![]() |
|
[19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora (/showthread.php?tid=5972) Strony:
1
2
|
[19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 21.04.2026 adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Kolejny dzień powoli dobiegał końca. Jako, że był to czwartek, to pod wieczór w cukierni nie było jakiegoś ogromnego tłumu, pewnie jutro będzie inaczej, dzisiaj mogła jeszcze złapać oddech. No, na tyle na ile było to możliwe dla prężnie działającej właścicielki jednej z najpopularniejszych cukierni w magicznym Londynie. Norka uśmiechała się do siebie, zadowolona z tego na co właśnie spoglądała. Klubokawiarnia nie odniosła jakichś większych strat, tak właściwie to spoglądając na jej wnętrze nie można by się domyślić tego, że nieco ponad miesiąc temu mogła spłonąć. Przy kilku stolikach siedzieli jeszcze goście, w cukierni roztaczał się zapach wanilii, karmelu, cynamonu mieszał się z owocowymi nutami. Nie było to niczym dziwnym, przed chwilą panna Figg wyciągnęła z pieca ostatnie partie ciastek i babeczek. Delikatne światło świec rozświetlało pomieszczenie, płomienie odbijały się w szklanych witrynach pełnych słodkości. Było cicho i przyjemnie, nie gwarno jak zazwyczaj. Niedługo Norka miała zamykać, czekała na to, aż ostatni z klientów wyjdą. Nie poganiała nikogo, nie spieszyła się nigdzie, nie miała tego w zwyczaju. Spodziewała się gościa, mieli do przegadania jedną sprawę, o której wspomniał w liście. Brzmiało to raczej tajemniczo, ale chyba nie było do końca pilne, czas jednak najwyższy dowiedzieć się o co chodziło. Uniosła do ust filiżankę pełną mleka z kawą, skoro mogła sobie pozwolić na odrobinę przyjemności w ciągu tego deszczowego dnia to korzystała z takiej możliwości. Lady wyłoniła się spod lady, wdrapała się na kolana Nory, skończyła swoją popołudniową drzemkę. Kotka rosła jak na drożdżach, niemalże tak szybko jak jej ciasta, kiedy dostawały odpowiednią ilość ciepła. Pogłaskała ją po grzbiecie, Lady zamruczała głośno, lubiła być rozpieszczana. To zabawne, jak bardzo różniła się osobowością od Salema, z drugiej strony już na pierwszy rzut oka z tą różową kokardką na obróżce zdecydowanie dużo bardziej pasowała do swojej właścicielki. Figgówna odstawiła filiżankę na blat, zdążyła dopić jej zawartość. Skupiała się w tej chwili na kotce, od jakiegoś czasu nikt nowy nie pojawił się w klubokawiarni, a obecni w środku klienci nie domagali się uwagi, była to jedna z nielicznych chwil, gdy miała odrobinę spokoju. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 21.04.2026 Zatrzymałem się na moment przed wejściem, spoglądając przez szybę do wnętrza lokalu, chcąc upewnić się, że to właściwe miejsce i właściwy czas, by zawrócić Norze głowę czymś, co niekoniecznie miało uprzyjemnić jej nadchodzący wieczór, bo przecież, mimo wymiany listów, nie do końca planowaliśmy spotkanie akurat dzisiaj - było to raczej dosyć elastyczne „wpadnij, jeśli będziesz miał chwilę, wtedy omówimy wszystko, co chcesz mi powiedzieć”, które zgrało się z moim wolnym grafikiem. Przez moment pomyślałem nawet, żeby się wycofać, odłożyć rozmowę na inny dzień, bardziej odpowiedni, choć nie potrafiłem powiedzieć jaki - podświadomie wiedziałem, że taki nie istniał, lecz coś nakazywało mi zachowywać się odrobinę bardziej subtelnie, niż zazwyczaj - nie znałem jeszcze tutejszych zwyczajów aż tak dobrze, by wiedzieć, czy odwiedziny w lokalu Nory w czwartek wieczorem były dobrym pomysłem. Zwykle założyłbym, że była to całkiem dogodna, cichsza pora, jednak pożary miasta wpłynęły na nieoczekiwane zmiany nawyków mieszkańców stolicy. Nie wyglądało jednak na to, abym trafił na długaśne kolejki, klubokawiarnia wydawała się spokojniejsza niż podczas mojej ostatniej wizyty, co mogło być związane zarówno z nastrojami wsród czarodziejów, jak i z pogodą - deszcz cicho stukał o bruk, mżawka osiadała na wszystkim wokół, a ciepłe światło bijące z wnętrza cukierni wyglądało niemal nierealnie na tle mokrych ulic Londynu. Wszedłem cicho, niemal bezszelestnie, a kiedy w końcu nacisnąłem klamkę, uderzył mnie zapach wanilii i karmelu, tak gęsty, że przez chwilę zapomniałem, po co właściwie przyszedłem, mimowolnie przymykając oczy na sekundę lub dwie i delektując się tym aromatem, zanim zamknąłem za sobą drzwi, stawiając kolejne kroki wgłąb Nory Nory. Rozejrzałem się uważnie - gdyby ktoś powiedział mi, że to miejsce jeszcze niedawno mogło obrócić się w popiół, pewnie bym nie uwierzył - wszystko wyglądało… Zbyt dobrze, zbyt spokojnie, jak na to, co działo się tu jeszcze kilka tygodni temu. Wszystko było tu dokładnie takie, jak powinno, właśnie takie, jak kolektywnie potrzebowaliśmy, żeby było. Przesunąłem dłonią po karku i odetchnąłem powoli, czując znajome zmęczenie czające się gdzieś pod powierzchnią skóry - jeszcze nie byłem w pełni sobą, to było jasne, ale stałem tu, wróciłem do pracy, to musiało na razie wystarczyć. - Hej. - Odezwałem się w końcu, podchodząc bliżej w kierunku właścicielki lokalu i jej kotki, gdy tylko zlokalizowałem je spojrzeniem, pozwalając sobie na lekki ton, chociaż w środku wciąż układałem w głowie to, co miałem przekazać - mój głos był niższy niż zwykle, trochę jeszcze zmęczony, ale stabilny, prawie nie czuć było w nim tego, co jeszcze kilka dni temu zawyrokowało o konieczności jeszcze jednego przesunięcia tej rozmowy. