[Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 13.04.2026
—30/10/1972—
Anglia, Brighton
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
To fling my arms wide
In some place of the sun,
To whirl and to dance
Till the white day is done.
Then rest at cool evening
Beneath a tall tree
While night comes on gently,
Dark like me—
That is my dream!
Nie dało się umknąć przed czasem.
Oboje byli zmęczeni jawą, oboje strudzeni wyzwaniami, które rzucał im pod nogi los. Oboje też, gdy przychodził zmierzch grawitowali ku sobie, by spróbować chociaż tej nocy zmrużyć oczy, mimo natłoku myśli, planów i obaw, strategii, które trzeba było omówić, konfliktów, które trzeba było zażegnać.
Tego wieczoru Anthony podał Jonathanowi inną fiolkę. Ciężkie błękitne szkło odbijało ich twarze, eliksir w środku ogrzewał się niespiesznie otulony dwoma parami dłoni. W pokoju unosił się już duszny zapach kadzidła usypiającego, otulających ich mdlistym bursztynowym zapachem, przywodzącym na myśl ciepło pustynnych piasków.
– Dostałem je z Egiptu. Ponoć kadzidło i mikstura połączone razem gwarantują dwanaście godzin snu, jednak... – zawahał się na moment i tak mówiąc spokojnie i miarowo, nie chcąc spać i jednocześnie będąc w pełni świadomym, że spać musieli. Ciało nie miało jak się zregenerować, myśli odpocząć, uciec od trwającej wojny i ciężaru zadań. – ...jest pewien skutek, nazwijmy go ubocznym. Ponoć barwność snów przeżytych za sprawą tego specyfiku znacząco... znacząco wzrasta. – Odchrząknął zmieszany. Z każdą przyjemnością szła cena, a ceną przyjemności, które współdzielił z Jonathanem był fakt, że kiedyś się kończyły. Zawsze zbyt szybko. – Twórca tych ekskluzywnych specyfików, gwarantuje, że nie zaciśnie się nam na gardle pętla koszmarów, ale... sam rozumiesz, mam pewną obawę. – Nie był pewien czy dobrze zrozumiał dołączony opis działania. Normalnie, gdy przychodziły noce nękających go mar, wystarczyło rozbudzić się lekko i poczuć miarowy oddech i bicie serca ukochanego. Teraz jednak - jak zrozumiał arabską adnotację - nie byłoby takiej możliwości. Sen nieprzerwany był gwarantem.
– Jeśli chcesz... możemy zażyć to co zwykle – zaproponował niepewnie, w cichości współdzielonej sypialni wytracając butę na rzecz wszechogarniającej troskliwości, podgrzewanej tylko ciepłem zmęczonych zatroskanych oczu Jonathana. Chciał ofiarować mu sen, ale nie zamierzał nie uprzedzać go o możliwych konsekwencjach. Dom był odpowiednio zabezpieczony, możliwi goście oddelegowani, skrzaty stały na straży spokojności ich ciał. – Cóż decydujesz miły? Wzniesiemy modły do wiernego aptekarza? Jego lek zadziała szybko. Tak więc z pocałunkiem Zaśniemy. – parafrazował, pozwalając sobie na lekki kokieteryjny ton, gdy uzyskawszy zgodę zdjął zabezpieczający specyfik lak i wypił swoją część jako pierwszy.
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Jonathan Selwyn - 14.04.2026
Wbrew temu co optymistycznie zakładała zakochana głowa Jonathana, wspólne zasypianie z Anthonym nie pomogło na jego problemu ze snem. Czasem zasypiał bez problemów, czasem leżał długo w ciemności wsłuchując się w rytmiczny oddech drugiego mężczyzny, próbując przekonać siebie samego, że jest szalenie zmęczony i zaraz zaśnie. Czasem też do jego snu wdzierały się złowieszcze barwy perfidnie przekonujące go że są prawdziwe i należą do Anthony'ego, który cierpiał właśnie katusze. Budził się wtedy przerażony tylko po to aby uświadomić sobie, że jego ukochany miał się dobrze, wściekły na samego siebie, że ponownie dał się na to nabrać. Zazwyczaj gdy brał eliksiry nasenne, lub, znacznie częściej, palił odpowiednie kadzidełka, wszystkie te problemy zanikały. Czasami jednak były one na te specyfiki uparcie oporne, a z jakiegoś powodu w ciągu ostatnich kilku dni było to wyjątkowo nasilone. Zdecydowanie musieli znaleźć z Anthonym coś nowego, coś co będzie pomagało im obu, bo o ile on mógł chodzić z worami pod oczami (i tak maskował je odpowiednimi kosmetykami) to martwił się o niewyspanie Shafiqa.
