Secrets of London
[15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy (/showthread.php?tid=5995)



[15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 30.04.2026

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Siedzieli nad jeziorem. Było ciepło, właściwie to nie dało się wyczuć w powietrzu nadchodzącej jesieni. Słońce znajdowało się wysoko na horyzoncie i okropnie prażyło, jeszcze nie chyliło się ku zachodowi. Noc nie miała nadejść szybko.

Była dzisiaj w pracy, nie miała co do tego wątpliwości, wydawało jej się, że ktoś za nią chodził, przez cały dzień towarzyszyło jej takie dziwne uczucie, czasem po prostu pod skórą czuje się, że coś jest nie tak i to był jeden z takich dni. Gdy zamykała oczy widziała twarz chłopaka, który skrzyżował z nią swoje spojrzenie podczas pożarów, tego, który zabijał niewinnych. Nie miała pewności, czy to z nim powinna kojarzyć te dziwne uczucie, nie bez powodu jednak czuła niepokój, miała się czym martwić. Było lepiej, gdy w końcu znalazła się w Exmoor, tutaj raczej nikt nie powinien ich nawiedzić. Mało kto wiedział, gdzie zatrzymali się po tym, co wydarzyło się w Londynie.

Nie chciała marnować czasu, pewnie niewiele miało być podobnych dni, w sumie ten był dość dziwny, bo wyglądał jak środek lata, a nie jesień, ale nie zastanawiała się nad tym jakoś szczególnie, właśnie dlatego namówiła Benjy'ego na wizytę nad jeziorem, w sumie to może on ją namówił? Zresztą, czy to było istotne kto kogo wyciągnął z rezydencji.

Nie było to to samo jezioro, gdzie ostatnio został zaatakowany, oczywiście, że musiała się upewnić, że idą w inne miejsce, nie chciała zaliczyć powtórki z rozrywki, chociaż była niemalże pewna, że jej towarzysz pozbył się problemu, który wtedy im przeszkodził.

Było wyjątkowo cicho, usłyszeć mogli właściwie tylko liście drzew które kołysały się na wietrze oraz trel ptaków. Woda była wyjątkowo spokojna, jezioro pokrywała przejrzysta tafla. Prue nie pamiętała kiedy właściwie spędziła ostatnio tak dużo czasu na łonie natury, była to całkiem przyjemna zmiana, zapominała o tym, że czasem wystarczy zmiana otoczenia do tego, by poczuć się dużo lepiej. Miała wrażenie, że przez te kilka dni zrzuciła z siebie jakiś dziwny ciężar, który towarzyszył jej od lat. Dziwna sprawa.

- Przeniesienie się tutaj było w sumie nie najgorszym pomysłem. - Rzuciła cicho, naprawdę była wdzięczna za to, że pomyślano i o niej, bo przecież to wcale nie było takie oczywiste. Nie sądziła, że aż tak przyda jej się oderwanie od tego, co działo się w stolicy, raczej trzymała się miasta, a aktualnie naprawdę podobała jej się ta wiejska sielanka. No, dzięki temu też mieli szansę ustalić nieco faktów, które przez lata były niewyjaśnione, to był naprawdę dobry czas.

Prue poprawiła się nieco na kocu, przez co piasek znalazł się na jego brzegu, strzepała go ręką i wtedy usłyszała coś w lesie nieopodal, odwróciła głowę w tamtą stronę, drgnęła przy tym, może popadała w jakąś paranoję, przecież niemożliwe było to, że i tutaj ktoś miał za nimi podążać. Znajdowali się praktycznie na pustkowi, to musiało być jakieś zwierzę, na pewno to było jakieś zwierzę.




RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 30.04.2026

Siedziałem z nogami wyciągniętymi w stronę wody, oparty na dłoniach wbitych w nagrzany piasek - rozciągnąłem się trochę bezwstydnie na kocu, opierając ciężar na łokciach i pozwalając, żeby ciepło jednego z ostatnich letnich dni tego roku wsiąkało we mnie powoli, warstwa po warstwie, aż przestałem myśleć o czymkolwiek, poza tą chwilą. Byliśmy tylko my dwoje, tu i teraz, czułem słońce przypiekające mi kark z intensywnością, która bardziej pasowała do środka lipca na południu, gdzieś daleko od Anglii, niż do końcówki sezonu na kapryśnych Wyspach Brytyjskich, które potrafiły w jednej godzinie udawać wszystkie pory roku naraz, ale nie zamierzałem z tym dyskutować, bo od dawna brałem to, co było do wzięcia, bez roztrząsania, czy świat akurat trzymał się tego, co „standardowe”. W moim życiu, nie mówiąc już o branży, mało co takie było - wszystko stanowiło pewnego rodzaju odstępstwo od normy, do tego stopnia, iż z czasem kwestionowało się nawet jej istnienie. Palcami bezmyślnie rozgarniałem jasne, skrzące ziarenka, które nagrzały się od do tego stopnia, że kontakt z nimi aż parzył skórę, i przez dłuższą chwilę pozwalałem sobie wierzyć, że świat jednak naprawdę potrafił być tak prosty, ograniczony do niemal nieruchomej tafli jeziora, zapachu przybrzeżnych roślin i obecności kobiety siedzącej tuż obok mnie, bez Londynu, bez dymu, bez tamtych twarzy, które zostawały pod powiekami nawet wtedy, kiedy człowiekowi wydawało się, że już dawno przestał patrzeć.
Jezioro rozciągało się przed nami płasko, praktycznie aż po sam horyzont, ukształtowane naturalnie na idealnie równym terenie, gładkie jak tafla szkła, która tylko czekała, aż ktoś rzuci w nią kamieniem i sprawdzi, ile kręgów da się wywołać jednym ruchem, a powietrze miało w sobie coś zdradliwie lekkiego, przyjemnie świeżego, nawet jeśli w stolicy jeszcze niedawno pachniało spalenizną i strachem.
- Mhm. - Mruknąłem, przeciągając dłonią po karku i po włosach, które i tak zaraz wróciły na swoje miejsce, niespecjalnie przejmując się moją ingerencją. - Dobsze nam zlobiło zniknięcie. - Nie mówiłem konkretnie, czy miałem na myśli przeniesienie się z Londynu na wieś, czy naszą dzisiejszą wyprawę nad wodę, tak jak Prudence nie sprecyzowała, czy chodziło jej o tymczasowe opuszczenie stolicy, czy też zabranie się z ogrodów otaczających posiadłość i zniknięcie z radaru pozostałych mieszkańców - nie miało to większego znaczenia, najważniejsze, że mogliśmy odpocząć tylko we dwoje, co było przyjemną odmianą od… Właściwie to od wszystkiego przez ostatnie lata. Starałem się wrócić pamięcią do ostatniego takiego dnia, ale było to tak dawno temu, bez cienia wątpliwości jeszcze w Hogwarcie, na szkolnych błoniach - z całą pewnością, gdybym przypomniał o tym Prue, chociaż w jej przypadku chyba nie dało się niczego „przypominać”, byłaby w stanie cofnąć się do dokładnej godziny i daty, lecz nie potrzebowałem tego robić. Tu i teraz wreszcie było idealnie…
Czyżby?
Przesunąłem spojrzeniem po linii drzew, wolno, metodycznie, ale nadal z pewnym rozleniwieniem - tak, jakbym liczył pnie, a nie szukał problemu, który mógł się tam czaić. Ten dźwięk, zupełnie niepasujący do odgłosów natury, słyszałem go już wcześniej… Dreszcz przebiegł mi po plecach, znałem to uczucie aż za dobrze, ten ucisk pod skórą, który nie miał nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem w typowym ujęciu, a mimo to rzadko się mylił, więc nie zamierzałem go zbywać wzruszeniem ramion, nawet jeśli na zewnątrz wyglądałem, jakbym właśnie to robił. Nie patrzyłem jeszcze na Prue, ale zmrużyłem oczy, marszcząc brwi.
Czy byliśmy tutaj sami?
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek]


RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 30.04.2026

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/77265834e63e98b7b928c7a1f505005e/e821b785553b7d29-3e/s500x750/092ae1ee6ac0af81ee006eb6771112137633bb35.jpg[/inny avek]

Nie spodziewała się tego, że przyjdzie taki moment, kiedy będzie czerpała przyjemność z siedzenia nad jeziorem. To nie było w jej stylu. Wolała chować się w ścianach swojego mieszkania, z dala od świata zaczytując się w kolejnych, grubych tomiskach. Tym razem jednak było inaczej, to trwało od kilku dni, zachowywała się trochę jakby odkryła jakieś kolejne uroki życia, które ignorowała od lat. Niby nie było to nic wielkiego, ale jednak robiło to na niej wrażenie. Dawno nie pozwalała sobie na coś takiego. Raczej twierdziła, że nie lubi słońca, wiatru, natury, co nie do końca chyba było prawdą. Wystarczyła odpowiednia osoba u boku, a wszystko mogło się zmienić.

Nie potrzebowali wiele do szczęścia. Nie sądziła, że uda jej się jeszcze kiedyś go spotkać, tym bardziej nie spodziewała się tego, że w ogóle będą mieli szansę naprostować ich relację, nie po tym wszystkim, co wydarzyło się w przeszłości. Jakimś cudem jednak udało im się to zrobić. Być może byli na tyle samotni, że próba dogadania się była dla nich najlepszą, możliwą opcją, to, że zawsze przyciągała ich do siebie jakaś dziwna siła na pewno tylko temu sprzyjało.

Jakoś tak się więc złożyło, że postanowili dać sobie szansę, na chwilę, stać się sobie znowu bliscy, bliżsi niż kiedykolwiek indziej, naprawdę wydawało jej się to być wyjątkowo właściwe, w końcu czuła, że wszystko między nimi wygląda tak jak powinno od samego początku, kiedy jeszcze nie mieli świadomości jak to nazwać, kiedy jeszcze byli niewinnymi dzieciakami, które nie potrafiły określić swoich uczuć.

- Kiedyś często nam się zdarzało to robić. - Znikać, razem, pałętać po różnych miejscach, z dala od innych ludzi. Przychodziło im to całkiem naturalnie. Nigdy nie zapomniała jak jej tego brakowało, bo przecież nie umiała zapominać, pamiętała wszystko, taki już był jej urok, a może przekleństwo.

Drgnęła, poczuła chłód na swojej skórze, mimo tego, że słońce nie przestawało prażyć, czuła, że coś nie gra, jakby ciało wiedziało, że nie może do końca się rozluźnić, sugerowało, że ma być czujna. Tyle, że przecież znajdowali się z dala od ludzi, raczej nikt nie powinien się tu plątać, chociaż, czy aby na pewno? Niepokoiło ją to tylko dlatego, że już wcześniej tego dnia miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Na pewno jednak ta osoba nie dotarłaby tutaj, nikt przecież nie miał pojęcia o tym, gdzie aktualnie pomieszkiwała. Być może jej paranoja znowu dawała o sobie znać, to nie byłoby niczym nowym, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się tamtej okropnej nocy.

- Myślisz, że łatwo jest się tutaj dostać? W sensie, czy dużo osób wie o tym miejscu? - Próbowała nieco wybadać grunt, przecież Benjy znał okolicę jak własną kieszeń w przeciwieństwie do niej. Być może w leśnym gąszczu czaiło się jakieś zwierzę, to było prawdopodobne, był przecież domem dla wielu stworzeń, istniała szansa, że zaniepokoiła je ich obecność.

Nie chciała jeszcze dzielić się tym, co czuła przez cały dzień, wolała nie wyjść na paranoiczkę, ale niepokój nie ustępował, ponownie przeniosła spojrzenie w stronę drzew, tyle, że nadal niczego nie widziała.




RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 03.05.2026

Siedziałem tuż przy niej, zatopiony w sielskim bezruchu wiejskich regionów Exmoor, a nagrzane do granic możliwości ziarenka piasku wciskały mi się pod paznokcie, gdy opierałem się na dłoniach wbitych w suchą strukturę spękanej ziemi, która zdawała się pulsować wewnętrznym żarem. Gdyby nie koc pod nami, prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie usiedzieć w miejscu, lecz teraz nie mogło być bardziej idealnie… Słońce wisiało wysoko na bezchmurnym niebie, prażąc z praktycznie tropikalną intensywnością - tak silną, że drwiła ona sobie nie tylko z kalendarza, lecz także z położenia geograficznego tego miejsca. Woda przed nami trwała w absolutnym, niezmąconym niczym, niemal nieruchomym spokoju, pozwalając mi przez tę jedną, ukradzioną ponurej rzeczywistości chwilę uwierzyć, że świat rzeczywiście potrafi się zatrzymać, a ten skrawek ziemi został na zawsze wycięty z map i ukryty przed wzrokiem wszystkiego, co mogłoby nas tu odnaleźć. Choć otaczała nas ta głęboka, wiejska cisza, moje zmysły, wyostrzone przez lata bycia człowiekiem, którym stać się musiałem, nie potrafiły całkowicie złożyć broni, wciąż podświadomie analizując każdy powiew wiatru i każdy cień kładący się na gładkiej tafli jeziora.
- Zdaszało - przytaknąłem - powiedziałbym nawet, sze wychodziło nam to asz za dobsze - pozwalając tym słowom wywołać na moich ustach krzywy, mimowolny uśmiech, ponieważ pamięć tamtych czasów wcale nie była dla nas nostalgicznie łagodna - niektóre fragmenty wspomnień dawnych czasów były krystaliczne, inne były jednak ostre niczym potłuczone szkło, które lśniło nęcąco głównie z daleka, by przy bliższym kontakcie boleśnie przypomnieć, jak łatwo można się nim pociąć do żywego. Nie dało się zaprzeczyć - wtedy, kryjąc się w tamtym cieniu, czuliśmy się bardziej u siebie niż gdziekolwiek indziej, przynajmniej do momentu, w którym mechanizm rzeczywistości zazgrzytał, ktoś nacisnął o jeden raz za mocno, a nasza misternie tkana codzienność rozpadła się w drzazgi z hukiem, którego echo czasami - w chwilach takich jak ta - wciąż pobrzmiewało w moich myślach.
Przekręciłem głowę w jej stronę, mrużąc oczy od oślepiającego blasku słońca, i przez ułamek sekundy pozwoliłem sobie patrzeć na nią bez żadnej z moich zwyczajowych masek, bez tej starej, niemal automatycznej potrzeby bycia trudnym dla samej zasady, bo tutaj, w tej intymnej bliskości, nie było to już nikomu potrzebne. Siedzieliśmy tu jak kiedyś, chociaż zdecydowanie bardziej dojrzali i poobijani przez los, niosąc bagaż historii, której nie dało się tak po prostu wyciąć z życiorysu, a jednak wciąż daliśmy sobie coś, czego lata temu nie potrafiliśmy utrzymać - coś znacznie bardziej konkretnego niż tamta szczenięca przyjaźń, coś bardziej wymagającego, lecz jednocześnie lepszego, nawet jeśli wyłącznie na chwilę, już nie na tamto „zawsze”, które i tak nigdy nie miało być prawdziwe. Miałem niejasne wrażenie, że młodsza wersja mnie, pełna buty i głupkowatego przekonania o własnej niezniszczalności, patrzyłaby na nas teraz z niedowierzaniem lub kpiącym rozbawieniem, traktując tę chwilę jako kolejny etap gry, podczas gdy teraźniejszy ja, czując jej obecność, wiedziałem już, że tym razem nie chodziło o żadną rozgrywkę, nawet jeśli instynkt wciąż kazał mi obracać powagę w żart, byle tylko nie dać się schwytać za gardło temu, co stawało się zbyt prawdziwe.
Zauważyłem jej gwałtowny ruch, ten instynktowny skurcz mięśni, gdy odwróciła głowę w stronę gęstwiny lasu, i chociaż moja natura w pierwszej kolejności pchała mnie ku przekornej uwadze, która miałaby rozładować narastające napięcie, moje własne uszy, wyczulone na każdy fałszywy ton w symfonii natury, również wychwyciły to podejrzane pęknięcie gałązki, niepasujące do miarowego szumu liści. Nie byłem już tamtym nieostrożnym dzieciakiem i znałem smak zagrożenia zbyt dobrze, by lekceważyć podskórny niepokój, zwłaszcza że po wydarzeniach z Londynu, oboje wiedzieliśmy, jak kruche mogło być bezpieczeństwo, nawet w miejscu, które miało być azylem. Przesunąłem dłonią po karku, czując wilgoć potu i ten znajomy, chłodny dreszcz zwiastujący kłopoty, ale zdusiłem go w zarodku, nie chcąc przerywać tej chwili, którą w końcu, po tak długim czasie, mogliśmy nazwać naszą własną. Zamiast zerwać się na równe nogi, przesunąłem się bliżej niej, opierając się na łokciu i rzucając jeszcze jedno, uważne spojrzenie w stronę ściany drzew, podczas gdy w mojej głowie wciąż kołatało się to męczące przeczucie, które od samego rana nie dawało mi spokoju, szepcząc, że świat nie przestał o nas pamiętać tylko dlatego, że my postanowiliśmy o nim zapomnieć.
Mrużąc oczy od światła odbitego od lustrzanej tafli jeziora, odezwałem się w końcu, starając się, by mój głos brzmiał tak stabilnie, jak tylko potrafiłem:
- Laszej nie. - Stwierdziłem, przesuwając ciężar ciała i sięgając po gładki kamyk, który najpierw obróciłem w palcach bez większego sensu, by moment później już celowo sprawdzić jego wyważenie. - Jeśli ktoś tu tlafia, to dlatego, sze naplawdę chce, a to jusz zawęsza glono głównie do kilku upaltych idiotów.
Mimo tych zapewnień, nie zamierzałem karmić jej bajkami o nieosiągalnych fortecach, bo wiedziałem, że takie miejsca nie istniały dla kogoś, kto potrafił szukać wystarczająco długo. Rzuciłem kamyk w stronę wody - odbił się raz, drugi i trzeci, kreśląc na powierzchni idealną linię, zanim ostatecznie zniknął pod taflą, co skwitowałem krótkim, niemal dziecięcym uśmiechem zadowolenia, który jednak szybko zgasł, gdy ponownie przeniosłem wzrok na linię lasu - coś mi nie pasowało w nagłym zamilknięciu ptaków, w tej sekundzie nienaturalnej ciszy, która sprawiła, że dawne napięcie powróciło ze zdwojoną siłą, przypominając mi o cieniu, który od rana wlókł się za mną krok w krok. Uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, posyłając jej to dawne, łobuzerskie spojrzenie, które kiedyś doprowadzało ją do szewskiej pasji, ale teraz miało zupełnie inny wyraz, bo chociaż życie uczyniło mnie człowiekiem bezwzględnym, w tej jednej krótkiej chwili w Exmoor chciałem być dla niej jedyną rzeczą, której naprawdę potrzebowała - kimś, kto zdoła odpędzić każdy lęk, nawet ten najbardziej uzasadniony. I choć w duchu analizowałem już każdy możliwy scenariusz nadchodzącego zagrożenia, nie zamierzałem oddać ani sekundy z tej kradzionej chwili wytchnienia, za którą przecież oboje już zapłaciliśmy najwyższą możliwą cenę.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek]


RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 04.05.2026

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/77265834e63e98b7b928c7a1f505005e/e821b785553b7d29-3e/s500x750/092ae1ee6ac0af81ee006eb6771112137633bb35.jpg[/inny avek]

Otoczenie w którym się znajdowali nie było czymś normalnym dla Prudence. Raczej rzadko zapuszczała się na łono natury, nie przepadała za tym, nie należała do osób, które lubiły spędzać czas na świeżym powietrzu. Przynajmniej tak się jej wydawało. Większość życia spędziła w stolicy, unikała miejsc, w których coś mogło ją ugryźć, czy wleźć pod ubranie. to nie tak, że się tego obawiała, po prostu nauczyła się inaczej spędzać czas. Wcale nie przeszkadzał jej tłok, czy typowy dla miasta hałas.

Tak właściwie to zapomniała nawet, jak to jest siedzieć tak sobie gdzieś zupełnie beztrosko, było to całkiem miłą odmianą od codzienności. Łatwo było to tego przywyknąć, nie mogła jednak tego zrobić, musiała pamiętać, że niedługo wszystko wróci do normy, nawet jeśli wyjątkowo jej się to nie podobało. Szkoda było jednak marnować ten czas na to, by się nad tym zastanawiać. Próbowała cieszyć się chwilą, chociaż to też nie było dla niej typowym zachowaniem.

- Jak już się za coś zabieramy to zazwyczaj robimy to dobrze. - Nie dało się ukryć, że potrafili się zaangażować, w przyjaźń, nienawiść, cokolwiek by to nie było. W tej chwili starała się skupiać raczej na tych pozytywnych chwilach z przeszłości, nie warto bowiem było rozgrzebywać to, co nie poszło po ich myśli. Tym bardziej, że w końcu zaczęła rozumieć czym było to spowodowane, Prue niby była pamiętliwa, jednak nie brakowało jej wyrozumiałości. Szkoda, że tak późno dotarły do niej niektóre informacje, ale wtedy sama nie do końca chciała drążyć temat, bo była zraniona. Grunt, że w końcu wszystko sobie wyjaśnili.

Słońce nie przestawało prażyć, ten dzień był naprawdę wyjątkowy jak na wrzesień. Tak właściwie bardzo łatwo było zapomnieć o tym, że wakacje już minęły. Popołudnie było bardzo leniwe, co również było miłą odmianą, czuła, że to, co robią było właściwe, chociaż przecież raczej każdą wolną chwilę spędzała raczej na pracy, tej oficjalnej i mniej oficjalnej. Dawno nie miała tyle czasu dla siebie. Pożary trochę otworzyły jej oczy, właściwie to nie same pożary, a również jego obecność, łatwo było dzięki temu zmienić tok myślenia, zobaczyć, że inne rzeczy również mogą być ważne.

Wpatrywał się w nią, czuła na sobie jego wzrok. Zastanawiała się, jak ją widzi w tej chwili, czy patrzył na nią, tak jak ona zaczęła spoglądać na niego? Miała świadomość, że nie byli tymi samymi ludźmi co wcześniej, a jednak nadal potrafili do siebie dotrzeć. Dopuściła go do siebie bardzo szybko, co wcale jej nie dziwiło, miała do niego sentyment i to pewnie nigdy nie powinno się zmienić. Niektóre rzeczy po prostu były takie, a nie inne. Ich relacja różniła się w tej chwili od tego, co kiedyś ich łączyło, kto wiedział właściwie, czy gdyby nie byli tacy uparci, to wcześniej nie udałoby im się skończyć w podobnym miejscu. Nie mogła jednak się na tym skupiać, bo ustalili, że to było tylko chwilowe, mimo tego jednak czasem zastanawiała się nad tym, co by było gdyby, to było silniejsze od niej. Prudence spoglądała na jezioro, które było wyjątkowo spokojne, nie pojawiła się na nim nawet drobna fala.

Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk który dochodził od strony drzew. Odruchowo się tam odwróciła, niczego jednak nie zobaczyła. Przypomniała sobie o tym, że miała wrażenie już wcześniej, że ktoś ją obserwował. Przez cały dzień towarzyszyło jej to dziwne uczucie, nie chciało jej się jednak wierzyć w to, że ktoś mógł się pofatygować aż tutaj, na to pustkowie. To było irracjonalne.

Podzieliła się swoimi obawami z Benjy'm, nie zrobiła tego jednak wprost, bo nie chciała wyjść na paranoiczkę, wolała podejść do tematu bardziej naokoło. - Czyli nie powinniśmy się martwić tym, że ktoś nas podgląda. - Jego słowa potwierdziły to, co jej się wydawało. Raczej niewiele osób wiedziało o tym miejscu, co powodowało, że powinni być tutaj bezpieczni. Nie mogła jednak pozbyć się tego dziwnego wrażenia, że ktoś ich podgląda.

Dostrzegła uśmiech na jego twarzy, to spowodowało, że spięte ramiona opadły. Nie powinna niczym się martwić, to co najgorsze było za nimi, powinni cieszyć się tym dniem. - Zresztą nawet, jeśli ktoś czai się w tych krzakach, to pewnie nie ma pojęcia z kim zadziera. - Dodała jeszcze, bo wiedziała, że bez względu na to, czy ktoś był w lesie, czy nie, to nie powinna się niczym martwić, bo przecież on był przy niej, a nie raz w ciągu kilku ostatnich dni udowodnił jej to, że mogła się czuć przy nim bezpiecznie.




RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 05.05.2026

Nie powiedziałem tego na głos - tak właściwie, miałem nadzieję w ogóle tego nie robić, przeżywając po prostu jeden zupełnie normalny dzień z kobietą, z którą nieoczekiwanie naprawdę chciałem spędzać czas, chociaż wiedziałem, iż los rzadko spełniał moje życzenia w tej materii - ale coś w tej ciszy zaczynało coraz bardziej mnie drażnić. Nie było to nic konkretnego, bardziej uczucie dyskomfortu, impuls, niczym niewidoczna drzazga wbita pod paznokieć, której nie dało się zignorować, choć od samego rana bardzo starałem się to robić. Nie byłem w stanie powiedzieć, kiedy pierwszy raz zacząłem czuć się obserwowany, jednak miałem nieodparte wrażenie, że ktoś lub coś przez cały czas kryło się na krawędzi mojego wzroku - na tyle wyraźne, bym odczuwał narastającą frustrację, nie mogąc wskazać domniemanego intruza, ale jednocześnie mgliste i nieokreślone. Mimo to starałem się nie dać tego po sobie poznać, spoglądając na Prue, jakby nic się nie zmieniło - jakby to, co siedziało mi z tyłu głowy było tylko tworem mojej paranoi, wyobraźnią podszywającą mi dziwne scenariusze, bo ostatnią rzeczą, jaką zamierzałem zrobić, było pozwolenie, żeby cokolwiek popsuło nam ten dzień.
Prudence, siedząca obok, wydawała się w tym rajskim anturażu niemal nierealna - z rozwianymi włosami i głębokim spojrzeniem, które wreszcie przestało wpatrywać się we mnie z lodowatą intensywnością, zastąpioną czymś zupełnie innym, wyglądała tak, że serce podchodziło mi do gardła, nawet jeśli za nic bym się do tego nie przyznał.
- No, w końcu ktoś musi tszymaś poziom. - Rzuciłem lekko, podtrzymując wydźwięk naszej rozmowy, choć głos miałem przyciszony, bardziej skupiony, niż chciałem to po sobie pokazać, bo mimo tej całej sielanki, mimo bezchmurnego nieba i natury, która powinna działać kojąco, coś dalej nie dawało mi spokoju - coś, co zaczęło się jeszcze przed naszym spacerem nad jezioro i teraz tylko przybrało na sile, rozciągając się cieniem gdzieś pomiędzy drzewami.
Wrzesień kpił sobie z nas w żywe oczy, słońce prażyło z tropikalną intensywnością, wyciągając z ziemi zapach rozgrzanej trawy i igliwia, a ja, zamiast jak normalny facet cieszyć się wolnym popołudniem i kobietą, która w końcu przestała trzymać mnie na dystans, wciąż nie mogłem wyłączyć tego pieprzonego radaru, który podpowiadał mi, że cisza wokół nas była zbyt gęsta, w jakiś sposób wyreżyserowana - co prawda - nie pokusiłbym się o stwierdzenie, iż udział w tym miały jakieś mityczne siły, zwłaszcza gdy ostatnie dni udowodniły, że wokół nas było wystarczająco wielu realnych ludzi, ale to wcale nie było żadnym pocieszeniem. Miałem wrażenie, że świat wstrzymał oddech przed uderzeniem, które i tak musiało nadejść, przed bolesnym zderzeniem z rzeczywistością mającym mieć miejsce w naszej wspólnej, nieistniejącej na dłuższą metę, przyszłości, niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy o nim zapomnieć.
Po tym pierwszym wyraźnym dźwięku nie potrafiłem już całkowicie zbywać tego dreszczu niepokoju - w moim skomplikowanym życiu nauczyłem się już, że takie rzeczy rzadko były przypadkowe, nawet jeśli bardzo chciało się w to wierzyć - przesunąłem jednak dłonią po karku, jakbym mógł w ten sposób strzepnąć z siebie to wrażenie, i na moment przymknąłem oczy. Starałem się sprawiać wrażenie zrelaksowanego, przynajmniej jeszcze przez chwilę, w rzeczywistości dokładniej niż wcześniej omiotłem wzrokiem linię cienia, w którym coś - albo ktoś - mogło się czaić, nasłuchując uważniej, wyłapując każdy drobiazg, starając się wyczuć nawet ten nienaturalny ruch powietrza, który nie pasowałby do reszty układanki… Na próżno… Zostało tylko to wrażenie. Mimo to kiwnąłem głową na „czyli nie powinniśmy się martwić”, przeciągając się leniwie, jakbym naprawdę nie miał na karku całych lat, które nauczyły mnie, że takie zdania zwykle wypowiadało się chwilę przed tym, jak coś szło bardzo, bardzo nie tak.
- Och, zdecydowanie nie ma pojęcia. - Odezwałem się bez wahania, z nutą niezmąconej pewności, którą wypracowałem sobie przez lata, nawet jeśli nie zawsze była w pełni uzasadniona, po czym wróciłem spojrzeniem do Prue, pozwalając sobie na lekki, krzywy uśmiech - ten sam, który zwykle oznaczał, że balansowałem gdzieś pomiędzy kpiną a powagą. Na jej kolejne słowa uniosłem brwi, a potem zaśmiałem się krótko, szorstko, bez cienia wstydu, jak ktoś, kto nie raz już sprawdzał w praktyce, ile wart jest własny brak rozsądku, po czym odchrząknąłem cicho. - Wiesz co - dodałem jeszcze lżej, jakby to była spontaniczna, trochę głupia propozycja, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie była - mosemy przestaś zgadywaś. Pszejdziemy się. Splawdzimy, co tam siedzi, albo upewnimy się, sze nic - zaoferowałem, przekrzywiając głowę i zerkając na nią z tym znajomym błyskiem w oczach. - A jak ktoś szeszywiście uznał, sze to dobly pomysł, szeby nas śledziś, to pszynajmniej oszczędzimy mu czekania. Co ty na to? - Skinąłem głową w stronę drzew, odsuwając od siebie wyjątkowo dziwną wersję deja vu związaną z nami i z przechadzką w nieznane, bo do niczego ono nie prowadziło - no, chyba, że w krzaki.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek]


RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 06.05.2026

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/77265834e63e98b7b928c7a1f505005e/e821b785553b7d29-3e/s500x750/092ae1ee6ac0af81ee006eb6771112137633bb35.jpg[/inny avek]

