![]() |
|
[24.10.72] What else can our hands do with the blood? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja Horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +---- Dział: Carkitt Market (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=47) +---- Wątek: [24.10.72] What else can our hands do with the blood? (/showthread.php?tid=6014) |
[24.10.72] What else can our hands do with the blood? - Louvain Lestrange - 09.05.2026 Ciężka kotara ozdobiona haftami owoców głogu poruszyła się powoli, zdradzając przybycie nowego interesanta jeszcze zanim Louvain przekroczył próg sklepu Gregorovitchów. Materiał zazseleścił głucho a wraz z nim do środka wślizgnął się niemalże ostatni chłód październikowego popołudnia i coś jeszcze. Napięcie czarodzieja, który od pewnego czasu coraz częściej myślał o własnym bezpieczeństwie. Spalona noc pozostawiła po sobie więcej niż widok płonącego Londynu; pozostawiła świadomość, że nieoczekiwane może przyjść zawsze, w każdej chwili. A jednak nie sam ogień był tym, co najmocniej utkwiło mu pod powiekami. Myślami wciąż wracał do Kniei i do widma, które napotkał pośród zieleni drzew, do obecności nieludzkiej, która spojrzała w niego z niepokojącą łatwością, jakby jego wnętrze było jedynie uchylonymi drzwiami. Od tamtej chwili niepokoiło go coś znacznie bardziej wstydliwego niż lęk przed śmiercią: świadomość własnego Zimna. Tego pustego miejsca głęboko pod żebrami, które widmo się zdawało się dostrzec bez najmniejszego trudu. Po raz pierwszy od dawna Louvain poczuł, że istnieją siły zdolne nie tylko odebrać życie, ale również obnażyć to, czego sam wolał w sobie nie nazywać. Dlatego coraz wyraźniej odczuwał potrzebę “dozbrojenia się”. Otoczenia mocą i przedmiotami, które pozwoliłyby mu odzyskać poczucie kontroli nad sytuacją i nad samym sobą, zanim chaos ponownie zapłonie wokół niego. Ubrany był nienagannie; ciemny, doskonale skrojony płaszcz opinał szczupłą sylwetkę z surową elegancją, podkreślając każdą linię jego postawy. Materiał nie nosił ani jednej przypadkowej fałdy, srebrne spinki przy mankietach połyskiwały dyskretnie przy każdym ruchu dłoni, a wysokie skórzane rękawiczki sprawiały wrażenie równie kosztownych, co praktycznych. Wnętrze sklepu przypominało bardziej sanktuarium niż zwykły punkt sprzedaży. Lampady podwieszone pod sufitem rzucały nikły, złotawy blask na drewno i złocone ramy portretów pzredstawiających, cholera właściwie wie kogo. Gdyby miał zgadywać były to wizerunki przodków kogoś z rodzinnych stron Mykewa. Twarze na obrazach spoglądały ostro, niemal oskarżycielsko, jak gwardia pilnująca dostępu do czegoś więcej niż tylko rzemiosła. Louvain znał plotki krążące wokół nazwiska Gregorovitch, dla których właśnie tutaj przyszedł. Jednocześnie nie należał do tych naiwnych, którzy wierzyli, że wszystko, co najcenniejsze, wystawia się otwarcie na ladzie. Zatrzymał ciekawe spojrzenie dopiero wtedy, gdy zorientował się, że za ladą nie zastał Mykewa, lecz najwyraźniej jego żonę. I choć w jego spojrzeniu zawsze czaiło się coś trudnego do uchwycenia, chłód albo przesadna uważność, tym razem nie pozwolił sobie na najmniejsze uchybienie etykiecie. Pochylił głowę z należytą godnością, wykonując ukłon płynny i wyćwiczony, należny zamężnej damie czystej krwi. - Madam Gregorovitch. - odezwał się niczym grzeczny chłopiec, terrorysta. Gest nie był przesadzony ani teatralny, przeciwnie, miał w sobie tę szczególną powściągliwość ludzi wychowanych w rodach, gdzie