterią były naturalne perły. Ona po prostu nienawidziła z całego serca faktury mięsa na języku, włóknistego i galaretowatego kontrastu różnych części mięśni i tkanek łączących, przypadkowych chrząstek czy strzelajacego pękania krewetek. Absolutnie ją to obrzydzało w całości. Co innego obróbka mięsa. Po odłożniu menu na bok i złożeniu zamówienia, utkwiła nieruchomy wzrok na Seisyllu, wyprostowana jak struna, łopatki złączone, broda lekko w dół, z dłońmi złożonymi na podołku. RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Seisyll Rowle - 09.05.2026 Mężczyzna zaciągnął się dymem, a wydychając go w kierunku sufitu zmierzył Deirdre spojrzeniem nie mówiącym wiele na temat tego co konkretnie o niej myślał, ale sugerującym jakąś głęboką analizę. Nie wydawał się być kimś, kto pod przykrywką spokoju z kogoś drwił i takim typem człowieka faktycznie nie był, ale oczywiście – bo czemu nie miałby tego robić – oceniał ją. To nie była przecież randka prowadząca ich dwójkę do jednej wspólnej nocy, tylko potencjalnie... reszty życia. – Jesteś jedną z tych bardziej bezpośrednich osób, isn't it? Nie tą z kategorii zabawnych. – Odpowiedział jej w dokładnie takim tonie, jaki spodziewał się usłyszeć. W tonie, którym porozumiewała się momentami zbyt bezpośrednia jak na jego gusta Helena. Walijska wstawka, jedna z wielu charakterystycznych dla regionu, prawdopodobnie nie była pierwszą, jaka opuści jego usta dzisiejszego wieczoru. Przywykł, podobnie jak większość jego sąsiadów, do ciągłego wciskania jej na końcu zdań, nawet kiedy nie miało to gramatycznego sensu. Nie podzielił się z nią rewelacją czy była to dla niego wada czy zaleta. Była to na pewno odmiana po jego poprzedniej partnerce, która tymi żartami rzucała ciągle. Poza tym – spoglądał na to z należytą temu nijakością. Czymże były drobnostki tego typu w obliczu wspólnego życia? Niech ci ziemia lekką będzie, stara pani Rowle, jego duch nie zatrzymywał się przy niczym, bo śmierć nie była tragedią, lecz momentem przejścia. Po zimie zawsze przychodziła wiosna, a każde małżeństwo było świadectwem jego przymierza z ziemią, legitymizacją mocy i wypełnieniem obowiązku płodności. Deirdre musiała być kimś godnym odnowienia więzi, nie kimś mającym go zabawiać. Skinął głowa do kelnera, żeby podszedł do nich i przyjął ich zamówienie. Prawdę mówiąc, nawet nie spojrzał na ceny dań z karty. – Dlaczego? – Spokojnie zadane pytanie nabrało sensu, kiedy zmienił pozycję i skórzane elementy jego stroju zatrzeszczały. – Będziesz często widzieć ich śmierć, jeśli się ze mną zwiążesz. – Brzmiało to z jego ust jak spostrzeżenie, a nie groźba, choć domyślał się, że dla wielu rytualne podcinanie gardeł i skórowanie bezbronnych istot tylko po to, żeby przerobić je na nowe buty, było ostatecznym powodem aby wstać od stołu i wyjść zanim kucharz zmarnuje czas na przygotowanie dania. – Zastanawiałem się właściwie, czy ta propozycja to tylko i wyłącznie kaprys twojej matki, czy jednak wiesz czym się zajmuję poza kuciem w Bedggelert i chciałaś wejść w to sama. Niezbyt odważnie zakładam, że niewiele panienek z Londynu myśli o przeprowadzce daleko do domu kogoś, kto ma moją renomę jeśli chodzi o religijność. – Pominął to ilu miało go za bawidamka i niekoniecznie się w tym myliło. RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Deirdre Malfoy - 09.05.2026 Przystanęła na jego ładnie ujęte oskarżenie. Rzeczywiście brakowało jej poczucia humoru i wyczucia sytuacji, ale nie zamierzała kłamać. Zresztą, do tego też nie miała talentu, kłamstwo wyraźnie się odbijało na jej twarzy za każdym razem, gdy padało z jej ust. Tak