![]() |
|
[1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6010) |
[1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 07.05.2026 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II 1957
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]Słońce wisiało nisko, świecąc z siłą gigantycznej soczewki skierowanej wprost na lekko wilgotnawą łąkę, co być może nie miałoby dla mnie żadnego większego znaczenia, gdybym dalej leżał na dupie, z piwem w dłoni. Ale nieeeeeeee… Oczywiście, że nie mogłem odmówić sobie spaceru w nieznane - nie, gdy usłyszałem te słowa. „Wiesz, że mogłabym to zrobić tylko dlatego, żeby Ci udowodnić, że jest inaczej?” Kto… No - kto? Kto machnąłby ręką, słysząc coś takiego, i stwierdziłby, że „teraz to mu się już nie chce”? Odpowiedź na to pytanie pewnie niezbyt by mnie zadowoliła, właśnie dlatego postanowiłem go nie zadawać, tylko podniosłem się z miejsca i ruszyłem przed siebie w kierunku najgęściej rosnących krzaków. Niestety, temu spacerowi zdecydowanie nie sprzyjał fakt, iż powietrze praktycznie stało w miejscu, oblepiając skórę wilgocią, która nie miała zamiaru odpuścić aż do nocy - było ciężkie, duszne, ale nie burzowe, lepki upał przyklejał mi koszulę do pleców, trawa sięgała wyżej niż powinna i ocierała się o moje nogi przy każdym kroku, zostawiając po sobie ślady i drobne zadrapania, które ignorowałem z uporem godnym lepszej sprawy - tak samo jak olewałem wszystko, co nie wpisywało się w ten prosty plan, który w mojej głowie już dawno został zrealizowany. Jezioro istniało, bo chciałem, żeby istniało, a teraz tam szliśmy, i to było najważniejsze. Nie widziałem go, co prawda, dostrzegałem tylko gęstszy pas krzaków na horyzoncie, coś, co obiecywało wodę, chłód i przestrzeń, którą można było zawłaszczyć sobie choćby na kilka minut, jednak to wystarczało, żeby iść szybciej, bez czekania, bez sprawdzania, czy nadążała. Mhm, jasne, bujda… Wiedziałem, że nadążała, nawet jeśli wolałaby udawać, że to ja za nią biegłem, nie odwrotnie - nawet jeśli ja wolałbym nie musieć udawać, że nie skracałem lekko kroku i nie robiłem większych spirali, „by ominąć przeszkody”, po których ona swobodnie, ze swoimi krótkimi nóżkami, przechodziła… - Jeśli zaraz okaże się, że to tylko bagno, udawaj, że od początku wiedziałaś. - Rzuciłem przez ramię, nawet się przed tym nie wahając, z krzywym uśmiechem, którego nie widziała, ale który z pewnością i tak był wyczuwalny w tonie mojego głosu. - Będzie ci łatwiej zachować twarz. - Dodałem wyzywająco, robiąc krok w gęstwinę, która nie wyglądała na szczególnie zachęcającą, więc oczywiście, że była najlepszym wyborem przejścia. RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 07.05.2026 1972
Cień pod koronami drzew przyjął mnie nieoczekiwanym chłodem, praktycznie momentalnie odcinając nas od większości światła słonecznego - świecącego tak intensywnie nad jeziorem, jakby ktoś skierował na nie soczewkę lupy, tutaj jednak praktycznie nieistniejącego - z taką skutecznością, że przez moment miałem wrażenie, iż przekroczyliśmy jakąś nieuświadomioną wcześniej granicę, której nie powinno się przekraczać bez przygotowania. Nie przyspieszałem, chociaż napięcie czające się pod moją skórą sugerowało mi coś zupełnie przeciwnego, z wręcz chorobliwą zaciętością pilnowałem tempa, które pozwalało zachować kontrolę - nad sobą, nad sytuacją, nad tym, co mogło się wydarzyć w każdej chwili… Szedłem wolniej niż zazwyczaj, krok miałem jeszcze cichszy, bardziej wyważony, a dłoń, którą trzymałem rękę Prudence, pozostawała napięta, gotowa zareagować szybciej, niż zdążyłbym to przemyśleć. Wrażenie bycia obserwowanym nie zniknęło - wręcz przeciwnie - pod drzewami nabrało dodatkowego ciężaru, którego brakowało mu na otwartej przestrzeni. Miałem wrażenie, że znaleźliśmy się na nieswoim terenie, osaczeni przez naturę w sposób groteskowo nienaturalny, chociaż w dalszym ciągu można było to zrzucić na grę światła i wyobraźnię - fakt, iż korony zniżały się z każdym przebytym metrem, bluszcze praktycznie smagały nas po głowach, a pnie rosły coraz bliżej siebie niby nie był niczym niezwykłym, jednak coś mi tu nie pasowało - zazwyczaj wszystko miało swoją przyczynę, jednak teraz, tutaj, nie mogłem jej wskazać. Zatrzymałem się na ułamek sekundy, unosząc lekko głowę, próbując złapać coś konkretnego, jakikolwiek punkt zaczepienia, który pozwoliłby przekształcić to przeczucie w coś bardziej namacalnego. Nic, tylko szelest liści, który mógł należeć do wiatru, i cisza między nim, równa, czysta, nieprzenikniona… [inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek] RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 07.05.2026 1957
