Secrets of London
[15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) (/showthread.php?tid=6007)



[15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Astoria Avery - 06.05.2026

15.09.1972
cmentarz, pogrzeb Penelope Abbott

O pogrzebie dowiedziała się od kuzynki Penelope - krótka, elegancka notatka, napisana starannym pismem, pozbawiona zbędnych emocji, jakby śmierć można było zamknąć w kilku uprzejmych zdaniach. Astoria czytała ją powoli, przesuwając wzrokiem po słowach, które nie oddawały niczego z tego, co naprawdę się wydarzyło. Nikt nie wiedział. Dla świata była to kolejna ofiara chaosu, kolejna czarownica, która znalazła się w złym miejscu o złym czasie. Pergamin drżał lekko w jej dłoni, choć sama nie była pewna, czy to przez osłabienie, czy coś głębszego. Siedziała nieruchomo, wsparta o oparcie krzesła, z ramionami okrytymi materiałem, który nie chronił przed chłodem wdzierającym się pod skórę. Ciało wciąż odmawiało jej pełnego posłuszeństwa.
Mogła nie iść. Nikt nie oczekiwał jej obecności. Nikt nie powiązał jej z tamtą nocą. W oczach rodziny Penelope była jedynie znajomą z galerii, jedną z wielu twarzy, które przewinęły się przez jej życie. Ale wspomnienie nie gasło. Było zbyt wyraźne. Zbyt ostre. Wciąż widziała bruk, widziała światło zaklęcia przecinające powietrze, widziała moment, w którym wszystko się kończy. I choć nikt nie patrzył jej wtedy na ręce, to czuła się winna, że nie zrobiła czegoś więcej, że nie zapobiegła jej śmierci. Wiedziała, że jeśli pójdzie, będzie musiała spojrzeć temu wszystkiemu w twarz. Każdy detal powróci - nie jako wspomnienie, lecz jako przeżycie na nowo. Pogrzeb nie będzie spokojnym pożegnaniem, tylko otwarciem drzwi, które z trudem próbowała domknąć. A jednak myśl o tym, że mogłaby nie pójść, że mogłaby pozwolić, by strach lub słabość zatrzymały ją w miejscu, była niemal nie do zniesienia.
Teleportacja była krótkim, nieprzyjemnym szarpnięciem. Pojawiła się na cmentarzu jeszcze przed rozpoczęciem ceremonii. Powietrze było chłodne, wilgotne, przesycone zapachem ziemi i zwiędłych liści. Wygładziła materiał swojej szaty - tkanina była ciężka, układała się idealnie wzdłuż sylwetki, podkreślając jej smukłość, ale nie przyciągając niepotrzebnej uwagi. Czarodzieje zaczęli już się zbierać - ciche rozmowy, przytłumione szmery, pojedyncze, urywane oddechy tych, którzy nie potrafili powstrzymać łez. Astoria stanęła z boku. Nie podeszła bliżej, nie próbowała wmieszać się w tłum rodziny i przyjaciół. Pozostała na uboczu, w cieniu, gdzie nikt nie zwracał na nią uwagi. A jednak była wystarczająco blisko, by widzieć wszystko. Do rozpoczęcia pożegnania zostało jeszcze kilkanaście minut. Jej spojrzenie spoczęło na trumnie. Nie poruszyła się. Twarz miała spokojną, niemal obojętną, jakby to, co widziała, nie robiło na niej wrażenia. Jakby była tylko obserwatorką, kimś zupełnie z zewnątrz. Bo tak przecież było. Ale pod tą powierzchnią kryło się napięcie i ból. W jej pamięci nakładał się na nią inny obraz sprzed lat. Pamiętała, jak wtedy, po śmierci brata, stała wśród ludzi, którzy szeptali, którzy współczuli, którzy próbowali znaleźć słowa tam, gdzie ich nie było. Pamiętała własną pustkę. Teraz była inna. A jednak w pewnym sensie dokładnie taka sama.

Odkryj wiadomość pozafabularną
[Obrazek: bff5c66c509bd7f5eeb3e0185c00deadb101ad6a.gif]



RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Lukas Nott - 06.05.2026

To nie był pierwszy pogrzeb, na którym znalazł się po tamtej rzeźniczej nocy. Właściwie nie potrafił już zliczyć, ile ich było. Kolejne czarne szaty, kolejne pochylone głowy, kolejne trumny, jakby świat postanowił przez kilka dni mówić wyłącznie językiem strat. Wszystko zaczynało się zlewać w jedno: zapach mokrych liści, cichy szloch gdzieś w tłumie, szmer szeptanych kondolencji i ta ciężka, nieznośna obecność śmierci, której nikt nie potrafił okiełznać. Lukas stał z tyłu, z dala od reszty zebranych, z papierosem trzymanym między palcami. Dym unosił się powoli, niknąc w chłodnym powietrzu, a on udawał, że właśnie tego potrzebuje. Że to zwykły gest. Że ręka nie drży mu nieznacznie za każdym razem, gdy unosi papierosa do ust. Na jego twarzy wciąż było widać ślady dziewiątego września: cienkie zadrapania przy skroni, zaszyte rozcięcie na łuku brwiowym i siniejące otarcie przy szczęce, którego nie dało się ukryć nawet pod zmęczeniem. Rozpamiętując tamtą noc, zaciągnął się zbyt mocno i poczuł, jak dym drapie go w gardło. Przez chwilę miał ochotę zakaszleć, ale powstrzymał się, zaciskając szczękę. Nie wypadało hałasować. Nie tutaj. Nie teraz. Na pogrzebach człowiek uczył się, że nawet oddychać należało ciszej, jakby każdy głębszy wdech był czymś nie na miejscu wobec kogoś, kto już nie mógł go wykonać. Penelope znał głównie z widzenia, ale w ostatnich dniach to wystarczało, żeby śmierć zrobiła się osobista. Siadywała w tej samej kawiarni co on, zawsze w podobnym miejscu, z filiżanką ustawioną równo przy krawędzi stolika. Parę razy uśmiechnęła się do niego łagodnie i pochwaliła jego aparycję, wspominając młodzieńcze lata, a jemu za każdym razem robiło się niezręcznie, bo nigdy nie wiedział, co odpowiedzieć starszym kobietom, które patrzyły na niego z czymś bliższym ciepłu. Teraz jej krzesło było puste. Rutyna została naruszona, a nawet najmniejsze szczegóły zaczynały świadczyć o nieobecności. Brak filiżanki. Brak spokojnego uśmiechu. Brak czyjegoś spojrzenia podniesionego znad stolika, brak rozmów, tak prostych a tak ułatwiających codzienne funkcjonowanie.
Przejechał ręką po włosach, odwracając się nieznacznie. Jego spojrzenie zatrzymało się na Astorii. Stała z boku, w cieniu, na tyle daleko od najbliższej rodziny, by nie wyglądać jak ktoś należący do żałobnego centrum. Wyglądała zupełnie tak, jak Lukas ją zapamiętał jeszcze z czasów Hogwartu - bezbłędną staranność i gracja. Kiedyś pewnie rzuciłby w jej stronę jakiś komentarz. Coś lekkiego, zaczepnego, czekając na jej reakcję. Teraz nawet nie przyszło mu to do głowy. Zgasił papierosa o zimny kamień przy ścieżce i przez moment tylko stał, jakby rozważał, czy powinien podejść. Nie byli sobie bliscy. Nigdy nie byli. Ich znajomość składała się z krótkich rozmów, spojrzeń i złośliwości, które miały więcej wspólnego z przypadkiem niż rzeczywistą więzią. Czasem gdzieś pomiędzy nimi pojawiał się Louvain, jak naturalny punkt odniesienia, ktoś, kto sprawiał, że ich światy na moment zachodziły na siebie. Po szkole wszystko się urwało, jak większość rzeczy, które w tamtym czasie wydawały się ważniejsze, niż były naprawdę. A jednak po tamtej nocy podobne granice wydawały się dziwnie cienkie. Człowiek widział znajomą twarz wśród czerni i nagle wystarczało, że była znajoma by poczuć się choć odrobine lepiej. Ruszył w jej stronę powoli, bez tej zwykłej pewności, którą nosił na sobie jak drugą skórę. Zatrzymał się obok, zostawiając między nimi uprzejmy dystans. Przez chwilę patrzył przed siebie, na trumnę. Drewno było ciemne, wypolerowane, obce w swojej staranności. Zbyt ładne jak na coś, co miało zamykać czyjeś życie. Ludzie przynosili kwiaty, szeptali pod nosem, poprawiali rękawiczki, ocierali oczy. Wszystko było ciche i uporządkowane, jakby ktoś próbował nadać śmierci formę, w której da się ją znieść. Lukas spojrzał na Astorię kątem oka.
— Avery... — odezwał się cicho.
Jej nazwisko zabrzmiało dziwnie płasko w tej przestrzeni. Bez dawnej zaczepki, bez tego drażniącego tonu, którym zwykle próbował wytrącić ludzi z równowagi. Na moment zabrakło mu dalszych słów. W innych okolicznościach cisza między nimi byłaby niewygodna. Teraz wydawała się jedyną rzeczą, która naprawdę pasowała.
— To nie najlepsze miejsce na spotkanie po latach, nie? — dodał po chwili, kierując na nią spojrzenie.
Sam nie wiedział, czy liczy na odpowiedź. Może po prostu potrzebował powiedzieć coś do kogoś, by wyładować to nieprzyjemne napięcie. Przeniósł wzrok na trumnę i wsunął dłonie do kieszeni płaszcza, czując pod palcami szorstki materiał. Przełknął ślinę. Gardło wciąż miał suche od dymu, papierosa i czegoś, czego nie potrafił nazwać. Zamilkł, bo więcej nie umiał powiedzieć bez brzmienia głupio. Stał obok niej, patrząc na żałobników i wilgotną ziemię, i przez krótką chwilę poczuł coś nieprzyjemnie prostego. Nie strach. Nie rozpacz. Raczej świadomość, że świat po tamtej nocy nie wróci na swoje miejsce.


