[8 sierpnia 1966] Logan i Loretta / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 05.12.2022
8 sierpnia 1966
Mieszkanie Loretty – Logan Borgin i Loretta Lestrange
Wieczór ściągał ostatni oddech słońca z nieboskłonu, znaczący się żarzącą wstęgą pomarańczu na firmamencie, który w nagłej pysze zabłysł brylantami gwiazd – migotliwym, mrugającymi w swej subtelności z podszycia ziemskiego. Wraz z każdą spopieloną minutą, jak to żarzące się oczko na końcu papierosa, którego trzymała między palcami, przygasał; rubaszny uśmiech słońca osuwał się za horyzont, ciągnąc za sobą jedynie ostatnie błękity, zmieniające się w czerń rozlanej kawy. Popiół spadał wiórkami ku panelom wyściełającym parkiet w kamienicy – nie przejmowała się tym jednak nader mocno; całe mieszkanie wszak stanowiło jej atelier, najdroższą pracownię zagraconą gargantuiczny ogromem obrazów, prawdopodobnie przesiąkło również zapachem farb olejnych i terpentyny. Lato przyniosło na swoich ramionach niebotyczną ilość upałów, które ustępowały dopiero wraz z zachodem słońca, wcześniej zraszając się kroplami na karku, ubarwiając oblicze rozgorączkowanym pąsem.
Unoszony do różanych warg papieros – wyjątkowo nieubarwionych czerwienią, w znakomitym towarzystwie braku dusznego pudru – palił się rozjątrzonym oczkiem, pozwalając co rusz owej gwieździe śmierci opaść wdzięcznie, dokończyć żywot zamieniając się w bezmiar popiołu, rozbijającego się o podłogę. Może gdyby była odrobinę bardziej uważna, sięgnęłaby po słoik wypełniony niedopałkami i tam kierowała opadający proch.
Nie była jednak uważna nigdy, a w szczególności teraz, gdy druga dłoń zamykała się na szyjce butelki, ledwo napoczętej.
Uśmiech zaigrał na jej wargach, gdy usłyszała pukanie do drzwi – niewiele myśląc, zgniatając papieros po drodze – ruszyła w kierunku wejścia, z rozpędu zabierając ze sobą prawie pełną butelkę; mikre rozmiary czyniły ją wyjątkowo podatną na procenty, jednak pomna ostatnich pijanych wybryków, po których nos Logana zapewne wciąż nosił znamiona bójki, tym razem miejscem libacji określiła swoje niewielkie mieszkanie.
Otworzyła zamaszyście drzwi, aby po chwili, gdy zadarłszy głowę zobaczyła jego kwaśne oblicze, oprzeć się nonszalancko o framugę. Byłaby bardziej nieubrana, aniżeli odziana – zwisała na niej luźno biała koszula, prawdopodobnie o wiele rozmiarów za duża, gdyż rękawy musiała podwinąć, a jej kraniec umykał gdzieś na poziomie połowy ud. Nagie nogi musnął wiatr uchodzący z nieszczelnych okien. Napomniała się jedynie w części, zapinając jeden z guzików ukazujących dekolt wyżej; nie oblała ją jednak fala wstydu – wiedziała w końcu, iż Logan widział ją w o wiele gorszych stanach przez rozciągłość dzieciństwa i lat nastoletnich.
– Och, Logan – rzekła bez zbytku zawoalowanego zaskoczenia, byli wszak umówieni. Ledwo wypowiedziała słowa, sporą butelkę dzierżoną w dłoni wepchnęła mu w ręce. – Ruski – zamilkła, jakby wahając się, czy cokolwiek jeszcze powiedzieć. – Pij – rzuciła poleceniem, a gdy ten wszedł do środka, równie zamaszyście zatrzasnęła za nim drzwi.