[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]Być może odrobinę go sprowokowała. Sama tak właściwie nie wiedziała dlaczego, ale to zrobiła, a skoro powiedziała jedno, to wypadało zrobić i drugie. Zamierzała udać się tam, gdzie jej zdaniem znajdowało się jezioro, co najważniejsze zamierzała wleźć w te krzaki z nim, może nie do końca chciała to zrobić, ale słowo się rzekło, a Bletchley nie rzucała słów na wiatr, i wiedziała, że Aloysius pójdzie z nią. Nie przegapiłby takiej okazji, nie on. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Po co to właściwie robiła, a kto mógł to wiedzieć? Na pewno eksploracja tego terenu w pojedynkę miała być mniej bezpieczna, niekoniecznie był osobą którą wybrałaby na swoje wsparcie, ale nikogo innego tu nie było, a gdzieś w głębi duszy może faktycznie był jej pierwszym wyborem. Nieistotne. Poprawiła kapelusz na swojej głowie, bardzo skutecznie chronił ją przed słońcem, całkiem miłe było to, że Wish zadbał o to, aby zbyt mocno się nie spiekła, nie, żeby sądziła, że się o nią troszczył, chociaż może, bardzo odrobinę tak to sobie tłumaczyła, jakby pewnych nawyków wcale nie dało się pozbyć. Szła przed siebie niezbyt szybkim tempem, było ciepło, powietrze praktycznie się nie ruszało, czuła, że jej ciało niedługo znajdzie się na granicy, sukienka zaczynała się kleić do jej skóry, ale nie przestawała iść. Musieli zweryfikować to, czy faktycznie jezioro jest tam, gdzie być miało, to znaczy, gdzie zakładała, że będzie. Powoli zaczynali zbliżać się do większych zarośli, to znaczy krzaków, pewne było to, że będzie tam cień, więc tak, czy siak odrobinę wygrywali dzięki temu spacerowi. - Jeśli będzie tam bagno to szybko się wycofam, nie chcę taplać się w błocie, zresztą przy takiej temperaturze pewnie będzie suche. - Miała taką nadzieję, no i zdecydowanie wolałaby jednak, aby znaleźli jezioro, a nie bagno, nie do końca przepadała za błotem. - Czy w ogóle muszę zachowywać twarz? Nikt nie będzie widział mojej kompromitacji. - No, nikt poza nim, ale nie sądziła, że miał zamiar opowiadać komukolwiek o tym, że postanowił z nią zwiedzać okolicę - nie oszukujmy się, Prudence nie była wymarzoną kompanką, no, może wymarzoną mogła być, ale nie taką którą ktoś chciał się chwalić. RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 07.05.2026 1972
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/77265834e63e98b7b928c7a1f505005e/e821b785553b7d29-3e/s500x750/092ae1ee6ac0af81ee006eb6771112137633bb35.jpg[/inny avek]Pod opuszkami palców czuła jego dotyk, ich dłonie były ze sobą splecione, a to wystarczyło, aby kroki które stawiała były bardziej pewne. Miał w sobie coś takiego, że obok każdy mógł poczuć się nieustraszonym. To była naprawdę fascynująca cecha. Zazwyczaj nie odczuwała potrzeby, aby zbliżać się do ewentualnego źródła potrzeby, jak widać jednak punkt widzenia mógł się bardzo mocno zmienić. Benjy nie musiał jej do tego nawet specjalnie przekonywać, wystarczyło kilka słów, aby uznała tę ich weryfikację za dobry pomysł. Zresztą, co złego mogło im się przytrafić? No nic. Najwyżej wpadną na kogoś, kto postanowił się im przyglądać, a jej aktualny chłopak udowodni mu, że był to zły pomysł, może nawet się do tego dołączy? Raczej nie lubiła robić takich rzeczy, ale jednak w tym przypadku mogłaby to rozważyć, przy nim była zupełnie inną osobą. Zauważyła to, że jej towarzysz poruszał się wolniej niż zazwyczaj, dostosowywał swoje tempo do niej - słabszego ogniwa, doceniała to, inaczej pewnie znalazłaby się bardzo daleko w tyle. Znaleźli się między