Secrets of London
[26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi (/showthread.php?tid=5967)

Strony: 1 2


[26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Helloise Rowle - 20.04.2026

26 września
spóźniona i bardzo poważna rozmowa
[Obrazek: imgproxy.php?id=Vd23tGL.png]


Nieznany Śmierciożerca zniknął. Helloise tkwiła martwo pośrodku chaty. Niby obrócona w kamień, gdyby nie to, że pierś kobiety lekko falowała wraz z oddechem. Leviathan zaoferował, że wypali ją do gołej ziemi.
Czarownica poruszyła karkiem, kręgi strzeliły, a ich trzask poniósł się nadzwyczaj głośno przez opustoszałą kuchnię. Wiedźma pomruknęła cicho, poprawiła sukienkę i w milczeniu poszła do sypialni, żeby się położyć. Łóżko pachniało kojąco znajomo, a on wypaliłby ją do gołej ziemi. Skubiąc w zamyśleniu niteczkę narzuty, płynnym ruchem różdżki odpaliła świece: ogień pobiegł wokół niewielkiego ciemnego pokoiku i chmara płomyczków uniosła się w powietrze, tworząc wokół łóżka kręgi. Ich przytłumiona jasność wyciągnęła z szarości zmierzchu kształty i cienie roślin.
Może kryło się coś za tym, że był gotów ją palić. Może miał jakiś plan, jakąś myśl siegającą dalej niż jej rozumienie, ale ona pamiętała tylko te słowa i zimne, drapieżne oczy gada.
Na stoliku nocnym wciąż leżały ostatnie listy od niego. Helloise podniosła je i czytała w migotliwym ciepłym blasku świec. Potrzebował od niej eliksiru chroniącego przed ogniem. Dom jest odporny, ale ja nie jestem, wiodła palcami po skreślonych przez Rowle’a literach. Och, nie jest. Jego również można było wypalić. I choć porastał łuską — jak smok, rodzony brat tych gadów podniebnych, przeznaczony do życia przy ogniu — odporny nie był. Smocza skóra dawała tylko złudzenie smoczej potęgi. Ogień pożarłby Leviathana tak samo łakomie, jak pożarłby Helloise.
Czarownica wyciągnęła rękę i chwyciła zwieszony w powietrzu, dopalający się ogarek. Wosk był plastyczny, jej palce tonęły w ciepłej masie. Przystawiła płomień do listu, czekając, aż papier się zajmie, po czym puściła świecę. Patrzyła, jak ogień zlizuje imię, jak znika Levi, a za imieniem wszystkie słowa, które od niego dostała. Kartka sczerniała i skruszała w rękach Helloise. Otchłanie czystych błękitnych oczu łykały roztańczony płomień, pozwoliły mu rozhulać się w swoich odbiciach. Gdy gorąc sparzył jej skórę, czarownica odrzuciła pokurczone, żarzące się zwłoki listu na podłogę.
Leviathan również mógł spłonąć.


RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Leviathan Rowle - 21.04.2026

Louvain zniknął i została tylko chata na kurzej nóżce. Chata, a w środku niej Helloise, wobec której myśli kłębiły się teraz niespokojnie, niezdecydowane w którą stronę właściwie powinny się porwać i zwrócić. Powiedział jej, że donosicieli palą do gołej ziemi, ale przecież Helloise nie była donosicielką. Była na to zbyt mądra i chyba wcześniej, w obecności Martesa, niezbyt objął umysłem fakt, że w oczach kolegi śmierciożercy mogła się właśnie w ten sposób prezentować. Jako potencjalna donosicielka.

A teraz domek był pozbawiony już tego obcego elementu, który podzielił ich jednoznacznie. Levi nie ociągał się przesadnie, ale Hela zdążyła siąść do listów i pozwolić, by papier zajął się ogniem. By wymazywał kolejne skrawki jego samego, które podsyłał jej w korespondencji.

Dźwięk teleportacji na nowo rozległ się w sieni i tym razem trzymana przez niego różdżka, natychmiast zniknęła w fałdach czarodziejskiej szaty. Nie było potrzeby, by zostawała w gotowości. Nie kiedy byli tu tylko we dwoje, a mroczny znak nie wił się niespokojnie na jego przedramieniu, zmuszając do posłuszeństwa i zareagowania na wołanie.

Stał i patrzył, dokładnie tak jak zawsze zdarzało mu się prezentować, ale tym razem wydawało się być w tym więcej zamyślenia czy pewnego niepokoju, który krył się w ledwo zauważalnych detalach. Wreszcie jednak zrobił krok. Kolejny i następny, w kierunku łóżka, a potem usiadł na jego skraju i jeśli Hela nic nie powiedziała, przez moment znowu panowała tylko cisza.

Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego zaprosiłaś go do swojego domu? Dlaczego pozwoliłaś mu na to wszystko? Czego właściwie oczekiwałaś? Myślałaś, że co się stanie w takiej sytuacji? Dlaczego mnie nie słuchałaś? Dlaczego, dlaczego, dlaczego, a wszystkiego mianownikiem było ułożenie słów tak, by to ona była najbardziej wszystkiemu winna. Ale zamiast powiedzieć którąś z tych rzeczy i zadać pytanie, wpatrywał się w pełgający płomień.