- To prawda, ktoś musi. - Tak właściwie niczego nie musieli, jednak taką już mieli naturę, że jak im na czymś zależało to się w to odpowiednio angażowali. Tym razem mogło być to odebrane raczej jako coś pozytywnego, co było całkiem miłą odmianą. Nie spodziewała się, że tak łatwo przyjdzie jej przywyknąć do tej nowej rzeczywistości, w której nie strzelali w siebie piorunami z oczu, nie starali się jak najbardziej zranić tylko cieszyli się wspólnie spędzonym czasem. Nie zastanawiała się nad tym dlaczego tak szybko udało jej się zmienić nastawienie, powinna być ostrożniejsza, bo przecież mocno przez niego cierpiała, jednak miała do niego ogromny sentyment. Gdzieś w głębi duszy zawsze o tym wiedziała, tak po prostu było, bez względu na to, jak bardzo by chciała, aby było inaczej. Czas, który ostatnio razem spędzili był istną sielanką, nie rozmawiali o przyszłości, bo ta nie była im pisana, zamiast tego wykorzystywali teraźniejszość jak najbardziej się dało, to też było dla niej odmianą, do której zaczęła się przyzwyczajać, to nie wróżyło niczego dobrego, bo przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nic co dobre nie trwa wiecznie, w końcu się skończy, ale o tym będzie myśleć kiedy indziej.

Dzisiaj zamierzała się nacieszyć tym wyjątkowym jesiennym dniem, chociaż dużo bardziej przypominał jedno z najcieplejszych, letnich popołudni, może nawet nie z tych, które zdarzają się w Wielkiej Brytanii, pogoda najwyraźniej chciała z nimi współpracować, zachęcała do zaszycia się tutaj z dala od świata, z dala od ludzi, tyle, że właśnie, co do tego, czy byli tutaj sami nie miała już pewności. Wydawało jej się bowiem, że usłyszała jakieś dźwięki dochodzące z okolicy drzew, które otaczały jezioro przy którym odpoczywali. Po tym dniu, kiedy czuła się obserwowana w różnych momentach nieco ją to zaniepokoiło. Właśnie dlatego postanowiła się tym podzielić z Benjy'm, nie sądziła, że zlekceważy jej słowa, gdyby niepokój był nieuzasadniony na pewno w odpowiedni sposób by ją uspokoił, nie zrobił jednak tego. Być może więc wcale sobie tego nie zwizualizowała?

Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała słowa, które padły z jego ust. Lubiła tę pewność siebie, którą emanował, teraz lubiła, imponowała jej, kiedyś raczej okropnie denerwowała Prudence, ale wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a teraz znajdowała się na tym kocu jako jego tymczasowa dziewczyna, więc mogła czerpać z tego korzyści. Czuła się przy nim wyjątkowo bezpiecznie, wiedziała, że jest w stanie zadbać o jej bezpieczeństwo. Nie musiała się bać tego, kto czaił się w krzakach, o ile w ogóle ktoś tam był.

- Myślisz, że to jest rozsądne? - Zapytała jeszcze, chociaż wiedziała, jakiej odpowiedzi mogła się spodziewać. Zresztą jeśli to zrobią będą mieli pewność, że nic nie czai się w tych krzakach. Nie było to wcale takim złym pomysłem, przynajmniej dalej będą mogli cieszyć się tym bardzo przyjemnym popołudniem, raczej wszystko było za tym, aby faktycznie poszli to sprawdzić.

- Tak właściwie to dobrze nam zrobi rozprostowanie kości. - Przejdą się, schowają na moment pod koronami drzew przed tym prażącym słońcem, póki co raczej widać było same pozytywy wynikające z tej idei. - Jeśli faktycznie ktoś się tam czai, to musimy dać mu popalić, warto, żeby zapamiętał, aby nie robić tego po raz kolejny. - Nie miała pojęcia kogo mogłoby frapować to, co robili tutaj razem, ani dlaczego chciał im się przyglądać, być może był to któryś z innych, tymczasowych mieszkańców posiadłości w Exmoor, chociaż wszyscy którzy tam przebywali nie byli zbytnio subtelni, raczej od razu postanowiliby pojawić się na twarzy i rzucić w ich kierunku jakiś uszczypliwy komentarz.

- To co, idziemy? - Nie czekała na odpowiedź, bo wiedziała, że podjęli już tę decyzję. Powoli podniosła się z koca, chwilę zajęło jej otrzepanie piasku z sukienki, nie lubiła plaż właśnie przez to, że te drobne ziarenka zawsze jakoś potrafiły się dostać pod ubranie.




RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 07.05.2026

Uniósłszy się minimalnie, oparłem ciężar ciała bardziej na dłoniach niż na przedramionach, jak jeszcze chwilę wcześniej, rozglądając się wolno, bez gwałtowności, która mogłaby zdradzić cokolwiek komukolwiek, jeśli rzeczywiście ktoś nas obserwował. Absurd naszej sytuacji uderzył mnie z opóźnieniem, niemal rozbrajająco, bo jeszcze chwilę wcześniej rozważaliśmy coś tak banalnego, tak oderwanego od zachowywania czujności jak relaksowanie się przez pół dnia na dzikiej plaży pośrodku niczego, a teraz każdy szczegół otoczenia nagle nabierał znaczenia, każda plama cienia mogła kryć coś więcej, niż powinna. Linia brzegu po drugiej stronie zbiornika wodnego była pusta, trawy poruszały się leniwie, drzewa stały nieruchomo - jak to drzewa miały w zwyczaju, nawet w naszym świecie, szokujące - a jednak to wrażenie bycia obserwowanym nie znikało, wręcz przeciwnie, nabierało wyrazistości z każdą kolejną upływającą minutą. Przez ułamek sekundy poczułem to samo mrowienie na karku, które zwykle towarzyszyło mi podczas otwierania zapieczętowanych grobowców - sygnał, że właśnie przekroczyłem niewidzialną linię dzielącą rutynę od potencjalnego niebezpieczeństwa - lecz spróbowałem je od siebie odegnać, nie zrywając się z miejsca, tylko przesuwając spojrzeniem po linii lasu, leniwie, ale wolniej, bardziej metodycznie niż przedtem, tak jak robiłem to setki razy wcześniej. Wyglądało to naturalniej niż w przeszłości, zanim jeszcze nauczyłem się udawać, że nie szukam zagrożeń tam, gdzie inni widzą tylko krajobraz, lecz nie wątpiłem, iż towarzysząca mi Prue doskonale dostrzegła zmianę w moim podejściu - nie zamierzałem kryć przed nią, iż nie podobały mi się te dźwięki, zbyt dobrze wiedziałem, że jeśli ktoś za tobą chodził, to nie dlatego, że nie miał lepszych rzeczy do roboty.
Być może przy kimś innym nie pozwoliłbym sobie na okazanie tego szczątkowego zaniepokojenia, lecz Prudence zawsze była dla mnie pewnym odstępstwem od reguły - obecna w sposób, który nie pozwalał jej zignorować, nawet kiedy bardzo się starałem, a przecież próbowałem przez lata, zmieniając podejście, ton, dystans, wszystko, co tylko przyszło mi do głowy, byleby znaleźć formułę, która pozwoliłaby mi ją rozbroić albo przynajmniej przestać reagować na nią tak, jak reagowałem.
W tamtym momencie, przed laty, wraz z opuszczeniem murów szkoły i moim zniknięciem z radaru, wszystko wskazywało na to, że to koniec, że spaliliśmy most, który i tak ledwo się trzymał, i że nie było już do czego wracać… A jednak siedziałem teraz obok niej, nad jeziorem w miejscu, z którym wiązałem równie wiele wspomnień, co z naszą relacją, czując ciepło piasku pod dłońmi i jej obecność tuż obok, żywą, namacalną, lecz wyjątkową… Nie potrafiłem zignorować absurdalności tej sytuacji - nasze życie ułożyło się w sposób, który przeczył wszelkim przewidywaniom, zdarzenia splatały się w ciągi, których nie dało się zaplanować, i nagle znaleźliśmy się w tym samym punkcie, w tym samym czasie, bez jasnego powodu, bez gwarancji czegokolwiek. Wiedziałem, że to nie był stabilny grunt, nic nie zostało między nami rozwiązane do końca, przeszłość wciąż istniała, ciężka, pełna niedopowiedzeń i błędów, których nie dało się cofnąć, mimo to czułem coś, co było zaskakująco proste, niemal niewinne w swojej formie - byłem z nią szczęśliwy, w sposób, który nie domagał się analizy, który nie wymagał przyszłości jako gwarancji swojej wartości - to uczucie istniało tu i teraz, oparte na świadomości, że mogliśmy nie mieć już nic wspólnego, nasze drogi mogły się rozejść na dobre, a jednak los, czy przypadek, czy cokolwiek innego, postawił nas obok siebie jeszcze raz.
Prudence była dla mnie czymś, czego nie potrafiłem w pełni nazwać, i może właśnie dlatego nie chciałem tego robić - każda próba zdefiniowania tego, co nas łączyło, wydawała się zbyt ograniczająca, zbyt jednoznaczna wobec czegoś, co wymykało się prostym kategoriom, wiedziałem jednak, że rozumieliśmy się w sposób, który wykraczał poza powierzchowne porozumienie, poza zwykłe dopasowanie charakterów czy wspólne doświadczenia. Nie chodziło tylko o przyciąganie, chociaż było intensywne, obecne w każdym spojrzeniu, w choćby najbardziej nieznacznym ruchu, w napięciu, które unosiło się między nami i nie znikało nawet w ciszy. Chodziło o coś głębszego, trudniejszego do uchwycenia, o zdolność dostrzegania w sobie nawzajem rzeczy, które inni pomijali, o akceptację tego, co niewygodne, co nie zawsze było łatwe do przyjęcia. Bywałem dla niej trudny, momentami wręcz przytłaczający, i nie próbowałem tego już usprawiedliwiać - wiedziałem, że przekraczałem granice, moje zachowanie pozostawiło ślady, których nie dało się wymazać jednym gestem czy słowem, teraz jednak siedzieliśmy obok siebie jako ci sami, ale inni ludzie… Ci, którzy przeszli przez szereg trudności, popełniając kolejne błędy, by dojść do tego momentu, nauczywszy się dostrzegać konsekwencje swoich działań, nie szukając już wygranej w tej relacji, lecz równowagi…
Ta dzisiejsza równowaga nie utrzymała się jednak długo, chociaż przez krótką chwilę miałem wrażenie, że wreszcie znaleźliśmy punkt, w którym nic nie musiało być przesuwane ani sprawdzane, w którym wszystko układało się wystarczająco dobrze, by zostawić to w spokoju. Dzień był absurdalnie ciepły, niemal przesadny w swojej łagodności, światło rozlewało się po spokojnej wodzie, powietrze stało nieruchomo, ciężkie od ciszy, która nie domagała się żadnych słów, żadnych gestów, żadnych decyzji…  Powinniśmy byli po prostu trwać w tej chwili, pozwolić, żeby ten spokój zrobił swoje, przykrył to wszystko, co zwykle wychodziło na wierzch. Powinienem był powiedzieć jej, że skoro nie udało nam się pływać nago w jeziorze w świetle księżyca - co samo w sobie było pomysłem równie głupim, co kuszącym, po doświadczeniu z druzgotkami - zawsze mogliśmy nadrobić to w świetle słońca, w końcu byliśmy tu zupełnie sami, odcięci od świata w sposób, który wydawał się niemal zbyt wygodny, żeby był prawdziwy. Ta myśl była prosta, niemal oczywista, wpisująca się w to, kim byłem przez większą część życia, w tę wersję mnie, która nie bała się przesuwać granic i