Jonathan, już ubrany w wygodną piżamę, sięgnął po podaną mu butelkę. Zapach nowego kadzidła już powoli koił jego zmęczony umysł, ale nie na tyle, aby spacyfikować pewne wątpliwości.
Dwanaście godzi snu... To brzmiało... Doskonale. Oboje na to zasłużyli. Dwanaście godzin podczas których będą mogli po prostu leżeć obok siebie. Dwanaście godzin odpoczynku bez zmartwień i koszmarów.
– Wiesz, zawsze możemy też wypróbować moją roboczą teorię związaną z tym że poswójne zbliżenie danego dnia pozytywnie wpływa na sen – zażartował bawiąc się szklaną butelką. – Myślę, że jestem w stanie zaakceptować barwne sny. Myślę też, że nawet gdybym miał koszmary, to i tak otrzymałbym dwanaście godzin wypoczynku ciała, a rano i tak osłodziłbyś mi życie swoim widokiem – powiedział całując Anthony'ego w policzek. – Jestem na tak. A jeśli ty chcesz to wziąć to ja tym babrdziej go wezmę.
A jeśli ten aptekarz go okłamał i sny Shafiqa wcale nie będą przyjemne, osobiście go znajdzie i wstawi mu wszystkie możliwe zakazy handlu z Wielką Brytanią i nie tylko. Jonathan wypił specyfik zaraz po Anthonym. Senny środek w dziwny sposób smakował jak unoszące się w sypialni kadzidełka. Odstawił butelkę i z uśmiechem położył na łóżku, wyciągając swoje ramiona.
– Zignoruj proszę na chwilę konotacje łączące nas z tym i imieniem i daj mi zasnąć w twoich ramionach, mój Morfeuszu.
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 15.04.2026
Aby być zgodnie z obiektywną prawdą historyczną - Anthony również zakładał, że będzie łatwiej mu się zasypiało z Jonathanem obok. Jego problem polegał głównie na tym, że kiedy Jonathan wyruszał na tajne misje, nie spał w ogóle, a kiedy powracał z tajnych misji to obaj panowie byli zbyt aktywni, aby spać...
– Nasza robocza teoria bardzo się sprawdza, problem polega na tym, że oboje z tego co zdążyłem zauważyć preferujemy rozciągać przyjemność do granic możliwości, a wtedy nasze niewyspanie wynika z nadmiaru aktywności, a nie z niemożności spania. – odchrząknął, bardzo dbając o to, aby stalowe oczy nie ześlizgnęły się po gryfońskiej sylwetce. Wypił już eliksir, miał plan, pokusa aby sprawdzić ostatni raz, czy na umiłowanej ciepłej skórze nie pojawił się nowe blizny była silna, ale nie aż tak, aby w dłonie ukochanego złożyć coś co tym dłoniom wymykało się regularnie.
Dwanaście. Godzin. Regeneracyjnego. Snu.
– Jeśli zadziała dobrze, zamówię go więcej. Nawet jeśli nie jest to specyfik do brania codziennie, raz w miesiącu myślę, dobrze będzie dla ciała i umysłu odciąć się i zmusić do odpoczynku... mniej aktywnego. – Przyciągnął go do siebie w tym pożegnalnym uścisku wertykalnym, aby przejść do kolejnej fazy, w której jeszcze przez moment będzie mógł cieszyć się uściskiem horyzontalnym. Już czuł jak powieki mu ciążą, a smak eliksiru rozciąga się lepko po podniebieniu słodyczą i cynamonem, podbijając ociężałość snującego się po zabezpieczonym pokoju kadzidła. Rozwiązał jedwabny pasek okrywającego go szlafroka, swoim zwyczajem zamierzając spać tylko w spodniach. Nie potrzebował więcej, Jonathan był jak grzejnik, a on nawet we śnie szukał kontaktu i bliskości, zaskakując swoje własne, nienawykłe do tego typu czułostek ciało.