RE: [8 sierpnia 1966] Logan i Loretta / Mieszkanie Loretty - Logan Borgin - 25.12.2022
Miał tą niewzruszoną, fatalistyczną pewność której nawet nie próbował zwalczać, że któregoś dnia ojciec doprowadzi go na skraj szaleństwa — stanie tam razem z nim, wspólnie w zadumie spojrzą w dół — a następnie położy dłoń na jego plecach i brutalnie zepchnie go w bezkresną otchłań.
Wiedział, że matka w tym czasie nie podniesie nawet głowy znad szklanki z ognistą, że dla niej pozbycie się tego rozczarowania będzie ulgą, że sama snuje marzenia pozbycia się ich obojga ze zniszczonego przez nich własnego życia — tylko nie ma narzędzi ani sił, żeby swoje marzenie wyegzekwować.
Ten dzień się zbliżał. Rankiem dostał od rodziców sowę wyrażającą głęboką dezaprobatę w kwestii ścieżki jego kariery, a kiedy zgodnie z żądaniem deportował się w ich starym domu na wybrzeżu, rozpętało się prawdziwe piekło. Awanturę musieli słyszeć wszyscy sąsiedzi, ale nikt nie zapukał do drzwi; nieme przyzwolenie dla Borginów do żarcia się we własnym gronie. Przemoc już nie wystarczała — Logan wzrostem dawno przewyższył ojca — ale oboje znali już o wiele subtelniejsze i zdecydowanie bardziej krzywdzące narzędzia do sterowania życiem swojego syna. A on kształtował swoje mechanizmy tortur swoich rodziców. Opuścił rodzinny dom wzburzony, nie kontrolując klątwy wypalającej tęczówki żywym ogniem.
Logan ledwie wkraczał w dorosłość, miał raptem dwadzieścia cztery lata, a czuł się zmęczony i stary.
Tego dnia szczególnie — być może dlatego przyjął propozycję Loretty bez chwili wahania. Potrzebował pewnej stałej, której mógłby się złapać, potrzebował znajomych oczu i przewidywalnych reakcji; potrzebował uwielbienia, które czasem wymykało się spod jej kontroli, a które on potrafił wyłapać i którym regularnie karmił swoje ego. Logan był świadomy, że tak chętne przystanie na jej bardzo prostą propozycję nie przejdzie bez echa w umyśle dziewczyny.
Wróć.
Miał na to nadzieję.
Kiedy drzwi otworzyła mu Loretta ubrana jedynie w koszulę, uśmiechnął się krzywo, w typowy dla siebie sposób nie mający zbyt wiele wspólnego z prawdziwym szczęściem. W mniej typowy dla siebie sposób — przynajmniej jeśli o nią chodziło — przesunął spojrzeniem po nagich udach, bardzo krótko zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami przyjścia do niej w takim stanie.
Przyjął butelkę. Wypił ciągiem kilka długich, palących gardło łyków świadczących jawnie o desperacji. Wolno odsunął ją od ust i westchnął przeciągle. Znów zatrzymał spojrzenie na twarzy Loretty, wciąż jeszcze stojąc w samym wejściu do jej mieszkania, tuż za zamkniętymi drzwiami. Dopiero wtedy się odezwał.
— Niezły. — Jak zwykle bez zbędnych powitań, jak zwykle wylewnie.
Po tym słowie oddał Loretcie butelkę i wyminął ją, żeby wejść w głąb mieszkania. Spojrzeniem przesunął po farbach zawalających większą część płaskich powierzchni, zatrzymał je wreszcie na sztalugach i płótnach.
— Nad czym pracujesz? — zapytał, idąc w kierunku jednej ze sztalug.
