Secrets of London
[10.10.72] Klątwy między nami - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17)
+---- Wątek: [10.10.72] Klątwy między nami (/showthread.php?tid=5944)

Strony: 1 2


[10.10.72] Klątwy między nami - Brenna Longbottom - 11.04.2026

Do Ministerstwa musieli wrócić, choćby na krótko. Niby wizyta na Nokturnie była absolutnie nieoficjalna, ale już o tym, że trzeba ten adres sprawdzić i może obserwować księgarnię należało informację zostawić. Gdzieś po drodze nad Brenną załamał ręce jeden funkcjonariusz, szczęśliwie z przygotowaniem medycznym, a potem zdołała dopaść jeszcze Victorię, zanim ta wyszła. Dobrze, bo wprawdzie nie miała jeszcze czekoladek, poza obowiązkową czekoladową żabą pod ręką, ale jakoś pomyślała, że lepiej nie czekać.
W biurach sił szybkiego reagowania właściwie zawsze ktoś był, bo przestępcy rzadko trzymali się godzin pracy urzędów. Większość biurek jednak pustoszała, i zanim Brenna przysunęła sobie krzesło do tego Victorii, siadając na nim okrakiem, podpierając dłonie o oparcie i jeszcze niebezpiecznie bujając do przodu, rozejrzała się, czy te najbliższe są puste.
– Dan mnie dorwał – stwierdziła, wskazując palcem na twarz, z której ślady już powoli schodziły po zastosowaniu czaru i jakiejś tam maści. – Przy okazji złamał klątwę. Najwyraźniej rzucił ją poltergeist, na którego wpadliśmy idąc do Kotła. Nie był pewny, co robiła, ale jego zdaniem mogła wpływać na zachowanie i nadmierne gadanie…
…i przez to może chwilę się zastanawiała, czy Bulstrode powiedział, co powiedział pod wpływem klątwy, czy nie, ale postanowiła się tym nadmiernie nie przejmować, bo ostatecznie padło, co padło, a chyba klątwa nie polegała na „teraz pójdziesz i będziesz mówić ludziom to, co chcą usłyszeć”, bo tak ogólnie to oboje zachowywali się całkiem normalnie.
– Spytałam, o co się wścieka i zdaje się, że musiał odpowiedzieć – dodała, pochylając się lekko nad oparciem, i zniżając głos. – Powinnam była z tym poczekać. Po prostu… serio nie ogarnęłam, że jakby nie chodziło o quidditch.
To było dobre pytanie, zadane w złym momencie, bez należytego namysłu, bo po prostu chciała to wszystko wyjaśnić, skoro nie chodziło o quidditch, – w pewnych sprawach Brenna była naprawdę bystra, w innych trochę ślepa. I choć nie mogła być pewna, czy zrobiła to z powodu podszeptu klątwy, to sądziła, że klątwa nie klątwa i tak by spytała. A jeżeli to nie była klątwa, mogła poczekać pięć minut, aż znajdą się na zewnątrz, nawet jeśli ostatecznie zajęła im ta rozmowa całą minutę. A może właśnie dlatego.
– Przepraszam, że skończyłaś pod drzwiami.


RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Victoria Lestrange - 11.04.2026

Niewiele się już odzywała do samego końca akcji – nawet ślepy zauważyłby, że coś jest nie tak. A na domiar wszystkiego, okazało się, że gdy Victoria bardzo chciała, to jakoś zręcznie wychodziło jej unikanie drugiej osoby; nagle jej nie było obok, zajmowała się czymś innym i tak dalej. Nie wyszła z biura przed czasem, to akurat nie było w jej stylu niezależnie od wszystkiego. Chciała dokończyć wszystkie formalności związane z księgarnią, do której się włamali, żeby nie musieć do tego wracać jutro (i przy tym ograniczyć możliwość natknięcia się na Bulstrode’a do minimum). Ale prawdę mówiąc trudno było jej się skupić i wszystko szło jej dwa razy dłużej, bo mózg się nie słuchał i jakoś sam wracał do całej tej interakcji od spotkania pod latarnią, aż do końca. Odtwarzał sobie i analizował, nadinterpretując sobie rzeczy, bo zwykle w takich chwilach pełnych emocji to właśnie miało miejsce: nadinterpretacja.

Zerknęła kątem oka w bok, gdy Brenna ją tutaj znalazła i dosiadła się, i uważnie zlustrowała jej twarz. Wyglądała już teraz znacznie lepiej, co było pewnym kamieniem z serca, niezależnie od tego, co Longbottom gadała na co dzień i jak bardzo nie przejmowała się tym, że od czasu do czasu chodziła stłuczona, spuchnięta, posiniaczona i inne tego typu.