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 21.04.2026 Czas płynął powoli, co było całkiem miłą odmianą, do której pewnie mogłaby przywyknąć, chociaż pewnie dość szybko zaczęłaby narzekać na nudę. Miała kilka zleceń na eliksiry, świece, czy kadzidła, bo zbliżało się Samhain, ale pozwoliła im poczekać na lepszy czas, lepsze popołudnie, lepszy wieczór. Bywały takie momenty, że ona również potrzebowała krótkiej chwili na złapanie oddechu. Deszcz, który uderzał o parapet sugerował, że to był odpowiedni moment na czas tylko dla siebie. No, nadal stała za ladą, nadal była gotowa z uśmiechem powitać każdego klienta, jednak nie goniła za czymś jak zazwyczaj. Uniosła głowę znad lady, kiedy usłyszała dźwięk dzwonka, który zwiastował przybycie kolejnego gościa, nie spodziewała się, że ujrzy znajomą twarz, uśmiech całkiem delikatny pojawił się na jej twarzy, kiedy go dostrzegła. Wróciła do głaskania kotki, spodziewając się, że mężczyzna zaraz znajdzie się tuż przed ladą. Miała szansę zauważyć już, że poruszał się zwinnie i szybko, może nawet odrobinę zbyt zwinnie jak na kogoś jego gabarytów, ale pewnie było to jakimś nawykiem, który wynikał z zawodowego doświadczenia. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła w głowie, bo mogła. Nie, żeby zamierzała o to pytać, każdy miał przecież swoje tajemnice, swoją przeszłość, czy coś. Czasem nawet zazdrościła tym wyjątkowo zwinnym osobom, ona miała dość często problemy z koordynacją swoich ruchów, mimo, że była drobna, jej ciało nie wydawało jej się zbytnio słuchać. - Cześć. - Rzuciła cicho, kiedy pojawił się nieopodal. Nie do końca wiedziała, co go do niej sprowadza, informacje zwarte w liście, swoją drogą wysłanym do niej kilka tygodni temu były mocno enigmatyczne, więc to mogło być właściwie wszystko, nie zakładała, że rozgryzie to bez jakichkolwiek wskazówek. - Napijesz się czegoś, może czegoś ciepłego? Na zewnątrz nie jest zbyt przyjemnie. - Mżyło chyba od rana, miało to swój urok, jednak najlepiej było go podziwiać z okna, przynajmniej zdaniem Nory. Kotka uniosła głowę na chwilę, by sprawdzić kogo tym razem tutaj przywiało. - Dzień dobry - Powiedziała cicho, po czym ponownie ułożyła się wygodnie na nogach Nory. Powoli chyba znowu zamierzała zapaść w sen. Nora miała wrażenie, że przesypiała większość dnia, zapomniała jak to było mieć u siebie kocię dziecię, poprzedni kocur, którego posiadała miał bowiem swoje lata. Musiała więc na nowo przyzwyczaić się do tego, że wyglądało to zupełnie inaczej, i tak była całkiem dumna z kotki, że postanowiła się przywitać, starała się ją uczyć dobrych manier, ale różnie jej to wychodziło. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 21.04.2026 Lokalizując osobę, do której tu przyszedłem, zatrzymałem się przy ladzie i oparłem się o nią lekko biodrem, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, choć moje nadszarpnięte ciało i tak przyjęło to z wdzięcznością. To był mój pierwszy dzień właściwego powrotu do pracy, jednak nie próbowałem się oszczędzać - przed wizytą w Norze Nory byłem jeszcze w kilku miejscach, starając się nadrobić wszelkie zaległości, jakie mogły wyniknąć z mojej nieobecności. Pomimo pozornego odbudowania dawnej panoramy miasta, napraw fasad budynków i uprzątnięcia pozostałości po zgliszczach doszczętnie spalonych kamienic, stolica w dalszym ciągu mierzyła się z konsekwencjami Spalonej Nocy, więc zdecydowanie było co robić. Nie wszystkie biznesy trzymały się tak dobrze, jak ten - wielu przedsiębiorców w dalszym ciągu na własną rękę próbowało złagodzić skutki niezliczonych magicznych anomalii, zdecydowanie zwlekając ze skorzystaniem z profesjonalnej pomocy, aż było już odrobinę zbyt późno, aby podejść do tematu w sposób, w jaki zajęliśmy się klątwą ciążącą na klubokawiarni. Uniosłem na moment wzrok, przesuwając nim po wnętrzu pomieszczenia, po światłach świec odbijających się w szybach, po równych rzędach słodkości, których kształty i kolory przyciągały spojrzenie. Pamiętałem zapach spalenizny, długo jeszcze unoszący się gdzieś powietrzu, zalegający w ścianach, pamiętałem przygaszone światło i tę dziwną ciszę, która nie była spokojem, tylko czymś cięższym, z czym mierzyliśmy się jeszcze wcale nie tak dawno - teraz nie było po tym śladu, wszystko wyglądało tak, jakby ogień nigdy nie miał tu wstępu. Słodycz unosząca się dziś w powietrzu skutecznie wypierała jednak tamte wspomnienia - ktoś, kto nie wiedział, nigdy by się nie domyślił, ktoś, kto wiedział… Mógł tylko docenić, ile pracy musiało to kosztować właścicielkę lokalu. Słysząc odpowiedź Nory, uśmiechnąłem się do niej krótko, nieznacznie, bardziej poprzez ledwo dostrzegalne wygięcie warg niż pełne ukazanie zębów, jednak całkiem serdecznie, jak na kogoś mojego pokroju, jakbyśmy widywali się codziennie, a nie po przerwie, która zdążyła się nieprzyjemnie rozciągnąć. Kącik ust drgnął mi prawie natychmiast ponownie, gdy usłyszałem to ciche, kocie „dzień dobry”, w odpowiedzi na które kiwnąłem głową w kierunku Lady, witając się również z