RE: [8 sierpnia 1966] Logan i Loretta / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 26.12.2022
Miała w sobie coś z szalonej, nieocalonej od migotliwych uniesień topielicy; pewne cechy skłaniające ją ku skraju samego jestestwa, na wybrzeże umarłych marzeń i równie obfitych w pozaludzkie doznania szeptów; posiadała wszak w sobie demona, który lubieżnie oblizywał swoje wargi, pazury ostrząc, aby wyfrunąć z klatki płuc, aby ponownie skłonić jej osobowość ku niewiadomego; ku temu, na które z tak gorejącą ekscytacją spoglądał Logan. Zepchnięta ze skraju poczucia ludzkości, rozbić się miała o spienione, białe fale, kruchym ciałem rozpadając się na zaostrzonych kamieniach, ścielących wybrzeże. Może gdyby była odrobinę bardziej pragmatyczna; odrobinę mniej dociśnięte wargami do marzycielstwa i doznań duchowych; z odrobiną siły doświadczała emocji skrajnych – w tym miłości. Patrząc na niego miękkim wzrokiem jednak, nie była w stanie znaleźć żadnego spośród właściwych dictum.
Była wręcz pełna zwątpienia, czy po którymkolwiek obliczu ześliznęłaby się kropla łzy, znacząc szklistym torem swoje podążanie. Nie była nigdy chlubą rodziny; nigdy nie szła ścieżką miękko wytyczaną przez rodową tradycję; nie była obiecującą czarownicą w równej mierze, co nie była w jakikolwiek sposób obdarzoną uzdrowicielką. Umościła swoją niszę w niebycie, w sferze duchowej i artystycznej, obrazami wpływając na rozgrywki wykraczające ponad metafizykę. I nawet jej jednający uśmiech, podszyty solidną warstwą snobizmu i poczucia wyższości, potrafił kłamać w najpiękniejszy spośród sposobów.
Bo przecież duchowo była absolutnie niedojrzałą podlotką; uśmiechy często barwiły łagodnością jej wargi, rozczochrane loki okalały drobną buzię, a wielkie, sarnie oczy barwy orzechu szeptały każdą spośród prawd. Dwudziestoletnia powłoka powoli zaczynała się kształtować, a w tęczówkach wyraźny był nie jedynie blichtr ekscytacji, ale też iskry i mętność, przeplatane w morderczym pasodoble.
Jego gorliwa, prędka twierdząca odpowiedź na jej propozycję wspólnego upicia się w składzie dwuosobowym, momentalnie zakwitła rumieńcem na odrobinę jeszcze pyzatej buzi.
Oparła się o framugę, krzyżując nogi, tak długo, jak nie ruszał się w kierunku wnętrza mieszkania. Jej wzrok pomknął za jego spojrzeniem, zatrzymującym się na nagich udach i odruchowo zaciągnęła koszulę odrobinę bardziej – nie z przyczyn wstydliwości przecież, jednak kierowana gwałtownym odruchem.
Przyjęła ponownie w dłonie butelkę z ruskim szampanem, samej ciągnąc kilka solidnych łyków szczypiącego w gardło trunku. W głowie odrobinę zaszumiało, a dwie sekundy zrobiło się w niej niespokojnie – dopiero jego pytanie sprowadziło ją do właściwego uniwersum.
– Niespotykane – westchnęła. – Nigdy nie interesowały cię moje obrazy i domyślam się, że zarówno tym razem też tak jest – rzekła, a kąciki jej ust delikatnie zadrżały, nieprzejednanie. – Robię serię londyńskich pejzaży – urwała krótko z przysługą, którą niewątpliwie dla Borgina było niezagłębianie się w artystyczne akweny.
Pociągnęła kolejny solidny łyk alkoholu parzącego przełyk, dłoń umiejscowiwszy na szyjce butelki. Nie była jeszcze pijana absolutnie, trunek jednak przyjemnie rozmywała myśli. Wsunęła dłoń pod jego ramię, zupełnie niepoprawnie, zaciskając agresywnie paznokcie na jego koszuli; dosłownie na ułamek momentu, aby po chwili wyplątać ją i podejść prędkim krokiem do okna.