– Dobrze – mruknęła i nawet przy tym kiwnęła lekko głową, jak już się upewniła, że faktycznie Brenna nie wygląda już jak stłuczone jabłko. Zdążyła zapisać dodatkowe dwa słowa w raporcie, gdy nastąpiła dalsza część zdania i dłoń Victorii zamarła, a pióro razem z nią, nie dotykając jednak jego końcówką do pergaminu. – Poltergeist? Dobrze, że nie zamienił was ciałami – dodała, patrząc znowu na Brennę, zlustrowała ją jeszcze od dołu do góry, nim lekko zmarszczyła brwi. – Oboje byliście pod wpływem klątwy, czy tylko jedno z was? – zapytała jeszcze, bo nie do końca rozumiała, z czym mają właśnie do czynienia. Czy raczej: mieli. Cóż, gadanie to jedno. Zachowanie to drugie. A nie mówienie tego, co powinno się powiedzieć, trzecie. – Gdyby faktycznie chodziło o quidditcha, to chyba powinnaś się martwić. Ale na ile go znam… Jest porywczy, owszem, ale zwykle ma jakiś większy powód niż to, że swędzi go pięść. Tylko nie zawsze łatwo się przyznać do oczywistości – owszem, Brenna była bystra, ale jeśli chodziło o kwestię facetów – totalnie nie zauważała, jak niektórzy wodzili za nią maślanym wzrokiem choćby w szkole. Łatwiej było to widzieć jako osoba trzecia – i tu Victoria może i wychodziła na lekką hipokrytkę, bo nawet teraz była boleśnie nieświadoma tego, że przez te wszystkie lata Dægberht do niej wzdychał, ale teraz chodziło o Brennę. – To nie byłby pierwszy, który na coś liczył, a ty nie zauważyłaś – dodała.

Zanurzyła pióro w kałamarzu, ale jej ręka znowu zamarła.

A potem westchnęła. Spojrzała na sufit bardzo krótko, nim w końcu do cholerne pióro po prostu odłożyła i znowu zwróciła uwagę na Brennę.

– Czemu mnie przepraszasz? – czy to Brenna wypchnęła ją z pomieszczenia i zamknęła drzwi przed nosem i potraktowała jak jakąś bezrozumną gówniarę? Nie.




RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Brenna Longbottom - 11.04.2026

– To już zaliczyłam. Przykułam się wtedy kajdankami do Millie Moody, bo bałam się, jak ta zamiana się skończy, jeżeli się rozdzielimy – parsknęła Brenna, teraz już traktując to jako żart, ale prawda była taka, że gdyby zły duch zamienił ją ciałem z kimś innym, spanikowałaby naprawdę potężnie. I znów odnotowała sobie, że powinna ustalić z paroma osobami, w tym z bratem, jakieś hasła, bo tu wielosokowy na Lammas, tu metamorfomagia, tu złośliwy poltergeist, mogący podmienić ciało i potem za wiele się dowiedzieć… – Nie mam pojęcia, ale muszę go znaleźć i ostrzec, bo cholera wie, jak to dokładnie działa i ile potrwa – przyznała, bo Dan w końcu trochę znał się na łamaniu klątw, ale nie był jakiś tam absolutnie wspaniałym klątwołamaczem, co skupiał się konkretnie na tej zdolności. I obejrzał tylko ją, nie Atreusa, ale patrząc po tym, co ten odpowiedział na pytanie o zazdrość... to pewnie go trzasnęło.
– Tak szczerze, zakładałam, że mieli jakieś konflikty wcześniej. W rodzaju pobili się w Hogwarcie o wygraną w meczu i od tamtej pory są śmiertelnymi wrogami czy coś takiego – przyznała, bo brała pod uwagę, że quidditch był tylko częścią problemu, ot nie przyszło jej do głowy, że głównym powodem była jednak ona, a cały quidditch stał się swojego rodzaju pretekstem. Ach i nazwisko, Nottowie najwyraźniej działali na Atreusa jak płachta na byka. Złożyło się to razem w wybuchową mieszankę, o której nie do końca wciąż wiedziała, co myśleć. – Proszę, nie mów, że mówisz o Anthonym – jęknęła, cicho, przysłaniając na moment oczy dłonią, bo tylko on przychodził jej do głowy. Trochę długo nie widziała, potem po prostu widzieć nie chciała, a z tego, co się orientowała, był jedynym takim przypadkiem. Trudnym, ze względu na jego rodzinę, na to, że nawet nie próbował zaprzeczać, po której stronie stoi, i na jego przyjaźń z Atreusem.
Rozcapierzyła palce, spoglądając na Victorię pomiędzy nimi, zanim opuściła rękę.
– Bo cię to dotknęło – powiedziała wprost, nie z powodu żadnego poltergeista. – Bo powinnam była poczekać z pytaniami, aż będziemy sami, żeby nie stawiać cię w takiej sytuacji. I bo znając odpowiedź trochę rozumiem, że bardzo nie chciał odpowiadać przy kimś, i zrobił to bez namysłu, ale wciąż głupio wyszło. Bo nie chcę, żebyś czuła się z tym źle. Bo mi na tobie zależy.


RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Victoria Lestrange - 11.04.2026

– A zamianę płci? Byłaś już Brendonem Longbottomem, czy to jeszcze przed tobą? – Victorię to co prawda ale nieco spanikowany Laurent, a raczej Laura, pojawił się któregoś dnia w jej domu i szukał dla siebie odpowiedniej sukienki i makijażu, więc wiedziała bardzo dokładnie jak to działa. – Znając życie, na ile znam wybryki poltergeistów to od kilku do kilkudziesięciu godzin. Pełny dzień to taki standard – mruknęła. Nie znała się na klątwołamaniu samym w sobie, ale znała się ogólnie na dziedzinie rozpraszania magii, czasu trwania różnych zaklęć i tak dalej. Jak zobaczyła Laurenta i powiedział jej co się wydarzyło, to potrafiła stwierdzić co się stało i o ile wiedziała, to nawet nieźle to wyliczyła.

– Oj Brenna. Jesteś czasami wręcz uroczo naiwna – uroczość kończyła się tam, gdzie dwóch chłopów biło się „o quidditcha”, a ona próbując ich rozdzielić, zarabiała cios w twarz. – Nawet nie wiesz o jakie durnoty oni potrafią być zazdrośni. Na przykład Sauriel zrobił mi raz scenę, bo dałam Laurentowi czekoladową żabę po seansie spirytystycznym, który poszedł tak sobie i leciała mu krew z nosa – rzecz jasna Sauriela przy tym nie było, ale to poczuł przez tę cholerną więź. I potem przyszedł do niej i zrobił jej scenę. – Skoro głupia żaba może być powodem do zazdrości, to co dopiero jakiś list czy spojrzenie, czy aura czy co on tam widział – już nawet nie chciała wnikać, zresztą nie miało to teraz nawet większego znaczenia, a poczuła się zdecydowanie zniechęcona do jakiegokolwiek pytania o cokolwiek. – Tak, chociażby – przyznała, bo owszem, nietrudno było zauważyć te tęskne spojrzenia, jakie Anthony Borgin rzucał Brennie przez te lata szkoły. Brenna była niedomyślna, a Anthony mało konkretny, zresztą widziała go tez po drodze w towarzystwie swojej kuzynki, która nie przebierała w chłopakach, nie sądziła więc wtedy (to jest w szkole), by pomiędzy Brenną a Anthonym miało cokolwiek wyjść.

– Zrobił to bez namysłu – powtórzyła za Brenną i uniosła wyżej brwi, trochę nie wierząc w to, że Bren ją teraz przepraszała za Atreusa. – Błagam cię nie usprawiedliwiaj go i nie przepraszaj za coś, czego nie zrobiłaś – owszem, dotknęło ją to, jak została przy tym potraktowana, nie próbowała zaprzeczać ani udawać, że wszystko jest w porządku, ale nawet jeśli Brenna źle dobrała czas na swoje pytanie, to nie definiowało to całej reszty. – Wystarczyło mi powiedzieć, żebym się odwaliła to bym sobie poszła sama, nie trzeba było mnie traktować z góry jak jakiejś gówniary, która nie rozumie sugestii, a potem mówić, że teraz już możemy rozmawiać, jakby robił mi tym jakąś łaskę. Nie ty się zachowałaś jak palant, bez obrazy – „głupio wyszło” było dla Victorii pewnym niedopowiedzeniem, ale to głównie przez jej charakter, przez to jak do siebie brała takie rzeczy i przez to, jak została potraktowana nie tak dawno temu, co nie sprzyjało wzruszeniem ramion i machnięciem ręki. – Nie przepraszaj mnie – dodała.




RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Brenna Longbottom - 12.04.2026

Rzut, że się nie wyjebięXD
– To już moja słodka tajemnica – stwierdziła Brenna żartobliwie, mrużąc lekko oczy. – Mogę ci zdradzić, że poltergeist potrafi też zamienić ludzi w dzieci, więc cudem uniknęłaś dokonywania włamu z dwójką dziesięciolatków. To by chyba podpadało pod deprawację młodzieży?
Tego nie doświadczyła osobiście, ale spotkała Norę w dziecięcej postaci, tak odmłodzoną, że w pierwszej chwili wzięła ją za Mabel.
– Urocza? Ja? – parsknęła, ale zaraz zaskoczono ją jeszcze bardziej. - O czekoladową żabę? – powtórzyła, z pewnym zaskoczeniem. Nie przyszłoby jej do głowy, że ktoś mógłby być zazdrosny o coś takiego i gdyby Bulstrodowi przyszło to do głowy, to dopiero mieliby problem, bo Brenna zazwyczaj jakieś żaby miała przy sobie i dość chętnie je rozdawała. – A miałam ci właśnie jedną sprezentować i teraz zaczynam się zastanawiać, czy to oznaczałoby propozycję.
Już nie kontynuowała tematu Anthony’ego, skrzywiła się tylko, i nie odważyła się nawet dopytywać, kogo jeszcze Victoria miała na myśli, bo jeszcze okazałoby się, że przyszły jej do głowy jakieś rzeczy szaleńcze, na przykład że Brennę jak nic łączyła specjalna więź ze Stanleyem Borginem albo coś równie absurdalnego i strasznego.
– Przepraszam za sytuację, bo przez nią źle się poczułaś, bo do niej nie powinno dojść i bo za tę jestem współodpowiedzialna. Powinna była ogarnąć to i owo wcześniej. I wstrzymać się potem z wypytywaniem parę minut. Albo w ogóle inaczej to rozegrać, chociaż nie miała pojęcia jak: nie do końca z pewnymi rzeczami sobie radziła. - Nie konkretnie za zamknięte drzwi, bo ich nie zamknęłam i w sumie… no samo ich zamknięcie mnie nie wydaje się takie straszne, ale ja nie powinnam cię stawiać w niezręcznym położeniu, a wiem, że takie było. A za to co powiedział, też nie przepraszam, bo wiem, że to sprawa między wami – Nie powinni w ogóle się między sobą przepychać przy Victorii, w tym brała udział i za to czuła się w obowiązku przeprosić. Cała reszta… nie sądziła, żeby faktycznie Bulstrode uznał Victorię za nie rozumiejącą czegoś gówniarę, ale nie zamierzała udowadniać tu Victorii, że sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Zwłaszcza że pewnie ona sama w takiej po prostu oparłaby się o te drzwi i jeszcze nie pozwoliła ich otworzyć, póki nie zapewniono by jej, że wszystko dogadane, bo zwyczajnie bardzo rzadko brała coś do siebie, zamkniecie zresztą odbierała po prostu jak próbę upewnienia się, że tylko ona usłyszy odpowiedź. A rzucone potem słowa? Tu następował pewien konflikt charakterów. Atreus lubił rzeczy obracać w żart, Victoria nie reagowała na to dobrze, i tutaj Brenna niezbyt się dziwiła, że szły iskry, bo doskonale rozumiała, że taka uwaga mogła zostać odebrana jako obraźliwa: i nie zamierzała zdecydowanie w tę część z końcowym dialogiem się wtrącać, i ani zapewniać, że to tylko żart, ani też przepraszać, że to chamskie. To już było coś, w czym akurat nie wzięła udziału, a oni byli dorośli. A to że jej coś by nie uraziło, nie znaczyło, że miała prawo odmawiać poczucia się źle komuś innemu. - Nie mam zamiaru między wami mediować, spokojnie. Po prostu...
Zabujała się nieco na krześle, ale utrzymała równowagę na tyle sprawnie, że nie poleciała na biurko Victorii.
- Nawet nie wiem, jak to ująć - westchnęła w końcu. - Martwię się?


RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Victoria Lestrange - 12.04.2026

– Odwołałabym akcję i zaciągnęła was za uszy do Munga – i nie chodziło o to, że byliby niekompetentni, czy coś w tym rodzaju, ale wystarczyło sobie wyobrazić, że takie dziesięciolatki nie miałyby fizycznej siły dorosłego, a w tej księgarni mogły się zdarzyć różne rzeczy, z niczego nie spodziewającymi się przemytnikami w roli głównej. Dzieci miały chociażby inny wysięg rąk, czy nóg i byłoby to bardziej niż niebezpieczne, zwłaszcza dla nich samych.

