Secrets of London
[21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną (/showthread.php?tid=6008)

Strony: 1 2


[21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 06.05.2026

21/07/69
OdNowa

To było lato '69. Zenek kupił nowe slipy w trójpaku. Amerykanie wylądowali na Księżycu.
Ta informacja przyćmiła wszystkie inne w życiu Zenka. Odtąd nie ubierał się już rano, by wyjść z domu. Od tamtej pory Zenek nakładał skafander kosmiczny, by opuścić strefę ziemskiego powietrza. Każdy krok odrobinę go unosił. W skarpetkach nie do pary, bo kto by się przejmował. Na jednej były gwiazdki, na drugiej księżyce. Mugolskie markety były szczególnie płodne w tego rodzaju wielopaki.

Trampki za to miał z Harrodsa. Gumowe podeszwy tarły się o marmurowe posadzki galerii. Ich pisk wracał do uszu Zenka ze zdwojoną siłą. Glanc pantofli i stukot szpilek atakowały z podobną natarczywością; poza tym w OdNowie było cicho. Wysokie ściany upewniały się, by goście oszaleli od echa własnych butów, jeszcze zanim przekroczyli próg pierwszej wystawy. Za wstęp do lobby nie trzeba było płacić, na szczęście dla Zenka.

Przed chłodem marmurów póki co ratowały go dżinsy. Temperatury na zewnątrz nie przekraczały 23 stopni. Nawet w lipcu. Zenek sprawdzał. Przycupnął na obitej pluszem ławeczce z widokiem na fortepian. Do instrumentu zasiadał już pianista, odziany równie godnie, co reszta gości. Instrument natomiast upodabniał się barwą do murów. Tonęli w bieli. Spod palców pianisty popłynęły pierwsze dźwięki.

Prosta melodia sugerowała rozgrzewkę palców, chociaż Zenek słyszał tylko Wlazł kotek na płotek. Wbił nogi w ziemię i słuchał. Ręce oparł o pluszowe siedzisko z tyłu, a napięcie powoli opadało mu z barków. W polu widzenia mignęła mu zjawa, a może modelka czy jednak eksponat, który nagle ożył. Perfekcyjnie stapiała się z resztą galerii, gośćmi, fortepianem i pianistą.
Ten fortepian trzeba chyba nastroić. — rzucił na wiatr i ziewnął.



RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 15.05.2026

Tego wieczoru wydarzenie Muzy było organizowane w galerii OdNowa. Astoria była nie tyle obserwatorką, co również gospodynią, więc wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Sama prezentowała się nienagannie - miała na sobie długą, kremową szatę, utkaną z jedwabiu przeplatanego srebrną nicią, która pod odpowiednim kątem migotała niczym pył księżycowy. Rękawy rozszerzały się delikatnie przy nadgarstkach, wykończone misternym haftem przedstawiającym wijące się gałązki jemioły i cienkie łodygi lilii. Podobny motyw wspinał się wzdłuż talii i bioder, subtelny, niemal niewidoczny z daleka.
Przechadzając się po galerii doglądała, czy wszystko idzie zgodnie z planem. I wtedy... zauważyła go niemal od razu. Na tle chłodnej elegancji OdNowy wyglądał jak przypadkowy element z zupełnie innego świata - zbyt kolorowy, zbyt swobodny, zbyt... mugolski. Jej spojrzenie zatrzymało się na trampkach, później na dżinsie i skarpetkach nie do pary, jakby próbowała zrozumieć, kto przy zdrowych zmysłach przekracza próg galerii sztuki w takim stroju. W pierwszym odruchu poczuła niemal fizyczny dyskomfort, coś pomiędzy irytacją a estetycznym niesmakiem. A jednak siedział tam całkowicie swobodnie, rozwalony na pluszowej ławce, jakby marmury i złocenia nie robiły na nim najmniejszego wrażenia.
Wystarczyło jedno spojrzenie na kelnera, który roznosił napoje na tacy. Usłyszała huk, a sekundę później cała zawartość runęła prosto na siedzącego Zenka. Bursztynowe drinki rozlały się po jego koszuli i dżinsach, lód rozsypał się po marmurowej podłodze z melodyjnym brzękiem, a kilka kieliszków roztrzaskało się u jego stóp. W lobby rozeszło się krótkie, zbiorowe westchnienie gości, to charakterystyczne dla elit oburzenie wywołane publicznym zakłóceniem estetyki chwili. Pianista nawet nie przestał grać, choć kilka nut zabrzmiało wyraźnie fałszywie.
Astoria pojawiła się obok niemal natychmiast. Przez krótką chwilę przyglądała mu się bez słowa, oceniając poziom katastrofy. Kelner już sprzątał mokrą podłogę i szkło, a ona skupiła się na "poszkodowanym".
- Najmocniej przepraszam - zaczęła z tą wyćwiczoną uprzejmością. Wyciągnęła różdżkę płynnym ruchem, by osuszyć jego ubrania. Niestety na plamy nie znała odpowiedniego zaklęcia. - Czy mogę zaproponować świeżą szatę? - zapytała odrobinę ciszej, by nie przeszkadzać postronnym gościom w odbiorze sztuki. - Mamy na zapleczu kilka... odpowiednich egzelmplarzy. - To ostatnie słowo zawisło między nimi z bardzo subtelnym naciskiem. Odpowiednich dla miejsca takiego jak OdNowa. Odpowiednich dla człowieka, który nie powinien siedzieć w galerii w przemoczonych mugolskich ubraniach. Na jej twarzy malowała się jednak zwyczajna uprzejmość - potrafiła doskonale lawirować w takich sytuacjach, nawet jeśli musiała kłamać lub kokietować do osiągnięcia swoich celów.


RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 18.05.2026

Łubudubu! Coś huknęło. Obiekt przeleciał mu przed twarzą, na głowę huknęła kelnerska tacka. Zenek poczuł tępy ból. Zimno przeciekło mu przez koszulę, rozlało się po spodniach i skapywało z nogawek. Szklanki rozlały się po podłodze, łamiąc na tysiące pobrzękujących o marmur kawałków. Zenek w środku tego wszystkiego. Jego ucho wychwyciło jeszcze pianistę. Przebierał palcami po klawiaturze, choć przez moment zagrał krzywo. Winowajcy nawet jeszcze nie zobaczył. Okręcił się na ławce. Choć wydawali się stać miliony metrów od niego, niektórzy goście zatrzymali się i patrzyli na katastrofę. Facet od drinków (zakładał) ścierał na klęczkach kałużę i pozostałości katastrofy. Dobrze, że miał ścierę na stanie. Zenek tylko nie rozumiał jeszcze do końca, co się stało. Alkohol uderzał jego nozdrza. Trampkami przebierał w szkle. Spróbował się podnieść. Oparł dłoń o mokry plusz i właśnie wtedy coś go zakłuło. Opadł i spojrzał na rękę. Czerwone rozcięcie pulsowało krwią.

Biała płachta zamigotała mu przed twarzą, a on uniósł głowę. Rękawy zamigotały srebrną nicią, gdy dziewczyna wyciągała różdżkę. Nie bardzo wiedział, co się dzieje ani co mu panna wróżka chciała zrobić, więc tylko zastygł w sztywnej pozie z ustami rozwartymi jak idiota. Panna ściszyła głos, więc już nie słuchał fortepianu. Och, chciała go ubrać. W tym problem, że nie wiedział, czy patrzeć na kiecę, na jej twarz czy zamknąć oczy i przeczekać, aż wszystko się skończy. Brzęczące szklanki go ogłuszyły i tym dobitniej wybrzmiewał z każdej strony chłód marmurów, a może to kostka lodu wpadła mu za koszulę. Coś z pewnością topniało w okolicy jego serca.
Ależ pani pięknie wygląda. — wzrokiem zawiesił się na kunsztownych haftach, które wspinały się po biodrach dziewczyny. Co to było, gałązki...? Zaraz uniósł brodę do wysokości jej twarzy. — Odpowiednich. — przemielił słowo w głowie, by mieć co mielić. W gruncie rzeczy propozycja była bardzo miła. Tak miła, że serce zabiło mu słodyczą, a policzki zaróżowiły się od kostek lodu na spodniach.

Dźwignął się na stopy, zostawiając przy okazji czerwoną plamę z ręki na pluszu. Zachybotał się na szkle, ale nic mu nie wlazło, jedynie chrupnęło pod podeszwą. Stał już naprzeciw kustoszki i zamiast na gałązki mógł patrzeć na czubek jej głowy. Pociągnął nosem, ale nadal czuł jedynie własny odór alkoholowy. L'eau de tragédie.
To niech pani prowadzi — według kogo niby wycieczka na zaplecze mogła być mniej edukacyjna niż galeria? Za plecze, czyli gdzie? Przecież to było serce galerii. Trzymali tam szaty, pewnie zapasowe kieliszki też. Ścierki, tace, kelnerów do wysyłania z tacami po galerii, trochę mniej powietrza, może zatęchły zapach grzyba. Albo patyczki zapachowe; Zenek zapominał, że nie był już w Rejwachu.



RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 23.05.2026

Jej spojrzenie mimowolnie przesunęło się po czerwonej plamie pozostawionej na jasnym pluszu. Dopiero wtedy zauważyła rozciętą dłoń. Krew kontrastowała z marmurami niemal agresywnie; odruchowo zmarszczyła lekko brwi, bardziej zirytowana samym faktem bałaganu niż widokiem rany. Najlepiej byłoby, gdyby po prostu wrócił tam, skąd przyszedł.
- Jest pan ranny - zauważyła spokojnie, co mogło wyglądać jak wyraz troski, a w rzeczywistości było to bardziej stwierdzenie problemu organizacyjnego. - Proszę uważać na szkło. Nie chciałabym, żeby lobby zaczęło przypominać szpital.
Julian musiał teraz przewracać się w grobie, że galeria rodzinna została zbrukana krwią szlamy. Czuła obrzydzenie na ten widok, ale jej twarz zastygła w uprzejmym uśmiechu.
Kiedy podniósł na nią wzrok i wypowiedział ten kompletnie niespodziewany komplement, przez ułamek sekundy naprawdę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Dziękuję - uśmiechnęła się delikatnie, choć tak naprawdę odbierała to bardziej jako obelgę. Jeśli ktoś ubiera się w taki sposób, jak ten mężczyzna… cóż, nie podejrzewała go o dobry gust.
Uniosła wzrok i gestem przywołała kilku dodatkowych kelnerów, którzy zaczęli sprzątać i porządkować przestrzeń, by już nikomu nie zakłócała odbioru.
- Przyślij mi kogoś do uleczenia rany - mruknęła do pracownika. Odwróciła się powoli i ruszyła przez lobby. Materiał jasnej szaty przesuwał się miękko po marmurze, srebrne hafty migotały subtelnie przy każdym kroku. Minęła fortepian, białe kolumny i parę czarodziejów, którzy natychmiast ucichli, gdy przechodziła obok. Nie obejrzała się od razu. Zakładała, że pójdzie za nią. Szła z wyprostowaną sylwetką i tą charakterystyczną elegancją kobiet czystej krwi, które od dziecka uczono poruszać się tak, jakby cały świat był sceną obserwowaną przez tysiące oczu.
Poprowadziła go dalej, w stronę mniej reprezentacyjnej części galerii. Marmury ustąpiły miejsca ciemniejszemu drewnu i węższym korytarzom, gdzie echo kroków było już mniej dostojne, bardziej przyziemne. Powietrze pachniało farbą olejną, terpentyną i kurzem płócien. Na zapleczu nie było nic imponującego - kilka rzędów prostych szaf z zapasowymi szatami dla pracowników i gości, wysokie sztalugi ustawione pod ścianami, zwinięte płótna oraz drewniane skrzynie z materiałami do transportu dzieł. Wszystko uporządkowane z obsesyjną dokładnością. Astoria zatrzymała się przy jednej z szaf i otworzyła ją lekkim ruchem dłoni. W środku wisiały ciemne, eleganckie szaty, które dużo bardziej pasowały do klimatu tego miejsca. Odwróciła się ku niemu powoli. Na jej twarzy nadal gościła ta sama uprzejma, niemal przyjemna maska, choć w myślach wciąż nie mogła pojąć, po co w ogóle przylazł w tak wykwintne miejsce, do którego pasował jak kwiatek do kożucha.
- Czy ta będzie dla pana odpowiednia? - zaprezentowała mu elegancką szatę czarodziejów, niezbyt bogatą, ale schludną. Nie dałaby mu niczego wartościowego, nie zasługiwał, by tak całkowicie wmieszać się w tłum dostojnych gości. Ale przynajmniej nie będzie odstraszać tymi mugolskimi łachami.
Do pomieszczenia weszła Alice, która po krótkiej instrukcji, zabrała się do roboty i zasklepiła ranę zaklęciem. Wyszła po paru minutach, a Avery przybrała maskę zatroskanej właścicielki.
- Czy już lepiej? 


RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 27.05.2026

Piękna pani, ale to lobby już przypominało szpital, pomyślał Zenek. Co prawda w szpitalu atakował bardziej zaduch i fetor chorych ciał, ale nawet z lepszą wentylacją dostrzegał podobieństwa. Chociażby takie, że wszyscy tutaj się przebierali na jedną nutę.
Spojrzał raz jeszcze na ranę. Wcale nie była taka duża, jak to przy zacięciu, chociaż co pokrwawiła, to już się nie odstanie. Przy ruchu mokrej dłoni rana go zapiekła i Zenek momentalnie syknął. Alkohol.
Dobrze, będę uważał — powiedział słabo w górę, ale dobra wróżka zniknęła mu już z oczu. Nie w takim sensie, jej ciało nadal miał przy sobie. Po prostu nadawał sygnały i w tamtym momencie nikt ich nie odbierał. Zza pleców wyłaniali się kolejni kelnerzy. Sprzątali to, co upadło, a Zenek rozglądał się już trochę śmielej. Guz na głowie przestawał mu już tak pulsować, więc zauważał, że biegają jak mróweczki. Ci kelnerzy. A ona na nich tylko kiwnęła.

Halo, halo, tu kapitan. Rejestrujemy wylot statku kosmicznego z orbity. Podążać za białymi iskierkami. Niebawem trampki Zenka stąpały już po drewnie w pomieszczeniu przytulnie ciasnym. Ściany jakby się zwężyły. Wciągnął atmosferę nosem i mało się nie zapowietrzył, nieprzyzwyczajony do ostrego zapachu farby. Czy też środków konserwujących, Zenek naprawdę nie wiedział. I tu niby miało nie być jak w szpitalu?! Podstawił sobie palec pod nos. Przewodniczka w białej sukni otworzyła jedną z szaf. Zenek potuptał po drewnie i zerknął zza jej ramienia, a bardziej precyzyjnie: sponad jej czubka. Skupił wzrok na ciemnych konturach. Na zapleczu były… szaty. Czyli zgodnie z reklamą. Zenek nie mógł być rozczarowany.

