[07.10.1972 | Maida Vale] Czerwone róże dla ciebie niosę dziś - Leviathan Rowle - 23.04.2026
Bal Maskowy
Laurent & Leviathan
![[Obrazek: f7ccf095e451a814f70afaf6eb261b3c.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/f7/cc/f0/f7ccf095e451a814f70afaf6eb261b3c.jpg)
Rześkie, wieczorne powietrze zdawało się czynić cuda. Było dokładnie tym, czego w tym momencie potrzebował, oddzielając go gwałtownie od gorącego, przepełnionego dźwiękami powietrza, które panowało wewnątrz. Robiło się tam zwyczajnie duszno, a ciągłe gadanie w pewnym momencie robiło się aż nadto natarczywe. Nie był kimś kogo obchodziły te wszystkie plotki i ploteczki, dlatego bez żalu uciekał. Krok, kolejny, a wreszcie znalazł się na dole niskich schodków, od których ścieżka prowadziła gdzieś dalej, pomiędzy różane krzewy. A jeśli było coś w posiadłości Lestrange'ów, co faktycznie do niego przemawiało, to były to właśnie otaczające je ogrody. Zawsze lubował się w bliskości, bardziej niż tej ludzkiej, i tego typu atrakcja skradłaby jego serce nawet w domu. Może powinni sobie sprawić takie labirynty. Może nie róż, ale czegoś równie dwoistego w swej naturze. Pięknego, ale jednocześnie gotowego poranić palce, gdy nieostrożnie sięgało się po jego kwiaty. Może. Zobaczy, czy myśl zostanie z nim na dłużej.
Ruszył wąską alejką, nieśpiesznie obierając drogę, która wydawała się bardziej ustronna, cichsza i może też dzięki temu mniej uczęszczana. W cieniach, jakie rzucały rośliny, zdawał się kryć pewien niepokój, a szelest który wywoływały elfy podpowiadał, że było się wciąż obserwowanym. Lepiej przez nie, jak obce spojrzenia. Tym bardziej że zza zakrętu wreszcie wychynął niewielki prześwit, wysypane żwirem koło w niewielką fontanną dla ptaków, a w tym wszystkim ławeczka. Ławeczka, która była zajęta. Było za późno, żeby odwrócić się i zniknąć bez słowa, chociaż pewnie i tak zrobiłby bez zawahania, gdyby coś w sylwetce siedzącej tam osoby wydawało się znajomego. Jakaś ulotność, lekkość, jasność włosów, które odcinały się w świetle księżyca. Laurent ubierał się charakterystycznie, nawet jeśli była mowa o towarzyskich spotkaniach na wielką skalę. A może zwyczajnie instynkt podpowiadał Leviathanowi, że od niego nie trzeba było uciekać. Szedł więc dalej. Przed siebie i do ławeczki, obok której wreszcie przystanął i zwyczajnie uśmiechnął się do blondyna.
- Przepraszam, czy to miejsce jest zajęte? - słowa spłynęły miękko, ale znajomym głosem. Rowle chyba w jakiś sposób spodziewał się, że Prewett też dostrzega te drobne, znajome detale w nim samym. Sztywność, której zawsze Leviemu było ciężko się wyzbyć i jakaś czujność.
|