dobre maniery nie były uprzejmością, lecz obowiązkiem. Louvain nie należał do mężczyzn noszących kapelusze, nie potrzebował ich, by wyglądać na człowieka świadomego swojej pozycji. Nie miał więc czego zdjąć z głowy przed Gregorovitchową, ale żeby uniknąć przesadnego sans-gêne, ściągnął prawą rękawiczkę. Powoli, z elegancją wynikającą bardziej z przyzwyczajenia niż ostentacji. Gdyby Larisa zdecydowała się podać mu dłoń, ucałowałby ją zgodnie z wszelkimi zasadami starego wychowania: krótko, z odpowiednim dystansem i szacunkiem, bez poufałości, która mogłaby urągać pozycji zarówno jej, jak i jej męża. Louvain doskonale rozumiał wagę takich gestów. Zwłaszcza w domach, gdzie nazwisko i reputacja były równie istotne jak magia. Wyprostował się dopiero po chwili, utrzymując spojrzenie spokojne i opanowane. - Moja godność, Lestrange Louvain, syn Anthony’ego Lestrange’a. Nazwisko wypowiedział z naturalną pewnością człowieka przyzwyczajonego do istoty własnego rodu, ale bez tej przesadnej pychy, którą często nosili młodzi przedstawiciele starych rodzin. W jego tonie pobrzmiewał raczej zimny profesjonalizm i dobrze wyuczona etykieta. - Potrzebuję kunsztu kaletniczego - oznajmił spokojnie, pozwalając spojrzeniu raz jeszcze przesunąć się po półmroku sklepu. - I chciałbym zapytać, czy przyjmują państwo specjalne zamówienia… z nieco mniej typowych materiałów? W jego postawie nie było protekcjonalności, którą nierzadko nosili przedstawiciele starych rodów wobec rzemieślników, nawet tych wybitnych. Przeciwnie. Odnosił się do nazwiska Gregorovitch z ostrożnym szacunkiem i świadomością, że pewne formy sztuki magicznej stoją znacznie bliżej sacrum niż zwykłego fachu. RE: [29.09.72] What else can our hands do with the blood? - Larisa Gregorovitch - 22.05.2026 Półmrok który panował w pracowni przy Carkitt Market, zawsze był jej miły. Łagodził niepokój, nie nadwyrężał zmysłów i pozwalał skoncentrować się na pracy, którą miała przed sobą. Drewno, które trzymała w dłoniach, poddawało się więc jej ruchom z łatwością. Te były pełne wprawy, ale pewnie gdyby ktokolwiek poświęcił im nieco więcej uwagi, zauważyłby w nich nadzwyczajną delikatność. W końcu w każdej z różdżek było coś więcej niż zwykła odrobina magii. Gdyby było inaczej, te nie wybierałyby właściciela, a poddawały się każdemu bez słowa skargi. Ale niestety, nikt nie mógł w pełni zauważyć tego, z jaką uwagą Larisa podchodziła do tego co robiła, bo kiedy tylko drzwi się otworzyły, oderwała się od swojego zajęcia. — Syn Anthony'ego Lestrange'a — powtórzyła za nim. Tak samo jak i wiedziała kogo miał na myśli, kompletnie też nie wiedziała o kim mówił. Imię i nazwisko zdawały się nad wyraz znajome, ale wszelkie detale gubiły się odmętach zamglonej pamięci, nieuchwytne dla niej teraz i trzymające dystans. Trudno. To wcale nie tak, że było jej to do czegokolwiek potrzebne. — Mogę je przyjąć. Czego miałoby dotyczyć? RE: [29.09.72] What else can our hands do with the blood? - Louvain Lestrange - 30.05.2026 Przyjął jej dłoń z nienaganną uprzejmością, jednak uwaga już dawno uciekła mu gdzieś poza sam moment przywitania. Już kilka chwil po przekroczenia progu sklepu obserwował Larisę z narastającą, trudną do jednoznacznego określenia ciekawością. Raczej rodzaj ostrożnego niepokoju, który pojawia się, gdy człowiek dostrzega drobny szczegół niepasujący do reszty obrazu. Jej spojrzenie przypominało mu taflę jeziora skrytą pod poranną mgłą. Nie było w nim niechęci, ale nie było też