Panna wróżka okręciła się do niego znowu. Gdy nachylił się ku jej twarzy, by widzieć coś więcej niż czubek, stwierdził, że musiała być bardzo młoda. Co najmniej jak on, no a Zenek we własnej głowie także był młody. Nigdy jednak nie opanował przechodzenia z “pan/pani” na koleżeńskie “ej, ty”. To mu się po prostu przytrafiało. A jak sobie myślał, jak ci kelnerzy się ze sprzątaniem uwijali… No, żwawo. Zenka aż strach obleciał. Bo może to była jakaś tysiącletnia wampirzyca zachowana w miodzie. Człowiek nigdy nie miał pewności.
Mina mu zrzedła. Cofnął stopę na deskach i następną, i znowu, aż popełnił trzy kroki w tył od wróżki. Wtedy zdał sobie sprawę, że nadal trzymał palec pod nosem niczym improwizowane wąsy. Matko, jak bardzo on chciał, żeby deski teraz zapiszczały. Żeby tylko nie stać w takiej ciszy.

Wyciągnęła mu szatę. A może tylko pokazała, ale Zenek chwycił ją niemal zamaszyście. Przyciągnął całun do siebie. Nie, tylko nie całun. Spojrzał na szatę, którą miał w dłoniach. Trzymało się ją dobrze. Niemalże gładko pod palcami.
Wtedy otworzyły się drzwi i przeszła przez nie kolejna usługiwaczka. Zenek niczego nie kontrolował, więc po prostu wyciągnął rękę. Zapiekło go raz jeszcze i zaklęcie zaczęło działać. Dla Zenka: parę sekund.

Drzwi za kobietą zatrzasnęły się. Spojrzał w dół. Na dłoni została jedynie zaschnięta krew. Spojrzał w górę. Istota nadal spoglądała na niego z tym samym wyrazem twarzy, z jakim pokazywała mu szatę, prowadziła go na zaplecze i złapała go w katastrofie. Bez fałszu.
Mhm. — przyciągnął do siebie szatę, jedyną rzecz odgradzającą go od istoty. Srebrne niteczki na sukni naprzeciwko zamigotały w świetle. Przełknął ślinę.
To ja pójdę.się przebrać, miał na myśli Zenek, ale końcówka nie przeszła mu przez gardło. Rzucił wzrokiem na pomieszczenie. Widział tylko jedne drzwi. Te, którymi przyszedł. Kufry i obrazy milczały jakby w zmowie. Tylko szafy stały statecznie, z godnością, patrząc na jej czubek z tej samej perspektywy, co on.
Obrócił się na pięcie i z szatą pod pachą zaszedł za szafę. Tę najbardziej z tyłu, za którą mógł się schować. Dla prywatności, ma się rozumieć.

Już stojąc za szafą, coś mu się przypomniało.
Jestem Zenek, tak w ogóle. — wychrypiał zza szafy. — Zenek Kozioł. Pracuję w Rejwachu.



RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 04.06.2026

Obserwowała go chwilę w milczeniu. Nie dlatego, że nie miała nic do powiedzenia. Przeciwnie, w głowie pojawiało się wiele komentarzy, żaden jednak nie nadawał się do wypowiedzenia na głos. Mężczyzna cofał się od niej krok po kroku z miną człowieka, który właśnie odkrył coś niepokojącego. Przez chwilę zastanawiała się nawet, czy przypadkiem nie zauważył jakiegoś eksponatu za jej plecami. Dopiero gdy dostrzegła jego dziwną pozę z palcem pod nosem, uznała, że prawdopodobnie nie ma sensu szukać w tym logiki. Gdy chwycił szatę niemal wyrywając ją z jej dłoni, uniosła lekko brwi. Czekała cierpliwie, aż zostanie uleczony, żeby już więcej nie zanieczyszczał przestrzeni swoją krwią.
Odwróciła się plecami niemal natychmiast, gdy zniknął za szafą, i zrobiła to z tak naturalną płynnością, jakby kierowała nią wyłącznie kurtuazja, choć w rzeczywistości powodów było znacznie więcej. Zatrzymała spojrzenie na rzędzie sztalug ustawionych pod ścianą i zmusiła się, by skupić uwagę na znajomych kształtach drewna, płócien i skrzyń transportowych, podczas gdy zza jej pleców dochodził szelest materiału oraz stłumione odgłosy przebierania. Samo przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu było nieprzyjemne. Zaplecze nigdy nie wydawało jej się szczególnie małe, lecz teraz odnosiła wrażenie, że ściany niepostrzeżenie się zbliżyły, a powietrze zgęstniało. Czuła jego obecność nawet wtedy, gdy nie patrzyła w jego stronę. Był obcy. Nie pasował do tego miejsca ani trochę. Nienawidziła mugolaków całym sercem i fakt, że musiała przebywać z jednym z nich na osobności, wywołała obrzydzenie równe temu, które poczuła na widok jego brudnej krwi. Była zniecierpliwiona, że musi tracić na niego swój czas, choć z dwojga złego, byłaby bardziej niezadowolona, gdyby musiała go oglądać w mugolskich ubraniach w głównej sali.
Uniosła brwi w zdziwieniu na jego przedstawienie się. Miała nadzieję, że to nie jakaś dziwna próba skracania dystansu. Zenek Kozioł? Co to w ogóle za nazwisko? Może to pseudonim, bo brzmiało kretyńsko.
- Nietypowe nazwisko - skomentowała, jakby w swojej uprzejmości zastanawiała się, skąd właściwie pochodzi. I chociaż nie miało to większego znaczenia, chyba lepiej będzie, jeśli dowie się o nim czegoś więcej. Kto wie, może był sam na tym świecie i nikt nie zauważy jego nagłego zniknięcia? Może w tym dzisiejszym nieszczęściu los jednak się do niej uśmiechnie?
Rejwach? Nazwa obiła jej się kiedyś o uszy, ale w tym momencie nie mogła skojarzyć konkretnego lokalu ani zawodu.
- A cóż to takiego? Jakiś dom uciech? -zapytała z pozoru niewinnie, bo przecież gdzież indziej mogły pracować szlamy? W idealnym dla Astorii świecie pracowałyby tylko w takich miejscach.
W końcu szelest ustał. Dopiero wtedy odwróciła głowę. Na pozostawione przy szafie ubrania. Dżins, koszula, przemoczona tkanina przesiąknięta alkoholem. Spojrzała na całe to ohydztwo przez sekundę, może dwie. Następnie wyciągnęła różdżkę. Nie zastanawiała się długo. Krótki ruch nadgarstka i zaklęcie wystrzeliło z końca jej różdżki. Materiał zajął się ogniem niemal natychmiast, a płomienie pożarły ubrania z nienaturalną szybkością magicznego ognia. W jej ocenie było to rozwiązanie całkowicie praktyczne. Przemoczone ubrania i tak nadawały się wyłącznie do wyrzucenia. Dopiero wtedy uniosła wzrok znad miejsca, w którym jeszcze przed chwilą leżały, i spojrzała w stronę szafy, czekając aż wyjdzie.
- Co właściwie cię tu sprowadziło, Zenku? - zapytała z tym przyklejonym uroczym uśmiechem, którego używała zawsze do zjednania sobie osób, których sama nie lubiła.


RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 12.06.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=U7d9t3f.jpeg[/inny avek]
Za szafą nic nie było. Ściana, jasne. Drewniane panele podłogowe. Każdy krok w miejscu, każde szurnięcie dżinsu czy materiału koszuli, którą rozpiął guzik po guziku i z siebie zsunął — w zamkniętej przestrzeni wszystko odbijało się z pogłosem. Innym niż w lobby. Mniejszym.
Zrzucił koszulę gdzieś za siebie, potem wysunął się z nogawek spodni. Elegancka szata od Astorii leżała na podłodze i czekała. No niestety, zaplecze to nie przebieralnia. Sprzątali tu na tyle często, by nie wszczynać jeszcze alarmu sanitarnego (ave chłoszczyść), ale kurzyku i tak zebrało się akurat tyle, żeby pokryć czarny materiał jego skromną warstwą.
Przebieranie dawało mu kilka wydłużonych sekund na oddech. Doceniał to, jasne. Nadal nie znał jej imienia, nadal jawiła mu się jako tajemnicza wszechmocna istota. Gdzieś z tyłu głowy nadal miał wizję własnego wyssanego z krwi ciała.
Polskie. — schylił się po szatę i uderzył bokiem o szafę. Rozległo się głuche puk. Materiał ślizgał się między jego palcami, inaczej niż wyświechtana koszula. Zawiesił się przez chwilę w kuckach. — A pani jak ma? Na imię? — miał nadzieję, że nie powiedział tego za cicho i usłyszała.

Wyprostował się z czarnym przebraniem zgniecionym w rękach. Kanty i plisy wyszły z budynku.
Z następnym pytaniem twarz mu jakby pojaśniała, chociaż Astoria oczywiście nie mogła tego widzieć. — Tak! — poszurał spodniami i koszulą w dłoniach. Nie był idiotą, oczywiście. Wiedział, czym jest dom uciech. Po prostu ta nazwa pasowała do Rejwachu znakomicie. — Ta nazwa pasuje do Rejwachu znakomicie. Ale to tylko pub. Gram na klawiszach. — słowo tak prymitywne jak “tylko” nie mogło zawrzeć wszystkiego, czym Rejwach powoli się dla niego stawał, ale na potrzeby krótkiej wymiany zdań za szafą musiało wystarczyć. Rękaw, rękaw. Nogawka, nogawka. Gotowe. Jeszcze przykucnął, by zasznurować sznurówki.

Zaczęło trzeszczeć. Zbyt intensywnie jak na zaplecze. Trzask łaskotał mu ucho od środka. Zenek zamarł w środku i wstał. Nogi zdecydowały, że ewakuacji czas.
Wynurzył się zza szafy. Pachniało jak nie ogniem, ale wiedział, co przed chwilą usłyszał. Jedynie nie zgadzało się to z jego oczami. Potarł powieki, tak dla pewności.
Co tu się stanęło? — Zenek stanął przed Astorią w nowej szacie. Czerń ślizgała się po ramionach, torsie i kolanach. Dokładnie taka też była w dotyku. Zenek szeleścił, gdy chodził. Jedynie skarpetki w gwiazdki i księżyce nieśmiało wyglądały znad trampek, kiedy akurat nogawka podjeżdżała w górę.
Był chyba zbyt wybity z rytmu, żeby poruszać mięśniami twarzy. — Wie pani, ja… chyba już nie wiem, po co tu przyszedłem. — Stał na środku pokoju, bezradnie. Głęboko pociągnął nosem.