samo, jak łgarstwo nie było jej mocną stroną, tak i nie była nim komedia, wielokrotnie musiała prosić swoich znajomych o tłumaczenie, co ich tak rozbawiło. — Choruję przez mięso — wyjaśniła. Ładne określenie na to, że gdy była zmuszona je zjeść, szybko udawała się do ustępu i wymiotowała całą zawartość żołądka, o ile w ogóle udało jej się przepchnąć kawałek mięśnia przez gardło i nie dostać natychmiast torsji. — Nie przeszkadza mi to. W moim domu jada się mieso, umiem je przyrządzić, jeżeli mam czytelny przepis. W czasie mojej edukacji rozważałam również pracę w hodowli zwierząt magicznych, jako ich medyk. Zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądają takie miejsca, że czasami trzeba wyjmować młode z rozciętego brzucha martwej matki lub dokonać zakończenia życia ze względu na wady, złe zachowanie czy chorobę. Skąd jednak miał wiedzieć, że gdy tylko miała czas, jej skalpel ciął i łączyła tkanki, które do siebie nie należały, aby stworzyć nowe gatunki. Krew zwierząt i ludzi nie budziła w niej obrzydzenia. Dziwiły ją również częste oskarżenia mężczyzn, że panienki boją się widoku krwi, jakby to oni miesięcznie krwawili, a nie one. Musiała się zastanowić chwilę nad zadanym pytaniem. Widocznie ułożenie odpowiedzi sprawiło jej trudność w kontekście odpowiedniego ułożenia słów. — Pochodzę z konserwatywnego domu, panie Rowle. Nie wyznaję współczesnych wartości porzucania wiary na rzecz idoli z mugolskich śmieci. Nie jestem dostatecznie dobrze zaznajomiona z pana zwyczajami, by powiedzieć, że sytuacja jest dla mnie jasna, ale... — cień zakłopotania pojawił się na jej twarzy, ukrywający wcześniejszą odrazę, gdy wspomniała o mugolskich zanieczyszczeniach. Żadna z jej koleżanek nie urodziła jeszcze dziecka, podczas gdy ich rodzice już na typ etapie mieli już przynajmniej jedno, mugolskie ubrania szerzyły się dookoła. — W moim planie na życie znajduje się zamążpójście za mężczyznę, którego poglądy będą pokrywać się z moimi. A dystans nie jest mi przeszkodą, gdy magia może ponieść w chwilę w inne miejsce. @Seisyll Rowle RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Seisyll Rowle - 10.05.2026 Nie zliczył jak wiele można było powiedzieć o Malfoyównie po samej tej wypowiedzi. Mówiła wprost o swojej wadliwości. Wymieniała to wszystko jakby odhaczała elementy listy i tłumaczyła to tak drętwo, że odrobinę go to bawiło. W świecie, w którym tak wiele kobiet uśmiechało się do niego znad kieliszka wina i próbowało mamić obietnicami bez pokrycia, to właśnie Deirdre Malfoy, traktująca tę rozmowę jak wypełnianie pracy naukowej, wydawała się Seisyllowi sztuczna. Nadawała tej rozmowie transakcyjności. Nawet nie próbowała z nim flirtować, a i on miał wrażenie, że komplementy zostałyby potraktowane dokładnie tak jak jego zaczepki – zaczęłaby się z czegoś tłumaczyć. Nie czuł od niej żadnej frywolności i jeszcze nie wiedział jak się z tym czuje. Odłożył papierosa na krawędź popielniczki, żeby wymienić go na alkohol i upić łyk ze swojej szklanki. – Jakież to są dokładnie poglądy? Odważne słowa w sytuacji, kiedy za kolaborowanie z rebeliantami grozi zsyłka bezpośrednio do Azkabanu, a słyszałem, że pocałunek Dementora jest bardzo zimnym i bolesnym końcem. – Przestał się go bać całkiem szybko. Minął miesiąc od zamachu, podczas którego zaszlachtowano tak wiele niewinnych osób, że wiedział bardzo dobrze jaką cenę miał zapłacić za symbol czaszki wypalony na przedramieniu. Albo wygra tę wojnę, albo powieszą go na płocie i każą mu tak wisieć aż sam nie padnie, kiedy oni będą na niego pluć. Sam by na siebie napluł. – Twoja matka pisała o tobie