![]() |
|
[25.09.1972] W bibliotece nie należy krzyczeć. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [25.09.1972] W bibliotece nie należy krzyczeć. (/showthread.php?tid=6002) |
[25.09.1972] W bibliotece nie należy krzyczeć. - Lorien Mulciber - 02.05.2026 ![]() 25.09.1972 ranek - biblioteka Maeve Prawdę powiedziawszy nie często bywała w bibliotece Maeve. Bo i po co. Książki, które chciała - po prostu pani Mulciber kupowała. Zresztą rodzice przed wyprowadzką do Włoch pozostawili w jej rękach okazałe prywatne zasoby. Ministerstwo Magii miało wystarczającą kolekcję tych, których potrzebowała do pracy, a jeśli nagle okazywało się, że należy odkurzyć Traktat o statusie prawnym duchów oraz ich zdolności do posiadania i zarządzania własnością materialną nabytą za życia z 1477 roku słało się asystenta. A kiedy takowego nie było… No co za żart! Zawsze jakiś się znalazł. A jednak - tego poranka Lorien przekroczyła próg biblioteki trzymając pod ramię posiadacza platynowej karty czytelnika to znaczy Alexandra, rozwodzącego się o mnogości najznamienitszych manuskryptów dotyczących chiromancji, których autorstwo przypisywano pewnemu prymitywnemu plemieniu z puszczy Amazońskiej (Lorien nie kłopotała się z zapamiętaniem nazwy owego plemienia) czy jedynych w swoim rodzaju transkrypcji przepowiedni bułgarskiej Baby Wangi, a te - jak zapewniał - koniecznie musiała zobaczyć, skoro już zaszczyciła to miejsce swoją obecnością. Nie musiała. Po prawdzie wcale nie chciała. Tak naprawdę potrzebowała tylko i wyłącznie jego karty, ale słowo “biblioteka” wystarczyło, żeby Alexandrowi zaświeciły się oczy jak psu jak dźwięk prostego “spacer”. Zawalony robotą Niewymowny naraz okazał się mieć mnóstwo wolnego czasu; wystarczająco, żeby zabrać ukochaną siostrę do mekki nauki. Weszła do środka z tą samą miną, z którą zwykle szła przez życie - ostentacyjnie znudzoną, podszytą niecierpliwością, której nawet nie próbowała maskować. Ubrana w przepisowy ministerialny “mundurek”. Choć w przypadku Lorien Mulciber nie było mowy o bezosobowej urzędniczej przeciętności, zdjętej z pierwszego lepszego wieszaka u Madame Malkin. Ciemnozielona, perfekcyjnie skrojona szata z miękko układającej się wełny podkreślała drobną sylwetkę czarownicy. Pod nią - jedwabna koszula widoczna zaledwie przy mankietach i kołnierzyku; na ramiona narzucona peleryna w klasycznym kroju, spięta ministerialną klamrą z godłem Wizengamotu. W rękach trzymała smukłą laseczkę, bardziej będącą chyba akcesorium niż potrzebą (przynajmniej tak długo jak wisiała na ramieniu Alexa). Biblioteka Maeve nie robiła na niej szczególnego wrażenia, choć niewątpliwie włożono sporo pracy w to, żeby wrażenie jakiekolwiek robiła. Zdobione okna, rokokowe detale i znudzone wiecznym życiem anioły snujące się pod sklepieniem - wszystkiego było “dość” i jeszcze trochę. Zbyt dużo. Oczywiście Alexander chłonął to wszystko jak gąbka. Odkąd tylko przekroczyli próg, mówił. Jej wspaniały, tajemniczy, oderwany od tego co ludzkie brat, paplał jak najęty o historycznych zbiorach, różnicach między wydaniami, białych krukach brytyjskiej literatury, traktacie jakiegoś anonimowego jasnowidza, który przewidział upadek pięciu ostatnich duńskich Ministrów Magii tak precyzyjnie, że aktualny Minister trzymał kopię pod poduszką. No i mówił o własnym magnum opus - Cygańskich Gwiazdach, które mogła znaleźć na regale 1336 A, czwartej półce od góry, siedemnasta pozycja licząc od lewej, taka w skórzanej oprawie ze srebrnymi tłoczeniami. Lorien słuchała go połowicznie. Może odrobinę mniej niż połowicznie. Większa część jej uwagi zajęta była czymś… innym. Quidditchem. Samo to słowo brzmiało w jej głowie jak coś obcego, nieprzyjemnie cierpkiego. Do tej pory sport latających na