obecności. Patrzyła na niego, a jednocześnie zdawała się patrzeć obok niego. Podobnie było z ruchami. Każdy gest wykonywała odrobinę później, niż należałoby się spodziewać. Zbyt powoli. Niezdrowo powoli. Jakby pomiędzy myślą, a działaniem istniała niewidzialna odległość, którą musiała za każdym razem pokonywać. Przez krótką chwilę przyszło mu nawet do głowy, że być może trafił na wyjątkowo niefortunny moment. Może pani Gregorovitch się raczyła się alkoholem. Może zażyła któryś z eliksirów, które pozostawiają umysł kilka kroków za rzeczywistością. Byłoby to zresztą najprostsze wyjaśnienie. Tłumaczyłoby przeciągłe ruchy, zamyślenie oraz tę osobliwą obojętność, która nie ograniczała się wyłącznie do twarzy, lecz zdawała się obejmować całą jej postać. A jednak coś mu nie pasowało. Nie brzmiała na odrzuconą. Nie było w niej rozchwiania ani utraty kontroli. Pod powierzchnią tej senności kryło się coś bardzo osobliwego. Coś, co sprawiało wrażenie, jakby każda jej myśl odbywała podróż przez bardzo gęstą mgłę, zanim dotarła do celu. Kiedy powtórzyła nazwisko jego ojca, obserwował ją uważnie. Nie liczył na zachwyt, choć mógłby być dokładnie tak próżny. Nazwisko oraz imię ojca miało tutaj spełniać funkcję praktyczną. Stanowiło skrót. Elegancki sposób poinformowania rzemieślnika, że klient nie przychodzi oglądać półek i targować się o cenę. Że nie będzie konieczne prowadzenie niezręcznych rozmów o kosztach materiałów ani tłumaczenie, dlaczego wykonanie czegoś wyjątkowego wymaga odpowiednio wysokiej zapłaty. A jednak nie dostrzegł nawet najdrobniejszego poruszenia. Nie lekceważenia. Nie podziwu. Właściwie niczego. Jakby nazwisko prześlizgnęło się po jej myślach i zniknęło gdzieś bez śladu. Louvain pozwolił sobie na krótkie skinienie głową. Przez moment milczał, po czym uniósł różdżkę i lekko stuknął jej końcem o wewnętrzną stronę marynarki. Materiał szaty zafalował subtelnie pod wpływem magii, a zaklęcie zmniejszająco-zwiększające zostało rozwiązane jednym wprawnym ruchem. Chwilę później wsunął dłoń do pozornie zbyt wąskiej kieszeni i wyciągnął z niej pokaźnych rozmiarów papierową paczkę. Pakunek spoczął na ladzie z głuchym szelestem, starannie owinięty i zabezpieczony przed wilgocią oraz przypadkowymi uszkodzeniami. - Chciałbym zamówić długi płaszcz. - Jego głos pozostał spokojny i rzeczowy. - Z tego materiału. Zależy mi, aby zachował możliwie wiele z właściwości stworzenia, z którego został ściągnięty. Czy byłoby to wykonalne? Celowo nie wymówił nazwy stworzenia, z którego pochodził materiał. Być może był to drobny test. A może zwykła próba, podszyta konsumencką ciekawością. Jeśli Gregorovitchowie rzeczywiście cieszyli się renomą, którą przypisywało im środowisko, rozpoznanie egzotycznego materiału po samym fragmencie skóry nie powinno stanowić większego problemu. Chciał zobaczyć, czy fachowe oko dostrzeże to, czego przeciętny laik nigdy by nie zauważył. Nie od razu uznał temat za wyczerpany. Jego spojrzenie na moment oderwało się od pakunku i powędrowało ku jednej z lampad zawieszonych pod sufitem, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o drugiej sprawie, która sprowadziła go do pracowni Gregorovitchów. - Oprócz tego potrzebuję szaty stagnacji. Funkcjonalnej, takiej, która dobrze sprawdzi się podczas obrzędów Samhain. Mówił o obrzędzie równie rzeczowo, jak wcześniej o płaszczu. Jak człowiek przygotowujący się na coś, co uważał za nieuniknione, i który nie zamierzał pozostawiać powodzenia