Teraz jednak mieli się nie budzić. Dlatego zdecydował, że gdy tylko położyli się w przestronnym łożu, okutał ich ciasno kołdrą, tworząc przyjemny miłosny kokon, w którym bezpieczenie i blisko siebie mogli po prostu... zamknąć...
...oczy.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=NBppFjP.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=NBppFjP.png)
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Jonathan Selwyn - 27.04.2026
– Hm... – wymamrotał niezdolny do kłócenia się z tak sensownym argumentem, bo rzeczywiście nie mogli narzekać na jakoś wspólnie spędzanego czasu. – Wiesz... Zawsze możemy wychodzić wcześniej z pracy. Jestem wręcz przekonany, że potrafiłbym to jakoś wynagrodzić mojemu szefowi – powiedział z uśmiechem równie szelmowskim co i sennym. I chyba tylko ta senność powstrzymała go, aby nie wpaść na dalsze rozwiązania, każde bardziej absurdalne, ale i przyjemniejsze, od kolejnego. Brązowe oczy, chociaż coraz to bardziej skłonne, aby przymknąć powieki, wpatrywały się w Anthony'ego bez najmniejszego śladu pokory wobec swoich poprzednich słów. No cóż... Co miał więcej powiedzieć niż to że kochał się z nim droczyć? Nie była to jednak do końca jego wina. W końcu Anthony po prostu doskonale nadawał się do tego, aby mówić mu takie rzeczy i patrzeć jak na nie reagował, zwłaszcza teraz gdy miał w tym zakresie znacznie więcej możliwości.
Wreszcie ułożyli się obok siebie, spleceni ciepłą, błekitną kołdrą i coraz bardziej otaczani senną mgłą, mającą dać im aż dwanaście godzin odpoczynku, którego oboje tak strasznie potrzebowali. Jonathan westchnął cicho, żałując nieco, że sen wymagał od niego odpłynięcia myślami do krainy nieświadomości, bo prawdę mówiąc nie miałby nic przeciwko temu, gdyby spanie polegało po prostu na dwunastu godzinach leżenia wobec Anthony'ego z pełną świadomością tego faktu.
– Dobranoc mój miły – wymamrotał jeszcze półprzytomnie, ostatni raz zmuszając się by uchylić ociężałe powieki i obrzucić spojrzeniem leżącego obok niego mężczyznę. Zamknął oczy. – Pragnę... Pragnę cię... – Ziewnął. – Pragnę cię tylko poinformować, że jutro rano przyniosę nam na śniadanie cynamonki i wolałbym abyś tym razem mniej się przeciwko nim buntował.
Uśmiechnął się błogo. Jutro wstaną, napiją się kawy i zjedzą cynamonki w towarzystwie porannych żartów, czytania gazety i czułych słówek. Jutro zadba o to, aby Shafiq był wypoczęty, wesoły i zapewne z cynamonem na nosie. Wtulił się jeszcze bardziej w Anthony'ego po czym wreszcie zasnął pragnąc by wypoczęci mogli już zacząć nowy dzień.
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 27.04.2026
To był moment. Uderzenie serca. Poczuł nienawistną woń w powietrzu i zadarł łeb strzygąc uchem, do którego dobiegło ostrzegawcze warknięcie jego własnego gardła, które doskonale wiedziało co się dzieje. Co nadchodzi. Dreszcze przebiegły przez jego ciało, gdy rozpoznał niebezpieczeństwo, choć nie wiedział jeszcze, skąd nadejdzie. Jego ciało się zalane adrenaliną, futro zjeżyło w rytm terkoczącego warkotu.