Wbiła wzrok w gwiazdy powoli rysujące się na firmamencie, jedynie aby po chwili odwrócić się za ramię, ze szczenięcym spojrzeniem lokującym się w osobę Logana.
RE: [8 sierpnia 1966] Logan i Loretta / Mieszkanie Loretty - Logan Borgin - 28.02.2024
Widząc jej reakcję na przesunięcie spojrzeniem po nagich nogach, Logan parsknął krótkim, szczekliwym śmiechem i pokręcił głową na boki z jakimś rodzajem niewypowiedzianego pobłażania — co po części było efektem wypitej już wcześniej szklaneczki czy dwóch Ognistej w barze na Pokątnej. Splątane, sprzeczne myśli szalejące od rana we wnętrzu ciała chłopaka wraz z ogniem klątwy wygładziły się i rozsupłały, zrobiły prostsze, klarowniejsze i, co ważniejsze, lżejsze; proporcjonalnie do ciężkości żołądka. To, co musiało nadejść — co Logan planował, choć wciąż jeszcze nieświadomie, kształtując marzenia gdzieś na granicy rzeczywistości — przestawało mieć znaczenie.
Alkohol szumiał przyjemnie w uszach i rozgrzewał żołądek. Towarzystwo Loretty było nie tylko mniej uciążliwe, ale wręcz pożądane.
— Dobrze się domyślasz — mruknął, przeciągając poszczególne sylaby i oderwał spojrzenie od płótna, choć to ledwie go musnęło i to bez szczególnego zainteresowania ze strony chłopaka. Dla Logana był to tylko materiał brudny od farb; sztuka leżała daleko poza zakresem jego zainteresowań, zwłaszcza jeśli nie dało się jej opchnąć za odpowiednią sumę. Zajmował się nią tylko wtedy, kiedy znajdował zainteresowanego jej kupnem za jakąś absurdalną kwotę.
Kiedy ponownie spojrzał na Lorettę, w kącikach jego ust czaił się uśmiech; tylko częściowo spowodowany przyjemnym rozluźnieniem wynikającym ze spożytego wcześniej alkoholu.
— Pytam z uprzejmości — dodał, kładąc ironiczny nacisk na to jedno słowo. Oboje przecież wiedzieli, że uprzejmość jest jedną z ostatnich umiejętności Borgina. — Bo jestem w paskudnym nastroju.
Powiódł za nią spojrzeniem, na moment opuszczając wzrok, kiedy objęła jego ramię dłonią. Choć była młodsza tylko o cztery lata od niego, patrząc na nią teraz, nie mógł powstrzymać myśli, że jest jeszcze takim dzieciakiem. Istotą szczerze przejętą fascynacją światem, roztrzepaną, szarpiącą się na wszystkie strony w poszukiwaniu siebie, białym płótnem. Pełną życia, które tętniło jej w żyłach i błyszczało w oczach. Lubił ją obserwować, ale jeszcze bardziej lubił zastanawiać się nad tym, jakby to było; popchnąć ją w ramiona obłędu.
Jeszcze przez chwilę stał w miejscu, poddając się nagłej, silnej fantazji. Drgnął dopiero wtedy, gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę bez słowa. Wtedy też powlókł się za nią bez gracji przez pokój, w typowy dla siebie, dyskretny sposób, cicho stawiając kolejne kroki, aż znalazł się obok niej i zatrzymał tuż przed parapetem, przodem ud lekko się o niego opierając.
— O czym chcesz dzisiaj zapomnieć? — zapytał, tym razem już nie zaszczycając ją jednym z tych przeszywających spojrzeń, bo obserwował widok rozciągający się za oknem.
W ten sposób całkiem nonszalancko zadał zupełnie inne pytanie: Dlaczego chcesz się dzisiaj upić?
Dlaczego ze mną?