drzewami, uczucie bycia obserwowanym nie przestawało jej towarzyszyć, póki co uznawała to za paranoję, naprawdę nie sądziła, że ktoś chciałby podglądać ich zza tych krzaków, bo niby dlaczego? Byli po prostu parą, która chciała spędzić razem trochę czasu, nacieszyć się słońcem i ostatnim letnim dniem. Jej wyobraźnia wyjątkowo pozwalała sobie na to, by mieszać jej w głowie. Kiedy znaleźli się w zaroślach nadal pojawiało się to dziwne uczucie, jakby ktoś chował się gdzieś między drzewami i patrzył prosto na nich, ale przecież nikogo tutaj nie było, przynajmniej jak na razie, nie dostrzegła bowiem już żadnego ruchu. Ścisnęła mocniej dłoń Benjy'ego, aby mieć pewność, że znajduje się tuż obok. - Jest dziwnie. - Postanowiła się odezwać, kiedy ten się zatrzymał, chciała podzielić się z nim swoją niepewnością. RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 08.05.2026 1957
Słuchałem jej kątem ucha, idąc dwa i pół kroku przed nią, z rękami wsuniętymi niedbale w kieszenie i spojrzeniem wbitym w linię krzaków, która uparcie obiecywała coś więcej niż tylko cień i wilgoć. Nie byłem idiotą, doskonale wiedziałem, do czego dążyła Prue, gdy wypowiadała tamte słowa, i co jej wtedy przyświecało. Nie byłem również aż tak zadufany na własnym punkcie, zapewne wbrew żywionemu przez nią przekonaniu, by wmawiać sobie, iż wybranie akurat mnie na swojego kompana miało jakikolwiek związek z tym, że czuła się w mojej obecności odrobinę mniej… Cokolwiek - mniej samotna, mniej narażona na nienazwane niebezpieczeństwo mogące się czaić pośród leśnej gęstwiny, mniej pogrążona we własnych myślach - mniej mniej. Być może kiedyś bylibyśmy swoim pierwszym wyborem do przygody, lecz teraz „po prostu się napatoczyłem”, chociaż to ona prawie na mnie nadepnęła, a żadna inna alternatywa się tu nie znajdowała. „Napatoczenie”, tak, tak by to pewnie nazwała - choć może w trochę bardziej wyrafinowany sposób - jak zawsze, gdy coś ciskało nas na siebie, nie licząc się z naszymi opiniami. Sprowokowała mnie za to już całkiem świadomie i dla zasady, nawet jeśli zrobiła to mimochodem - a może właśnie dlatego, bo czy tego chciałem, czy nie, pewnie oboje zdążyliśmy już zauważyć, że taka strategia i taka jej postawa wzbudzały we mnie szczególnie dużo zawziętości - i nie było opcji, żebym zostawił to bez reakcji, nie w tym momencie, nie z nią, nie przy duszącym upale, który tylko podkręcał wszystko do granic… Absurdu? Pot spływał mi powoli wzdłuż kręgosłupa, a powietrze było tak gęste, że każde wciągnięcie go do płuc wymagało odrobiny wysiłku, ale to tylko dokładało temu wszystkiemu tej intensywności, której potrzebowałem prawie tak samo, co możliwości zmoczenia się w jak najzimniejszej wodzie. Nie - poszukiwanie źródła ochłody wcale nie było więc takie znowu absurdalne, w innych okolicznościach zaryzykowałbym stwierdzenie, że było całkiem rozsądnym posunięciem, tyle tylko, iż teraz towarzyszył mu bardzo energiczny, zdecydowanie nie pozbawiony drugiego dna marsz przez spieczone słońcem pole, przez który zdążyło mi się zrobić trochę zbyt gorąco. Okulary przeciwsłoneczne odrobinę ułatwiały orientowanie się w obranym kierunku, lecz pozbawienie się jedynego nakrycia głowy nie było już zbyt mądre. Czy tego jednak żałowałem? Niekoniecznie. Nie byłem tu jedyną osobą, nawet jeśli mogłem sprawiać wrażenie kogoś, kto myślał wyłącznie o własnym, na szczęście nie czerwonym, nosie. Nie chciałem, by towarzysząca mi dziewczyna sparzyła się czymś więcej, niż tylko słowami - mimo wszystkich naszych spięć i starć, nie potrafiłem spoglądać na nią z całkowitą antypatią, nie, gdy dzieliliśmy ze sobą fragment skrzętnie maskowanej historii, odbywając wcześniej podobne, lecz dużo przyjemniejsze, wędrówki po szkolnych błoniach czy ścieżkach prowadzących do Hogsmeade. Nie dało się o tym całkowicie zapomnieć, nawet jeśli często tego chciałem. Nie zwolniłem ani na moment, kiedy usłyszałem jej odpowiedź, przeciwnie, przyspieszyłem odrobinę, bardziej z przekory niż z potrzeby znalezienia się szybciej pod osłoną drzew, przecinając kolejne pasma trawy, które uginały się pod naporem ciężaru mojego