nią, jakby to było całkowicie normalne, że zamierzała towarzyszyć nam w rozmowie. W rzeczywistości nie spotkałem wcześniej zbyt wielu gadających kotów, mogących swobodnie wyrażać swoje, zazwyczaj bardzo bezpośrednie, zdanie - pamiętałem wyłącznie tamtego jednego należącego do małej dziewczynki w Hogwarcie i to byłoby chyba na tyle. Przez myśl przeszło mi, że być może powinienem kiedyś spytać Eleonorę o genezę pochodzenia tych wyjątkowych stworzeń, lecz w tej chwili mieliśmy zupełnie inne tematy do omówienia. Przesunąłem ciężar ciała minimalnie na drugą nogę, starając się, by ten ruch wyglądał naturalnie, przywykłem do kontrolowania takich drobiazgów, nie chciałem, żeby zauważyła, jak daleko mi było jeszcze do pełnej formy. - Coś ciepłego nie bszmi źle. - Przyznałem po chwili, przenosząc znowu uwagę na ludzką część kawiarnianego duetu. - Cokolwiek polecasz. - Na zewnątrz człowiek przemakał szybciej, niż zdążył się zastanowić, po co w ogóle wychodził, więc nie zamierzałem odmawiać czegokolwiek, co pozwoliłoby mi na chwilę zapomnieć o jesiennej pogodzie. Nie spieszyłem się jakoś wyjątkowo z przechodzeniem do istoty tego, co mnie tu sprowadzało - do całej reszty mieliśmy przejść w swoim czasie. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 21.04.2026 Norka nie zauważyła, żeby Benjy był w gorszej formie niż zazwyczaj. Miała wrażenie, że jak zawsze poruszał się pewnie i zwinnie, nie znała go zresztą na tyle, aby wyłapywać jakieś drobne zmiany. Ich znajomość była całkiem świeża, a mimo wszystko odczuwała do niego zaufanie - mimo tej specyficznej aparycji, która raczej nie zachęcała do bliższego zapoznania. Nie należała jednak do osób, które kierowały się pozorami, wiedziała, że pod najpiękniejszą okładką mogła kryć się książka, której treść była miałka. Nie oceniała więc i ludzi, bo to, jacy byli mogło ogromnie zaskoczyć. Póki co zauważyła jedynie tyle, że Benjy był bardzo profesjonalny i wcale nie taki szorstki na jakiego wyglądał. Całkiem przyjemnie jej się z nim gawędziło. Figgówna włożyła sporo pracy w to, aby przywrócić do miejsce do normalności, miała przy tym również sporo szczęścia, bo ominęło ją najgorsze tamtej feralnej nocy. Nie oznaczało to jednak, że nie musiała dość mocno zaangażować się, aby doprowadzić klubokawiarnię do porządku. Sadza znajdowała się w różnych miejscach, tak samo zaschnięta krew, bo przecież sporo osób szukało schronienia pod jej dachem, nikomu go nie odmówiła. Nie potrafiłaby tego zrobić. Na szczęście dość szybko sobie ze wszystkim poradziła, była okropnie pracowita, nie narzekała, małymi kroczkami wróciła do tego, co było wcześniej. W końcu był to dobytek jej życia, zawsze marzyła o tym, aby stworzyć takie miejsce. Kotka po krótkim przywitaniu przestała angażować się w rozmowę, być może przysłuchiwała się odrobinę ich rozmowie, jednak nie zamierzała już nic więcej mówić. Była zmęczona, a krople deszczu uderzające o parapet były nie najgorszą kołysanką, minie pewnie kilka minut nim zapadnie w drzemkę. Nora spodziewała się, że kotka nie będzie szczególnie zadowolona z tego, że zamierzała zsunąć ją ze swoich kolan, jednak musiała przyzwyczaić się do tego, że jej pani miała czasem nieco inne priorytety od głaskania jej po sierści, później na pewno jej to wynagrodzi, teraz jednak zeskoczyła ze swojego stołka odstawiając wcześniej kota na blat. Lady powoli, leniwie zsunęła się z niego na ziemię, mruknęła przy tym cicho, jakby była niezadowolona i oddaliła się w stronę zaplecza. Lubiła spać przy piecu, który emanował ciepłem. - Jasne, już się robi. - Powiedziała jeszcze, po czym odwróciła się aby zacząć przygotowywać napar. Nie zamierzała jakoś zbytnio przesadzać, czasem proste receptury były najlepsze. Zaczęła mieszać ze sobą kilka składników, jesień kojarzyła jej się z herbatą na to więc postawiła. Nie mogła to być jednak zwyczajna herbata, zaparzyła ją, a później dodała do wielkiego kubka plaster pomarańczy, imbir, goździki, cynamon, miód, a na sam koniec dolała do środka odrobinę rumu. Trwało to dłuższą chwilę, bo przecież składniki musiały odpowiednio się zaparzyć. W końcu przesunęła kubek w kierunku swojego gościa, na pewno w jego nozdrza uderzył zapach składników, których użyła do przygotowania napoju. - Mam nadzieję, że będzie Ci smakować. - Rzuciła jeszcze lekko. Nie zakładała, że mogłoby być inaczej, w końcu mało kto potrafił jej dorównać akurat w tych dziedzinach, jednak obserwowała bardzo uważnie mężczyznę, czekając aż w końcu upije pierwszy łyk. Pierwsza reakcja była dość istotna, raczej trudno ją było udawać. Lubiła sprawdzać, co dokładnie smakowało jej znajomym, dzięki temu mogła rozpieszczać ich kubki smakowe. - Dawno się nie widzieliśmy. - Tak naprawdę to właściwie nie tak dawno, zważając na to, że ostatnio wszyscy byli zabiegani, a jednak wiedziała, że mieli do przegadania pewną sprawę, pewnie stąd wynikał ten komentarz, tym bardziej, że nie do końca miała świadomość o co chodziło, a jak wiadomo, kiedy ktoś mówi, że chce o czymś powiedzieć, a tego nie robi to zaczynają się pojawiać myśli przeróżne. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 21.04.2026 Kiwnąłem głową i oparłem się wygodniej o ladę, odruchowo przesuwając ciężar ciała tak, żeby nie obciążać za bardzo jednej strony - tej, która mimo całkiem szybkiej rekonwalescencji wciąż dawała o sobie znać, wymuszając na mnie ostrożność ruchów. Teoretycznie planowałem być tu dłużej niż przez kilka minut, wyglądało bowiem na to, że mogliśmy skorzystać z chwilowej przerwy w napływie klientów, lecz ani myślałem o tym, by usiąść - rzadko kiedy miałem okazję po prostu stać i niczego nie pilnować, to było przyjemne uczucie, jednak zbyt szybkie siadanie po wejściu do ciepłego pomieszczenia z chłodnego podwórka mogłoby się skończyć moją całkowitą zgubą. Ruch, jaki wykonałem, był niewielki, niemal niezauważalny, wyćwiczony przez to, iż zdecydowanie zbyt wiele razy w życiu musiałem maskować znacznie głębszy dyskomfort - udawać, że wszystko jest w porządku, żeby teraz robić to nieudolnie. Wystarczyło, iż z mokrymi włosami i ubraniami zroszonymi kroplami wody prezentowałem się raczej marnie - i to najwyraźniej na tyle, by zasłużyć sobie na herbatę z wkładką… Spojrzenie na chwilę uciekło mi w stronę zaplecza, gdzie zniknęła kotka, a potem wróciło do Nory sprawnie poruszającej się za ladą w poszukiwaniu właściwych składników. Zapach tworzonej przez nią ambrozji dotarł do mnie jeszcze zanim kubek znalazł się przede mną - był ciepły, cięższy niż zwykły Earl Grey, z wyraźną nutą słodyczy, przypraw i czymś ostrzejszym pod spodem, co błyskawicznie zidentyfikowałem jako kapkę dobrej jakości alkoholu - zresztą już dostrzegając butelkę rumu w dłoni kobiety, uniosłem brew, uśmiechając się ledwie zauważalnie, ale nic nie powiedziałem. Każdy, kto chociaż trochę mnie znał, wiedział, iż nigdy nie odmawiałem sobie procentów, zwłaszcza tych wypitych w dobrym towarzystwie, a chociaż przyszedłem do Eleonory w sprawie związanej z zawodową wnikliwością, chcąc rozwiać część wątpliwości lub potwierdzić przypuszczenia o jej sytuacji, nie przeszkadzało mi picie w pracy. Prawdę mówiąc, doskonale wiedziałem, iż tak skromna wkładka nie miała mnie ani trochę ruszyć - potrzebowałem o wiele więcej, by cokolwiek poczuć, i sam najchętniej od razu skorzystałbym z nieco zmienionych proporcji - natomiast z pewnością mogła mieć przyjemnie rozgrzewające działanie. Rum doskonale pasował do pogody za oknem, tak samo jak reszta składników, pod tym względem zdecydowanie zgadzałem się z wyborem dodatków do naparu. - Dzięki. - Rzuciłem, kiedy Nora postawiła przede mną kubek, chwytając go w obie dłonie, zanim jeszcze wziąłem spory łyk - ciepło przyjemnie ogarnęło moją skórę, a palce wreszcie przestały kostnieć, nawet jeśli wcześniej nie zauważyłem, jak bardzo zmarzły mi ręce - smak był równie intensywny, ale dobrze zbalansowany. Najpierw dało się czuć cynamon i miód, potem lekko pierny imbir, a na końcu coś bardziej złożonego, intensywniejszego, co zostało na moim języku odrobinę dłużej, aż do kolejnego zwilżenia gardła. Wypuściłem powoli powietrze nosem, nieświadomie kiwając głową, pełen aprobaty dla tego, co mi zaoferowała - nie byłem typem od długich zachwytów, który rozwodził się nad smakami, ale nie zwykłem też niepotrzebnie udawać obojętności, kiedy coś faktycznie robiło na mnie wrażenie, w mojej reakcji nie było więc ani grama fałszywej kurtuazji. - Tlochę się pszeciągnęło. Nie wszystko poszło tak, jak planowałem. - Nie zamierzałem udawać, iż było inaczej - co prawda, był to już kolejny raz, gdy musiałem nagle odwołać jakieś plany mające związek z naszą znajomością, lecz zdecydowanie nie miałem zamiaru się usprawiedliwiać - to ja zawaliłem, to przeze mnie nastąpiła ta przerwa w przepływie informacji. Zamilkłem, lekko mrużąc oczy, jakbym układał sobie w głowie odpowiednie słowa, aby móc przejść do rzeczy - rzadko to robiłem, zwykle mówiłem prosto z mostu, bezpośrednio i bez zbędnej subtelności - tym razem jednak nie chciałem tego rzucić byle jak. Przez moment milczałem, przesuwając palcem po brzegu kubka - nie minęło aż tak wiele od naszego ostatniego kontaktu, ale miałem wrażenie, że wydarzyło się więcej, niż powinno zmieścić się w kilku dniach, czas potrafił się dziwnie rozciągać, zwłaszcza kiedy ponad doba wypadała człowiekowi z życia na majaki - wiedziałem, że w końcu będę musiał przejść do sedna, nie po to tu przecież przyszedłem, by gadać o niczym. Jakkolwiek enigmatyczny, list nie był przypadkiem, a ona miała prawo wiedzieć, o co chodzi. - Pisałem, sze chcę s tobą pogadaś. - Zacząłem w końcu, nieco ciszej, by nie prowokować ciekawskich oczu i uszu. - To nic, co wymaga pośpiechu. - Oparłem się wygodniej o ladę, nadal trzymając kubek w dłoniach, lecz teraz już przeznaczając większość uwagi kobiecie przede mną. - Ale splawa nadal jest aktualna, jeżeli tylko masz chwilę. - Stwierdziłem, po czym upiłem kolejny łyk, dając sobie sekundę więcej, niż potrzebowałem, by kątem oka jeszcze raz rozejrzeć się po wnętrzu lokalu - widziałem tu tylko kilku innych czarodziejów, raczej zajętych czyimś towarzystwem niż myślących o wściubianiu nosa w nieswoje sprawy, jednak nie dostrzegłem nikogo, kto mógłby zastąpić Eleonorę podczas przyjmowania zamówień czy sprzątania stolików. - I chyba lepiej będzie, jeśli omówimy ją na spokojnie, po zamknięciu. - Spojrzałem na nią uważnie, pytająco, chociaż sam mój ton nie brzmiał w ten sposób - zdecydowanie wolałem poczekać, jeżeli tylko mogliśmy przeprowadzić rozmowę w bardziej prywatnych okolicznościach, nie tutaj, nie przy kilku jeszcze zajętych stolikach, nie gdy chodziło o coś, co i tak było wystarczająco skomplikowane. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 22.04.2026 Rum znalazł się w napoju tylko i wyłącznie dla smaku. Nie sądziła, aby osobnik jego gabarytów miał w jakikolwiek inny sposób odczuć, że dolała nieco alkoholu do herbaty. Nie wyglądał na kogoś, na kogo wpływała drobna ilość wysokoprocentowych substancji. Oczywiście, że nie uprzedziła go o tym, co zrobiła, nie wydawało jej się bowiem, że miałby coś przeciwko jej poczynaniom. Sama zaś dla siebie zrobiła zwykłą, czarną herbatę z mlekiem, nie mogła mieć bowiem pewności iż kończyła pracę na ten wieczór. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś jeszcze postanowi odwiedzić to miejsce, a że sama była raczej drobna wiedziała, że nawet i dwa kieliszki mogły wpłynąć na to w jaki sposób odbierała rzeczywistość - dlatego podczas godzin pracy raczej wolała trzymać się od alkoholu z daleka. - To nic takiego. - Odpowiedziała mu jeszcze. Zajmowała się przecież na co dzień podobnymi rzeczami, starała się dopasować napoje i słodkości do swoich klientów, nie zawsze jej się to udawało, jednak Benjy odrobinę naprowadził ją na odpowiedni tor. Mieli już szansę dyskutować o jego słodyczowych upodobaniach, mogła z tego wywnioskować jakie inne produkty sprawiały przyjemność jego podniebieniu. To była trochę loteria, ale jednak wydawało jej się, że doskonale trafiła w jego gusta. Nie krzywił się, pił tę herbatę całkiem spokojnie, nie mogło być więc źle - uśmiechnęła się więc sama do siebie zadowolona, że udało jej się trafić również w rozgrzewający napój. - To zdarza się najlepszym. Najważniejsze, że aktualnie wygląda na to, że wszystko jest w porządku. - Panna Figg miała świadomość, że praca klątwołamacza była dość mocno zobowiązująca. Trudno było sobie ułożyć kalendarz na kolejne dni nie mając pojęcia co właściwie może się przytrafić, a klątwy potrafiły być naprawdę różne. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nie miała najmniejszych pretensji o to, że jego wizyta nieco przesunęła się w czasie, gdyby była mu obojętna to nie pojawiłby się w tym miejscu. - Tak, pamiętam, wiesz, że to przynosi wiele myśli? - Zwłaszcza, kiedy było rzucone w taki sposób. Nie miała pojęcia o co dokładnie może chodzić, co właściwie się działo, a więc przy okazji powodowało u niej drobne kłopoty związane ze snem. Wolałaby jednak wiedzieć, co mogło go zaniepokoić, jakoś nie wydawało jej się, aby nic wielkiego wymagało odosobnionych spotkań. - Myślę, że dzisiaj znajdę chwilę. - W klubokawiarni nie działo się zbyt wiele to po pierwsze, a po drugie nie zamierzała dłużej zwlekać, naprawdę chciała się w końcu dowiedzieć, co miał jej do powiedzenia. Wreszcie będzie mogła przestać gdybać. - Od kilkunastu minut nie pojawił się żaden nowy klient, gdy Ci którzy są obecni wyjdą będę mogła zamknąć. - Takie miała zasady, Nora Nory była otwarta do wizyty ostatniego klienta, a że na ten moment był nim Benjy... cóż nie do końca można było wziąć go za klienta skoro pojawił się tutaj z innych pobudek. Nie wątpiła w to, że za chwilę reszta towarzystwa się rozejdzie, od godziny, a może kilkunastu minut nie zamawiali już niczego nowego. Nie musiała długo czekać, aby mieć pewność, że jej teza miała sens. Obecni w kawiarni goście powoli zaczęli opuszczać to miejsce, tak właściwie to ciągle zostawał zajęty tylko jeden stolik. - Podejrzewam, że zaraz się rozejdą, wtedy zamknę żeby nikt nie mógł nam przeszkodzić. - Nie było ważne w czym, istotne, że mieli wspólne sprawy do przegadania. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 24.04.2026 Uniosłem herbatę do ust, od razu wyczuwając charakterystyczną, korzenną nutę i posmak rumu, który nie tylko nie umknął mojej uwadze, lecz także utwierdził mnie w przekonaniu, że troska Eleonory, chociaż nieco partyzancka, była dokładnie tym, czego potrzebowałem, by zmyć z siebie chłód deszczowego wieczoru i metaforyczny kurz dzisiejszych, wyjątkowo uciążliwych zleceń. Odrobinę dobrego alkoholu na koniec dnia jeszcze nigdy mi nie zaszkodziło, za to zdecydowanie pomagało zebrać myśli i pozbyć się ich nadmiaru. Pokręciłem lekko głową, kiedy zbyła moje słowa swoim spokojnym, zapewne typowym dla niej, „to nic takiego”, bo chociaż nie zamierzałem się z nią spierać, to jednak wiedziałem swoje - w tym, co robiła, nie było nic zwyczajnego, a to, co dla niej było codziennością, dla innych z pewnością potrafiło być czymś więcej niż tylko ciepłym napojem podanym w chłodny wieczór. Gdzieś pod tą prostą odpowiedzią wyczuwałem znajomą nutę, tę samą, którą ludzie przybierali, kiedy coś było dla nich ważniejsze, niż chcieli pokazać, albo kiedy robili coś dobrze tak długo, że przestawali uważać to za coś szczególnego. Właśnie dlatego odnosiła taki sukces, wkładając swoją pasję i duszę w to, co robiła, nawet jeśli z pewnością towarzyszyło temu sporo trudu, o którym nie chciała zbyt wiele mówić. Rozumiałem to, może nawet lepiej, niż