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Astoria Avery - 18.05.2026

Stała nieruchomo, wpatrzona w ciemne drewno trumny, ale z każdą minutą coraz mniej widziała to, co znajdowało się naprawdę przed nią. Obrazy zaczynały nakładać się na siebie w sposób niemal nierealny. Nagle znowu widziała Juliana. Trumnę, ciężkie spojrzenia ludzi unikających kontaktu wzrokowego, matkę stojącą nieruchomo, jakby każdy ruch groził całkowitym rozpadem. A potem obraz przekształcił się w ulicę przesiąkniętą dymem i ogniem. Światła zaklęć przecinające ciemność. Penelope leżącą na ziemi. Wszystko zapętliło się w jeden ciąg obrazów. I ona pośrodku tego wszystkiego, zawsze nieruchoma. Zawsze z twarzą tak spokojną, jakby nic nie było w stanie jej dosięgnąć.
Nie odwróciła głowy od razu, gdy usłyszała własne nazwisko. Dźwięk jego głosu dotarł do niej przez warstwę chłodu, ciszy i wspomnień, które od kilkunastu minut oplatały ją szczelniej niż materiał ciemnej szaty. Stała nieruchomo, z dłońmi splecionymi przed sobą, wpatrzona w trumnę, jakby tylko ona istniała na całym cmentarzu. Dopiero po chwili przesunęła spojrzeniem w bok.
Lukas wyglądał inaczej niż go zapamiętała. Nie chodziło nawet o rany, tylko o zmęczenie w spojrzeniu i ten rodzaj napięcia, którego nie dało się ukryć nawet pod pozornym spokojem. Wyglądał gorzej niż zwykle, mniej pewnie, jakby ostatnie dni starły z niego część tej irytującej swobody, którą pamiętała jeszcze z Hogwartu. Przesunęła wzrokiem po cienkim rozcięciu przy jego skroni, po załatanym łuku brwiowym, po zmęczeniu osiadającym ciężko pod oczami. Dostrzegła sposób, w jaki trzymał ramiona - odrobinę sztywniej niż powinien, jakby ciało nadal pamiętało trudy i znoje. Przez moment patrzyła na niego w milczeniu, gdy jego słowa zawisły między nimi ciężko, ale nie niezręcznie.
- A czy jakiekolwiek miejsce byłoby dobre? - rzuciła cicho. W jej głosie wciąż pobrzmiewała ta sama kąśliwość, subtelna, ale wyczuwalna. Dawniej pewnie powiedziałaby to ostrzej, bardziej złośliwie. Teraz zabrzmiało raczej jak odruch, stary mechanizm, którego nawet nie próbowała ukrywać. Należała do ludzi pamiętliwych, jeśli raz wyrobiła sobie o kimś opinię, trzymała się jej uparcie, czasem wręcz irracjonalnie. A Lukas przez lata pozostawał w jej oczach dokładnie tym samym: zbyt głośny, zbyt nonszalancki, otoczony ludźmi, którym imponowała jego aparycja i sportowe sukcesy. Kolejny przygłupi sportowiec, który bardziej polegał na uroku niż rozsądku. Już w Hogwarcie działał jej na nerwy i choć minęły lata, wspomnienie tamtego irytującego chłopaka nadal gdzieś w niej tkwiło.
Przez moment patrzyła mu prosto w oczy, a potem znowu odwróciła wzrok ku trumnie. Ciemne drewno połyskiwało wilgocią, obok ktoś położył świeże lilie, których zapach mieszał się z mokrą ziemią i jesiennym chłodem. I wtedy dotarło do niej coś dziwniejszego niż samo spotkanie. Zmarszczyła lekko brwi.
- Nie sądziłam, że ją znałeś - odezwała się ciszej. Naprawdę ją to zaskoczyło. Penelope w jej głowie należała do zupełnie innego świata niż Lukas - świata galerii, spokojnych rozmów o sztuce, ostrożnie dobieranych słów i ludzi, którzy zatrzymywali się przed obrazami dłużej niż kilka sekund. Nie potrafiła połączyć tych dwóch rzeczywistości. Spojrzała na niego jeszcze raz, uważniej niż wcześniej. Jakby próbowała znaleźć ślady człowieka, którego nie zauważyła przed laty. Świat po Spalonej Nocy dziwnie pozmieniał proporcje rzeczy ważnych i nieważnych. Znajoma twarz, nawet taka, której kiedyś nie darzyło się szczególną sympatią, potrafiła nagle przynieść odrobinę ulgi pośród kolejnych pogrzebów, kolejnych nekrologów i kolejnych nazwisk wypowiadanych już wyłącznie w czasie przeszłym.
Odwróciła wzrok dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że przygląda mu się zbyt długo. Zamiast tego wbiła spojrzenie w  mokrą ziemię przy świeżo wykopanym grobie. W ciemne ślady butów odciśniętych w błocie. W więdnących liściach przy krawędzi ścieżki. Wszystko wokół wyglądało zbyt spokojnie. Zbyt uporządkowanie. Jakby śmierć dało się oswoić odpowiednio dobranymi kwiatami i wyciszonym tonem głosu.
- Świat robi się ostatnio wyjątkowo mały - odezwała się znowu cicho. - Ludzie częściej widują się przy trumnach niż przy kolacji. - I tym razem w jej głosie nie było już złośliwości. Tylko zmęczenie.