...nie... dlaczego... znowu...
Nagle, z oddali, usłyszał krótki, stanowczy rozkaz: "Goń!". Z czterech stron wypadły na niego gończe psy, szczekając i warcząc z wściekłością. Nie mógł już zostać w norze, bronić swojej pozycji. Musiał uciekać, musiał walczyć na zewnątrz o przetrwanie pośród gęstej puszczy, kniei zasłanej wijącymi się w chaosie korzeniami. Gończe psy, jego bracia, tacy sami jak on, cztery łapy, głowa, futro. A jednak na ich szyjach lśniły srebrne węże zaciskające się obłudą zwycięstwa, czyniące z nich marionetki w rękach człowieka.
Świst w powietrzu. Poczuł ugryzienie, jakby kły jednego z oprawców wbiły się głęboko, a krew trysnęła z rany brocząc na leśną ściółkę. Nie, to nie zęby. To uścisk złocistej pułapki, gubiącej jego cwał, wgryzającej się w futro i blokującej możliwość...
magii...
...przemiany
Krzyki łowców zlewały się ze sobą, on biegł na oślep szukając jakiegokolwiek miejsca, w którym mógłby się ukryć i zerwać kłami blokadę. Wyrwać ją z siebie, z futrem, ze skórą, z mięsniem, nie ważne. Jak inaczej znów mógłby stać się sobą? Jak mógłby udowodnić tym plugawym psom z Dworu Nocy, że nie jest zwierzyną na którą się poluje tylko...
Dyplomatą.
Tocząc pianę z ust, obficie brocząc krwią zobaczył prześwit w tej plugawej leśnej gęstwienie. Nie myśląc wiele wypadł z krzewów i momentalnie zdał sobie sprawę z popełnionego błędu. Mimo nocnej pory, rozświetlone migotliwymi światełkami tutejszej magii snów i cieni, dwójka tutejszych fae postanowiła... co?
Myśliwi.
Nie był pewien, ale zwaliste ciało ogromnego czarnego wilka myślało za niego. Zziajany, oblepiony pogoni, śliną i krwią, zjeżył się wbijając pazury w leśne poszycie. Z lewego boku sterczała najeżony zębiskami potrzask z dyndającym łańcuchem z którego udało mu się zerwać, w jego biodro wbito kilka jesionowych strzał, żadna jednak nie sięgnęła kluczowych do przeżycia żył.
Barbarzyńcy.
I to mają być ich sojusznicy?! To ma być naród, od którego zależą losy wyspy?! Stalowe oczy wilka utkwione były w postaciach, które napotkał. Nie miał siły uciekać dalej, ale będzie miał siłę, jeśli przyjdzie mu walczyć. Do ostatniej kropli krwi. Bronić honoru Dworu.
Bronić Dworu Wiosny.
Warczał, to była obecnie jego jedyna możliwa droga komunikacji. Jego czujne oczy ześlizgiwały się po sylwetkach, po błoniastych skrzydłach, które teraz napawały go nienawiścią, bo przecież nie trwogą. Sojusz. Wojna. Ostatecznie to dwie strony tej samej monety.
A mógł zostać w komnatach, mógł nie chcieć rozprostować łap, mógł przejrzeć bibliotekę tego dziwacznego miejsca, które jeszcze kilka dekad temu było zasłonięte przed oczami wszystkich, a teraz wszyscy mieli udawać, że to normalne, że Noc tak na prawdę nie posiada podziemnego, obślizgłego miasta wykutego w kamieniu, że to nie ich stolica, och nie nie, tylko piękne miejsce pełne mostów i kadzideł i onirycznych opowieści ze szczęśliwym zakończeniem. Nie lubił miast, nie sądził jednak, że las przywita go otworzeniem żył.
Taki właśnie los dyplomaty.