miotłach chłopców, obijających się piłkami, funkcjonował gdzieś na obrzeżach jej świadomości, przynależąc do tej samej szufladki pojęciowej co na przykład gotowanie. Coś co działo się obok jej życia - bo tak jak gotować nigdy uczyć się nie planowała, tak samo dotychczas do szczęścia wystarczyło jej wiedzieć, że Quidditch istnieje. Problem w tym, że ostatnimi czasy to wystarczać przestało. Nie była głupia. Wiedziała, że podczas ostatniego spotkania z panem Moody’m na stadionie, rozmowa zaczynała jej się wymykać. Przestawała nadążać za tematem, który dla drugiej strony był oczywisty i banalny. Nie znosiła tego. Nie rozumiała kiedy był faul, a kiedy nie, dlaczego sędzia jest kaloszem i jak liczono punktacje w klasyfikacji tabelarycznej. Bo drużyna mogła wygrać, a i tak nie dostać awansu do wyższej Ligii, bo przeciwnicy zdołali złapać trzykrotnie znicza w sezonie poprzednim… To była dla niej czarna magia, a ona w tym tak nieporadna jak jakiś nieszczęśnik w Azkabanie. Nawet nie chodziło o zasady gry - te, chociaż cholernie chaotyczne zdążyła załapać. Chodziło o uczucie, o ten mały moment, gdy zorientowała się, że Aaron mówi, a ona tylko kiwa głową licząc, że kontekst sam się dopowie. Świadomie czy nie, tłumaczył jej to wszystko jak dziecku. To było niedopuszczalne. Właśnie dlatego tu przyszła. Po jedną książkę, najlepiej jak najobszerniejszą, o głupim Quidditchu. Alexandrowi powiedziała, że prowadzą proces przeciwko czarnoksiężnikowi i jego zaklętym kaflom, które posłały do grobu w latach 30. dziesięciu różnych ścigających. Zignorowała pytanie czemu po prostu nie zapytała Greybacka. Przewróciła oczami. - … dział sportowy wcale nie jest tak oczywisty jak mógłby się zdawać.- Mówił właśnie Alex, skręcając w kolejny korytarz.- Wszystko zależy od tego jak klasyfikowano na przestrzeni lat dziedzinę. Quidditch bywał już przypisywany do historii społecznej, do studiów nad kulturą masową, a nawet do… A potem zapadła cisza. Chwila minęła, gdy Lorien zorientowała się, że Alexander jej po prostu gdzieś zniknął. Musiał się wysunąć spod jej ręki, zaaferowany swoim monologiem, robiąc coraz dłuższe kroki i…. czarownica została sama. Jeszcze przed chwilą szedł obok, a teraz nie było go nigdzie. Może biblioteka zdecydowała się go pożreć, co pewnie przyjąłby z ogromną radością. Zatrzymała się na moment w miejscu. Rozejrzała. W lewo - książki. W prawo - książki. Świetnie. Regały ciągnęły się w obu kierunkach; ciężkie, wysokie, wypełnione po brzegi najróżniejszymi księgami. Umrze tu. Umrze i Mulciber będzie jej kurwa żałował. Nie panikowała. To nadal była po prostu biblioteka publiczna, a nie prastare katakumby. Po prostu… została chwilowo pozbawiona przewodnika. Westchnęła ciężko, postukała laseczką o podłogę i ruszyła dalej. Musieli być blisko, więc w końcu Alex sam się znajdzie. I tak była pod wrażeniem, że zostawił ją tu samą dopiero teraz. Alchemia Kulinarna. Prasa I. Starożytne Systemy Językowe. Prasa II (pisma archiwalne). Zielarstwo. Ogrodnictwo Magiczne Gospodarstwa Domowego. Rzemiosło. Moment. Gdzieś po drodze minęli tabliczkę, a Alex spędził parę minut na tłumaczeniu dlaczego umieszczono dział sportowy zaraz obok Rzemiosła Praktycznego. Nie słuchała go. Skręciła w kolejną alejkę. Przyświecając sobie różdżką zaczęła przeglądać książki, starając się jednak żadnej nie dotykać. Cholera wie czy ich nie zaklęli. "Historia rozgrywek ligowych 1890-1920." "Qudditch - największe sensacje XX wieku." "I ty zbuduj swoją własną, pierwszą miotłę! - edycja kolekcjonerska." "Kobiety na miotły. Autobiografia Gwendoliny Morgan kapitan Harpii z Holyhead." To wszystko było nie to. Nie tego szukała. W końcu zadarła głowę oświetlając w panującym dookoła półmroku opasłe, wyglądające na stare i zniszczone