w liście, jakbyś tym śmieciem była ty. A jednak siedział tu. W restauracji, która sprawiała wrażenie, że traktował ją całkiem poważnie. Po odpowiedzi korespondencyjnej, będącej dla Ivanki Malfoy pewną obietnicą, że nie jest to żart. Jak typowy facet rozkraczył swoje nogi, wyłożony na tym krześle aż za wygodnie. Złote kolczyki błyszczały w świetle zachodzącego słońca. Przywykł do tego, że świat pozwalał mu na bezczelność, ale to wcale nie był atak. – Moją poprzednią żonę wpierdolił smok – przyznał bez ogródek. – Słyszałem, jak pękają jej kości, aż krzyk nie ustał. To chyba najpowszechniej znany o mnie fakt. Ciężko mi było nie zastanowić się, czy nie życzyła ci podobnego losu. Prowokował ją, bo chciał z niej wyszarpać tę biel, ten róż, te wymuszone ruchy panienki z dobrego domu. Chciał zobaczyć czy potrafiła zmarszczyć czoło i zadrzeć nos. RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Deirdre Malfoy - 23.05.2026 Malfoyówna zesztywniała, ramiona wyraźnie spięły się i lekko uniosły w górę. W wyraźnie kontrolowanym ruchu opuściła je, próbując usunąć wrażenia, że jest napięta, jak struna. Brwi jednak pozostały nieco ściągnięte na twarzy. Nie odwracała wzroku od jego twarzy, dopóki nie wspomniał w ordynarny sposób o tym, jak zginęła jego poprzednia żona. Nie odwróciła wzroku na bok, a na swoją prawą dłoń, którą odwróciła bezwiednie, aby przyjrzeć się błękitnym liniom żył na nadgarstkach i kościom, łódeczkowatej, księżycowej, kryjącym się pod skórą. — Moja matka, panie Rowle, wbrew… wbrew pańskiej ocenie, dba o mnie. Wysłała ten list, ponieważ nie jest pan dziedzicem rodziny, a wie, że, um, nie lubię być w centrum uwagi. Drugi ślub, idealnie, ponieważ może odbyć się bez fanfarów i zbędnych ekscesów. Zwierzęta są, są mi bliskie z naukowego punktu, więc mogę mieć możliwe coś wspólnego do rozmowy poza ekonomią rodziny z mężem — jej słowa były nagle bystrym, wzburzonym potokiem, pomimo drobnych zacięć. Mogła mieć zadrę w sercu w związku tym, jakich słów używała jej matka wobec niej, ale nie pozwoli na obrażanie jej rodziny. Jej uszy zrobiły się lekko rumiane, tak samo jak szczyty jej policzków. — Przykro mi z powodu pańskiej żony. Może i w tym moja matka pomyślała o-o panu, zawsze mówiła, że mam delikatne kości. Nie będzie słychać. Zacisnęła palce stóp w swoich białych trzewiczkach, aż poczuła, jak ścięgna jej łydek bolą. Schowała swoje zażenowanie swoim monologiem w kieliszku. Nie zarejestrowała nawet smaku alkoholu, tylko jego lekkie ciepło w klatce piersiowej, które jednak nic nie poradziło na ogrom emocji, które wywoływał w niej pan Rowle. Przez myśl przemknęło jej, że to dobrze. Wzburzone emocje są lepsze niż żadne. Postanowiła traktować to jak nagły przypadek na oddziale. Rozległe zabiegi, aby pacjent mógł przeżyć. — Odnosząc się do pytania, panie Rowle. Wyznaję Matkę. Uważam, że-że należy dbać o czystość krwi. Wierzę, że kobiety z czystych rodzin powinny mieć przynajmniej, um, przynajmniej trójkę dzieci, aby magia nie musiała uciekać do sz… mugolaków. Nie wrażam swoich opinii zbyt głośno, ale nie zamierzam dzielić życia z kimś, kto widzi równość w równaniu, w którym jej nie ma, więc wolę być transparentna. @Seisyll Rowle RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Seisyll Rowle - 24.05.2026 – Można dbać o rzeczy i ludzi, a jednocześnie wciąż uważać ich za niewartych własnej uwagi. Później nazywać to łaską. Nie miał na to nazwy, bo się tym nie interesował, ale kilka lat w Kromlechu pokazało mu w jaki sposób Voldemort manipulował wszystkim, co mogło dać mu władzę nad umysłami jego popleczników. Większość, o