ciała, częściowo uginając się pod butami, częściowo wracając na swoje miejsce zaraz po tym, jak je minąłem. Uśmiech sam wkradł mi się usta, krótki, podszyty przyjemnością, którą dawało mi wciąganie Prudence dalej, niż planowała, sprawdzanie, gdzie postawi granicę i czy w ogóle ją postawi. - Wycofasz się? - Powtórzyłem z wyraźną nutą niedowierzania, skręcając lekko głowę, żeby rzucić jej krótkie spojrzenie przez ramię. - Nie brzmi to jak ty, Bletchley. Poza tym nie doceniasz kąpieli w błocie. A bagna nie wysychają w jeden cieplejszy dzień. - Dodałem, już bardziej dla zasady, bo nigdy się w nim celowo nie taplałem i raczej nie zamierzałem tego zmieniać - no, o ile nie byłoby to elementem jakiegoś zakładu, do którego wcale nie było nam przecież aż tak daleko… Nie teraz, nie nigdy, ta sytuacja była idealnym przykładem tego, iż zawsze wychodziło nam udowadnianie sobie racji. Zrobiłem jeszcze kilka kroków w stronę krzaków, celowo nie zatrzymując się w miejscu, bo wiedziałem, że każde takie drobne przyspieszenie działało na nią bardziej niż bezpośrednia zaczepka, gdyż zmuszało ją do podjęcia decyzji, zamiast pozwalać jej tkwić w tej wygodnej półprzestrzeni między „chcę” a „nie powinnam”. Na jej kolejne słowa uniosłem lekko brew, mój uśmiech pogłębił się sam, bez większego udziału woli. - Zachowuj twarz, nie zachowuj twarzy, naprawdę nie robi mi to różnicy. - Zatrzymałem się tylko na tyle, żeby odgarnąć gałąź, która wyrosła mi tuż przed nosem, i spojrzałem w końcu na Prudence, mierząc ją krótkim, ostrym spojrzeniem, które miało w sobie więcej zaczepki niż zainteresowania, choć w przypadku Sunny jedno z drugim i tak zawsze mieszało się u mnie bez większego porządku. Wzruszyłem ramieniem, wchodząc już między pierwsze krzaki, które nie wyglądały ani trochę zachęcająco, a jednak obiecywały coś po drugiej stronie, co - wedle mojej żelaznej logiki - było dostateczną zachętą, by wleźć prosto w nie. Cień uderzył we mnie od razu, cięższy, chłodniejszy, przynosząc ulgę, która była niemal natychmiastowa, choć podszyta zapachem wilgoci i ziemi. - Ale jeśli zawrócisz pierwsza, zapamiętam. Czy tego chcesz, czy nie, mam doskonałą pamięć do kompromitujących szczegółów. - Nie czekałem na ripostę, bo znałem je wszystkie, przynajmniej w teorii, zamiast tego ruszyłem dalej, głębiej między zarośla, w ten nagły chłód, tak bardzo kontrastujący ze skąpaną w słońcu kwietną łąką. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 08.05.2026 1972
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek]Uścisk na mojej dłoni wyraźnie się wzmocnił, co zarejestrowałem natychmiast, niemal automatycznie, i odpowiedziałem tym samym, krótkim, pewnym ściskiem, niosącym w sobie więcej komunikatu niż jakiekolwiek słowa, które mógłbym w tym momencie wypowiedzieć. To napięcie nie należało tylko do niej czy do mnie, nie było kaprysem wyobraźni ani efektem natury, która potrafiła płatać figle, kiedy człowiek wsłuchiwał się w nią zbyt uważnie. To wrażenie, jakie zacząłem czuć już z samego rana - to, które jeszcze wyraźniej poczułem podczas jednej z najbardziej sielskich, idyllicznych chwil ostatnich lat, co samo w sobie zakrawało na groteskę - nie znikało, przeciwnie, zagęszczało się z każdym przestąpionym przez nas krokiem w głąb leśnej gęstwiny, nabierało struktury, której mu wcześniej brakowało, jakby ktoś po drugiej stronie tej ciszy również podjął decyzję, żeby nie odpuszczać. Przesunąłem wzrokiem po krzakach, po pniach, po cieniach, które układały się zbyt regularnie, żeby uznać je za przypadkowe, i zatrzymałem go na jednym miejscu odrobinę dłużej. Światło łamało się na pniach kilku pobliskich drzew, praktycznie zrośniętych ze sobą, tworzyło układy, które mogły ukryć więcej, niż pokazywały, i jeśli miałbym wybrać dla siebie jakąś idealną kryjówkę, znajdowałaby się ona właśnie w takiej lokalizacji. Dokładnie. Tutaj. - Jest. - Odpowiedziałem, bez próby rozładowania tego napięcia żartem, który w innych okolicznościach pojawiłby się odruchowo - nie próbowałem tego bagatelizować, nie tym razem, bo zbyt wiele razy ignorowanie takich sygnałów kończyło się