– Tak, ty – potwierdziła z pełna powagą, jakby nie było się tu czemu dziwić. Bo w zasadzie to nie było. Brenna była błyskotliwa, była ładna, była żywotna, o dobrym sercu i tak cholernie niedomyślna w sprawach damsko-męskich. – I tak, o czekoladową żabę – Victoria skrzywiła się lekko, bo właśnie wtedy uświadomiła Sauriela, że wie o tych wszystkich flirtach z innymi kobietami, co ucięło dalszą scenę zazdrości o głupią żabę w pudełku. – Mogłoby oznaczać, gdybym była facetem, nie wiem – palnęła, nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co właśnie mówiła. Bo zazdrość o żabę wymykała się poza jej zdolności rozumowania, ale pojęła wtedy, że zazdrosnym można być o byle pierdołę, a chociaż jakieś spojrzenia czy przeczytane słowa mają większy sens od żaby podarowanej, gdy druga osoba źle się fizycznie czuje.

– Bzdura. Potrzebowałaś coś wyjaśnić żeby zrozumieć zachowanie, którego nie wytłumaczył ci sam – w swej niezmiernej łaskawości, cisnęło jej się na myśl, ale tego nie dodała. Victoria była wręcz przekonana, że gdyby nie zauważyła twarzy Brenny, gdyby się nie zainteresowała co się stało i gdyby Atreus nie chlapnął tego i owego, to Longbottom nadal by była boleśnie nieświadoma całej sytuacji. Victoria wiedziała, że była tego zapalnikiem, ale nie zamierzała przepraszać za coś, co miała przed oczami jak na dłoni i czego sama wcale nie wymusiła, a sytuacja po prostu sama się tak rozwinęła w toku rozmowy. Ewidentnie bardzo potrzebnej rozmowy, która swój finał miała na zapleczu księgarni. – Pewnie nieraz słyszałaś o tych stereotypowych kobietach, które każą się domyślać mężczyznom co zrobili nie tak, albo co mają na myśli. No więc, Bren, faceci są pod tym względem jeszcze gorsi – oto była największa życiowa mądrość. Jeśli Victoria miałaby też wskazać największe plotkary, to to również byliby mężczyźni.

I nie winiła tutaj Brenny za nic. Może i była stronnicza, ale nie mogłaby nie trzymać strony przyjaciółki, nawet jeśli gdzieś po drodze miała ochotę bardzo ciężko westchnąć. I nie chodziło nawet o samo zamknięcie drzwi, tylko o to, jak została wypchnięta z tamtego pomieszczenia i właśnie wtedy drzwi zostały zatrzaśnięte jej przed nosem. Tutaj dochodziła do głosu jej duma i to, że nie zgadzała się na podobne traktowanie – zupełnie jak wtedy, gdy Atreus wyładowywał na nią swoją złość za to, że gówniarze ukradły mu różdżkę, a ona chciała mu pomóc ją odzyskać. Może i moment na rozmowę nie był najlepszy – w trakcie włamania do księgarni – ale mogła im dać tę minutę czy pięć na osobności i to nawet z chęcią, ale czy trzeba było ją traktować jak takie niepotrzebne koło u wozu, które się gdzieś pcha na siłę? Do Victorii nawet nie docierało, że jej złość i złe samopoczucie podbijały inne ostatnie wydarzenia w jej życiu, przez które czuła się zwyczajnie… nie dość dobra. Niepotrzebna.

– Martwisz się o co? – powtórzyła za nią i lekko nawet zmarszczyła brwi.




RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Brenna Longbottom - 13.04.2026