Krew w piach. A konkretniej w mech, przynajmniej w obecnej chwili.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b3/29/8e/b3298e297c117fcd8b878ce770ac649a.jpg[/inny avek]
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Jonathan Selwyn - 27.04.2026
Nocna pory na Dworze Nocy, była najpiękniejsza, a on sam często dbał, aby upiększać ją jeszcze bardziej. I nie było to znowu aż tak trudne. Wystarczyło na przykład, tak jak dzisiaj, wyciągnąć ładny koc, spakować kilka larytasów od najlepszych kucharzy i wybrać się na urokliwą poranę na piknik z równie urokliwą randką. Malachaila, bo tak nazywała się jego dzisiejsza towarzyszka, siedziała obok niego na kocy, ubrana w wymyślną suknię w gwiezdny wzór. Jonathan nie miał pojęcia, czy nawiąże się z tego wyjścia jakąś głębsza relacja, ale prawdę mówiąc na razie nie myślał o tym szczególnie, ciesząc się chwilą i toczącej uprzejmą pogawędkę ze swoją towarzyszką na temat najlepszych krawców w okolicy i jakości sprowadzanych przez nich tkanin.
– Tak masz rację, że rodzina Rosé ostatnio ma jakieś problemy. Wydaje mi się, że ich konflikty rodzinne niestety wpływają na to jak obecnie pracują nad strojami. Ostatnio zamówiłem u nich szatę, na której miały być leśne zwierzęta i co? I wyszyty przez nich wilk wyglądał jak skrzyżowanie psa z koniem, a nie jak to piękne zwierzę – mówił z ubolewaniem, bo szata o której wspominał miała być na jego własne urodziny. Malachaila roześmiała się na te słowa i już sama miała coś dodać, gdy nagle oboje usłyszeli dziwne odgłosy na prawo od siebie, a potem zza drzew wypadł...
Wilk. I to zdecydowanie nie taki jak z nieudanej scenerii na szacie, a prawdziwa, dzika bestia, toczącą pianę z pyska. Oboje zerwali się na równe nogi, a Jonathan szybko wyciągnął zdobiony sztylet, wolną ręką dając znać swojej towarzyszce, aby schowała się za nim.
– Spokojnie – powiedział, samemu zmuszając się do opanowania. – To chyba jakaś chora bestia. – Jego wzrok pobiegł do rany na ciele zwierzęcia i skrzywił się nieco. Chora, albo ranna i gotowa zaatakować każdego, aby tylko zemścić się na całym świecie za zadanie mu bólu. Strzała. Czy byli tu też jacyś łowcy? Ugh... Najchętniej spróbowałby pomóc rannemu zwierzęciu, ale wątpił, że tak zdziczały okaz da sobie w ogóle pomóc. – Spróbuj się powoli wycofać, a ja spróbuję go wypędzić. Jestem pewny, że to jakiś strachliwy okaz, który zaraz przestanie sprawiać nam problemy.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e761bdbc1d036165dd956e6bf3fb2cc2/6c1b9876372b9db4-44/s400x600/b590b9a26838c4223394c5c80cd1752a601bfa5e.pnj[/inny avek]
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 27.04.2026
Skrzydła, skrzydła… jak im było? Iliranie. Potężna nacja, szybcy i wytrzymali wojownicy, miał już kilkukrotnie z nimi do czynienia, a nie chciał, tak bardzo nie chciał mieć do czynienia z nimi w tym konkretnym momencie.
Była w tym pewna pociecha, że zastana parka raczej nie należała do pościgowej grupy łowców. Wciąż jednak stanowili zagrożenie - w końcu przerażeni nieśmiertelni, który nie imał się czas ale jakże wybornie imały się ich rany kłute byli diablo niebezpieczni. W obronie własnej, ale przecież też może i dla zabawy, czczego popisu przed partnerką. Widział i w swoich rodzinnych stronach, na Dworze Wiosny i bardziej wymyślne, bardziej okrutne umizgi i udowadnianie swojej przydatności jako rozpłodowy buchaj. Podjął więc jeszcze jedną, dramatyczną i nieudaną w efekcie próbę przemiany. Prąd przeszedł od złocistych zębów antymagicznej pułapki, wyciągając z jego gardła nie skowyt, a sążniste warknięcie irytacji i złości.