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Lukas Nott - 19.05.2026

Lukas przyjął jej pierwszą odpowiedź niemal bez reakcji. Kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie, ale nie był to uśmiech. Raczej cień dawnego odruchu, który nie zdążył nabrać kształtu. Czy jakiekolwiek miejsce byłoby dobre? Pewnie nie. Nie dla nich. Nie po latach, które rozeszły się w zupełnie inne strony, zostawiając po sobie jedynie kilka niewyraźnych wspomnień z Hogwartu. Lukas wsunął dłonie głębiej do kieszeni płaszcza. Palce odruchowo odnalazły paczkę papierosów. Papier był lekko zgnieciony, znajomy pod opuszkami. Przez krótką, paskudnie szczerą chwilę zapragnął wyjąć jednego, osłonić ogień dłonią, zaciągnąć się i pozwolić, żeby dym zrobił za niego to, czego sam nie umiał: wypełnił ciszę, nadał rękom zajęcie, uspokoił drżenie, którego nikt nie powinien zobaczyć. Ale nie wypadało.
— Nie znałem jej dobrze — powiedział w końcu cicho.
Słowa zabrzmiały ubogo. Zbyt prosto wobec trumny, kwiatów, ciemnych szat. Lukas przełknął ślinę.
— To znaczy… nie tak, jak zna się kogoś z rodziny. Albo przyjaciela. Raczej z tych codziennych przypadków, które człowiek zauważa dopiero wtedy, kiedy nagle ich brakuje.
Spojrzał na trumnę, ale zaraz odwrócił wzrok od połyskującego drewna.
— Siadywała w kawiarni niedaleko miejsca, w którym zazwyczaj jadam śniadanie. Zawsze przy tym samym stoliku.
Na moment prawie się uśmiechnął.
— Raz powiedziała mi, że wyglądam, jakbym potrzebował porządnego posiłku i jeszcze porządniejszej kobiety. Nie wiedziałem, czy to komplement, obelga, czy diagnoza, więc zrobiłem to, co zwykle robię w sytuacjach wymagających rozsądku. Uśmiechnąłem się i udawałem, że mam wszystko pod kontrolą.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że powiedział więcej, niż zamierzał. Astoria miała ten irytujący rodzaj milczenia, który nie pchał rozmowy naprzód, ale też nie pozwalał jej umrzeć. Nie pocieszała na siłę. Nie zasypywała przestrzeni zdaniami tylko po to, by nie było słychać żałoby. Stała obok, chłodna i wyprostowana. Nie wyglądała na osobę, której powinien się zwierzać.
— Louvain pewnie powiedziałby coś lepszego — rzucił po chwili, ciszej, nie patrząc na nią. — Miał talent do brzmienia tak, jakby wszystko rozumiał, nawet kiedy wszyscy inni tylko stali i głupio patrzyli przed siebie.
Imię wspólnego znajomego pojawiło się między nimi jak ostrożnie położony kamień na zamarzniętej wodzie. Lukas nie wiedział, czy powinien był je wypowiadać. Ale skoro już padło, nie cofnął myśli.
— Ja mam głównie talent do mówienia nie tego, co trzeba, w najgorszym możliwym momencie.
Uniosła mu się brew.
— Chociaż przy pogrzebach chyba trudno o dobry moment na cokolwiek.
Wiatr przeszedł przez cmentarz nisko i chłodno. Poruszył czarnymi welonami, końcami szat, wstęgami przy wieńcach. Gdzieś bliżej rodziny ktoś zaszlochał krótko, jakby próbował zdusić dźwięk, ale nie zdążył. Lukas mimowolnie odwrócił głowę w tamtą stronę. Nie znał tej osoby. Nie znał większości zebranych. Zmęczenie siedziało mu w kościach ciężej niż siniaki.
Bezsenne noce, pogrzeby, nazwiska powtarzane przyciszonym głosem, nagłówki, które próbowały zrobić z tragedii porządek, choć nic nie było uporządkowane. Do tego własne odbicie w lustrze, paskudnie obce przez rozciętą brew i podkrążone oczy. Wyglądał jak ktoś, kto przeżył, choć nie do końca wiedział, co z tym zrobić.
— Masz rację — powiedział wreszcie, odpowiadając na jej ostatnie słowa. — Świat zrobił się mały.
Przez moment miał wrażenie, że znów słyszy tamten chaos. Nie konkretnie, raczej jego resztki, odciśnięte gdzieś pod skórą. Huk. Krzyk. Światło. Ktoś wołający czyjeś imię z takim przerażeniem, że samo wspomnienie tego dźwięku potrafiło rozszarpać ciszę. Palce znów drgnęły mu w kieszeni w stronę papierosów.
— Wybacz — powiedział po chwili, ciszej. — Nie powinienem gadać tyle przy cudzym grobie.
To też było głupie. Jakby istniała właściwa liczba słów. Jakby można było przekroczyć limit żałoby i zostać za to wyproszonym z cmentarza przez samą przyzwoitość. Przesunął spojrzeniem po jej profilu. Astoria nadal wyglądała spokojnie. Zbyt spokojnie.
— Ta kobieta była ci bliska?