– Raczej odesłała nas do kąta. Zdejmowanie tego jest ponoć niebezpieczne i lepiej przeczekać – sprostowała Brenna, która niechętnie, ale pewnie by w takiej sytuacji odpuściła, ale niestety Nora twierdziła, że zdejmowanie tej klątwy nie było najlepszą drogą, podobnie mówił i Basilius, kiedy ona i Millie zamieniły się ciałami… – Czy to jakiś tajny kod? W sensie że czekoladowa żaba od dziewczyny dana facetowi to jakaś propozycja? Czy ja niechcący zadeklarowałam zainteresowanie połowie Hogwartu, a potem Ministerstwu Magii, ale na szczęście nikt go nie odwzajemniał? – zastanowiła się, trochę na żarty, a trochę jednak próbowała zrozumieć, o co Saurielowi chodziło i czy w jakichś kręgach te całe czekoladowe żaby jednak coś oznaczały…? Czy ktoś jej kiedyś nie mówił, że dziewczyny gdzieś w Azji dawały czekoladki chłopcom, którymi były zainteresowane…?
– Och, jasne. Powinnam była zapytać, to na pewno, po prostu mogłam zrobić to parę minut później.
I po prawdzie tym, że wkurzał się na siebie ją rozbroił, a i nie mogła niechętnie nie przyznać racji, że jeżeli nie mylił się co do Theo, a ona tego zupełnie nie zauważyła, to trochę dawała mu powody do irytowania się. Nie żeby nie należało tego wyjaśnić. A w jej głowie gdzieś postała wreszcie myśl, że może powinna być trochę ostrożniejsza przy tym, jak zachowuje się wobec niektórych mężczyzn, chociaż konfrontowało się to jednocześnie z jej przekonaniem, że to tylko przyjaciele/kumple (niepotrzebne skreślić), i żaden z nich tak na nią nie patrzył. Ale nawet jak nie, to czy ktoś, z kim się spotykała, musiał się czuć z tym komfortowo? Oby chociaż z tej listy byli wyłączeni ci, których traktowała naprawdę jak braci i co do których była absolutnie i totalnie pewna, że traktowali ją tak samo. Jak siostrę znaczy się. A czasem to nawet jak brata.
– Chyba tak. Zwykle bardzo się staram… wiesz, nie kazać się domyślać – stwierdziła, wciąż bujając się na krześle. Pewne rzeczy ukrywała całkowicie celowo, ale wtedy chciała przecież, żeby nikt się nie domyślił. – Naprawdę? Dobrze wiedzieć. Powinnam sobie sprawić jakiś poradnik dziennikarki Czarownicy, jak zrozumieć facetów albo coś?
Pozwoliła wreszcie, by wszystkie nogi krzesła opadły na podłogę, sama niepewna, co powinna odpowiedzieć, nie dlatego, że czegoś mówić nie chciała a raczej bo ciężko było jej znaleźć właściwe słowa.
– O ciebie, chyba. Że jest ci z tym źle. Żeby nie było, wiem, że nie będziesz siedziała i się przejmowała jak jakaś bohaterka książek romantycznych z powodu czegoś, co zrobił albo nie zrobił Atreus, ale po prostu masz wystarczająco dużo na głowie po Spalonej.
I Saurielu Rookwoodzie, oczywiście. Drobiazgi czasem w chwilach stresu i zmęczenia miały tendencje do kumulowania się i rośnięcia.


RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Victoria Lestrange - 14.04.2026

– Może wysiłek przy ściąganiu tego jest niewspółmierny do efektów – zastanowiła się, ale ostatecznie wzruszyła ramionami, bo całe szczęście dzień paradowania w innym ciele to nie była żadna wieczność. – Dobrze, więc dostalibyście kolorowanki i kredki i siedzielibyśmy w Biurze – nawet jeśli dostałaby bólu głowy od pyskującego Bulstroda w ciele Bulstroda-gówniaka. Jakby musiała, to pilnowałaby ich bite 24h, żeby mieć pewność, że ta dwójka nie kombinuje z wyjściem na jakąś kolejną akcję, póki nie byli w pełni sprawności. Tak, poświęciłaby się. – Nie mam pojęcia. Niestety się nie dowiedziałam, bo wtedy przedstawiłam mu kontrę na jego zachowania i się zamknął. Jak mam strzelać, to chodziło pewnie o to, że w ogóle śmiałam podarować mu cokolwiek, niezależnie od intencji. Albo chodziło konkretnie o czekoladę. Może dlatego, że jak wyczaił, że ją lubię, to do pewnego momentu mi takie przynosił jak się widzieliśmy – to znaczy do czasu zerwania zaręczyn. Dla Sauriela chyba było to pokazanie swojej sympatii, czego nie wyrażał słowami. Albo wdzięczności. Victoria nie wiedziała, bo choć bardzo starała się go zrozumieć, to było to trudne bez odpowiedzi zwrotnych. – Nie wiem – dodała jeszcze, jakby to nie było już oczywiste.

– Naprawdę nie uważam, żebyś miała wpływ na to, jak to zostało rozegrane – dobrze, może i czas zadanego pytania nie był najlepszy, ale reszta zależała już tylko i wyłącznie od Atreusa.

Gdyby Brenna była z tych kobiet, które domyślać się każą, to pewnie by się tak dobrze nie dogadywały – bo Victorii też było do tego typu osoby daleko. Być może wpływ miało na to to, jak długo się znały i ile czasu ze sobą spędzały, a może właśnie dlatego tyle ze sobą wytrzymywały, bo odpowiadało im to, jakie były: bardziej niż mniej konkretne.

– Nie mówię, że wszyscy. Ale więcej razy widziałam takie cechy u facetów niż u kobiet –[/b doprecyzowała. [b]– Niepotrzebny ci poradnik, wszystko już wiesz – a w Czarownicy to potrafili napisać niezłe bzdury.

Przypatrywała się przez moment Brennie w ciszy. Czy miała na głowie więcej, niż inni? Niekoniecznie. Czy było jej ciężko? Było. Ale to nie był koniec świata. I w tym wypadku wolała sobie umniejszać, bo gdyby bardziej się zastanowiła nad tym, jak się czuje, to możliwe, że skończyłoby się płaczem, a była na to zbyt dumna.