źle, a to nie było miejsce, w którym chciałem testować własną intuicję, co dopiero mowa o przeczuciach, jakie mieliśmy we dwoje. - Za cicho. Nie podoba mi się to. Gdybym był tu całkiem sam, prawdopodobnie nawet bym się nie zatrzymał, od razu skierowałbym kroki w stronę, w którą teraz spoglądałem, ale z Prue… Odwróciłem głowę w stronę mojej dziewczyny, przelotnie, lecz wystarczająco, żeby złapać jej spojrzenie, zanim znowu przeniosłem wzrok między drzewa - tam, gdzie cień zbierał się gęściej, układając się w plamy, które nie dawały się łatwo rozczytać - nie musiałem zadawać pytania na głos, by wybrzmiało. RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 08.05.2026 1957
[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]Dreptała coraz szybciej, aby za nim nadążyć. Na jego jeden krok przypadały minimum dwa jej, także i męczyła się odrobinę bardziej od niego. Nie, żeby ten spacer był wyczerpujący, jednak wysoka temperatura robiła swoje. Chcąc nie chcąc robiła się rumiana na policzkach, nie od wysiłku fizycznego, a od pogody która nie należała do szczególnie sprzyjającej spacerom. Nie do końca chciała się skupiać na powodzie w jaki skończyli, a właściwie zaczynali w ten sposób, bo to był dopiero początek ich wspólnego spaceru. Jakoś tak wyszło, że mieli znaleźć się w tych krzakach razem, nie była to ich pierwsza wspólna wędrówka, zaliczyli takich sporo, chociaż z nieco innym nastawieniem do siebie. Kiedyś często wybierali swoje towarzystwo, zmieniło się to z upływającym czasem, przywykła do tego, że już tego nie robili. Mimo wszystko nie zapomniała jak to zazwyczaj wyglądało. On rzucał pomysł, jak głupi by nie był ona nie potrafiła mu odmówić, chociaż należała raczej do tych bardziej rozsądnych osób, tak na nią działał - kiedyś. Teraz to ona stała za tym, że mieli wejść razem w krzaki, przynajmniej połowicznie, chociaż, czy na pewno, doskonale wiedziała, że jeśli rzuci mu podobne wyzwanie to jej nie odmówi, tak już miał. Znała go przecież bardziej, niż by tego chciała, to znaczy nie jego, nie do końca potrafiła odnaleźć w nim swojego przyjaciela z dzieciństwa, ale pewne rzeczy się nie zmieniały, były stałe. Zresztą nie mieli robić nic złego, tylko wejść głębiej w las, sprawdzić, czy faktycznie znajduje się tu jezioro i być może do niego wejść. Miała ogromną chęć to zrobić z racji na tę wyjątkowo wysoką temperaturę, nie mogłaby sobie odpuścić schłodzenia się w zimnej wodzie, to mogłoby być najbardziej przyjemną częścią tego dnia. - Mówisz tak, jakbyś co tydzień zażywał kąpieli błotnych. - Być może była to jakaś rozrywka dla bogaczy? Bywali bardzo ekscentryczni, słyszała o tym, że błoto faktycznie miało jakieś dziwne właściwości, jednak wolałaby nie wylądować w bagnach, mogły ją pochłonąć... a tego naprawdę by nie chciała. - i może faktycznie, to wycofanie się było raczej dość pochopne. - Oczywiście, że by tego nie zrobiła, wlazłaby w to błoto tylko, żeby mu udowodnić, że jest w stanie to zrobić, bez względu na konsekwencje jakie mogło to ze sobą nieść. Tak już miała, kiedy znajdował się obok, nie było to zbytnio zdrowe, ale przywykła do tego. Szedł dalej, więc i ona to robiła. Drobne gałązki zahaczały o jej ramiona i nogi, spodziewała się, że będzie miała po tej wyprawie trochę zadrapań, jednak starała się sobie wmawiać, że cel jest słuszny. Na pewno gdzieś tam głębiej miało być jezioro, w którym za chwilę będą mogli się zanurzyć. Jeszcze nie zastanawiała się nad tym, czy na pewno chciała właśnie z nim się w nim kąpać, ale póki co musieli je odnaleźć, więc na takie rozważania nadejdzie jeszcze moment. - Oczywiście, że Tobie nie robi to różnicy, nie przywykłeś do przejmowania się kimkolwiek poza sobą samym. - Mogła się ugryźć w język, ale przecież to, że razem szli w te krzaki nie miało zmienić ich nastawienia do siebie. Dzielnie więc szła dalej, chociaż robiło się coraz gęściej, otaczała ich bujna roślinność, która niosła ze sobą cień, więc w sumie tak czy siak występował jakiś pozytyw. - Szkoda, że tylko do tego masz dobrą pamięć. - Odpowiedziała jeszcze i szła dalej, faktycznie pewnie wypominałby jej to do końca ich edukacji w Hogwarcie, może nawet później gdyby kiedyś jeszcze ich drogi miały się ze sobą skrzyżować, więc nie mogła zawrócić. RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 08.05.2026 1972