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Astoria Avery - 25.05.2026

Kiedy Lukas zaczął opowiadać o Penelope i jej komentarzu dotyczącym porządnego posiłku oraz jeszcze porządniejszej kobiety, coś w Astorii drgnęło niemal mimowolnie. Bardzo delikatnie. To do niej pasowało. Potrafiła ją sobie wyobrazić bez najmniejszego trudu - siedzącą przy stoliku w kawiarni, z filiżanką ustawioną idealnie równo przy brzegu, obserwującą ludzi tym swoim spokojnym, przenikliwym spojrzeniem, które nigdy nie wydawało się oceniające, a jednak widziało więcej, niż większość chciała pokazać. Kobieta rzeczywiście mogła powiedzieć coś takiego z całkowitą naturalnością, z łagodnym rozbawieniem i pewnością osoby, która przeżyła już wystarczająco dużo, by nie przejmować się konwenansami. Kącik jej ust uniósł się lekko, niemal niezauważalnie. To nie był pełny uśmiech - raczej krótkie, miękkie drgnięcie twarzy, które zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. Ale przez tę jedną chwilę chłód jej spojrzenia wyraźnie zelżał. Rozczuliło ją to bardziej, niż chciała przyznać. Mężczyzna, zupełnie nieświadomie, przywołał ją dokładnie taką, jaką Astoria chciałaby ją zapamiętać - nie jako martwe ciało na bruku ani nazwisko wyryte na nagrobku, lecz kobietę komentującą cudze życie przy filiżance herbaty. Opuściła na moment wzrok, jakby nie chciała, by dostrzegł ten drobny wyłom w jej zwyczajowym opanowaniu. Palce poprawiły rękawiczkę powolnym, mechanicznym ruchem. To było absurdalne, ale przez chwilę ciężar w klatce piersiowej jakby zelżał. Może dlatego, że dzięki temu słowotokowi jej głowa na moment cichła. Nie widziała wtedy mokrego bruku ani rozciętego gardła Penelope. Nie słyszała wrzasków z tamtej nocy ani własnego przyspieszonego oddechu. Zamiast tego stała po prostu na cmentarzu obok człowieka, którego kiedyś uważała za irytującego idiotę, i słuchała, jak mówi o kobiecie, której nie zdołała uratować. To było tak groteskowo zwyczajne. I właśnie dlatego przynosiło ulgę. Zerknęła na niego ukradkiem. Dopiero teraz zauważyła, że jego paplanina nie wynikała wyłącznie z niezręczności. Mówił, bo sam próbował utrzymać myśli w ryzach. Wiatr poruszył końcami jej czarnych włosów. Powoli wypuściła powietrze z płuc, pierwszy raz od dłuższej chwili naprawdę świadomie. I choć nigdy by się do tego nie przyznała, obecność Lukasa okazała się mniej męcząca, niż przypuszczała.
Gdy padło imię Louvaina, mimowolnie zmarszczyła lekko brwi. Nie spodziewała się go tutaj - pośród nagrobków, czarnych szat i zapachu wilgotnej ziemi. Zabrzmiało dziwnie obco, jak fragment dawnego życia wrzucony przypadkiem do rzeczywistości, która nie miała już nic wspólnego z Hogwartem. Przez krótką chwilę próbowała zrozumieć, dlaczego właściwie go wspomniał. I wtedy przemknęła jej przez głowę myśl tak absurdalna, że odrobinę ją rozproszyła. Czy on przypadkiem nie był zakochany w Louvainie? Spojrzała na niego uważniej, jakby nagle próbowała przeorganizować wszystkie wspomnienia z czasów szkoły. Potrząsnęła głową, żeby wyrzucić z niej te niepotrzebne teraz dywagacje.
- Nie szkodzi - odchrząknęła, bo nie chciała pokazać, że ta paplanina przynosi jej niewielką, ale jednak ulgę. Może byłoby to niestosowne tuż przy trumnie, ale oni stali w bezpiecznej odległości.
- Była stałą klientką mojej galerii - odezwała się po dłuższej ciszy. Głos miała równy, opanowany, prawie chłodny, ale pod powierzchnią pobrzmiewało zmęczenie, którego nie potrafiła już całkowicie ukryć. Zmarła nie była rodziną. Nie była przyjaciółką. A jednak przez lata stała się częścią galerii. Potrafiła dokładnie odtworzyć jej obecność - sposób, w jaki zatrzymywała się przy obrazach, dłużej niż większość ludzi, jakby naprawdę próbowała zrozumieć, co artysta chciał ukryć pod farbą. Nigdy się nie spieszyła. Zadawała pytania, które miały sens. Pamiętała nazwiska twórców. Wracała na nowe wystawy. Astoria ją lubiła. Ta świadomość przyszła teraz z dziwną ostrością, wręcz bolesną w swojej prostocie. Bo dopóki Penelope żyła, nigdy nie analizowała tego głębiej. Była po prostu stałym elementem rzeczywistości.
- Nie była mi bliska w sposób, który dawałby mi prawo stać przy rodzinie - dodała ciszej. - Ale… - urwała. Bo prawdziwe zakończenie tego zdania brzmiało inaczej.
Ale widziałam, jak umiera.
Ale nie zdołałam jej uratować.
Ale od pożaru mam wrażenie, że jej krew jest na moich rękach.
Żadne z tych słów nie wydostało się jednak na zewnątrz. Oddech uwiązł jej na moment w gardle, ale twarz pozostała spokojna.
- Nie zasłużyła na to, co ją spotkało - powiedziała w końcu bardzo cicho.