Jak walczyłby błoniasty? Zdawało się, że odprawił dziewczynę, sam jednak nie uciekł, przyginając się w czujności do walki. Sięgnie po miecz? Włócznie? A może będzie ciskał z niego oszczepami w locie? Jaka jest jego magia? Czy cienie snujące się wokół Dworu Nocy mogły przybierać fizyczną formę?
Uciekaj stąd!
Klapnął zębami agresywnie, podchodząc jak do zwierzyny, ale zakulał niezgrabnie przez przeklętą pułapkę wczepioną w wilczy bark. Z oddali zbyt dobrze były słyszalne dźwięki zbliżającej się obławy, na stare wilki obławy, słyszał je aż nazbyt dobrze, nawet jeśli jego uszy ciasno przylegały do pochylonego w agresywnym geście łba. Czuł przez zalane juchą nozdrza, że za plecami błoniastego jest jakaś woda, rzeka zdawało się, gdzie mógłby zgubić swój trop.
Wystarczyłoby. Żeby ten Fae. Zszedł. Mu. Z. Drogi.
Ostrzegam! Rusz się!
Zamiast słów, ponownie z gardła uszedł złowrogi warkot, a cała sylwetka napięła się do skoku. Może gdyby był w humanoidalnej postaci, może to spotkanie przebiegłoby zupełnie inaczej…
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b3/29/8e/b3298e297c117fcd8b878ce770ac649a.jpg[/inny avek]
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Jonathan Selwyn - 06.05.2026
Jego towarzyszka rzeczywiście cofnęła się, czego nie można było powiedzieć o wilku, który przecież na pewno zaraz przestanie sprawiać nam problem.
Wilk zawarczał groźnie, a Jonathan powoli zaczął rozważać mniej romantyczny, i niestety pozbawiony zabarwionego poetyką heroizmu czyn w postaci szybkiej ucieczki. No cóż... Z wilkiem i tak walczyć nie zamierzał, liczył natomiast że uda mu się go odgonić, ale jeśli i to było niewykonalne... To jednak ucieczka i to na własnych skrzydłach nie brzmiała jak aż tak tragiczna opcja. Oczywiście sam mógłby zaatakować zwierzę pierwszy, zranić aby go odgonić, tylko że... Może odurzony uroczą nocą, przyjemną randką i kieliszkiem wybornego wina zaczął doszukiwać się rzeczy, których wcale nie było, ale im dłużej patrzył na dostojną bestię tym bardziej miał wrażenie, że jej śmierć byłaby stratą. Pozostawała więc tylko skrzydlata ucieczka i nadzieja, że zranione zwierze ostatecznie sobie poradzi. To lub szybkie ewakuowanie stąd Malachaily i jeszcze szybsze zaimprowizowanie w jaki sposób mógłby opatrzeć stworzenie, co zapewne nie byłoby mądre, ale na pewno zaimponowałoby jego randce.
W tym momencie na polanę wpadli również łowcy, a Jonathan zmrużył oczy w błysku irytacji.
Prawda była taka, że nigdy szczególnie nie przepadał za polowaniami. Uważał je za prostacko-barbarzyńskie o ile nie służyły zdobywaniu pożywienia. I owszem istniały poematy, które w pięknie wykutych piórem słowach, opisywały dzielnych łowczych, którzy w wolnych chwilach, zamiast całować ukochane wargi, polowali dla zabawy ale dla Jonathana tego typu teksty przypominały raczej ładnie napisaną receptę na miksturę wymiotną. Oczywiście co innego, gdy chodziło o prawdziwą bestię krzywdzącą niewinnych mieszkańców.
Wilk jednak nikogo nie krzywdził. To wilk był w tym momencie krzywdzony i Jonathanowi wystarczyło jedynie jedno spojrzenie na łowczych, aby podjąć ostateczną decyzję.
– Zejdzie nam z drogi! – Zawołał jeden z fae. W ręku trzymał łuk, a nos miał jeszcze bardziej czerwony niż wino, którym zapewne się ciągle raczył.