— Jeśli mamy to zrobić dobrze, musisz wygrzebać coś mocniejszego, Lestrange — dodał i niechlujnym gestem podniósł rękę, żeby wysupłać butelkę spomiędzy jej palców. Wypił kolejnego łyka, stojąc wciąż przy szybie i biegając obojętnym spojrzeniem po budynkach i zarysach sylwetek w dole, na oświetlonym bruku. Tak, cóż, szampan szybko uderzał do głowy, ale Logan potrzebował prawdziwego alkoholu.
RE: [8 sierpnia 1966] Logan i Loretta / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 29.02.2024
Bo przecież za każdym razem, gdy napotykała spojrzeniem ciemnej toni tęczówek bezmiar błękitu zawierający się w jego oczach, coś w niej zamierało. Jakby kaskada supernowych ognistą łuną przemykała po nieboskłonie; jakby wszystkie nieistotności wszechświata zawierały się w jednym, krótkim westchnięciu wszechrzeczy – jakby umieranie nabierało nowych barw; jakby ten kalejdoskop emocji zsuwał się na ramiona ciężkim całunem, który utrzymywała na wątłych ramionach. I nawet te uśmiechy, wysyłane gdzieś w niebyt, pomiędzy gwiazdy, zawierały ułamki rzeczywistości. Była istniejąca i namacalna – nieomal jak zawsze. Nosząc na barkach dwudziestą wiosnę, dopiero wkraczając w dorosłość, wybrzmiewała tymi wszystkimi niewinnościami poranków.
Myśli były splątane i niewiadome; jednocześnie błędne i skalane prawdziwością. Spojrzała na niego raz jeszcze, pogubiona w kaskadzie tych wszystkich emocji, które jej towarzyszyły za każdym razem, gdy go widziała. Niedojrzała i miękka, podziwiała go na rozciągłości tych wszystkich lat, które umykały pod dłonie zaklętej enigmy; chciała go mieć i jednocześnie nie-mieć. Bała się, że zakochała się w tym niedoścignionym ideale, który wyklarował się na przestrzeni lat – nie pozwalając jednocześnie podejść zbyt blisko, a jednocześnie tak nęcąco przyciągając.
Skierowała na niego spojrzenie znowu, wychwytując ten niepokojący uśmiech, czający się gdzieś w jego kącikach ust. Sama przybrała miękki grymas, w filuterności rozciągający się powoli do pełnego uśmiechu, ukazującego te urokliwie krzywe kły.
– Nie jesteś nigdy uprzejmy – odparła, wzruszając ramionami, podsumowując to wszystko, co wykwitło między nimi bezsłownie. – Zresztą, miałbyś być uprzejmy, bo masz parszywy humor? To się nie klei, a szkoda – rzekła po chwili.
Cztery lata odbijały się między nimi nimbem wielorakiej różności; nie wszystkie słowa, które między nimi padały, były wiążące i nie każdy gest był tym, czym w wysmakowaniu powinien być. Chwyciła z jego dłoni szyjkę szampana, biorąc kilka konkretnych łyków. W głowie zaszumiało niebezpiecznie, zachwiała się nieomal na moment na nogach, w porę jednak zachowała równowagę.
Chwyć mnie między palce i rozetrzyj, znajdź to, co od dawna ukrywałam w sobie pod woalką piękna; jestem przecież wszystkim, przed czym się ucieka – a najbliżej mi do absurdu letnich nocy i zimowych dni – gdy jedynie smak piżma przemyka przez moje wargi kolejnej nocy, której masz mnie na wyłączność. Dlaczego tego nie widzisz?
– Nie chcę zapominać. Chcę po prostu się napić, sztuka dla sztuki – podsumowała.
Rozbiegany wzrok utkwiła w oknie, stając tuż obok niego, spozierając z kamienicy na ulicę, tak jakby widziała ją po raz pierwszy. Po chwili jednak uniosła nieobecny wzrok na niego, szukając odpowiedzi w jego spojrzeniu. Pośród kolejnej niespokojnej nocy.
Dopiero po chwili uniosła głowę, gdy dotarł do niej powolny sens jego słów.