- Zawsze wydawało mi się, że zależy ci na twojej wolności - ale zamiast tego robiła krok za krokiem w stronę czegoś, co on uznawał za klatkę która będzie ją więzić.




RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Helloise Rowle - 22.04.2026

Czarownica drgnęła nerwowo, gdy usłyszała dźwięk teleportacji, lecz zaraz ogarnęło ją rozluźnienie, gdy deski podłogi ugięły się pod znanym ciężarem w rytmie znanych kroków. Rozluźnienie przeobraziło się w niemoc, gdy zobaczyła czarodzieja w drzwiach. On również wydawał się nieswój.
Trwali w ciszy. Helloise nie przerywała jej. Leżała sztywno i patrzyła szeroko otwartymi oczyma w sufit, w ogniste światełka, którymi obsiała pomieszczenie. Po pokoju poniósł się nikły swąd spalenizny z dogasającego listu. Ledwie padły słowa, którymi Leviathan otworzył rozmowę, powietrze uciekło z płuc kobiety, jakby coś ścisnęło gwałtownie jej żebra. Poruszyła bezgłośnie ustami, niby zwracała modlitwę do bóstwa, któremu słów nie trzeba było wypowiadać, i po chwili dopiero odezwała się cicho:
— Dlaczego pozwoliłeś ją zabrać?
Brzmiała smutno i pusto. Nie miała sił nawet na jadowity wyrzut, na złość. Podniosła się do siadu, obejmując kolana ramionami i przyciągając je mocno do piersi.
— Znalazł mnie jakoś — zaczęła opowiadać, początkowo z trudnością, jakby przedzierała się przez te pierwsze słowa wbrew sobie. Nie patrzyła wciąż na mężczyznę, a w między światła. Tak było łatwiej. — Próbował mieszać mi w głowie. Powoływał się na ciebie. Opowiadał, że jesteście dobrymi znajomymi, że chce wyrównywać ze mną jakieś długi wdzięczności, coś mi dawać… Nie uwierzyłam mu, oczywiście, że nie. — Urwała na chwilę, żeby wziąć płytki wdech. — Co ty byś zrobił? Gdybyś był mną. — Zadarła nieco brodę do góry, marszcząc brwi, zaciskając usta. Coś w sobie tłumiła. — Wiesz, jacy są ci ludzie. Wiesz, do czego są zdolni. Skąd miałam wiedzieć, jak przyjmie odmowę? Jak miałam powiedzieć: „nie”, kiedy ty tak bardzo dbasz, żebym była dla nich nikim? Ile znaczy dla kogoś takiego jak on odmowa od nikogo?
Wreszcie spod głuchej pustki wyłoniła się gorycz; Helloise zacisnęła kurczowo palce na materiale sukienki.
— Próbowałam cię prosić o pomoc. — Głos jej zadrżał, ale opanowała to drżenie i uparcie kontynuowała. — Napisałam do ciebie, gdy tylko on zniknął. Następnego dnia przyszedłeś i sprzątaliśmy krew. — W jej pamięci odbiło się boleśnie wspomnienie tego, jak histerycznie krążyła wokół ciemnej plamy. Jak błagała niemal, żeby ją zabrał. — To z nim widziałam widma. Powiedziałam ci, że przyszedł do mnie mężczyzna. Chciałam prosić… a ty… — Uderzyła tamtego dnia Leviathana. Zaczął z niej kpić i wszystko się w niej rozsypało, została przemoc, więc uderzyła go, gdy pochylił się nad plamą. — Ty miałeś dla mnie tylko pogardę. W twoich oczach znów dałam się komuś jak głupia wykorzystać. — Mrugnęła kilka razy powoli, nie dopuszczając łez. — Przez te widma byłam wtedy… — wzięła głęboki drżący wdech — słaba — uciekło bezwolnie z jej ust i poczuła się z tym wyznaniem żałośnie ludzko. — Nie mogłam… Nie mogłam. Nie mogłam. Nie dałabym wtedy rady dźwignąć jeszcze więcej twojego niezadowolenia, a wystarczyło ci usłyszeć tak niewiele, żeby mnie ocenić. Co gdybyś usłyszał wszystko? Nie mogłam — syknęła, odzyskując przebłysk zwyczajowej zajadłości, który zaraz zgasł.
Helloise rozejrzała się bezprzytomnie po pokoju, jakby szukała w nim ratunku. Gdzie była teraz jej wolność? Zakątek, w którym uwiła sobie kryjówkę przed światem, sypał się od miesięcy. Na wizerunku wiedźmy odległej od przyziemnych spraw zaczynały pojawiać się rysy. Dawno nie czuła się tak miernie i ludzko, jak w tamtej chwili pokulona na łóżku.
— Jakie miałam wyjście? — westchnęła. — On nie był pierwszym, który tu przyszedł. Trafił tu przed nim i wasz ranny. Oni tu przychodzą i oczekują, a jaką ja mam przy nich moc, jeśli jestem nikim? Szukałam pomocy, odtrąciłeś mnie. Jakie miałam wyjście inne niż przyjąć tę ofertę, kiedy nawet dziś ty nie wstawiłeś się za mną sam, tylko schowałeś mnie za protekcją Voldemorta, Levi?


RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Leviathan Rowle - 23.04.2026

- Nigdy nie była moja do oddania - nawet jeśli naprawdę w to nie wierzył, to i tak zamierzał uważać, że Helloise miała tutaj największą sprawczość. Może gdzieś pod tą gruboskórnością i niechęcią faktycznie wciąż stał ten sam chłopaczek, który obserwował ją z wyznaczonej granicy, po tym jak ta dawno ją przekroczyła. Jak biegła przed siebie, nakazując mu by wracał, samej łapiąc tę rzeczoną wolność we własne ręce. A teraz? Teraz wydawało mu się, że nie była w stanie zrobić tego w taki sposób, w jaki by sobie życzył. By była w pełni zdecydowana, a jednocześnie zrozumiała dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, by zostawała od tego wszystkie odcięta najdłużej jak tylko mogła.

Jej pytania trafiały w eter. W lekkie przekrzywienie głowy, głębszy wdech, albo pogłębioną na moment zmarszczkę, która usadowiła się między brwiami. Nie chciał jej przerywać, jakby obawiając się że jeśli to zrobi, wszystko co teraz z siebie wyrzuca rozpryśnie się niczym mydlana bańka. Ale w miarę jak mówiła, to ściągnięcie brwi zmieniało się na bardziej gniewne. Nie był zły na nią, o nie. Louvain przekraczał granice, tak samo jej jak i jego, drążąc temat z zaciekłością, której wielu mogłoby pozazdrościć. Szkoda, że z takim samym zainteresowaniem nie drążył swojej kariery, nie niszczył tych wszystkich plotek które krążyły dookoła niego i nie interesował się tym, co działo się z jego siostrą. Służba Czarnemu Panu to była jedno, ale odkąd ten kazał Leviemu zwrócić szczególną uwagę na swoją rodzinę, ten z tym większą rozkoszą łapał się teraz na tych spostrzeżeniach odnośnie Lestrange'a.

- Louvain Lestrange - zaczął powoli, z namysłem wpatrując się już nie w płomień świecy czy samą Helloise, ale gdzieś przed siebie. - To plaga której najlepiej byłoby skręcić kark - rzucił wreszcie cicho, chrapliwym tonem. Sam Rowle chyba nie był pewien, w którym momencie swojego życia ocenił w ten sposób Martesa, ale było coś w tym człowieku coś, co wzbudzało w nim obrzydzenie. Był dobrą Lewą Ręką, ale w momencie kiedy ściągał maskę i czarne szaty, zachowywał się w ten obślizgły, przewrotny sposób zwykłego szaleńca, który zatracił się w swojej pogoni za siłą. Jakby nigdy wcześniej nie doświadczył jej w życiu i już przy pierwszym hauście zachłysnął się nią do granic możliwości, tak że nie był już w stanie myśleć trzeźwo. A mimo tego kalkulował i podążał za tymi wyimaginowanymi wynikami.

W tym momencie, siedząc w ciasnym pokoiku razem z Helloise, nawet nie silił się na to by podtrzymać jakąkolwiek iluzję tajemnicy. To już nie był Martes, bo Martesa w ogóle tutaj tego dnia nie było. O nie, był Louvain Lestrange, który chwalił się swoją sprawczością. Czymś, co zostało mu nadane przez kogoś o wiele przez niego potężniejszego. Bez Czarnego Pana byłby nikim. Kolejną strąconą z piedestału gwiazdką, kolejnym urzędnikiem. Kolejnym nikim.

- Pisał do mnie, kim byłaś. Po Spalonej Nocy. Ale jest to człowiek, który nie rozumie odmowy. Który nie rozumie aluzji - odwrócił wreszcie twarz w jej stronę. - Wiesz czemu chciałem, żeby te sprawy dotyczyły cię jak najmniej? Czemu odmawiałem mu zdradzenia mu kim byłaś? Bo dla niego nie jest istotne kim jesteś. Liczy się to, ile może od ciebie wziąć i na jak dużo mu się pozwoli. Jak bardzo będzie w stanie wcisnąć się pod skórę i zagnieździć tam - słowa były sztywne, przepełnione goryczą, ale te emocje nie płynęły do niej i nie z jej powodu. Był to zawód kogoś, kto uważał się za osobę zupełnie innej kategorii niż omawiana przez niego osoba. Lepszej, oczywiście.

- Ciężko mi zrozumieć, dlaczego uważasz że mój zawód byłby czymś... czymś co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Zawsze wracałem, prawda? Zawsze, kiedy tego chciałaś, zawsze kiedy wołałaś, znowu byłem. Wiem, jaki mogę być - głos uspokoił się i wyłagodniał, wyzbywając poprzedniej ostrości. To natomiast co działo się po Spalonej Nocy, cała sprawa z Faye, gorycz jaka w nim wzbierała od dłuższego czasu, tylko pogarszały sprawę. - Czego byś chciała Helloise? Stoisz na granicy, jak zawsze. Wolisz być Helloise spod lasu, z chatki na kurzej łapce, czy może wolisz być Helloise Rowle?




RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Helloise Rowle - 24.04.2026

Nigdy mu się nie uskarżała na to, jaki bywał, bo nie było w niej wiele rzewnej płaczliwości. Gdy atakował ją, wycofywała się w bliźniaczy mu dystans i chłód, nigdy w słabość. Płynął w niej ten sam upór i duma, które kazały bronić się i walczyć z naostrzoną oschłością, nigdy ulegać. Teraz jednak rozwłóczyła żałośnie strzępki swojego serca po tym łóżku jak wymiętą szatę splątaną u podkulonych nóg. Dała mu wszystkie ułomne wrażliwości i drżenia, które zbierały się w niej tygodniami pod ciężkim płaszczem własnego zobojętnienia i narkotycznej mgły.
Nie miał odwagi przyjąć ich i spojrzeć na swoją winę. Zaczął mówić o Louvainie, a w miarę jak mówił, Helloise chowała tę ranę, którą przed nim odsłoniła, a którą w części sam on jej zadał, co teraz próbował złożyć na barkach Lestrange’a wyłącznie.
Zimny Śmierciożerca otrzymał imię — Louvain Lestrange. Imię, które znała, lecz nigdy nic dla niej nie znaczyło, gdy przewijało się w rozmowach. Słyszała o bracie Williama, może nawet widziała go kiedyś, lecz był to dla niej w tamtych czasach nikt więcej jak kolejny mały chłopiec niewart uwagi.
— Więc tak dorosło to dziecko — powiedziała cierpko, ledwie poruszając ustami, a mówiła to bardziej do siebie niż do niego.
Dziecko Lestrange’ów zyskało więc w jej głowie nowy kształt.
Ciężko było pozbierać to, co rozsypało się z taką mocą, lecz gdy Helloise słuchała kolejnych słów Leviathana, coś tężało w niej stopniowo i przywracało dawną formę wiedźmy. Złożyła ją w całość ta sama siła, do której zawsze uciekała się w potrzebie — gniew. Gniew rozszedł się elektryzująco pod skórą i pospinał w czarownicy wszystkie rozbite fragmenty, zbyt ciasno może zebrał je, zbyt blisko niebezpiecznej granicy, przy której mogła łatwo znów wybuchnąć gwałtownymi emocjami.
Rozprostowała podkulone nogi wzdłuż łóżka i spojrzała na mężczyznę, chowając tkliwość.
— Nie trzymasz mnie z daleka — zaczęła z gorzką rezygnacją. — Gdybyś chciał trzymać mnie z daleka, wziąłbyś ode mnie tamtej nocy kosz z eliksirami, a mnie samą zabrał do rezerwatu. Jeśli wiedziałeś, że ktoś mnie szuka, wysłałbyś ostrzeżenie, żebym wiedziała, że może nadejść i co mam robić, jeśli się pojawi. Nie trzymałeś mnie z daleka od tego, tylko siebie z daleka ode mnie. — Powoli głos jej oczyszczał się z ciężkiego na wpół łzawego tonu i nabierał zwyczajowej leniwej barwy. — Nie oczekiwałam, żebyś mnie trzymał z daleka, ale oczekiwałam wzajemności. To, że Louvain Lestrange nie potrafi dostrzec wartości tego, kto jest kim, nie znaczy, że to nie ma znaczenia. Ma znaczenie. Levi, to ma znaczenie, kim jesteś i kto stoi za tobą. Gdzie twoja duma?
Ona nie widziała powodu, aby kryć się po kątach. Nigdy nie zapomniała dumy, nawet jeśli nosiła ją pod koronami drzew, nie pod sklepieniami pałaców.
— Jeśli jest jedna rzecz, jakiej nauczyło mnie moje życie — nachyliła się w stronę mężczyzny jak drapieżnik wyglądający za ofiarą, dzieląc z Leviathanem w tamtej chwili jego niechęć Lestrange’a — to, że ludzie, którzy chcą naruszać granice i niszczyć, muszą umieć bardzo dokładnie liczyć. Ludzie tacy jak on łatwo zapędzają się w przepaść. Czy Louvain Lestrange wie, na ile krzywd i nienawiści może sobie pozwolić? Potrafi przewidzieć, kiedy zaciągnie dług, który go pogrąży? Czy on ma wielu przyjaciół pośród was? — Helloise nauczyła się wybornie rachować gniew, który jej działania mogły rodzić. Lata całe pełne cierpienia kosztowało ją, aby posiąść tę lekcję. Musiała pierw spaść na dno, lecz doświadczyła go już i znała doń drogę. Nauczyła się wyczuwać granicę i przekraczać ją tam tylko, gdzie mogła to zrobić, nie tracąc bezpowrotnie przydatnych jej łask. — Kiedy zliczysz krzywdy wobec przypadkowej kobiety, dług nie jest imponujący. Krzywdy rodów rozliczane są inaczej. Jeśli on nie potrafi tego dostrzec, tym gorzej dla niego, bo przyjdzie moment, gdy dostrzeże to w nim jego pan. Jesteś tam i ty, i Seisyll, i twój ojciec. A to ci tylko, o których wiem. Wasza siła nie jest bez znaczenia.
Miała nadzieję, że on będzie potrafił spojrzeć na to tak samo jak ona patrzyła, gdy brała pod uwagę sprawczość jego i pozostałych z rodu. Nigdy bowiem nie wątpiła w siłę Leviathana, lecz teraz powątpiewała w to, czy słusznie nią kierował.
Oboje byli nieustępliwi i skorzy do stawiania na swoim, lecz Helloise wystarała się w tamtej chwili, aby rozmiękczać swoje ostre krawędzie i okazać mu mimo niezadowolenia coś z kobiecej łagodności, mając nadzieję, że to powstrzyma ich od kolejnej walki. Lżej więc domykała zdania, nie była tak kategoryczna, więcej mieściło się powietrza między jej kolejnymi słowami.
— Do kogo ty tu zawsze wracasz? — zapytała cicho. — Dlaczego ja nie odchodzę, mimo że oboje wiemy, jaki potrafisz być? Niektóre rzeczy sięgają głębiej, niż mogą wniknąć rany. Jesteśmy jedną krwią. To splata mocniej niż nazwisko, które możesz wypalić z kronik i gobelinów. Pamiętam, jak się rodziłeś, uczyłeś mówić i chodzić. Od swojego pierwszego dnia jesteś czymś, co kocham. Dlaczego miałabym nie słuchać tego, co o mnie mówisz? Myślisz, że jestem bez serca? — Klękła na materacu tuż przy Leviathanie i ułożyła ciepłą dłoń na jego policzku, żeby trudniej było mu uciekać wzrokiem od jej oczu wilgotnych od niewydarzonych łez. Refleksy przesuwających się po pokoju płomieni świec co chwila rzucały na twarz kobiety inny cień i inną wyciągały z niej emocję: raz była zła, raz smutna, raz pełna obawy. Być może na raz wszystko. — Każesz mi wybierać rolę, a czy ty sam umiałbyś te dwie twarze oddzielić? Kogo tamtej nocy zabrałeś ze sobą do Śmierciożerców? Czarownicę spod lasu czy swoją krewną? Ja poszłam tam dla kogoś, z kim dzieliłam dom. A gdy wyszłam? Gdy odnalazły mnie następstwa tej pomocy? Przestałam wtedy być rodziną i próbujesz mnie odsunąć. Musisz zrozumieć, że jedyny powód, dla którego ja znalazłam się w tej wojnie, to krew. I stawiasz to tak, jakby warunkiem otrzymania rodzinnej wdzięczności było noszenie wystarczająco ładnych sukien i odwiedzenie wystarczającej ilości balów.


RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Leviathan Rowle - 05.05.2026

Zadziwiająco łatwo przychodziło mu zgodzenie się z tym, co miała do powiedzenia. W ciszy, oczywiście, i przed samym sobą. W głowie obracał powoli jej słowa i pomimo tego, że gdzieś pod spodem znajdowała się warstewka gniewu, wciąż obecna po przywołaniu przez Louvaina, nie był w stanie nabrać jej pełną garścią i wycelować z Helloise. Zasłaniał się Lestrangem, bo to on był dla niego największym problemem. Nienaruszalną siłą, której postawy nie dało się zmienić, nie ważne co próbować nakłaść mu do głowy.

Pozwolił jej przebrnąć przez to wszystko. Przez gorzką rezygnację, przez łzawy ton, który powoli wracał do jej zwyczajowego rozleniwionego stanu. Nie uważał, by Lestrange faktycznie zdawał sobie sprawę z tego, gdzie zapędzało go jego własne zachowanie i że szala goryczy wreszcie mogła się przelać. Był człowiekiem, który ewidentnie był za mało karany za dziecka i nienauczony granic. Nienauczony szacunku do ludzi, którzy w tym świecie i społeczeństwie mieli być mu równi.

- Nie nazwałbym tego przyjaciółmi. Rodzinę? Ale rodzina może się zmęczyć kim takim jak on - powiedział powoli. Ciężko było mu oszacować to, o co pytała, bo zwyczajnie nie znał wszystkich zwolenników Czarnego Pana. W tym tkwił chyba problem - Louvain był tym, który znał imiona i nazwiska innych.

Przyglądał się jej z uwagą, ale coś w nim łamało się trochę. Dociskał do podłogi chęć odpowiedzenia jej z przekąsem i dumą, bo niewiele było tutaj na nią miejsca. W końcu ta duma zawsze doprowadzała do kłótni i sporów. Do większego jeszcze konfliktu, a nie potrzebowali tego w tym momencie. Teraz powinni się jednoczyć i obrać wspólny cel, który był bardziej był widoczny jak wcześniej. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż się wahał. Wciąż nie był w stanie strząsnąć z siebie tego, co zostało w niego wtłoczone od momentu, kiedy opuściła rodzinny dom. Helloise przestała być wtedy w pełni Rowle. Była gdzieś pomiędzy. Była niewygodnym tematem, ale jednocześnie wciąż znajdowała miejsce na rodzinnych zgromadzeniach. Miała być pilnowana, miała nie wychylać się zanadto, a jednocześnie powoływała się nieustannie na swoje pochodzenie. Na ich wspólny dom. Na krew, która płynęła w ich żyłach.

Musiała wybrać. Musiała, a przynajmniej to powtarzał cichy głos w jego głowie, ten wciąż przykuty do murów domu i do drzewa ich rodziny.