– Nigdy więcej schadzek w lesie – wymamrotała Machaila, ale kątem oka Jonathan zauważył, że kobieta nie ruszyła się ze swojego miejsca za jego plecami, chociaż równie dobrze już dawno mogła sama odlecieć. Wyprostował się więc jeszcze bardziej, rozpiął nieco skrzydła dla efektu i przemówił do grupy łowieckiej jak najbardziej stanowczym głosem jak tylko się dało.
– To wy stąd odejdźcie. Co to ma w ogóle być? Biegacie pijani po tych lasach, polujecie na niczego winne istoty tylko dla zabawy, czym narażacie kuzyna samego Księcia tego dworu! – Tutaj znaczaco poprawił diadem na głowie, który chociaż nie niósł za sobą żadnego prawdziwego znaczenia, to zawsze w głowach innych podkreślał jego stanowisko. – Jak i jego partnerkę na niebezpieczeństwo. Jeszcze chwila a pomyślę, że specjalnie podjudzacie zwierzęta, aby uprzykrzyć życie ważnym dyplomatom!
Łowcy cofnęli się o krok, spojrzeli po sobie jakby nie do końca wiedzieli czy powinni ufać jego słowom, po czym zaczęli mamrotać pod nosem coś o tym że z tym wilkiem tak jakoś wyszło.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e761bdbc1d036165dd956e6bf3fb2cc2/6c1b9876372b9db4-44/s400x600/b590b9a26838c4223394c5c80cd1752a601bfa5e.pnj[/inny avek]
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 02.06.2026
Decyzja powinna być błyskawiczna, w końcu zależało od niej jego życie.
I pewnie gdyby rzeczywiście był wilkiem, ten moment zawahania napotkanego błoniastego a już zdecydowanie pojawienie się kmiotków tego parszywego miejsca sprawiłoby, że w kimś przywarta do metaforycznej ściany bestia zatopiłaby zęby.
On jednak nie był bestią. Wciąż był fae, jego świadomość i zdolność rozumowania czy kalkulacji całkiem miała się dobrze mimo rozprzestrzenionej po ciele boleści i pulsującej w nim adrenalinie nakazującej atak, gdy opcja ucieczki była wyczerpana. Był pewien że gdyby uskoczył w którąkolwiek ze stron kolejna strzała rozdarłaby mu skórę, tym razem być może sięgając życiodajnych rzek. Przez tego nadętego idiotę stracił niezbędne sekundy. Teraz jednak gdy dotarlo do niego wiążące kuzyn księcia, to zastrzygł uszami wyłapując porwane percepcją strzępy rozmowy obcych, całą siłę woli wkładając w to, aby pozostać na czterech łapach i nie potknąć się, nie zwalić na ziemię.
Być może rozumniej byłoby jednak uciec, wykorzystując impas między lokalnymi, zamiast pozostawać w szachu. Być może…
– Ależ Panie musimy przecież Cię chronić! I Twoją towarzyszkę! – padło w końcu, gdy mężczyźni ustalili między sobą, że rzeczywiście rozpoznają w illirze książęcą krew, albo (co bardziej prawdopodobne) że nie chcą ponosić konsekwencji pomyłki w tej materii.