tomiszcze. Wybite na grzbiecie litery układały się w długi tytuł. Wademekum - zasady i regulacje współczesnych rozgrywek. Kompendium wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wydanie rozszerzone. Bingo. Wspięła się na palce, ale kogo my oszukujemy - książka była wysoko, a Lorien nisko. Już miała wziąć się za rzucenie zaklęcia translokacyjnego, gdy usłyszała za sobą kroki. Znajome kroki. W tej całej radości, że znalazła dokładnie to czego potrzebowała, nawet nie zastanowiła się skąd kroki zna. Po prostu założyła, że to Alexander. Dlatego nawet nie odwróciła głowy, gdy machnęła w stronę czarodzieja ręką. - Podasz mi to? Tą w zielonej okładce, między “Quidditchem dla opornych”, a “Ostatnim gwizdkiem Cypriana Youdle”. RE: [25.09.1972] W bibliotece nie należy krzyczeć. - Richard Mulciber - 06.05.2026 Biblioteki bywały przerażającym miejscem, zawierającym masę wiedzy spisanej na papierze. Richard nigdy nie słynął z miłości do czytania książek, jak jego brat. Ale kiedy musiał, potrafił się przemóc i te kilka godzin spędzić nad jedną lekturą. Istniał jeden przedział kategorii, w którym można było go zawsze znaleźć. Czy to biblioteka czy księgarnia. Dział sportu był jego jedynym z ulubionych. A w szczególności o tematyce Quidditcha. Dla brata był wstanie zrobić wszystko. Nawet w dość sprytny sposób okraść kilka skandynawskich bibliotek, narażając na utratę pracy pracowników danego miejsca. Wystarczyło słowo Roberta, że czegoś potrzebuje, Richard był wstanie mu to dać. Poświęcając nawet swój czas na przetłumaczenie podręczników z norweskiego na angielski. Dawne dzieje. O to, co przypomniał sobie Mulciber, kiedy stojąc na Alei Horyzontalnej, spojrzał na szyld i wejście do Biblioteki Maeve. Jeszcze w kamienicy, podczas golenia się, zastanawiał czy powinien odwiedzić takie miejsce. Co prawda, wiele książek z tworzenia świec i kadzideł, mieli w swojej prywatnej bibliotece. Kilka również zeszytów z zapiskami ojca i brata. Ale może znalazłby coś, co byłoby napisane na tyle prostym językiem, który on lepiej zrozumie? Spojrzał w swoje zmęczone bezsennością odbicie w lustrze, wytarłszy twarz ręcznikiem. Gładko ogolony, tak jak lubił to Robert. Nie przypominając żadnego menela, jak to brat lubił zwracać mu uwagę. Im dłużej by się sobie przyglądał, tym bardziej mógłby go w tym odbiciu widzieć. Jakby Robert stał po drugiej stronie lustra. Westchnął, opuszczając głowę. Oddalił się od lustra, odkładając ręcznik na miejsce. Wyszedł z łazienki i wrócił do pokoju ubierając się tradycyjnie w czysty czarny golf i spodnie. Śniadanie jedynie skubnął, ale czarną kawę wypił. Standardowo też wypalił papierosa, gdyż inaczej bez tego funkcjonować nie mógł. Skrzata poinformował, że wychodzi, nie mówiąc mu raczej gdzie konkretnie. Ubrał czarny płaszcz i obuwie wyjściowe. Narzucił na szyję czarny szalik i po prostu wyszedł. Chłodne powietrze, podobno pomagało w samopoczuciu. A może nawet w orzeźwieniu umysłu, czy jak to ludzie mówią. Nawet podczas spaceru, w magicznej części Londynu, zapalił sobie papierosa, docierając właśnie do jednej z bardzo znanych bibliotek. Wypalił do końca papierosa i wtedy wszedł do środka. W tej akurat bibliotece był może spore lata temu. Może jak jeszcze chodzili do Hogwartu? Nie pamiętał dokładniej. Wyprowadzka do innego kraju sprawiła, że niektóre znane miejsca, po latach przestały być znajome. Włożył ręce do kieszeni spodni i ruszył przed siebie, rozglądając się po bokach, raz może nawet pod sufit, jakby oceniał to miejsce. Tylko, że od nadmiaru tylu książek, zaczęło go mdlić. Na pewno nie planował spędzić tutaj całego dnia, albo i życia, na szukaniu konkretnego działu go dzisiaj interesującego. "Potrzebuję kogoś, kto ogarnia ten powalony labirynt…" – rzekł sobie w myślach, jakby na marne pocieszenie. "Gdzie do cholery mają dział związany z rzemieślnictwem?" – zastanawiał się.