sam mógłbym przyznać. Obserwowałem ją uważnie, może nawet odrobinę zbyt długo, ale ani myślałem czuć się z tym niewłaściwie. Było w tym coś naturalnego - coś, co w moim ujęciu nie wymagało tłumaczenia, ponieważ dało się zamknąć w szufladce pod etykietą „spaczenia zawodowego”. Może nie zachowywałem się przy tym tak, jak co poniektórzy nasi wspólni znajomi, gdy próbowali zrozumieć niewypowiedziane, brakowało mi do tego cierpliwości, ale potrafiłem utrzymywać odpowiedni kontakt wzrokowy, gdy potrzebowałem wyciągnąć własne wnioski. Odstawiłem naczynie na blat, czując przyjemne ciepło rozlewające się po moim wnętrzu, lecz jednocześnie nie potrafiłem przestać analizować jej ruchów, szukając w nich najdrobniejszych anomalii, które potwierdziłyby moje najgorsze przypuszczenia dotyczące tego, co właściwie przykleiło się do niej w… Ostatnim czasie? A może jeszcze wcześniej? Trudno było stwierdzić. Ta rozmowa miała wiele wyjaśnić, chociaż nie byłem przekonany, czy zakończymy ją tak po prostu na jednym wieczorze - byłem świadomy, że to, co zamierzałem powiedzieć, nie było czymś, co można było rzucić lekko, między jednym łykiem herbaty a drugim, po czym uznać temat za zakończony. Prawdę mówiąc - mało rzeczy w moim życiu takie było. Zatrzymałem się na moment, gdy wspomniała o tym, że wszystko wygląda w porządku, i przez krótką chwilę rozważałem, czy nie sprostować tego stwierdzenia, nie uchylić rąbka tego, co działo się jeszcze niedawno, lecz ostatecznie uznałem, że nie było to ani konieczne, ani właściwe, więc pozwoliłem tej uwadze opaść między nami bez komentarza, przyjmując ją tak, jak została podana. - Fakt. Bywa lósznie. W moim pszypadku to szadziej kwestia planów, a częściej tego, co postanawia je zepsuś. - Rzuciłem jedynie i zaraz potem upiłem kolejny łyk, żeby nie ciągnąć tego wątku. Odstawiwszy herbatę, przesunąłem palcami po ciepłej powierzchni kubka, muskając rant kciukiem - powtarzalny ruch zawsze pomagał mi uporządkować myśli, a te od kilku dni układały się w głowie w zbyt wiele możliwych scenariuszy, z których żaden nie wydawał się wystarczająco dobry, by uznać go za pozytywny. Próbowałem poukładać w głowie to, co chciałem powiedzieć, i co wcale nie było łatwo ubrać w słowa, zwłaszcza w miejscu tak spokojnym, tak oderwanym od rzeczy, o których zwykle rozmawiałem. Na moment zawiesiłem głos, jakbym jeszcze raz rozważał, czy to był ten właściwy moment, czy właściwe miejsce, ale prawda była taka, że nie miałem lepszej alternatywy, a czas, chociaż nie palił nas natychmiast, zdecydowanie nie był czymś, czym mogłem swobodnie dysponować. - Domyślam się. - Rzuciłem na jej uwagę o myślach, które zostawił mój list, i przez krótką chwilę pozwoliłem sobie na cień uśmiechu, który jednak nie dotarł do oczu, prezentując się bardziej przepraszająco niż przedtem. Pokiwałem głową z cieniem zrozumienia, sam dobrze wiedziałem, co robiło nawet jedno niedopowiedziane zdanie pozostawione bez wyjaśnienia, szczególnie gdy dotyczyło spraw, które nie mieściły się w zwyczajnych kategoriach. - Nie planowałem zostawiać cię s tym na tak długo. Nie przeprosiłem, ale też nie próbowałem tego usprawiedliwiać. Przez chwilę milczałem, obracając kubek w dłoniach i pozwalając, by jego ciepło przenikało przez skórę głębiej, niż powinno, bo choć napar rzeczywiście był dobry - dopracowany, wyważony, dokładnie taki, jakiego można było się spodziewać po tak dobrej kuchni - to jednak nie on zajmował moje myśli. Robiło to coś znacznie cięższego, co od momentu wejścia nosiłem ze sobą, starannie ukryte pod spokojem i powściągliwością, które z zewnątrz mogły uchodzić za zwykłą kontrolę. - To dobsze. - Odpowiedziałem bez wahania, kiedy wspomniała, że zaraz zamknie, nachyliwszy się odrobinę w jej stronę. - Lepiej, szeby nikt nam nie pszelywał. - Stwierdziłem, co być może zabrzmiało jak oczywistość, lecz i tak poczułem się zobowiązany dokończyć to zdanie - wiedziałem, że niepewność bywała gorsza od najtrudniejszej prawdy, ale nie mogłem wyrzucić z siebie tych rewelacji w pośpiechu, przy świadkach. Jednocześnie nie chciałem też dłużej potęgować u Nory serii wewnętrznych pytań i wątpliwości. Zresztą… Nigdy nie zamierzałem robić zagadki z czegoś, co uważałem za ważne, po prostu nie byłem pewien, czy to było coś, o czym powinno się pisać wprost, biorąc pod uwagę towarzyszące nam okoliczności, zwłaszcza jeśli list mógłby trafić nie tam, gdzie trzeba. Były rzeczy, których nie dało się ubrać w jednoznaczne słowa bez ryzyka, że ktoś zrozumie je zbyt szybko albo zbyt dosłownie. - Nie dlatego, sze to coś… Niebezpiecznego w oczywisty sposób, ale laszej łatwo to źle zlozumieś, a jeszcze łatwiej powtószyś komuś, kto nie powinien tego usłysześ. - Miałem nadzieję, że takie wyjaśnienie będzie dla niej dostatecznie uspokajające, przynajmniej do czasu, gdy zostaniemy całkowicie sami. Przesunąłem spojrzeniem po wnętrzu jeszcze raz, zatrzymując je na ostatnim stoliku, przy którym wciąż ktoś siedział, właśnie się podnosząc, potem wróciłem do niej, już z wyraźniejszym skupieniem. W końcu, gdy ostatni klient opuścił lokal, odsunąłem się o pół kroku od lady, dając Norze przestrzeń do swobodnego wyjścia, na zamknięcie miejsca, bo wiedziałem, że dopiero wtedy będę mógł powiedzieć więcej. Nie nalegałem, nie przyspieszałem, nie próbowałem wypełnić tej przestrzeni słowami, które i tak miały paść później, w odpowiednim momencie, nie tutaj, nie przy uchylonych jeszcze drzwiach i cudzych uszach, które mogłyby wychwycić zbyt wiele, nawet przypadkowo, choć jednocześnie miałem nieodparte wrażenie, że to, co przyniosłem, już zdążyło nas dogonić, jeszcze zanim zdążyłem ubrać to w słowa. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 24.04.2026 Norka nigdy nie uważała, że robiła coś nadzwyczajnego. To było dla niej raczej odruchem, tak po prostu miała. Dbała o każdego, kto znajdował się w zasięgu jej wzroku, cóż może nawet nie wzroku, a też pamięci. Lubiła od czasu do czasu wysłać swoim znajomym i przyjaciołom jakieś łakocie, które mogłyby chociaż na chwilę rozpogodzić ich dzień. Dla niej był to bardzo drobny gest, bo przecież tak, czy siak wypiekała masę słodkości każdego dnia. Obserwowała uważnie swojego przybysza, kiedy sięgał po kubek, który przed nim postawiła. Starała się nie być nachalna, ale istotne dla niej było to, czy trafiła w jego kubki smakowe. Będzie mogła to zapamiętać na później, na ich kolejne spotkania, naprawdę lubiła znać gusta swoich znajomych. O słodkościach już jej nieco opowiedział, kiedy był w Norze wcześniej, co do napojów jednak nie miała pewności. Mogła zgadywać. Tak właściwie powątpiewała w to, że komuś mogłaby nie posmakować jej jesienna herbata, ale istniały wyjątki, co jeśli Benjy był jednym z nich? Odsunęła od siebie te myśli. Wydawało jej się, że trafiła. Nie skrzywił się, kiedy zamoczył swoje usta w ciepłej herbacie, nie odsunął kubka od siebie, gdyby mu nie smakowało byłoby to widać, mogła więc wrócić do ogarniania blatu, na którym znajdowało się kilka filiżanek, jedna z nich wymsknęła jej się z ręki, gdy tylko jej dotknęła. Nie zdziwiło jej to jakoś szczególnie, dość często rzeczy leciały jej z rąk, zdarzało jej się przypadkiem przewracać, potykać o rzeczy, które była pewna, że stały w zupełnie innych miejscach. Przywykła do tego, że tak po prostu miała - taki był jej urok, czy coś. - Podejrzewam, że wiele czynników postanawia psuć Twoje plany. - Rzuciła jeszcze lekko. Nie było to dla niej nowością, miała w rodzinie klątwołamacza była świadoma tego, że nigdy nie mogli mieć pewności, co czeka na nich danego dnia. Ich praca była bardzo zróżnicowana i nie ma się co oszukiwać, że też okropnie niebezpieczna. W końcu nie wiedzieli z czym mają do czynienia dopóki nie przyjrzą się temu bliżej, a takie przyglądanie się mogło się skończyć w najgorszy sposób. Bardzo doceniała to, co robili dla ludzi, miało kto miałby w sobie tyle odwagi. - Nie przejmuj się tym, na szczęście mam dosyć sporo na głowie i rzadko kiedy mogłam się skupiać akurat na tym. - Zdarzało jej się to gdzieś między jednym zamówieniem, a planowaniem zakupów na kolejny dzień. Były to chwile, kiedy mogła uciec myślami od swojej pracy, nie było ich jednak zbyt wiele, bo panna Figg była ostatnio naprawdę mocno zapracowana. Poza cukiernią przygotowywała ogromne ilości świec, kadzideł i eliksirów, a zbliżające się Samhain tylko dokładało jej kolejnych zamówień. Ostatnio więc coraz mniej o tym myślała, z początku miała na to więcej czasu. Była ciekawa tego, co miał jej do powiedzenia Benjy i najwyraźniej dzisiaj miała się tego dowiedzieć. Wspaniale - na pewno będzie jej się lżej spało. - Brzmi to bardzo poważnie. - To nieco zbiło ją z pantałyku, bo skoro najlepiej, aby nikt im nie przeszkadzał, to wychodziło na to, że to jednak było coś dyskretnego. Gdyby się paliło, to Benjy na pewno nie trzymałby jej jednak tak długo w niepewności, starała sobie układać w głowie te wytłumaczenia i podejść do tematu z rozsądkiem. - Ach, jasne, rozumiem. Za chwilę powinniśmy mieć spokój. - Jej wzrok skierował się w stronę stolika, przy którym siedzieli ostatni klienci. Nie miała w zwyczaju w jakikolwiek sposób naciskać na to, aby ludzie stąd wychodzili, jednak teraz nie odrywała od nich wzroku sugerując, że czas na nich. Być może uda jej się ich wykurzyć - tak, bo przecież wyglądała bardzo groźnie. W końcu wyszli. Figgówna wyszła wtedy zza lady, aby zamknąć drzwi. Zrobiła to wyjątkowo zwinnie i szybko jak na nią. nie daj Merlinie ktoś jeszcze postanowiłby teraz odwiedzić to miejsce. Normalnie nie martwiłoby jej to jakoś zbytnio, bo przecież nigdzie się nie spieszyła, ale dzisiaj było inaczej. Benjy miał jej coś do przekazania, nie chciał, aby ich ktoś podsłuchał. Zakluczyła drzwi - dzięki temu miała pewność, że nikt już nie znajdzie się w środku. Jednym ruchem różdżki zasłoniła też rolety, aby ominąć dobijanie się do drzwi. Teraz wszystko świadczyło o tym, że miejsce było zamknięte. Wróciła do lady, tym razem jednak zajęła miejsce tuż obok swojego towarzysza, nie chowała się za nią, nie musiała już tego robić. - Dobrze, wydaje mi się, że możemy już przejść do konkretów. - Być może powinna nieco pociągnąć rozmowę o niczym, jednak w tej chwili wydawało jej się to zbyteczne, miał jej coś do przekazania, chciała się tego dowiedzieć, wolała więc przejść do konkretów. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 30.04.2026 Na moment przeniosłem spojrzenie na blat, na dłonie Nory, na przestrzeń wokół niej, jakbym układał w głowie kolejne elementy, które widziałem wcześniej, jeszcze zanim tu przyszedłem, zanim napisałem ten list, zanim zdecydowałem, że w ogóle powinienem się w to mieszać. Obserwowałem ją uważniej, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka, starając się wyłapać coś, co mogłoby odbiegać od szeroko pojętej „normy”, jakiej mógłbym spodziewać się po tej porze i osobie - nie dlatego, że na siłę szukałem w niej potwierdzenia własnych przypuszczeń, lecz dlatego, że bywały takie chwile, gdy pewne drobne rzeczy zaczynały układać się w zbyt znajomy wzór, którego wolałbym tutaj nie widzieć. A jednak… Tym razem nie chodziło o mnie i moje plany, tylko o coś, co powoli, niemal cierpliwie rozgrywało się wokół panny Figg, z pozoru praktycznie niezauważalnie, ale z pewnością odczuwalnie na dłuższą metę. Sposób, w jaki naczynko wyślizgnęło się z dłoni Eleonory, to krótkie zachwianie wprawionego rytmu pracy, które dla kogoś postronnego było niczym, dla mnie jednak stanowiło jeden z tych sygnałów, których nie ignorowałem, nawet jeśli bardzo chciałem. Przez moment patrzyłem na filiżankę, która wymsknęła jej się z dłoni, śledząc krótki, nieunikniony lot porcelany i cichy dźwięk, z jakim zetknęła się z podłogą, i choć sam odruch, by się schylić i pomóc, pojawił się natychmiast, powstrzymałem go w ostatniej chwili, uznając, że to nie pierwszy raz, kiedy coś takiego jej się przydarzyło i że nie potrzebowała mojej reakcji, tylko przestrzeni, do której najwyraźniej była przyzwyczajona. Chociaż w pierwszym odruchu drgnąłem, by złapać upadające naczynie, nie rzuciłem się do pomocy - to nie miałoby sensu - zamiast tego powstrzymałem się przed wchodzeniem Norze w paradę i tylko zmrużyłem lekko oczy, przyglądając się temu poważniej, niż powinienem, dłużej, niż było to uprzejme, zanim ponownie sięgnąłem po swój kubek, jakby nic się nie wydarzyło, chociaż gdzieś z tyłu mojej głowy coś cicho zazgrzytało. Kolejny raz pojawiło się to wrażenie niepasujące do reszty obrazu, który do tej pory wydawał się spójny, przynajmniej z pozoru. „Pechowa”, „niezdarna”, „słabo skoordynowana” - czyżby? Biegała wszędzie na tych swoich niebotycznie wysokich obcasach, prowadziła lukratywny biznes, zajmowała się dorastającą córką - bez dwóch zdań będącą podobnym, miniaturowym wulkanem energii - a pokonywały ją małe, upierdliwe drobnostki, które działy się „znikąd”, „przypadkowo”, za to w zatrważająco dużym natężeniu, jak na normalną czarownicę? „Dosyć sporo na głowie” było, przynajmniej według mojej skali, sporym niedoszacowaniem, natomiast wcześniejsze „wiele czynników postanawiających psuć moje plany” wydawało mi się niewielką ilością w porównaniu do tego, co zaobserwowałem wokół niej w… Bardzo krótkim okresie. Tkwiła w tym pewna ironia, gdyż po pierwsze - to ja z nas dwojga wykonywałem bardziej ryzykowny, nieprzewidywalny zawód, po drugie - nie spędziliśmy przecież razem jakoś wyjątkowo długiego czasu, jednak wspólne godziny mimo to wywołały u mnie pewne wątpliwości i przypuszczenia… Nie mogłem zawrzeć ich w liście, to zupełnie nie pasowało do mojej specyficznej etyki pracy, lecz teraz, gdy mieliśmy zostać sami w lokalu, mogliśmy spróbować dojść do sedna sprawy. - Nie jestem w stanie stwieldziś bez dodatkowych infolmasji - Przyznałem na słowa o powadze, bez cienia dramatyzmu, to była zwykła konstatacja, nie próba wywołania reakcji. Aż wreszcie zostaliśmy sami. Nie zacząłem jednak od razu, zamiast tego oparłem łokcie o blat, splatając dłonie przed sobą, a moje spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, jakbym układał w głowie właściwą kolejność słów, chociaż w rzeczywistości zastanawiałem się, ile powinnienem przekazać na raz. - Kiedy tu byłem ostatnio… - Zacząłem powoli, spokojnie, bez pośpiechu. - Coś mi nie pasowało. - Przeniosłem na nią wzrok. - Wtedy to zignolowałem. Za duszo się działo, łatwo było uznaś, sze to tylko efekt całego… Bałaganu. - Zrobiłem kolejną krótką pauzę, cięższą niż poprzednie. - Ale potem zacząłem składaś to w całość. - Milczenie przeciągnęło się o ułamek sekundy za długo, chociaż nie zrobiłem tego celowo, nie chciałem pozwalać, by sztuczne napięcie zrobiło swoje, po prostu nieco uważniej niż zwykle dobierałem słowa. - I im dłuszej o tym myślałem, tym mniej mi się to podobało. - Nie podniosłem głosu, nie zmieniłem tonu, a jednak każde kolejne słowo było wyraźniej osadzone, bardziej konkretne. - To nie jest coś, co widaś od lasu… - Dodałem, przyglądając jej się uważnie, bez uciekania wzrokiem. - Właśnie dlatego większość ludzi by to pszegapiła albo zignolowała. - Zawahałem się na moment, bardzo krótko. - Ale ty… - Urwałem, przesuwając spojrzeniem po dłoniach Eleonory, po miejscu, gdzie wcześniej upadła filiżanka, po drobnych szczegółach, które wcześniej już zdążyłem zauważyć. - Zdasza ci się colas częściej gubiś szeszy, potykaś, mieś wlaszenie, sze coś jest nie tam, gdzie powinno byś. - Nie było w tym pytania, to było stwierdzenie, wypowiedziane spokojnie, bez nacisku, ale z pewnością, która nie brała się z zupełnie wyciągniętych z dupy domysłów, tylko doświadczeń. |