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Lukas Nott - 26.05.2026

Lukas przez chwilę zwisł w konsternacji własnych myśli. Nie zasłużyła na to, co ją spotkało. Proste. Oczywiste. Jedno z tych zdań, które ludzie mówili przy trumnach, bo nie dało się powiedzieć nic mądrzejszego. A jednak w ustach Astorii zabrzmiało inaczej. Nie jak uprzejma formuła. Raczej jak coś, co przeszło jej przez gardło z trudem, zahaczając po drodze o wszystko, czego nie chciała nazwać. Spojrzał na nią kątem oka, ale nie od razu. Najpierw utkwił wzrok w kwiatach ułożonych przy trumnie, w białych liliach. Dopiero potem przeniósł spojrzenie na jej profil.
— Nie — powiedział cicho. — Nie zasłużyła.
Brzmiało to słabo. Jak potwierdzenie czegoś, co nie wymagało potwierdzenia. Przez moment miał ochotę dodać coś o sprawiedliwości, o tym, że dobrzy ludzie nie powinni kończyć w taki sposób, że świat powinien mieć jakieś zasady, jakąś cholerną logikę. Ale po dziewiątym września podobne słowa wydawały mu się szczególnie idiotyczne. Świat nie miał żadnych zasad. Miał tylko konsekwencje.
— Mało kto zasłużył — dodał po chwili, ciszej. — A jednak ostatnio ziemia przyjmuje wszystkich po kolei, jakby ktoś prowadził listę i odhaczał nazwiska bez większego namysłu.
Skrzywił się lekko, zaraz po tym, jak to powiedział. Znów zabrzmiało gorzej, niż zamierzał. Za ciężko, za gorzko, zbyt blisko czegoś, czego nie powinno się mówić kobiecie stojącej przy cudzym pogrzebie. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok.
— Wybacz. To też nie było szczególnie eleganckie.
Przez chwilę wydawało mu się, że Astoria coś odpowie. Może z ironią, może chłodno, może tylko krótkim spojrzeniem, które wystarczyłoby za cały komentarz. Lukas czekał na to niemal odruchowo, jakby jakaś część jego pamięci wciąż spodziewała się po niej tego dawnego, ostrego tonu z Hogwartu. Z przodu poruszył się starszy czarodziej w ciemnej szacie, a cichy szmer rozmów zaczął stopniowo gasnąć. Najpierw urwało się kilka głosów najbliżej grobu, potem kolejne, aż w końcu cały cmentarz przykryła ta szczególna cisza, która nie była spokojem, tylko oczekiwaniem na coś nieprzyjemnie ostatecznego. Ludzie odwracali głowy w stronę trumny, poprawiali rękawiczki, prostowali plecy. Ktoś jeszcze szepnął ostatnie słowo, ktoś inny odchrząknął zbyt głośno i natychmiast spuścił wzrok, jakby samo gardło zdradziło go w najgorszym momencie. Ceremonia się zaczęła.
Lukas odruchowo znieruchomiał. Nie wykonał żadnego wielkiego gestu, nie pochylił głowy głębiej niż inni, nie splótł dłoni w nabożnym skupieniu. Czarodziej prowadzący pogrzeb mówił głosem spokojnym, niskim, wyćwiczonym przez lata podobnych pożegnań. Lukas nie lubił tego tonu. Nie dlatego, że był fałszywy. Może właśnie dlatego, że był zbyt dobrze dobrany. Człowiek wiedział, kiedy zrobić pauzę, kiedy spuścić wzrok, kiedy wypowiedzieć imię z ciężarem większym o dokładnie tyle, by zabrzmiało to godnie, ale nie teatralnie. Wszystko miało swoje miejsce. Każde zdanie, każdy ruch, każde milczenie. Śmierć opakowana w przyzwoitość. Penelope. Jej imię wracało raz po raz, wplatane w kolejne wspomnienia. Mówiono o jej łagodności, o zamiłowaniu do sztuki, o tym, że potrafiła zatrzymywać się przy rzeczach, które inni mijali bez zastanowienia. Ktoś wspomniał jej poczucie humoru. Ktoś inny to, że nigdy nie przychodziła z pustymi rękami, jeśli wiedziała, że ktoś przeżywał gorszy okres. Słowa układały się w portret ładny, czysty, prawie bezpieczny. Lukas słuchał i coraz mocniej zaciskał szczękę. Nie dlatego, że nie wierzył. Wierzył. Właśnie to było najgorsze. Przez te kilka krótkich rozmów w kawiarni zdążył zobaczyć tyle, żeby rozpoznać w tych wspomnieniach prawdziwą kobietę. Tę samą, która patrzyła na niego znad filiżanki i mówiła rzeczy tak bezczelnie trafne, że człowiek nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy obrazić. A teraz stała się głosem obcego człowieka nad trumną. Kątem oka dostrzegł Astorię. Nie odwrócił głowy całkiem. Nie chciał wyglądać, jakby ją obserwował. Widział tylko tyle, ile mógł zobaczyć bez naruszania tej cienkiej granicy przyzwoitości. Nie powinien był o tym myśleć. Nie powinien był próbować zgadywać, co siedziało w jej głowie. Astoria Avery zawsze wyglądała jak ktoś, kto wolałby spalić człowieka samym spojrzeniem, niż pozwolić mu zauważyć choćby cień słabości. Może dlatego teraz jeszcze mocniej pilnował się, żeby nie patrzeć zbyt długo.
Prowadzący uniósł różdżkę. Kilka białych lilii oderwało się od wieńca i powoli opadło na wieko trumny. Potem kolejne. Magia ułożyła je z delikatnością, która w innych okolicznościach mogłaby zachwycać. Tutaj wydawała się niemal okrutna. Zbyt piękna. Zbyt spokojna. Lukas patrzył na te kwiaty i miał ochotę powiedzieć komuś, że to niczego nie zmienia. Że lilie nie łagodzą śmierci. Że najstaranniej dobrany gest nie cofnie krwi z bruku, nie uciszy krzyków, nie wymaże z pamięci twarzy ludzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej oddychali. Nie powiedział nic, a trumna zaczęła opadać. Poczuł chłód na karku, choć wiatr wcale nie przybrał na sile. Przez chwilę wszystko stało się nieznośnie wyraźne: mokra ziemia przy krawędzi grobu, czarne buty odciśnięte w błocie, zapach lilii mieszający się z wilgocią, przytłumione szlochy ludzi, którzy nawet rozpaczać próbowali cicho. Patrzył na to i miał wrażenie, że sam dźwięk świata został przyciszony, żeby lepiej było słychać opadające drewno. Trumna zatrzymała się na dole. Prowadzący wypowiedział ostatnie słowa. Lukas ich nie zapamiętał. Coś o pamięci. Coś o świetle. Coś o tym, że człowiek nie odchodzi całkiem, dopóki ktoś niesie go dalej w sobie. Ładne zdania. Może nawet prawdziwe. W tej chwili brzmiały jednak jak rzeczy mówione przez żywych, którzy musieli wymyślić cokolwiek, by nie oszaleć na widok ziemi zasypującej czyjeś imię.