Postąpił kilka kroków w stronę kupki popiołu. Włożył w nią rękę. Szary proszek był miękki. Zaczął go rozgrzebywać. Grzebał i grzebał, aż z popiołu wyciągnął nadwęglone dżinsy. Rozpostarł zdobycz szeroko przed sobą.
O, widzi pani. — nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu. — Te Levisy to nawet wojnę atomową przetrwają. Jeszcze nigdy ich dotąd nie prałem. — zaczął składać dżinsy w dłoniach. — To się wypierze.



RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 02.07.2026

Nie odwróciła się ani razu, dopóki zza szafy dobiegały ją odgłosy przebierania. Właściwie tłuczenia się, ale może szlamy nie potrafią się ubierać. Jej spojrzenie spoczywało na wysokim regale z poukładanymi rulonami płócien, lecz w rzeczywistości nie widziała ani jednego z nich. Zamiast tego liczyła kolejne sekundy, które dzieliły ją od chwili, gdy ten osobliwy epizod dobiegnie końca, a zaplecze galerii odzyska swoją zwyczajową ciszę.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że przez cały czas mówił płynnym angielskim, pozbawionym wyraźnego obcego akcentu, którego odruchowo spodziewałaby się po kimś pochodzącym z kontynentu. Gdyby nie powiedział tego wprost, zapewne nigdy nie zaczęłaby się nad tym zastanawiać. Zaledwie przez chwilę. Bo równie szybko doszła do wniosku, że właściwie nie miało to najmniejszego znaczenia. Równie dobrze mógłby pochodzić z Psin Dolnych.
- Astoria Avery - nie czuła potrzeby wyjaśniania tu swojej roli, bo już samo nazwisko powinno go zaalarmować. Chociaż nie zdziwiłaby się, gdyby nawet w tej kwestii zabrakło mu ogłady. Zresztą, czy ona się już nie przedstawiała?
Każde kolejne zdanie tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że mieli ze sobą mniej wspólnego, niż mogłaby przypuszczać jeszcze kilka minut wcześniej. Dzieliło ich nie tylko pochodzenie czy sposób ubierania się, ale cały świat wartości, wychowania i codziennych doświadczeń. On mówił o swoim życiu z prostotą, która dla niej była niemal egzotyczna. Nie wyczuwała w nim ani cienia potrzeby imponowania, ostrożności w doborze słów czy świadomości ciężaru nazwisk. To również było obce. I odrobinę niepokojące.
- Jesteś muzykiem? - zapytała, skracając dystans, skoro znali już swoje imiona. Wyłapała tylko wzmiankę o klawiszach. Muzyka była jedną z dziedzin sztuki, więc musiała docenić przynajmniej ten aspekt. Jeżeli Rejwach rzeczywiście był zwyczajnym pubem, przyjęła to do wiadomości. Jeżeli krył w sobie coś więcej (burdel), tym bardziej nie zamierzała dociekać.
Kiedy zapytał, co się stanęło, Astoria przeniosła spojrzenie na miejsce, gdzie jeszcze chwilę wcześniej leżały jego ubrania.
- Słucham? Nic tu nie stanęło. Posprzątałam - odpowiedziała, lekko wzruszając ramionami, bo przecież to było oczywiste, że jego wcześniejszy ubiór nadawał się jedynie do spalenia.
- Tak, cóż, to dość niefortunne - mruknęła, mając na myśli fakt, że w ogóle wstąpił do galerii. Zaburzył porządek jej dnia, zaburzył estetykę galerii, zaburzył jej święty spokój. Jednak dla zachowania pozorów dodała: - Że doszło do tego incydentu z tacą podczas pierwszej wizyty.
Patrzyła bez słowa, jak przykuca przy popiele i zaczyna go rozgarniać gołymi dłońmi z tak szczerą determinacją, jakby poszukiwał zagubionego rodzinnego klejnotu, a nie pary znoszonych spodni. Przez krótką chwilę zastanawiała się nawet, czy powinna go powstrzymać, lecz ciekawość zwyciężyła. I wtedy wyciągnął je z popiołu.
- Mogę spróbować innego zaklęcia - zaproponowała, przekonana, że nadal będzie chciał je zniszczyć. Nie mogłaby pojąć, jak można z takim oddaniem walczyć o zachowanie pary mugolskich spodni, które już wcześniej pozostawiały wiele do życzenia. Po raz kolejny odniosła wrażenie, że człowiek stojący naprzeciw niej pochodził z rzeczywistości tak odległej od jej własnej, iż momentami wydawało się wręcz niewiarygodne, że przyszło im prowadzić tę samą rozmowę.
Astoria pozwoliła sobie przyjrzeć mu uważniej dopiero wtedy, gdy przestał grzebać w popiele i wyprostował się z nadpalonymi dżinsami przewieszonymi przez przedramię. Jej spojrzenie, przesunęło się po sylwetce mężczyzny z zawodową dokładnością, wychwytując każdy szczegół. Przy odrobinie szczęścia i z pewnej odległości mógł uchodzić za czarodzieja półkrwi, który po prostu nie przywiązywał większej wagi do etykiety. Zawsze coś.
Westchnęła niemal niezauważalnie i zrobiła kilka spokojnych kroków w jego stronę. Zatrzymała się blisko. Na tyle blisko, by dostrzec drobne zagniecenia materiału przy szyi. Przez ułamek sekundy zawahała się, po czym uniosła dłoń. Opuszki palców musnęły wyłącznie szorstką tkaninę kołnierza, starannie prostując jego linię i wygładzając fałdę, która niepotrzebnie załamywała się przy obojczyku. Cofnęła dłoń równie szybko, jak ją wyciągnęła, i jeszcze raz oceniła efekt.
- Teraz jest znakomicie - akceptowalnie, ale to musiało wystarczyć. - Możemy wrócić do sali głównej.


RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 07.07.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=U7d9t3f.jpeg[/inny avek]
Rulony płócien na szczycie szafy tylko go w tym utwierdzały: Nic w życiu nie miało znaczenia. Z biologicznego punktu widzenia mieliśmy się tylko rozmnożyć. A już to, co człowiek robił na tej kresce między datą urodzenia a śmiercią — no, to leżało w gestii każdego czarodzieja. Chyba. Zenek zakładał. On swoje popołudnie spędzał na przymierzaniu ubrań obsługi z zaplecza. Czy Astoria wiedziała, że jeszcze tej samej nocy Amerykanie wylądowali na Księżycu?
A nazwisko… nazwisko pozostawało mu w głowie w tej przerwie, kiedy nie miał nic do roboty. Między podciąganiem skarpetek a wąchaniem płonących ubrań. Przez chwilę rozbierał je na pojedyncze znaczenia. A-bardzo. Litera A wnosiła mocny, ostateczny dźwięk. Dwie litery A z rzędu wnosiły różne skojarzenia.
Avery, Astoria. Całkiem zabawne. Jak wchodził do galerii, całkiem podobne widział na tabliczce przed… ojej.
No jestem, no… — nic mądrzejszego by już w tamtym momencie nie wymyślił. Niebawem nadchodził moment, kiedy miał się obruszyć od swądu palonych tkanin. — A ty jesteś galerianką?

Mieszczanin często uczył się zawodu od własnego rodzica. Czarodziej również. Zenek nie znał swojego ojca. Nie wiedział, kto go nauczył muzyki. Znał za to ojca Astorii.
A co miało stanąć? — jedynym, co trzymało go przy życiu, były pięści zaciskające się na kieszeniach spodni. A potem zaczął kopać. Nic to. Należało iść do przodu. Popiół po ubraniach, dziwnie miękki i szary, zostawał pod paznokciami. Bez względu na to, co Astoria mówiła później, Zenkowi coś majaczyło, że ogniem się nie sprząta.

Nie, dziękuję. To się wypierze. — powtórzył z naciskiem, niemal ostro. Jak na Zenka. Przytulił dżins blisko siebie. Gdyby byli na zewnątrz, niewątpliwie by trzepotał na skwierczącym letnim wietrze. Pozostawali w towarzystwie drewien i płócien. Dżins nadal się kopcił, śmierdział ogniem i leciała z niego sadza, ale to nadal był jego dżins.

Dopiero z zasłoną z dżinsu powrócił wzrokiem do kobiety. Astoria stała sobie przed nim. Nadal miała na sobie tę połyskującą na srebrno sukienkę, bo się nie przebrała. No przecież. Nikt na nią nic nie wylał. Lubię deszcz, bo pada na wszystkich jednakowo.
Jak już znał jej imię, to jakoś łatwiej ją było sobie umiejscowić. Tylko że czuł się teraz dziwnie oceniany. No więc też wysunął broń masowego rażenia i oceniał przebieg przedziałka na jej głowie. Ciekawe, czy kobieta już się rodziła z takim przedziałkiem.

Znał już jej imię. A Astoria znała jego. Naturalnym było zatem, że wykona parę kroków w jego stronę, by domknąć dystans, jak to robili ludzie na wyższych stopniach zażyłości. Im bliżej, tym ten stopień był wyższy. Zenka motywowały odznaczenia. On też postąpił o krok czy dwa do przodu, jakby dostępował do tego tańca. Astoria stąpała miękko po drewnie. I cicho. No zupełnie jak wampir.

Stanęli naprzeciw siebie. Astoria prowadziła, co chyba źle, bo to on był chłopem. Wyciągnęła rękę. Nie świsnęło, bo kto by tu świstał? Ręka znalazła się przy jego koszuli. Astoria zajęła się gmeraniem, a Zenek stał. Nie widział. Patrzył na przedziałek. Delikatnie pociągała za kołnierz. Ale to tak, jakby motyl na nim usiadł i trzepotał. Z ręki biło chłodem. Dżins był ciepły.

Za ciepły. Zenek wyczuł wybrzuszenie w kieszeni dżinsów. Gdy poruszył się, z kieszeni coś wypadło. Splat! Na ziemię spadł metalowy klocek z pokrętłem.
O. Moje kieszonkowe radio tranzystorowe — obwieścił bez emocji. — Nie wychodzę z domu bez niego.