– Wódka czy whisky? – zabrzmiała pytaniem, kierując się do szafki z alkoholami.
RE: [8 sierpnia 1966] Logan i Loretta / Mieszkanie Loretty - Logan Borgin - 01.03.2024
Tak niewinna, że aż obrzydliwie słodka.
Mimo to Logan wciąż miał pod powiekami wypalony obraz Loretty sprzed tygodnia, kiedy to wracali z jednego z tych nudnych, sztywnych przyjęć, na którym zgodził się jej towarzyszyć z tylko sobie znanych powodów; Loretty rzucającej jedno z Zaklęć Niewybaczalnych z taką łatwością i z błyskiem szaleństwa w oczach zlewającym się w jedno z czerwienią blasku Cruciatusa. Pozornie była tą samą, słodką, młodą dziewczyną w za dużej — i jednocześnie zbyt krótkiej — koszulce, która nie rozumiała ciężaru ironii w nonszalancko rzuconym komentarzu — a jednak kompletnie inną. Dwoistość jej natury była na tyle fascynująca, że czasem warto było przecierpieć sztywną, skupioną na sztuce imprezę, żeby tylko móc jej skosztować. Doświadczyć.
— Dużo już wypiłaś tego szampana zanim przyszedłem? — parsknął w jednym komentarzu dla jej słów, postanowiwszy zachować dla siebie te wszystkie przemyślenia, które przecięły jego umysł w ułamku sekundy.
Spojrzał na nią kątem oka dopiero, kiedy ponownie wyrwała mu butelkę, a robili to oboje z taką wprawą, jakby brali udział w zawodach — kto więcej i szybciej wleje sobie tego szampana do gardła — a nie w zwykłym towarzyskim spotkaniu. Cóż; Logan nie mógł pozbyć się wrażenia, że to nie jest zwykłe spotkanie. Przecież decydując się przyjąć jej zaproszenie, podskórnie przeczuwał, że nie robi tego z altruistycznych pobudek.
Nigdy nie robił niczego w ten sposób.
— Wzniośle — skomentował pod nosem i przewrócił oczami — ale wartości absolutne nigdy mnie nie interesowały. Nie wierzę w bezcelowe działania, to tylko wymysł filozofów ze zbyt dużą ilością czasu. W rzeczywistości obrazy są po to, żeby — je sprzedać; Logan wyminął to stwierdzenie krzywym, dość niezgrabnym łukiem, pozostawiając je jedynie w domyśle — wywoływać emocje w oglądających. W odróżnieniu od picia, które ma za zadanie je stłumić. — Wzruszył ramionami.
Och tak, on zamierzał stłumić w sobie dzisiaj bardzo dużo skrajnych emocji z tych, które zbierały się pod żebrami i na dnie brzucha od czasu porannej wizyty w rodzinnym domu. I częściowo już mu się to udało, biorąc pod uwagę wcześniejszą wizytę w barze, ale nie miał zamiaru się teraz zatrzymać.
— Wódka — rzucił obojętnie w stronę jej pleców i odwrócił się, żeby zająć bliższy fotel.
Nogi bezceremonialnie rozwalił na stoliku tuż obok pędzli wetkniętych w brudny od farb kubek i sterty palet malarskich. Zdjął wierzchnią szatę, rzucił ją gdzieś w bok na podłogę i podwinął rękawy koszuli do łokci, po czym rozsiadł się wygodniej w fotelu. Nie chciał być elegancki. Nie miał zamiaru wciskać się w sztywne ramy obrzydliwie nudnych konwenansów tak, jak zrobił to ostatnim razem w jej obecności.
Spojrzenie Logana ponownie uciekło na smukłe uda dziewczyny; tym razem, stojąc do niego tyłem i wybierając odpowiednią butelkę z szafki, Loretta nie mogła tego zauważyć. Choć tym razem również się z tym nie krył.
|