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Astoria Avery - 03.06.2026

Przez dłuższą chwilę nie odrywała wzroku od trumny. Jej twarz pozostawała spokojna, niemal niewzruszona, a każdy gest był równie opanowany jak zwykle, jednak pod tą starannie wypracowaną fasadą kłębiło się znacznie więcej emocji, niż ktokolwiek z obecnych mógłby przypuszczać.
Słowa Lukasa, choć pozornie proste, poruszyły coś, co od wielu dni próbowała zamknąć głęboko pod warstwami rozsądku i dumy. Bo miał rację. Ziemia rzeczywiście przyjmowała wszystkich po kolei. Tyle że Astoria nie potrafiła patrzeć na to w ten sposób. Nie po tym, co widziała. Nie po tym, jak wielu ludzi wciąż oddychało, chodziło po ulicach i wracało wieczorami do własnych domów, mimo że świat byłby lepszym miejscem, gdyby nigdy się nie narodzili. Jej spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych ludziach, choć nie skupiała się na żadnej konkretnej twarzy, ponieważ widziała zupełnie inne oblicza. Przez moment poczuła, jak pod materiałem rękawiczek jej palce zaciskają się mocniej, aż skóra na kostkach nieprzyjemnie zapiekła od nacisku. Tylko ona wiedziała, ile wysiłku kosztowało ją utrzymanie tej maski. Powoli wypuściła powietrze z płuc.
- No nie wiem - mruknęła pod nosem bardziej do siebie, niż do niego. W jej odczuciu było bardzo wiele osób, które zasługiwały na ten los dużo bardziej, niż Penelope. Ale ta dyskusja nie byłaby teraz właściwa, poza tym niczego by nie zmieniła. I tak, mogłaby być kąśliwa, miała to na końcu języka. Mogłaby powiedzieć, że już się przyzwyczaiła do braku elegancji z jego strony. Że nie spodziewała się po nim niczego więcecj. Ale milczała.
Bo od momentu, w którym ceremonia się rozpoczęła, coraz bardziej miała wrażenie, że znajduje się jednocześnie w kilku miejscach naraz. Ze wzrokiem wciąż utkwionym w trumnie, pozwalała, by słowa prowadzącego przepływały obok niej niczym odległy szum. Penelope. Jej imię rozbrzmiewało raz po raz nad cmentarzem. Przy każdym kolejnym wspomnieniu dziewczyna  odnosiła wrażenie, że słucha opowieści o dwóch różnych kobietach. Jednej, którą znali pozostali żałobnicy. I drugiej, którą znała ona sama. Bo oni wspominali życzliwość. Uśmiech. Dobre serce. Astoria pamiętała natomiast sposób, w jaki Penelope zatrzymywała się przed obrazami. Jak potrafiła spędzić kilkanaście minut przed jednym płótnem. Pamiętała pytania zadawane z autentycznej ciekawości. Drobne rozmowy prowadzone pomiędzy wystawami. Kiedy prowadzący wspomniał o jej zamiłowaniu do sztuki, kustoszka poczuła bolesne ukłucie pod żebrami. I była na siebie zwyczajnie zła. Bo przecież nie powinna reagować w ten sposób. Nie powinna stać tutaj z uczuciem ciężaru przygniatającego klatkę piersiową, jakby chowała kogoś bliskiego. Penelope nie była bliska. Tylko problem polegał na tym, że jej śmierć nigdy nie dotyczyła wyłącznie utraty stałej klientki galerii. Wraz z jej śmiercią wróciło wszystko to, co przez lata próbowała utrzymać pod kontrolą. Wróciła świadomość, że człowiek może wyjść rano z domu, a wieczorem pozostać po nim jedynie nazwisko wyryte na kamieniu. A później przyszła Spalona Noc. I to właśnie tego nienawidziła najbardziej. Bo gdyby chodziło wyłącznie o Juliana, potrafiłaby sobie z tym poradzić. Żałoba była starą znajomą, wręcz oswojoną. Nauczyła się z nią żyć ramię w ramię. Natomiast Spalona Noc wciąż była świeżą raną, która nie zdążyła się nawet zabliźnić. I zamiast pożegnać Penelope, stała tutaj z całą armią duchów przeszłości i demonów tłoczących się w jej głowie. A najbardziej drażniło ją to, że mimo całego rozsądku, mimo wszystkich logicznych argumentów, mimo chłodnej części umysłu, która powtarzała jej nieustannie, że była to jedynie klientka galerii, jakaś głęboko ukryta część jej samej nie chciała słuchać.
Na moment zacisnęła mocniej szczękę, gdy obraz wrócił niespodziewanie. Krew, krzyk, próby ratunku. Przez sekundę miała wrażenie, że znowu czuje w płucach dym tamtej nocy. Oddech zatrzymał się płytko w jej piersi. Wtedy jednak gdzieś obok poruszył się Lukas. Drobny ruch. Nic znaczącego. A jednak wystarczył. Wyrwał ją z powrotem na cmentarz. Astoria uświadomiła sobie, że od kilku minut słucha jego obecności równie mocno jak słów ceremonii.
Kolejne minuty były torturą, myślała, że nie będzie w stanie słuchać już słów ceremonii, ponieważ przed oczami ponownie pojawiło się wspomnienie zmarłej kobiety, leżącej na bruku, a zaraz potem wspomnienie własnej dłoni wyciągniętej zbyt późno, własnych zaklęć, które okazały się niewystarczające, i własnej bezsilności, która od tygodnia wracała do niej każdej nocy, kiedy budziła się nagle ze świadomością, że gdyby była silniejsza, szybsza albo po prostu zdrowsza, być może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Kiedy trumna zaczęła powoli opadać w głąb grobu, brunetka wyprostowała się odruchowo. I po raz pierwszy od początku ceremonii dopuściła do siebie myśl, że nie przybyła tutaj wyłącznie pożegnać Penelope. Przybyła również dlatego, że potrzebowała zobaczyć koniec. Potrzebowała stanąć nad grobem i pozwolić, by ziemia przykryła tę historię. Bo od dziewiątego września część niej wciąż tkwiła na tamtej ulicy. Drewniane pudło znikało w głębi grobu, a kolejne warstwy ziemi oddzielały Penelope od świata żywych z tą samą nieodwracalnością, z jaką zamykają się wszystkie historie, które nie doczekały się właściwego zakończenia. Wtedy poczuła, że coś w niej niebezpiecznie się ugina. Poczuła nagle, że powietrze staje się dziwnie ciężkie, jakby ktoś niewidzialną dłonią zacisnął palce wokół jej klatki piersiowej, a każdy kolejny oddech wymagał od niej coraz większego wysiłku. Najpierw był tylko ucisk. Po chwili zawroty głowy. Następnie cmentarz zaczął nieprzyjemnie falować przed jej oczami - kolory przygasły, dźwięki oddaliły się. Spróbowała wziąć głębszy oddech, ale powietrze utknęło gdzieś w połowie drogi, pozostawiając po sobie jedynie nieprzyjemne pieczenie w płucach.
Nie, nie, nie. Nie teraz. Nie tutaj - myślała gorączkowo, próbując zmusić swoje ciało do współpracy. Zacisnęła szczękę, próbując odzyskać kontrolę, ponieważ świadomość, że mogłaby osunąć się na ziemię na pogrzebie, była równie nie do zniesienia jak sam ból. Nogi jednak odmówiły posłuszeństwa i poczuła, jak grunt niebezpiecznie usuwa się spod stóp, a ciało przechyla się minimalnie do przodu, zanim zdążyła świadomie zareagować. Instynktownie jej dłoń wystrzeliła w bok, a palce zacisnęły się mocno na ramieniu mężczyzny, który był najbliżej, który mógł ją uchronić przed kompletnym upokorzeniem, nawet jeśli on sam zobaczy przez to rysę na porcelanie.
Materiał jego płaszcza zgniótł się pod naciskiem jej dłoni, a ona sama wbiła w niego palce znacznie mocniej, niż pozwalała na to przyzwoitość, ponieważ przez kilka długich sekund była bardziej skupiona na utrzymaniu pionu niż na czymkolwiek innym. Serce tłukło się w jej piersi nierówno. Oddech urywał się przy każdym wdechu. Przed oczami wirowały ciemne plamy. I choć z całych sił próbowała odzyskać panowanie nad własnym ciałem, to po raz pierwszy od początku ceremonii poczuła prawdziwy strach, że przegrywa sama ze sobą, a emocje, które które przez tyle lat trzymała zamknięte tak szczelnie, że kiedy wreszcie znalazły szczelinę, przez którą mogły się wydostać, uderzyły z siłą zdolną nią zachwiać.