– Wszyscy mamy dużo na głowie po Spalonej, nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem –[b] odparła w końcu. [b]– Już się chyba zresztą przyzwyczaiłam – że było jej źle. Że zamiast rozmowy, była stawiana po prostu przed fakt dokonany. Jakby była za głupia, żeby zrozumieć, albo jakby inaczej nie dało się z nią dogadać. To dlatego ludzie woleli jej nie mówić rzeczy? Bo łatwiej było po prostu wypchnąć ją z pomieszczenia i zatrzasnąć drzwi? Nie, to był fatalny moment na rozmyślania. – Wolę o tym nie myśleć – przyznała w końcu, nie patrząc już nawet na Brennę.

[/b][/b][/b]


RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Brenna Longbottom - 15.04.2026

- …a potem ktoś zajrzałby przez ramię Atre i uznał, że demoralizujesz dzieci? – odparła Brenna, bo już widziała, co on wymalowywałby, gdyby dać mu kredki, blok i kazać rysować. A ona sama to by chyba nie usiedziała w miejscu dłużej niż dwadzieścia minut i poszła szukać przygód. - Może chodziło o to, że oddałaś coś, co dostałaś od niego, innemu mężczyźnie? - spróbowała zgadnąć Brenna. I nawet by zrozumiała, gdyby chodziło o jakieś prezenty, pamiątki, ale trochę była zaskoczona, kiedy w grę wchodziła czekoladowa żaba.
Zazwyczaj, jeśli ktoś ją o coś pytał, odpowiadała wprost. Wiele rzeczy mówiła i sama, jeśli uważała, że słowa powinny paść. A jeśli nie chciała, by ktoś coś wiedział, starała się o tym nie mówić. Zdecydowanie nie uważała, że ktoś czegoś powinien się domyślać, kiedy znacznie łatwiej było mu po prostu powiedzieć, co i jak.
– Wydaje mi się, że nie wiem zupełnie niczego, ale w sumie nie żeby to była jakaś nowość – przyznała samokrytycznie. Gdyby wiedziała wszystko, wiedziałaby od razu, czy Nott naprawdę ją podrywał, czy zupełnie nie. A tak to dalej nie była do końca pewna, chociaż przynajmniej dopuściła tę możliwość i jeszcze zaakceptowała, że jeśli ktoś, z kim się – chyba – być – może – prawdopodobnie – spotyka tak uważa, to powinna to uszanować i trzymać się z daleka…
– Nie, nie jesteś – przytaknęła Brenna bez oporów, bo nie było co kłamać: po Spalonej wielu ludzi miało przerąbane. Stracili bliskich, często zdrowie, dobytek życia czy poczucie bezpieczeństwa. Miała czasem wrażenie, że dla wszystkich wokół niej rozpadał się świat, dla każdego w inny sposób. Victoria, dom Lestrangów i Sauriel. Erik po ostatnich miesiącach i spaleniu Warowni. Przygnębiony Morpheus, który nie widział już chyba dobrych ścieżek. Atre po stracie siostry. Olivia z gniewem w sercu i rozpaczą po klątwach, wchodzących w ściany domu i ataku na jej partnera, Sam i Nora, gdy pękła krucha, łącząca ich nić, Thomas, spoglądający ku mrokowi, Dora, po raz kolejny znajdująca się w niebezpieczeństwie… mogłaby tak wymieniać i wymieniać. I próbowała przynajmniej być obok: ale to było jak żonglowanie wieloma piłeczkami, niektóre próbowały się wymknąć, a ona często miała wrażenie, że jest strasznie głupia i zupełnie nie wie, co robić.
Ale przynajmniej tutaj była i próbowała rozmawiać.
– Ale to nie znaczy, że twoje uczucia się nie liczą ani że powinnaś się przyzwyczajać. Ale jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, okay, akceptuję. Po prostu jakbyś chciała, to pamiętaj, że możemy.


RE: [10.10.72] Klątwy między nami - Victoria Lestrange - 16.04.2026

– Tylko jeśli postawiłabym na środku biurka tę paskudną świeczkę, żeby mógł odwzorować martwą naturę – odparła bez zająknięcia, bo doskonale wiedziała o co chodzi Brennie. Przecież Victoria sama była świadkiem, jak podczas testowania krwawych piór, gdy Atreus już wiedział, co to może robić, dokładnie ten kształt wyrył sobie na wierzchu dłoni. – Przynosił mi różne rzeczy, ale czekoladowe żaby są tak pospolite, że nie wydaje mi się, że akurat którąś, którą dostałam od niego, przekazałam dalej – mruknęła. Oprócz pierścionka zaręczynowego, którego nawet sam nie wybrał, i który schowany był bardzo głęboko, dostała od niego naszyjnik z różą kupiony podczas Lammas. Tego by przecież nikomu nie podarowała, a obecnie już nawet go nie nosiła. To były już jednak inne czasy – te, w których Sauriel konkretnie mieszał jej w głowie robiąc coś zupełnie sprzecznego do tego, co sam mówił.