Astoria odstąpiła go wreszcie i tak się skończyło. — No to idziemy. — dżins przerzucił za ramię, innych manatków nie miał, Astoria je spaliła. Okręcił się ku wyjściu, i wtedy już świsnęło. W tej zatęchłej atmosferze zaplecza to chyba tylko ruchy ciała wprowadzały jakikolwiek przepływ powietrza. No i poszedł z powrotem ku wąskim korytarzom. Astoria najpewniej szła obok niego. — A co my tam będziemy robić? — zerknął przewodniczce w oczy kompletnie na trzeźwo. W końcu po coś się chodziło do tej galerii, a Zenek nie zamierzał wyjść bez odpowiedzi. Dłonie ułożył swobodnie w kieszeniach spodni.

Łapacz marzeń
[roll=PO]



RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 12.07.2026

Przez krótką chwilę przyglądała mu się w milczeniu, kiedy z absolutnie niewzruszoną powagą nazwał ją galerianką. Nie była pewna, czy właśnie usłyszała potoczne określenie kustosza, czy też kolejny mugolski zwrot, którego znaczenia nie znała. W jego sposobie mówienia było tyle osobliwości, że przestała nawet próbować nadążać za wszystkimi. Jedne słowa brzmiały znajomo, inne wydawały się całkowicie wyrwane z obcego świata.
- Kustoszką - poprawiła spokojnie. Ton jej głosu pozostał miękki i uprzejmy, choć w środku odetchnęła z ulgą, gdy poprawienie kołnierza okazało się ostatnim powodem, dla którego musiała znaleźć się tak blisko niego. Przyglądała się, jak z niemal dziecięcym uporem tuli do siebie nadpalone spodnie, jakby stanowiły przedmiot o wartości sentymentalnej, której nie sposób było zastąpić żadnym innym. Nie potrafiła tego zrozumieć. W jej świecie zniszczone rzeczy po prostu się wymieniało. Jeżeli coś traciło swoją funkcję albo przestawało wyglądać godnie, odchodziło w zapomnienie bez większych ceremonii. Tymczasem on zdawał się walczyć o kawałek przypalonego materiału z determinacją człowieka ratującego rodzinne dziedzictwo. - Zostaw je tutaj, nikt ich nie zabierze. Później po nie wrócisz.
Kiedy metalowy przedmiot z głuchym stuknięciem uderzył o podłogę, jej wzrok natychmiast opadł w dół. Niewielkie urządzenie. Metalowe? Nie przypominało niczego, co kiedykolwiek widziała. Przez chwilę przyglądała mu się z wyraźnym zaciekawieniem, którego nie zdołała całkowicie ukryć. Radio? Brzmiało obco, całkowicie pozbawione skojarzeń, jak nazwa egzotycznego stworzenia albo zaklęcia, którego nigdy nie uczono w Hogwarcie. Nie potrafiła nawet zgadnąć, do czego taki przedmiot mógł służyć. Czy wydawał dźwięki? Przechowywał wspomnienia? Był jakąś formą mugolskiej komunikacji? A może zwyczajny śmieć?
- Tranzytowe? Co to takiego? Zabawka? - zapytała. Nie schyliła się jednak po urządzenie. Pozwoliła, by sam je podniósł, obserwując jedynie, jak z niemal automatyczną troską chowa je z powrotem.
Odwróciła się jedynie i ruszyła przed siebie, prowadząc go z powrotem przez skrzydło biurowe. Wąski korytarz ustąpił miejsca szerokiej galerii, gdzie chłodne światło
kryształów odbijało się od jasnego marmuru, rozlewając po posadzce mleczne refleksy.
- Obejrzymy wystawę - odpowiedziała, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Teraz przynajmniej swoją aparycją nie będzie umniejszał renomie tego miejsca. Równość to mrzonka, bo zawsze znajdą się ci, którzy są lepsi od innych. Ale przynajmniej już nie straszył mugolskim ubraniem. Zaprowadziła go do sali z najnowszą kolekcją. Na ścianach zawisły obrazy młodych brytyjskich czarodziejów. Na jednym ogromne pole wrzosów falowało pod wpływem niewidzialnego wiatru, na innym widniało wnętrze starej oranżerii, a wśród donic przemykał czarny kot, raz po raz ocierając się o ceramiczne naczynia, wspinając na kamienne murki albo przeciągając leniwie po płytkach.
Jej spojrzenie przesuwało się pomiędzy jego sylwetką a kolejnymi obrazami. Interesowało ją, czy przejdzie obojętnie obok wszystkiego, czy może któryś obraz zatrzyma go na dłużej. Mimowolnie zastanawiała się, czy jako muzyk będzie szukał w obrazach rytmu. Powtarzalności lub harmonii kompozycji. Czy zwróci uwagę na światło, na ruch postaci, na emocje zaklęte w płótnach, czy może dostrzeże zupełnie coś innego.
- Czy któryś z nich wywołuje u ciebie jakieś emocje?
Przesunęła jeszcze spojrzeniem po galerii. To miejsce zawsze działało na nią kojąco. Było dowodem na to, że magia nie musiała służyć wyłącznie pojedynkom, polityce czy potędze. Potrafiła również tworzyć piękno, którego nie sposób było osiągnąć w żaden inny sposób.