ile nie wszystkich miał za gorszych od siebie. Gardził nimi, ale częstował ich słodkimi słowami i uzależniał od własnej obecności. Oh, jakże naiwny był każdy kto wierzył jego słowom – nie było w nich esencji, tak samo jak nie wierzył w esencję słów matki Deirdre. Szczególnie po idiotycznej wstawce, i której sam nie był pewien, czy była faktyczną uwagą czy nieśmiesznym żartem. Mógł wyglądać na potwora, ale potworem przecież nie był. Widok matki jego dzieci, ginącej w paszczy smoka jak pasza, odcisnął na nim piętno. – Gwarantuję, że wolałbym mieć żywą współmałżonkę, niż teściową w żałobie upominającą się o pieniądze po stracie córki. – Wybrzmiewała z niego jakaś pogarda, ale ewidentnie nie chodziło o te pieniądze. To był przecież mężczyzna wyjątkowo majętny i sława niosąca się po Anglii nie zawierała w sobie wzmianek o skąpstwie. Istniało wiele legend o preferencjach smoków co do wyglądu jaskiń, w których udawały się na drzemkę i nieposkromionej chciwości. Ale to były legendy, tak? Poza tym, niezależnie od wyglądu, Rowlowie wciąż pozostawali ludźmi – w przeciwieństwie do innych osób zasiadających przy tym stoliku, nie musieli jeść kamieni, żeby istnieć. Najwyraźniej z panią Slughorn łączyły go jakieś utarczki, których nie zarysował w tej rozmowie, bo nie wypadało. – Skromnie o sobie mówisz, jak na kogoś, kto chce zostać panią moich włości w Llanberis. – A było to miejsce przeogromne, będące wisienką na torcie olbrzymiego majątku. Przepiękna posiadłość kryjąca się pod postacią ruin Castell Dolbadarn, znajdowała się na szczycie listy najpiękniejszych domów w Walii. – Tak skromnie, że muszę z ciekawości zapytać, czy Ivanka Malfoy również zamierza z nami zamieszkać? Swoją drogą, poprzednią teściową również nieszczególnie lubił. RE: 12.10.72 – restauracja blisko wybrzeża - Deirdre Malfoy - 09.06.2026 Nerwowy śmiech wyrwał się z jej gardła zanim zdążyła zasłonić usta dłonią, odsłaniając ładne, równe zęby kogoś, kto maniakalnie dba o ich stan. Były bardzo, bardzo białe. Kobieta zdecydowanie nie paliła, prawdopodobnie i kawa i czerwone wino również nie były częstymi gośćmi na jej stole. — Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Cenię sobie uwagi mojej matki, jednak podziękuję za ciągłe porady z jej strony. — Porady zabrzmiało bardziej jak wciskanie nosa w nie swoje sprawy. Deirdre nie umiała ukryć na swojej twarzy obaw, które się pojawiły i dużego zwątpienia w siebie. Mówiła o sobie skromnie, bo nie była przywykła do tego, żeby mówiono o niej w superlatywach, jej rodzicielka stanowiła koło napędowe zwątpienia. — Zarządzanie przestrzenią i jej przygotowanie jest… um… proste. Dla mnie. Lubię porządek. To z… jak widać zresztą, z rozmową mam problem. Ja… przepraszam… chyba niepotrzebnie… Zgubiła się. Karteczki scenariuszy rozsypały się w jej głowie i pomieszały, bo nic w Seisyllu nie było wedle scenariusza. Miala niemal wrażenie, że to kolejne machinacje jej rodzicielki, aby przypomnieć jej, że powinna wrócić do domu, gdyby nie to, że to właśnie jej matka tak naciskała na to, żeby w końcu znalazła sobie męża. Nie była dostatecznie dobra, a jej matka uznała, że pan Rowle również nie jest dostatecznie dobry, więc będą do siebie pasować. To wszystko, co stało za tą myślą. Bo wdowiec. Bo drugi syn. Bo nosi kolczyki i mówi jak Walijczyk. Pąs pomalował jej buzię czerwienią. — Myślę, że nie zasługuje pan na, um, brzmię mojej matki — powiedziała bardzo cicho, patrząc się w swój talerz, skubiąc nieistniejącą skórkę przy paznokciu i przyciskając do siebie kostki nóg tak mocno, że bolały ją wszystkie mięśnie łydek i ud. @Seisyll Rowle |