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/77265834e63e98b7b928c7a1f505005e/e821b785553b7d29-3e/s500x750/092ae1ee6ac0af81ee006eb6771112137633bb35.jpg[/inny avek]Czuła się dużo pewniej, kiedy miała w swojej dłoni jego. Wiedziała, że tym razem nie jest sama, nie musi sobie radzić z ewentualnym problemem bez pomocy. To było coś nowego, nawet nie spodziewała się tego, że tak po prostu zaakceptuje taką sytuację, ale miło było mieć przy sobie kogoś na kogo można było zawsze liczyć. Wiedziała, że Benjy był lojalny, nie zostawiłby jej tutaj samej, wręcz przeciwnie, gdyby coś teraz pojawiło się między drzewami pierwszy wyciągnąłby różdżkę i zaczął z tym walczyć. Nie, żeby chciała dopuszczać, aby sam radził sobie z ewentualnym problemem, ale sama świadomość iż był obok była całkiem budująca. Bletchley również uważnie się rozglądała, szukała jakichś oznak świadczących o tym, że nie byli tutaj sami, chciała zlokalizować intruza, zwłaszcza, że przez cały dzień czuła jego obecność. To nie mógł być przypadek, że tak się działo. Niepokoiło ją to, bo przynosiło pytanie kto i dlaczego postanowił ich podglądać. Nie, żeby martwiła się o siebie, ale w przypadku jej chłopaka było to bardzo niebezpieczne zważając na jego pochodzenie. Ktoś mógł się dowiedzieć, że wrócił do kraju, ktoś kto nie życzył mu dobrze i odrobinę ją to przerażało. Wcześniej być może próbowała z tego żartować, mówić, że mało kto będzie w stanie sobie z nim poradzić, z nimi poradzić, jednak co jeśli to był ktoś, kto nie miał problemu z tym, aby pozbywać się tych, którzy postanowili iść swoją własną drogą nie zważając na konsekwencje? Takich odklejeńców nie brakowało, nie ostatnio, nie mieli problemu z tym, aby podpalić stolicę, więc raczej nie byłoby też dla nich niczym wielkim pozbycie się dwóch osób w lesie. Spojrzał na nią, później ponownie wrócił wzrokiem do drzew. Jej też się to nie podobało, nie była zadowolona z tego, że najprawdopodobniej ktoś ich obserwował, interesował się nimi, wolałaby to sprawdzić, by mieć pewność, że to nie było nic takiego, nie powinni lekceważyć podobnych sygnałów. - Powinniśmy to sprawdzić. - Nie mogli odpuścić, lepiej było mimo wszystko wejść między te drzewa i dokładniej się temu przyjrzeć. Być może gdyby była tutaj sama to właśnie odwróciłaby się na pięcie i sobie stąd poszła, teraz jednak ścisnęła mocniej różdżkę wolnej dłoni gotowa walczyć, jeśli tylko będzie musiała to zrobić. Nie, żeby była specjalistką od magicznych pojedynków, ale jeśli wymagała tego sytuacja to cóż - nie była tchórzem.[/a]RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 10.05.2026 1957
Szedłem przodem, równym, wyuczonym krokiem, który nie zdradzał ani pośpiechu, ani czekania, pilnując własnej zasady trzymania się równo dwa i pół kroku przed nią z uporem, którego nie miałem zamiaru tłumaczyć ani łagodzić - mimo że słyszałem przecież jej oddech, krótszy, bardziej nerwowy, jasno dający mi do zrozumienia, iż powinienem zwolnić - było w tym coś drażniąco satysfakcjonującego, że to ona musiała dopasować się do mnie, nie odwrotnie, więc nie zamierzałem odbierać sobie przyjemności. Nie oglądałem się co chwilę, nie dawałem Prue powodów do radości, zamiast tego regulowałem własne ruchy w sposób tak subtelny, żeby nie było w nich widać żadnej kalkulacji, choć w rzeczywistości były one niemal mechanicznie dostosowane do tego, aby dać jej popalić, jednak nie pozwolić na to, by padła gdzieś po drodze - gdzieś z tyłu mojej głowy przez ten cały czas, odkąd ruszyliśmy, siedziała świadomość, że gdybym naprawdę przyspieszył, idąc jak zwykle, musiałaby praktycznie biec, a aż tak nisko nie zamierzałem schodzić, nawet… Zwłaszcza… Wobec niej. Choć przecież sama się w to wpakowała, rzucając mi wyzwanie z tym swoim bezczelnym uśmieszkiem, który aż prosił się o to, żeby go zetrzeć - to było wręcz żałosne, jak oczywiste były jej sztuczki, a mimo to działały, bo nie miałem najmniejszego zamiaru odpuścić - nie zwalniałem, prowadząc nas prosto przez łąkę, w kierunku ciemnej ściany lasu, która rosła przed nami z każdym krokiem.