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Lukas Nott - 10.06.2026

Lukas poczuł jej dłoń na ramieniu, zanim jeszcze zrozumiał, co właściwie się dzieje. Nie był to gest uprzejmy ani przypadkowe muśnięcie materiału, lecz nagłe, zbyt mocne zaciśnięcie palców na czarnym płaszczu; odruch człowieka, który przez ułamek sekundy przestał ufać własnemu ciału. Odwrócił głowę instynktownie. Astoria pobladła, a jej spojrzenie, zwykle tak przytomne i chłodno skupione, odpłynęło gdzieś poza cmentarz, poza trumnę, poza ludzi zgromadzonych wokół grobu. Przez krótką chwilę wyglądała niemal obco. Nie jak Astoria Avery, która potrafiła jednym spojrzeniem sprowadzić człowieka do właściwego miejsca, lecz jak kobieta stojąca na granicy czegoś, czego nie dało się utrzymać samą dumą. Lukas przesunął się o pół kroku bliżej. Tak niewiele, by z zewnątrz mogło wyglądać to jak zwykła zmiana pozycji w ciasnym skupisku żałobników. Jak uprzejme dostosowanie się do ruchu tłumu. W rzeczywistości ustawił się tak, by przejąć na siebie część jej ciężaru, gdyby nogi rzeczywiście odmówiły jej posłuszeństwa. Nie zrobił nic gwałtownie. Nie chwycił jej od razu, nie pochylił się nad nią z przesadną troską, nie wypowiedział żadnego z tych głupich pytań, które przyciągałyby cudze spojrzenia szybciej niż krzyk.
— Avery — powiedział bardzo cicho, starając się nie zwracać uwagi pozostałych żałobników. — Oprzyj się.
Nie brzmiało to jak prośba. Raczej jak spokojna instrukcja wydana komuś, kto w tej jednej chwili nie potrzebował litości, zamieszania ani publicznego ratunku. Potrzebował prostych słów, dyskrecji i człowieka, który zachowa się przyzwoicie. A Lukas, wbrew wszystkiemu, co mogła o nim myśleć, potrafił czasem zachować się przyzwoicie. Nie patrzył jej nachalnie w twarz. Zostawił jej tyle godności, ile zdołał ocalić w tej niezręcznej sekundzie. Sam utkwił wzrok przed sobą, ponad ramionami ludzi stojących przy grobie, udając, że z pełnym skupieniem słucha ostatnich słów prowadzącego ceremonię. Jednocześnie przesunął dłoń powoli i ostrożnie, tak by w razie potrzeby mogła oprzeć się pewniej na jego przedramieniu, bez konieczności przyznawania przed kimkolwiek — nawet przed nim — że tego oparcia potrzebuje.
— Oddychaj przez nos — mruknął ledwie słyszalnie. — Powoli. Nikt nie patrzy.
To ostatnie było kłamstwem tylko częściowym. Na pogrzebach ludzie zawsze patrzyli, nawet kiedy udawali, że nie. Cudza słabość przyciągała spojrzenia równie skutecznie jak skandal, choć wszyscy obecni mieli dość dobrego wychowania, by potem twierdzić, że niczego nie zauważyli. Na szczęście większość uwagi skupiała się teraz na grobie, rodzinie i czarodzieju prowadzącym pożegnanie. Lukas przesunął bark minimalnie, osłaniając Astorię jeszcze bardziej. Był dość wysoki i wystarczająco szeroki w ramionach, by stworzyć wokół niej niewielką, prowizoryczną zasłonę z czarnego materiału i własnej obecności. Przy okazji, jeśli byłoby naprawdę źle, mógłby złapać ją bez problemu i powstrzymać upadek, zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet szczególnie życzliwymi znajomymi. W innym miejscu Astoria pewnie odsunęłaby się od niego z chłodną obrazą, jakby sam fakt, że musiała przyjąć jego pomoc, naruszał jakiś stary, niewypowiedziany porządek świata. On z kolei najpewniej obróciłby wszystko w żart, bo przez lata właśnie tak radził sobie z ludźmi, którzy traktowali go z wyższością. Ale byli już dorośli. A niektóre sytuacje wymagały czegoś więcej niż dawnych uprzedzeń.
Ceremonia zbliżała się ku końcowi. Czarodziej prowadzący pożegnanie uniósł różdżkę ostatni raz. Jego głos rozszedł się nad grobem niski, dostojny i miękki, jakby każde słowo zostało wcześniej wypolerowane do odpowiedniego połysku.
Lukas nie zapamiętał ostatnich słów. Bardziej świadomy był dłoni Astorii niż ceremonii, choć za nic by się do tego nie przyznał. Czuł nacisk jej palców przez warstwę płaszcza, zbyt mocny, zbyt prawdziwy jak na kogoś, kto zawsze wydawał się utkany z dystansu, zasad i chłodnej kontroli. Ten drobny, mimowolny kontakt miał w sobie coś niewygodnie intymnego, choć nie było w nim nic romantycznego w prostym, głupim sensie. Raczej nagłe odsłonięcie rysy na marmurze.


RE: [15.09.1972] Sorrows, prayers (Astoria Avery, Lukas Nott) - Astoria Avery - 08.07.2026

Ceremonia trwała jeszcze kilka długich minut, choć Astorii wydawało się, że czas przestał płynąć w znany jej sposób i zamiast przesuwać się naprzód, zawisł nad cmentarzem ciężki, nieruchomy, odmierzany wyłącznie kolejnymi uderzeniami jej serca. Próbowała niemal bez przerwy, wysyłając własnemu ciału kolejne nieme polecenia, każąc palcom rozluźnić uścisk, odzyskać kontrolę - bezskutecznie. Jednocześnie nie pozwoliła sobie oprzeć o niego ani odrobinę więcej ciężaru, niż wymuszał ten mimowolny chwyt.
Z oddali docierał do niej spokojny głos prowadzącego ceremonię. Nie rozumiała już większości wypowiadanych słów.
Zamknęła na moment oczy i powoli nabrała powietrza. Raz za razem, do momentu aż świat przestał wirować z taką siłą, a obraz odzyskał ostrość na tyle, by mogła bezpiecznie zrobić krok. Dopiero wtedy rozluźniła palce. Odsunęła się powoli.
- Dziękuję - mruknęła. Zrobił dokładnie to, czego w tamtej chwili potrzebowała, nie odbierając jej przy tym resztek godności.
Skinęła głową z tą samą powściągliwą elegancją, która od zawsze była jej tarczą, po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie spokojnym, równym krokiem. Dopóki pozostawała w zasięgu wzroku pozostałych żałobników, nie pozwoliła sobie na najmniejsze zawahanie. Dopiero kiedy minęła kamienną bramę i znalazła się wystarczająco daleko od ludzi, pozwoliła sobie zwolnić. Marzyła już tylko o tym, żeby wrócić do domu.

Koniec sesji