Teraz wiesz już wszystko. Że każą się domyślać, że potrafią być zazdrośni o naprawdę dziwne rzeczy i wiesz już na co zwracać uwagę – wyliczyła, ale mogłaby znacznie więcej. Nie chodziło tutaj o kwestionowanie każdej znajomości i każdego rzuconego jej spojrzenia przez innych gości, zazdrość też musiała mieć swoje podłoże, a gdy brała się z niczego i o absolutnie wszystko, to można było wręcz osaczyć drugą osobę. Odizolować ją od innych. To też nie było dobre. Potrzebny był balans. Krytyczne spojrzenie na sytuację.

Tak naprawdę to problemy Victorii zaczęly się na długo przed Spaloną Nocą. Za ten graniczny moment można było uznać Beltane i teraz już niemal półroczne poszukiwanie siebie i odpowiedzi na pytania; czy Samhain będzie ich końcem, czy jednak tylko etapem. Co można zrobić z możliwościami, jakie się otrzymało. Co ze wspomnieniami, które wydarła z duszy babci, z energii, którą nieświadomie zabrała ze sobą. Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Beltane było też jeszcze jedną sprawą: cholernym rytuałem miłosnym, który pokomplikował w jej relacji, która teraz już nie istniała, okazała się być tylko krótkim rozdziałem, który zakończył się spadkiem z wysokiego, napiętego G w dźwięki o wiele niższe. Spalona Noc była tylko wisienka na torcie porażek, swoistą kropką nad i oraz na końcu zdania: „Czy może być jeszcze gorzej? Ależ może.

– Po prostu nie wiem co jeszcze mam powiedzieć, Bren – zabrzmiała na  zrezygnowaną, bo taka zresztą była. Rozmawiały w końcu wczorajszego wieczora, gdy siedziały na plaży Lindisfarne i oglądały zachód słońca. Minęło trochę za mało czasu, by sytuacja zdążyła się zmienić na tyle, że Victoria mogłaby powiedzieć, że czuje się już lepiej. – Że czuję się niewystarczająca? Niepotrzebna? Niechciana? Jakbym była kulą u nogi? Nudna? Do zastąpienia? Albo że czasami patrzę w lustro i już się nie poznaję? – wiedziała, że to ona i jednocześnie widziała w odbiciu osobę zmienioną, której blask był w jakiś sposób przytłumiony. Czy miała powiedzieć, że nauczyła się czekać na miłe słowa, które miały nigdy nie paść? Że potrzebowała zapewnień, jakichkolwiek, a nigdy ich nie otrzymała? –  Że czasami zastanawiam się, czy w ogóle ludzie faktycznie chcą spędzać ze mną czas – że czuła, że nie ma w niej nic ciekawego. Że jest tylko towarem, który stracił na wartości, bo się zbuntowała. Że czuła, że ludzie nie chcą jej mówić o sobie. – Że… – zawahała się. Mogłaby tak wymienić mnóstwo rzeczy, które ciążyły jej na sercu, rzeczy, które co jakiś czas drapały w umysł i wypływały na powierzchnię, brzydkie, bolesne, niekoniecznie prawdziwe, ale i tak robiące krzywdę. – Słowa to czasami za mało i jednocześnie za dużo, więc tego wszystkiego nie powiem. Ale dziękuję – bo te słowa ją zawodziły. A jednak to powiedziała i jednocześnie temu zaprzeczyła. Czuła się pusta i samotna i jakby brakowało jej tych słów, by opisać wszystko, co czuła. Nie tylko w związku z tym jak ostatecznie potraktował ja Sauriel, robiąc jej cholerny mętlik w głowie i sercu. Chodziło tutaj również o inne rzeczy. O Zimnych. O rodzinny dom nie do odratowania. O rodzinę. Albo o mnóstwo innych spraw, tych związanych z pracą i tych zupełnie prywatnych. Wiedziała, że jeśli usiądzie i pozwoli sobie o tym wszystkim myśleć,  to się po prostu rozklei.

Dobrze, że nie mówiła tego zbyt głośno i że wokół nie było zbyt wielu ludzi.