- Oczywiście, co tydzień, obowiązkowo. - Przytaknąłem z suchą ironią, pozwalając, by w moim głosie zabrzmiała nuta znudzonej wyższości, którą opanowałem do perfekcji. - W końcu nic tak nie odpręża, jak zanurzenie się po szyję w cuchnącej brei i modlenie się, żeby coś cię nie wciągnęło głębiej. - Kącik ust drgnął mi nieznacznie, chociaż nie dałem jej tej satysfakcji, żeby zobaczyła pełen uśmiech, było w tym coś przyjemnego - to drobne przekomarzanie się, nawet jeśli podszyte było rywalizacją, której żadne z nas nie zamierzało odpuścić. Wkroczyłem między drzewa bez wahania, nie oglądając się, czy nadążała, bo jeśli miała problem, to był jej problem, nie mój… A jednak zostawiłem między nami tyle przestrzeni, żeby nie musiała biec. Na jej słowa o mnie, o tym, że nie przejmowałem się nikim poza sobą, parsknąłem cicho, tym razem bez śladu wcześniejszego rozbawienia, bardziej jak ktoś, kto słyszał to już wcześniej i zdążył się do tego przyzwyczaić. - Och, oszczędź mi tych moralnych wywodów, Bletchley. Oboje doskonale wiemy, jak to wygląda. - Rzuciłem z wyraźnym znużeniem, które było w dużej mierze na pokaz, bo w rzeczywistości każde jej zdanie trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Las zbliżał się powoli, gęstniał z każdym krokiem, powietrze stawało się chłodniejsze i bardziej wilgotne, a ziemia pod butami przestawała być przyjemnie sprężysta, co tylko podsycało moje wcześniejsze uwagi o bagnie, chociaż wiedziałem, że gdzieś za tą ścianą zieleni miało być jezioro, cel naszej umowy, której zamierzałem dopilnować do końca, choćby tylko po to, żeby zobaczyć, czy Prudence w którymkolwiek momencie się zawaha. Gałęzie zaczęły zahaczać o moje ramiona, o przedramiona i nogi, zostawiając cienkie, piekące ślady, które ignorowałem równie łatwo jak wszystko inne, co nie było celem. Miejsce, w którym mogliśmy się wyłapać, nie zaznawszy kąpieli błotnej, istniało gdzieś przed nami, byłem tego pewien z uporem graniczącym z arogancją, i właśnie ten upór pchał mnie dalej, przez kolejne warstwy zieleni, które stawały się coraz bardziej nieprzeniknione. - Mam dobrą pamięć do wszystkiego, co warte zapamiętania. - Odpowiedziałem po chwili, zerkając na nią kątem oka. Zatrzymałem na moment gałąź, żeby nie uderzyła jej w twarz, kiedy przechodziła, i puściłem ją dopiero wtedy, kiedy znalazła się wystarczająco blisko, żeby sama mogła się z nią zmierzyć, bo drobne uprzejmości nie oznaczały, że zamierzałem ułatwiać jej wszystko. - To, że akurat twoje potknięcia się do tego zaliczają, to już nie moja wina. Zrobiłem jeszcze kilka kroków, wsłuchując się w odgłosy lasu, w ciche trzaski, w szelest liści, aż w końcu uniosłem lekko brew, bo gdzieś przed nami pojawił się inny dźwięk, subtelny, ale wyraźny… [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 10.05.2026 1972
Dłoń Prue była ciepła, to był jedyny punkt odniesienia, który nie zmienił się ani o jotę, gdy wszystko inne wokół nas pogrążyło się w narastającym napięciu, trzymałem ją, raz na jakiś czas przesuwając kciukiem po jej skórze w powolnym, mechanicznym geście, nie wiedząc, czy był on bardziej dla niej, czy dla mnie. Nie tak miał wyglądać początek naszych chwil… Las milczał. Nie było ptaków, nie było owadów, nie było szelestu, który można by przypisać czemuś konkretnemu, wszystko, co słyszałem, to szelest listowia poruszanego ruchem naszych ciał i własne serce, które biło spokojniej, niż bym się spodziewał, bo przecież nie byłem tu sam. Nie chciałem narażać Prudence bez potrzeby, to miał być spokojny, leniwy dzień spędzony nad wodą, nie początek kolejnego doświadczenia jeszcze bardziej dystansującego ją od tych regionów. Nie musiałem poruszać tego tematu, żeby wiedzieć, iż powrót do lasu, szczególnie w stanie narastającego niepokoju, nie był dla niej łatwy, właśnie dlatego nie zamierzałem naciskać ani poganiać tempa, którym szliśmy - gdyby chodziło wyłącznie o mnie, dawno wyrwałbym do przodu, gotowy znaleźć