- Mówisz tak, jakby wszystko zależało ode mnie, a tak wcale nie jest. Przepraszam cię, że podjęte przeze mnie decyzje nie były tymi właściwymi - prawda i przyznanie się do winy, paliły w usta niemiłosiernie. Może faktycznie było mu szkoda, bo przecież w idealnym świecie, tym gdzie wszystko byłoby dobrze, nie popełniłby aż tylu błędów. - Nie uważam, że nie masz serca, ale też nie sądzę bym był w stosunku do ciebie nieomylny. W końcu jestem synem swojego ojca - a Lazarus trzymał siostrę na pewien dystans, podobnie jak reszta starszej części rodziny, wciąż pamiętając jej, cóż, zdradę. - Dlatego pytam czego chcesz. Dlatego chcę, żebyś ty wybrała, jako kto chcesz istnieć dla tego świata. Nie tylko dla mnie i dla rodziny. Chcesz żeby tacy jak Lestrange przypomnieli sobie twoje nazwisko? Nie musisz powtarzać dwa razy - sięgnął dłonią do tej, którą ujęła go za policzek. I bez tego nie odwróciłby od niej spojrzenia. Nie mógłby. Odjął jej palce od siebie i ucałował ją w nadgarstek. - Chcę go przekląć, Helloise.




RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Helloise Rowle - 07.05.2026

— Zatem albo ma silne argumenty, które dają mu absolutną protekcję w oczach waszego pana, albo pewnego dnia zabraknie mu łask. Jeśli potrzebujesz więcej dowodów na lekkomyślność Lestrange’a, to w chwilę po tym, jak pierwszy raz się zobaczyliśmy, rozbroił się całkiem, odrzucił przede mną różdżkę. Takim jak on często wystarczy pozwolić popełniać błędy, a pogrążą się sami.
A czasem głupi miał, niestety, szczęście.
Przeprosiny Leviathana wybrzmiały niespodziewanie, bo Helloise przestała ich wypatrywać. Wiedziała, że nie przyszły mu łatwo, więc ceniła je wysoko. Poczuła wówczas ulgę i nadzieję, że oto na nowo rzucono między nich most prawdziwego porozumienia.
— Dziękuję — wyszeptała, rozmiękczona nie tylko słowami, ale i ustami odciśniętymi na jej nadgarstku. Dziękowała mu tym samym tonem, jakim dziękowała, gdy dawał jej w Nocy maskę przed pójściem do Ataraxii. Gdy poprosił, żeby byli tylko Draconisem i kobietą pod tą maską. Przyjęła wtedy jego wersję i grała posłusznie wyznaczoną przez niego rolę… zanim wszystko się skomplikowało. — Przepraszam, że to się tak skończyło. Wiem, że nie tego chciałeś — powiedziała nie bez nuty smutku, bo i ona jeszcze do niedawna nie rozważyłaby dla siebie takiej drogi; pławiła się swoją wygodną nieświadomością i życiem z dala od konfliktu. — Ale masz rację. Tę decyzję podjęłam ja i nie obwinię cię za nic, co przyjdzie po niej. Chciałam tylko, żebyś rozumiał, dlaczego tak się stało i nie winił mnie za to, że znalazłam się… tutaj.
Ona nie czuła, aby musiała wybrać. Helloise nigdy nie rozumiała konceptu tego, że dla świata należało jawić się kimś o konkretnych konturach, zamiast zwyczajnie sobą. A może doskonale to rozumiała, lecz celowo odwracała oczy w akcie sprzeciwu wobec sposobu, w jaki ludzie urządzali społeczeństwo. Dla niej temat roli społecznej był w zupełności zbędny. Nie poważała konceptu obowiązków wynikających z nazwiska, potrzeby zachowania prezencji, określenia swojej pozycji. Była tym, kim była. Wiedziała, kim jest, i nie opisywała swojej tożsamości żadną literową etykietą: nazwiskiem, tytułem czy rolą. Wierzyła w wartość tradycji, wiary i rodziny — nie salonowej gierki. Wszystko dlatego, że przeżyła w niej po ów dzień nigdy niedobita dziecięca wiara w to, że ona, Helloise, może w pojedynkę przeciwstawić się tej społecznej machinie i swoją obecność w świecie ustanowić na własnych zasadach. Bez sztucznych rozgraniczeń, bez konkretnych zobowiązań.
Milczała więc dłuższą chwilę, gdy Leviathan docisnął ją ku wyborowi, który budził w niej tak głęboko zakorzenioną niechęć. Skonfliktowana błądziła wzrokiem po jego twarzy; szukała wskazówek.
— Było mi tu zawsze dobrze — powiedziała wreszcie. — Bardzo dobrze. Miałam swoje miejsce, a teraz ono zniknęło. Nie mogę iść w stronę lasu. Musiałam wyjść w stronę ludzi, musiałam, bo nie było innej drogi. — Zacisnęła usta. Przez potulną łagodność przebiła się zwykła Helloise: ta nieprzejednana. Nie wroga Leviemu, ale zdeterminowana na swoje cele. — Chcę wrócić do Kniei. Sięgnę po wszystko, co pomoże mi utorować drogę. To nazwisko ma wartość wśród ludzi, a ludzi potrzebuję więcej. Jest Mulciber, który ma nasłuchiwać o widmach w Departamencie Tajemnic. To nie wystarczy. Byłam z nim u Yaxleyów i widziałam wszystkich tych ludzi… — I nie znosiła ich za to, jak bierni byli, zabawiając się po weselach, podczas gdy makabryczny kryzys toczył miejsce, które powinno być im bliskie. A żenił się przecież Greengrass. — Jeśli nazwisko będzie jedynym sposobem, żeby do któregoś z nich dotrzeć, użyję go. Tak samo jak nie będę się starać ukrywać, jeśli znajdę się między Śmierciożercami. Nie zamierzam słuchać bezczynnie gróźb i obelg od Lestrange’a i jemu podobnych. — I tak jak Levi wcześniej odpuścił, tak i ona zdobyła się w tamtej chwili na coś, czego wcześniej by nie brała pod uwagę w ślepym, niszczycielskim marszu po swoje: — Nie chcę niczyjej krzywdy. Jak mam to zrobić, żeby wam nie szkodzić?
Była zmęczona — nie tylko emocjami tego dnia, powikłaną chmarą krążących wokół niego myśli, ale i wszystkim, co działo się w ostatnich tygodniach. Nie chciała z Leviathanem walczyć ani występować przeciwko niemu. Wręcz przeciwnie: kusiło ją szukać w jego bliskości dalszego komfortu, znaleźć się jeszcze bliżej.
— O jakiej klątwie myślisz?


RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Leviathan Rowle - 12.05.2026

Przeklęty Louvain może i posiadał jakieś niepodważalne argumenty, a może zwyczajnie miał szczęście i Leviathan stawiał na to drugie. Ciężko było mu sobie wyobrazić, co takiego Lestrange wnosił oprócz pewności siebie i grubego portfela, ale nie było to chyba jego do roztrząsania. Na jej słowa o rozbrajaniu się, potarł skronie z jakimś bólem wymalowanym na twarzy, bo brzmiało to zwyczajnie głupio, a przynajmniej nierozsądnie. Ale może na tym polegał jego urok; pokazywał się innym w gorszym świetle, tylko po to by poczuli się przy nim pewniej i przez to mu zaufali.

- Niech więc się pogrąża - podsumował, bo scenariusz kiedy mężczyzna sam sprowadzał na siebie gniew każdego kolejnego czarodzieja, wydawał się najlepszym możliwym obrotem spraw. Przynajmniej najmniej wymagającym dla samego Rowle'a bo jakby nie patrzeć, nawet jeśli chciał żeby Lou zapłacił za swoje wyskoki, chciał na ten gniew poświęcić jak najmniej czasu.

- Teraz rozumiem - powiedział cicho. Przynajmniej chciał rozumieć. Nie były to decyzje, które podjąłby sam, ale może w tym tkwił cały czas ludzi, że mało między nimi takich samych jednostek. Cała ta sytuacja była jedną wielką serią pomyłek; jego, jej, ale i osoby która podzieliła ich jednoznacznie dzisiejszego dnia. Wydawało mu się chyba nawet, że wszystkie trzy osoby tego dramatu, były dokładnie tym co szarpało samą Helloise. Ona sama była swoja chatką i zielenią. Leviathan jawił się jako rodzina i obowiązek wobec niej, a Lestrange był całym światem, gotowym oceniać ją na swój sposób i rzucać jej kłody pod nogi.

- A więc korzystaj z ludzi - zawyrokował, chociaż odrobinę skrzywił się na wspomnienie Mulcibera. Kolejny niewygodny człowiek, który wydawał się stawać wobec tego co reprezentowało słowo rodzina. Nikt, kto szanował jej wartości nie zachowywał się w taki sposób. - Korzystaj z nazwiska i ze swojej chatki. A może wreszcie wrócisz do swojej Kniei. Liczę na to, naprawdę, bo wiem że w niej było ci zawsze najlepiej - pośród zieleni traw i słuchając szeptów które wypowiadały do niej drzewa. Pewnie czułby się dokładnie tak samo zraniony jak ona, gdyby to w Snowdonii zalęgło się podobne zło. - Jeśli będziesz czegoś ode mnie potrzebować, w związku z nimi - śmierciożercami, znaczy. - Zawsze ci pomogę. A co robić by nie szkodzić? Obawiam się, że jedynym wymogiem jest by nikt niepowołany nie dowiedział się o tych sympatiach - znaczyło to mniej więcej tyle, że nie mogła zwyczajnie rozmawiać o tym z kimkolwiek, aczkolwiek też nigdy nie posądzałby jej o coś takiego.

- Pasowałaby mu gorączka krwi, ale to choroba. Ale coś co pobudzałoby go tak samo i bezwarunkowo?




RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Helloise Rowle - 16.05.2026

Chciała wierzyć, że on rozumie i od teraz będą współpracować, zamiast odcinać się siebie nawzajem za chybione kroki. Każde z nich tyczyło własną ścieżkę, lecz mogli zyskać, wędrując przy sobie tam, gdzie była ku temu okazja. Ścieżka Helloise w tamtej chwili zaś skręciła ku Kromlechowi, gdzie od dawna już poruszał się Leviathan — bezpieczniej było zapuszczać się w nieznane znajomym tropem.
— Zawsze wiesz, gdzie mnie znajdziesz — odwzajemniła obietnicę, gdy zaoferował jej pomoc. Od lat niezmiennie krążyła wokół Kniei, jakby, mimo że wciąż żywa, zdążyła stać się zjawą tego lasu.
Louvain powrócił między nich w temacie klątwy. Przekleństwo nie było czymś, czego Helloise poszczędziłaby Lestrange’owi. Bez mrugnięcia okiem patrzyłaby, jak ów człowiek wypełnia się ogniem, który popchnie go do skoczenia w przepaść. Lecz patrzyła również na Leviathana — zawsze odwracała się na Leviathana. Stateczniejszego, ostrożniej poruszającego się po tym układzie, niemal w absolutnej ciszy — a jednak teraz proponującego jej coś, co mogło stać się zaczątkiem burzy. Nie tylko nad Louvainem, lecz również nad nimi.
Czasy, gdy Helloise rzucała się bezmyślnie w nieznaną otchłań dawno minęły. Otchłań wołała, lecz czarownica zaczęła rozglądać się na konsekwencje.
Przyciągnęła do siebie delikatnie ich dłonie wciąż złączone po tym, jak Leviathan ucałował jej nadgarstek, i złożyła jego rękę na swoich kolanach.
— Krew — powtórzyła w namyśle, skupiając się na śledzeniu koniuszkami palców żył ukrytych pod skórą na przedramieniu mężczyzny; przesuwała powoli rękaw jego szaty coraz wyżej. — Posmakowałam krwi Lestrange’a. To odstręczająca trucizna, zimna i gęsta. Taka gorąca smoła… to byłoby nic przyjemnego. — Wyłowiła z pamięci ciemną chatę tamtego wieczora i czarne krwawe usta, czarniejsze niż najmroczniejsza noc pod lasem. Wargi Louvaina błyszczały trucizną i być może tym był cały on: lśniącą ozdóbką zdolną wyłącznie do niszczenia. — Ledwo włączono mnie do tego czarnego szeregu, a ty już pierwszego dnia namawiasz mnie do buntu przeciwko jakiemuś liderowi. Czy to nie ja powinnam ciebie kusić? — Uśmiechnęła się do tej myśli. Spuściła palce w dół jego przedramienia, do nadgarstka, i znów pociągnęła je w górę, jakby próbując nadać nowy rytm sercu pompującemu krew w żyły Leviathana. — Chcemy go zaatakować, a dziś nie zdołaliśmy się nawet obronić. Potrafiłbyś mi obiecać, że obronimy się, kiedy ktoś, on czy jego pan, rozliczy nas z tej klątwy? — Nie chciała krzywdy Rowle'a. Nie ze swojego powodu. — Levi… ja nawet nie wiem jeszcze, przeciwko czemu bym występowała. Nie popełniajmy jego błędu, nie bijmy na ślepo. Zacznijmy od wypracowania dla nas, dla mnie, stabilnej pozycji. Potem przyjdzie czas zemstę.


RE: [26/09/72] Dom jest odporny na ogień, a my spłoniemy do gołej ziemi - Leviathan Rowle - 31.05.2026

Burza nie wydawała się Leviathanowi tak problematyczna, jak można by się tego spodziewać. Domyślał się, że chmury zagotowałyby się im nad głowami, ale jego stateczność i ostrożność zawsze miała swój kres – zwykle właśnie gwałtowny i dość impulsywny. Jakby nagle stawał się rozdrażniony na tyle, by nie móc powstrzymać się od rażeniem gromem tego, kto stanąłby mu na drodze.

Skrzywił się odrobinę, słysząc jej deklarację. Nie na sam fakt, że w ogóle tej czarnej krwi smakowała, a jak obrzydliwe mu się to w ogóle wydawało. Coś, co miało nieść życie i z reguły było ciepłe, w ciele Louvaina otrzymywało temperaturę czegoś gorszego niż nadgniły trup. Jego wycieczka do limbo i powrót z niego sprawił, że stał się chodzącym nieumarłym, który zdawał się żyć i oddychać bardziej dla zasady, albo jakby chciał sprzeniewierzyć się wszystkiemu co dla czarodziejów było święte.

Potem słuchał jej w milczeniu. Chłonął jej słowa, koncentrując spojrzenie na palcach, które poruszały się ospale po jego przedramieniu. Mówiła prawdę i samą prawdę, ale w jakiś sposób w jego głowie równoznaczne to było z bezradnością w tym momencie. Gniew, który wzbudził w nim Louvain, nie mógł znaleźć odpowiedniego ujścia, zablokowany rozsądkiem. Bolesne doświadczenie, bo czuł się jak krokodyl któremu ktoś przejechał prętem po grzbiecie, a on nie mógł odgryźć za to ręki.
— Masz rację — odpowiedział wreszcie cicho, podnosząc spojrzenie na nią. Na jej niebieskie oczy, tak podobne do niego, a jednocześnie pozbawione znamion klątwy. — Zajmiemy się tym, kiedy będziesz już stać pewnie. Kiedy będziesz wiedzieć, na czym wszystko polega — pochylił się ku niej, by ucałować ją w czoło. — Ale myślę, że można o tym powiedzieć Seisyllowi i mojemu ojcu. O Louvainie i jego wykroczeniach.