A czas płynął, jak krew, uchodząca z ciała jak siły, które wcześniej podsycane rozpędem teraz rozpływały się fałszywą ułudą zatrzymania. Zachwiał się, cholera jasna, zachwiał co oczywiście nie umknęło uwadze agresorom
– Panie on jest na jeden strzał! My nie kłusownicy chcieliśmy dać go w prezencie Księciu jako dar na Wielką Koniunkcje Siedmiu Księstw. Pozwól biednemu ludowi oddać hołd władcy – momentalnie zmienili śpiewkę, gdy wiatr zawiał w inną stronę. Gdyby tylko… gdyby nie ta pułapka, wróciłby do faeńskiej prezencji i rozwiesił między konarami lasu ich rozszarpane pnączami trzewia. Warkot przeszedł w piśniecie, gdy nie był w stanie utrzymać zadu i opadł na leśne poszycie. Jeśli byłby to rzeczywiście jego koniec to rzeczywiście byłby to nader żałosny los o którym nikt nawet by nie zaśpiewał. Zgnieciony kwiat przed pełnia rozkwitu. Nie żeby nie miał tych 300 lat na karku, ale teraz gdy nadarzyła się w końcu okazja, gdy mógł sięgnąć po swoją szansę…
– Wystarczy jeden strzał, jeśli wolisz zrobić to sam Panie, to damy Ci łuk…
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b3/29/8e/b3298e297c117fcd8b878ce770ac649a.jpg[/inny avek]
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Jonathan Selwyn - 03.06.2026
Jonathan nieszczególnie myślał nad kolejnymi krokami. Bo czy nie było tak, że nawet jeśli myśliwi odpuszczą, to wilk niechybnie wykrwawi się przez zadaną mu ranę? Ach, jakaż szkoda, że to wszystko nie wydarzyło się dwa tygodnie temu, gdy był dokładnie w tym samym miejscu na randce z pewnym przystojnym fae, który zajmował się leczeniem zwierząt. Nawet nie porozmawiali szczególnie na te tematy, a to mogłoby mu teraz pomóc, chociaż zapewne dobrze wyszło, że gdy został przyłapany na schadzce to był tu akurat z kobietą. Kolejne kroki nie były jednak obecnie aż tak istotne, bo na razie dalej musiał pozbyć się tych myśliwych, aby mógł jakkolwiek dalej myśleć o tym jak pomóc zwierzęciu, które, chociaż zapewne inteligentne, wciąż było tylko zwierzęciem z atakiem jako naturalną obroną.
Pokręcił głową robiąc krok do przodu. Gdzieś z tyłu Malachaila westchnęła cicho, ale kuzyn księcia nie był w stanie określić, czy wzdychała do niego, czy raczej przez ból głowy wywołany jego działaniem.
– Powiedziałem… – zaczął groźniej niż zamierzał. – Że macie zostawić go w spokoju i sobie stąd iść, a chronić to będziecie musieli siebie przed konsekwencjami waszej ignorancji jeśli zaraz się mnie nie posłuchacie.
Kłusownicy wreszcie łaskawie raczyli zrozumieć, że wysoki fae nie żartował, więc bardzo niechętnie opuścili swoje bronie. Jonathan zrobił kolejny krok w stronę wilka.
– Jeżeli którykolwiek z was teraz do niego strzeli i powie, że to dlatego, że próbowaliście mnie ratować, to osobiście zadbam o to, aby wymyślić nowe prawa, które zaprowadzą was na spotkania z lochami – oznajmił jednocześnie zastanawiając się w duchu, czy straci przy tym wszystkim rękę, a jeśli tak to jak bolesne będzie założenie protezy. Wziął głęboki oddech i wreszcie podszedł do wilka.
– No już. W porządku. Nie zrobię ci krzywdy. Obiecuję. Chcę tylko sprawić, aby przestało boleć – mówił kojąco, chociaż zwierzę nie miało prawa go zrozumieć. – Zaraz pozbędziemy się tej paskudnej pułapki. Okropnie nietwarzowa, co? – Stanął tyłem do kłusowników, tak że gdyby chcieli ponownie zaatakować zwierzę, musieliby również trafić w szanowanego dyplomatę, którym przecież był. – Gotowy? Raz, dwa, trzy. – Ostrożnie wyciągnął wczepioną w wilka pułapkę, którą następnie rzucił w stronę kłusowników. Dalej miał wszystkie palce. Doskonale! Spojrzał na myśliwych i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył, że część z nich już pospiszenie odeszła, zapewne uznawszy, że zdobycz nie była warta swojej ceny, a ci którzy zostali z pewną obawę wpatrywały się w Jonathana.
– Jeśli pomożecie zanieść go do nadwornego zoologa, zapomnę o tym co tutaj dzisiaj widziałem – oznajmił dobrodusznie.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e761bdbc1d036165dd956e6bf3fb2cc2/6c1b9876372b9db4-44/s400x600/b590b9a26838c4223394c5c80cd1752a601bfa5e.pnj[/inny avek]
|