tego świra, który obserwował nas z ukrycia, albo odnaleźć coś innego, co wywoływało u mnie dreszcz niepokoju. Już wiele lat temu, bardzo szybko, chociaż nie w sposób szczególnie łagodny, nauczyłem się nie zakładać niczego z góry, i dopóki nie znaleźliśmy źródła problemu, trudno mi było wykluczyć, czy było ono materialne. Mogło chodzić zarówno o kogoś, kto znalazł się w złym miejscu o złym czasie, podjąwszy jeszcze gorszą decyzję o zajściu nam za skórę - bo zdecydowanie nie zamierzałem mu odpuścić, kimkolwiek był - mogliśmy mieć jednak do czynienia również z czymś takim jak wtedy, tamtej pamiętnej nocy, i sam nie do końca potrafiłem stwierdzić, co byłoby lepszą opcją. Właśnie dlatego wolałem działać, nie rozważać scenariusze, zawsze byłem lepszy w bezpośredniej akcji, z nas dwojga to Prudence znacznie lepiej analizowała fakty „na sucho”, a teraz zdecydowanie brakowało nam informacji. Musieliśmy postawić na to, że cokolwiek na nas czekało, mieliśmy sobie z tym poradzić, do tej chwili naszym zadaniem było zachowanie czujności oraz gotowości… Słuchałem uważnie, wyłapując każdy dźwięk, ale las pozostawał podejrzanie cichy, jakby ktoś przyciszył wszystko, co mogłoby nas ostrzec. Każdy kolejny krok, jaki stawiałem, szukając właściwej ścieżki pomiędzy dziką roślinnością, był bardziej świadomy niż poprzedni, przesuwałem stopy ostrożnie, unikając suchych gałęzi w taki sposób, aby żadna z nich nie pękła pod moim naciskiem. Gdy odpowiednio się na tym skupiałem, potrafiłem być praktycznie bezszelestny i tym razem zdecydowanie nie zamierzałem ułatwiać obserwatorowi sprawy. Chłód pod drzewami był coraz wyraźniejszy z każdym przebytym przez nas metrem, wdzierał się pod ubranie, pod skórę, wbrew logice i porze dnia, kontrastował z niemal tropikalnym ciepłem, które jeszcze przed chwilą dominowało łąkę nad jeziorem, również zupełnie nie pasując do brytyjskiego klimatu pod koniec lata, lecz mając więcej sensu niż ta nagła zmiana. Gdy na chwilę przerwaliśmy wędrówkę, zatrzymując się w miejscu, nie miałem ani krztyny wątpliwości, iż dotarliśmy do właściwego punktu - powietrze w tej części lasu uderzyło we mnie zimnem tak ostrym, że aż odruchowo spiąłem barki, jakby ktoś nagle przyłożył mi do karku mokrą, lodowatą dłoń i nie zamierzał jej zabrać. Takie kontrasty rzadko były neutralne, jeszcze rzadziej przypadkowe, czułem to wyraźnie, tę zmianę temperatury, która nie wynikała wyłącznie z braku słońca, tylko z czegoś, co zbierało się pod leśnymi baldachimami, kryjąc się w cieniu i obserwując nas już od dłuższego czasu. W tym jednym zdaniu, jakie wypowiedziała Prue, było wszystko, co trzeba było powiedzieć, przytaknąłem jej zatem bez wahania, krótkim ruchem głowy, który zamknął temat odwrotu zanim w ogóle zdążył się pojawić, bo wiedziałem już, że i tak byśmy go nie rozważyli na poważnie. Decyzja zapadła szybciej, niż zdążyłem ją przeanalizować w pełni - czego pewnie, znając mnie, i tak bym nie zrobił - ale to była ta rzadka sytuacja, w której instynkt i rozsądek szły w tym samym kierunku, nie szarpiąc mnie w dwie różne strony. Skoro już tu weszliśmy, skoro oboje czuliśmy to samo, nie było odwrotu, który miałby jakikolwiek sens. - Widzisz to samo, co ja, czy coś więcej? - Zapytałem jeszcze. Nie chodziło tylko o to, czy też dostrzegała gęstszy cień wokół pobliskich drzew i czuła chłód, to było oczywiste, chodziło o to drugie, o tę obecność, której nie dało się złapać wzrokiem, a która uparcie siedziała gdzieś na granicy percepcji, drażniąc moje nerwy i przyprawiając mnie o gęsią skórkę. Przesunąłem ciężar ciała, gotowy ruszyć dalej w każdej chwili, ale nie zrobiłem tego od razu, dając jej te kilka sekund na odpowiedź, na zebranie myśli, które pewnie nie układały się w podobny sposób jak moje - Pruey zawsze zwracała uwagę na inne rzeczy - chociaż wniosek musiał być ten sam. Cokolwiek tu było, nie wyglądało na coś, co zniknie, jeśli odwrócimy wzrok i odejdziemy, i chyba oboje o tym wiedzieliśmy aż za dobrze. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/646617dbc76ddeed1ea50933226f5af8/tumblr_pyyn1chEv31sx1fcmo5_400.pnj[/inny avek] |