- Pan Mulciber? Dawno Pana nie widziałem. Usłyszał Richard lekko ściszony obcy sobie głos męski, że aż serce mu się ścisnęło. Odwrócił głowę, spojrzawszy na mocno wiekowego czarodzieja. Jego długa siwa broda jak i włosy, jasno mówiły o jego daleko seniorskim wieku. Lecz warto dodać, że odziany był w dość eleganckie turkusowe szaty. Obcy dla Richarda mężczyzna, wydawał się być sympatyczny. Ale dlaczego? Chciał już coś odpowiedzieć. Otworzył już usta. - Pewnie znów Pan coś potrzebuje z działu Rzemieślniczego? Wyprzedził go pytaniem. Jakby czytał w myślach. Czy może znał Roberta, ale wieść o jego śmierci do niego nie dotarła? Czy to znaczyło, że Robert tutaj kiedyś przychodził? Musiał. Przecież mu raz powiedział, że szukał konkretnych egzemplarzy książek, ale tu w Londynie i Szkocji ich nie dostał. - Tak. Odpowiedział z powagą, potwierdzając, że tego szuka. "Wskaż mi drogę. Błagam.." – mówił do siebie w myślach. Jakby liczył na jakiś cud. - Tak też przeczuwałem. Trochę się ostatnio pozmieniało. Ale tego działu akurat nie ruszali. Jest tam gdzie zawsze. Przestawili jedynie dział sportowy. No ale, nie będę Pana zatrzymywać. Miłego dnia. Machnął na pożegnanie staruszek, oddalając się. Richard stał przez moment jak słup. Jakby nie ogarnął, co przed chwilą miało miejsce. ”Pięknie. Jestem durniem." – stwierdził. Mógł mężczyznę wyprowadzić z błędu. Mógł zapytać o drogę. Westchnął zrezygnowany. Gotowym będąc już opuścić ten budynek. Lecz kiedy znów się rozejrzał i minął kilka regałów, dostrzegł jakąś tabliczkę, gdzie znajdzie dział sportowy. Może tam powinien zacząć? Skierował się w tamtym kierunku. Między regały, prowadzące do działu sportowego, wszedł od drugiej strony, gdzie ku jego zaskoczeniu, zobaczył na wysokości wzroku podręczniki hobbystyczne. Uśmiechnął się do siebie kącikiem ust, jakby to było zabawne. Nie tracąc czasu, zaczął przeglądać tytuły, odnajdując półki, które zawierały w sobie tematykę świec i kadzideł. "Kształty, barwy i symbolika świec". Tutaj się zatrzymał, przypominając sobie co tworzył jego syn. "Nie ma mowy…" – stanowczo sobie narzucił. Aż tak daleko nie będzie się edukował. To nie na jego cierpliwość. nie po tym, co odwalił jego Charles. Szukał dalej. Akurat zestawienie książek dotyczących kadzideł, znajdowały na wyższych półkach. "Terapia z kadzidłami", "Historia kadzidła w wybranych kulturach”. Przesunął wzrokiem dalej i znalazł. "Magia zapachu – Jak stworzyć kadzidło." Jak na jego wzrost książka była wysoko. Sięgnięcie ręką było wystarczające, że udało mu się ją chwycić i wyciągnąć. Musiał się trochę wspomóc, stojąc na palcach, podpierając regału. Miał już w rękach dwie książki. Otworzył tę z kadzidłami i chyba w spisie treści miała to, czego potrzebował. Tylko czytając to, miał wrażenie, że pracy nad tym jest znacznie więcej niż przy zwykłej świecy. Czy może tylko mu się będzie wydawało? Zamknął książkę, trzymając obie w jednej ręce, ruszył przed siebie, mijając właśnie kobietę, która próbowała coś dosięgnąć. Wtedy usłyszał jej słowa. Nie od razu rozpoznając głos. Odwrócił głowę w kierunku półki, którą wcześniej wskazywała. Podszedł bliżej, aby spojrzeć na przedstawione przez nią tytuły. Nie było wysoko. Nie dla niego. Zlustrował ją uważnie, oceniająco. Szata Wizengamotu. Rzucił spojrzenie na regał z podręcznikami sportowymi, półkę z tematyką Quiddittcha. Zerknął znów na tytuł książki, jaką dla niej zdjął z półki. Aż ostatecznie jego wzrok brązowych oczu spoczął na jej obliczu. - Zamierzasz teraz zostać sędzią Quiddittcha?Zapytał. Niby to złośliwie, niby to z ciekawości. Od kiedy zaczęła się interesować sportem? |