sprawdzać, co się stanie, jeśli zrobi krok dalej… Nie powiedziałem tego jednak, mając taką okazję, słowa zostały gdzieś w moim gardle, zatrzymane przez coś, czego nie potrafiłem od razu nazwać - coś, co pojawiło się szybciej niż myśl i głębiej niż odruch, rozchodząc się pod moją skórą cienką strużką napięcia. Dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, nieprzyjemny w swojej precyzji, pozbawiony związku z temperaturą powietrza czy wodą, która pozostawała spokojna, niemal nieruchoma, odbijając niebo w sposób niemal zbyt doskonały, żeby nie budził podejrzeń. Ciepło dnia nie zniknęło, słońce nadal stało wysoko, jezioro wyglądało dokładnie tak samo, jak kilka minut wcześniej, a jednak coś zostało naruszone, przesunięte o ten jeden stopień, który zmieniał wszystko. Myśl o tym, co miałem powiedzieć, o tej lekkiej propozycji, która mogła skończyć się śmiechem albo czymś więcej, wydała mi się nagle odległa, niemal absurdalna w zestawieniu z tym, co wślizgnęło się między nas bez zaproszenia. Cisza, która jeszcze przed chwilą była komfortowa, zmieniła charakter, stała się gęstsza, cięższa, wypełniona czymś, co nie należało do tego miejsca ani do tego dnia, i chociaż wszystko wokół wyglądało dokładnie tak, jak powinno, wiedziałem, że coś zostało zakłócone, a my znaleźliśmy się w samym środku tej zmiany, bez jasnego powodu i bez prostszego wyjścia niż skonfrontowanie się z czymkolwiek, co na nas czekało.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc pytanie, było w nim coś znajomego, co powtarzało się między nami przez lata - ten specyficzny sposób podważania decyzji, które w rzeczywistości już zapadły, jakby sama forma rozmowy była równie ważna, co jej rezultat - w moim odczuciu rozsądek miał tu niewiele do powiedzenia, co zresztą nie było niczym nowym, bo gdybyśmy kierowali się wyłącznie nim, prawdopodobnie nigdy nie znaleźlibyśmy się w tym miejscu, siedząc obok siebie.
- Lozsądne? - Powtórzyłem, unosząc lekko brew, z cieniem rozbawienia, smakując to jedno słowo, które w moim przypadku rzadko kiedy miało cokolwiek wspólnego z rzeczywistością - zazwyczaj wybierałem uleganie impulsowi, co niejednokrotnie pchało mnie w sytuacje, których rozsądek raczej by nie pochwalał - wyszczerzyłem do niej zęby w uśmiechu, który sam w sobie był odpowiedzią, zanim jeszcze zdążyłem ubrać ją w słowa. Nie odpowiedziałem od razu na jej pytanie, bo odpowiedź była oczywista, dotyczyła nie rozsądku per se, tylko potrzeby upewnienia się, że to, co czuliśmy, nie było jedynie projekcją napięcia, które potrafiło pojawić się znikąd i równie szybko zniknąć, zostawiając po sobie ślad w postaci nieuzasadnionej czujności. Rozsądek podpowiadał, żeby zignorować to wrażenie, wrócić do półleżenia na kocu, pozwolić słońcu zrobić swoje i zamknąć cały temat w kategorii chwilowych zakłóceń, ale coś we mnie nie godziło się na tak proste rozwiązania, szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziła ona. - Absolutnie nie. Dlatego właśnie powinniśmy to zlobiś. - Rzuciłem lekko, mój ton pozostał luźny, niemal zaczepny, chociaż pod spodem wcale taki nie byłem - coś, co na pewno nie było rozsądkiem, nadal trzymało mnie w ryzach, przypominając mi o tym nieprzyjemnym napięciu, które wciąż nie znikało, a jedynie przyczaiło się gdzieś pod powierzchnią. Podniosłem się zaraz po niej, bez zbędnego ociągania, jednym płynnym ruchem strzepując z dłoni resztki piasku, który jeszcze przed chwilą wydawał się czymś przyjemnym, sielskim, a teraz stał się detalem, który rejestrowałem tylko dlatego, że potrzebowałem to robić. Kiedy tylko stanąłem na nogach, złapałem ją za rękę, odruchowo, niemal bezmyślnie - to był jeden z tych gestów, które nie wymagały przemyślanej decyzji, wynikały bowiem z czegoś głębiej osadzonego niż świadoma intencja.
- Podoba mi się to podejście. - Odpowiedziałem, zerkając na nią kątem oka, zanim skierowałem wzrok z powrotem przed siebie. - Jest w nim coś balso… Wychowawczego. - Uśmiechnąłem się pod nosem, przesuwając spojrzeniem po linii drzew, która nagle przestała być tylko tłem dla całej tej idylli, a zaczęła przypominać granicę, za którą coś mogło się czaić, nawet jeśli wciąż nie mieliśmy na to żadnego konkretnego dowodu. Nie lubiłem pozostawiać takich spraw niedomkniętych, szczególnie wtedy, gdy chodziło o coś, co wzbudziło we mnie szereg różnych uczuć, emocji i mogło być powiązane z co najmniej garścią różnych scenariuszy.
Lekko przesunąłem kciukiem po dłoni Prudence, odruchowo, niemal nieświadomie, czując ciepło jej skóry, znajome w sposób, który wciąż mnie zaskakiwał, bo mimo wszystkiego, co było między nami, mimo tych wszystkich lat, w których robiliśmy wszystko, żeby się od siebie oddalić, ciało pamiętało rzeczy, których głowa nie chciała nazywać.
- Idziemy. - Kiwnąłem głową. W innym momencie pewnie pozwoliłbym sobie na jakiś komentarz, coś, co rozładowałoby sytuację, odwróciło uwagę od tego, co wisiało między nami i wokół nas, ale teraz nie było na to miejsca.
Ruszyłem pierwszy, ciągnąc ją za sobą tylko na tyle, żeby nadać nam kierunek, nie tempo, bo nie chodziło o to, żeby się spieszyć, raczej o to, żeby zachować kontrolę nad przestrzenią, którą mieliśmy zamiar przekroczyć. Piasek pod stopami ustąpił miejsca bardziej zbitej ziemi, kiedy zbliżyliśmy się do linii trawy, a potem do cienia rzucanego przez drzewa, który z tej perspektywy wydawał się chłodny i gęsty, niemal nieprzenikniony. Zwolniłem odruchowo, nieznacznie, na tyle, żeby móc lepiej przyjrzeć się otoczeniu, nie zatrzymując się całkowicie, bo bezruch w takich momentach bywał bardziej zdradliwy niż ruch. Każdy dźwięk nabierał tu innego znaczenia… Szelest liści, trzask gałązki pod butem, cichy odgłos czegoś, co mogło być zwierzęciem, a mogło być kimś, kto nie miał ochoty zostać zauważony… Słońce uderzało mnie prosto w kark, ostre i bezlitosne, a zadrzewione pasmo roślinności zaczęło nagle wydawać mi się czymś więcej niż tylko chwilowym schronieniem przed światłem, stało się swoistą linią graniczną, za którą krajobraz zmieniał swój charakter, mogąc skrywać znacznie więcej niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak samo…
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek]
Koniec sesji