wyłącznie w rękach losu. RE: [24.10.72] What else can our hands do with the blood? - Larisa Gregorovitch - 10.06.2026 Eliksiry były najłatwiejszym możliwym wytłumaczeniem i prawdę powiedziawszy, gdyby posiadała w sobie odrobinę więcej świadomości, pewnie stwierdziłaby że zażywanie ich byłoby o wiele lepszym losem niż jej dziedzictwo. W końcu wziąć czy nie wziąć? Zawsze miało się tutaj jakiś wybór, a Larisa wyboru nie miała. Żyła ze swoim przodkiem; kiedyś była to chłodna tolerancja, która z czasem zmieniła się w akceptację. W świadomość, że nic, absolutnie nic nie było w stanie zmienić jej losu, dlatego poddała mu się w zupełności. Nie sprzeciwiała się Salazarowi nigdy, a on za to nagradzał ją tym chętniej. Nazwiska miały wagę, to wiedzieli wszyscy. Ale w zachowaniu Larisy kryło się pewne przyzwyczajenie; do sklepiku Gregorovitchów nie zachodził nikt, kto nie powinien się tutaj znaleźć. Posiadali swoją renomę i nie było to coś, co reprezentował sobą chociażby taki Ollivander, ochoczo zapraszający do swoich pracowni każdego, kto tylko był chętny by wepchnąć mu w rękę różdżkę. Oni tego nie robili. Oni nie potrzebowali, by ci, którzy na to nie zasługiwali, posługiwali się ich wyrobami. Skoro więc Louvain Lestrange, syn Anthony'ego Lestrange'a pojawił się tutaj dzisiejszego dnia, cóż, wskazywało tylko na to, że tak musiało być. Może gdyby kobieta pamiętała Anthony'ago w jakimś wyraźniejszym wydaniu, pojawiłaby się na jej twarzy chociaż odrobina zrozumienia. Zamiast tego było mgliste wyczekiwanie, gotowe pomóc klientowi w jego problemach. Przyglądała mu się, a właściwie jego ręce, która sięgnęła do płaszcza. Do wąskiej, wewnętrznej kieszeni, z której to zaraz wyłoniła się paczka. Spoczęła na ladzie z szeleszczącym dźwiękiem i jeśli Lestrange oczekiwał, że pakunek sam się rozpakuje, albo pomoże mu w tym pani Gregorovitch to nieco się przeliczył. Kobieta stała, z palcami złożonymi razem na dzielącym ich blacie i obserwowała znowu jego. — Wykonanie ubrania ze skór magicznych stworzeń może być wyzwaniem. Te nie zawsze chcą się słuchać, nawet po śmierci. Ogólna zasada stanowi jednak, że jakiekolwiek stworzenie nosiło na sobie właściwości, te zostaną przeniesione na odzież. Jeśli chce pan, żeby to był płaszcz dla pana, to będę musiała zdjąć miarę — trybiki poruszyły się wolno, wprawiając kobietę w ruch. Dłonie zsunęły się z kontuaru, wędrując niżej i szukając centymetra, a także notesu. — Szaty stagnacji również mogę dla pana wykonać. Również ze skór. — wyprostowała się na nowo, tym razem już z centymetrem, ostrożnie układając przed sobą niewielki, poręczny notes, a także przynależny mu ołówek. Czekała, spokojnie i nieruchomo, jakby potrzebowała dalszego zezwolenia by zabrać się do pracy. Prawdę powiedziawszy, nie zawsze przyjmowała zamówienia kaletnicze. Robiła to niechętnie, z ociąganiem, bo był to przecież zakład snycerski. Ale może właśnie to nazwisko, które wydawało się Louvainowi przejść bez echa, w tym momencie działało swoją magię. RE: [24.10.72] What else can our hands do with the blood? - Louvain Lestrange - 27.06.2026 Senność rozlewająca się po jej twarzy nie przypominała zwyczajnego znużenia. Niepokoiła go, ale w sposób, który odczytywał jako obietnicę, nie ostrzeżenie. Nie ujmując nic tej mirażowej damie, dziwactwo, niezależnie od tego, czy było jedynie osobliwą manierą, czy wyrastało z jej wnętrza, z jego doświadczenia niemal zawsze prowadziło we właściwym kierunku. Ludzie wyłamujący się ze schematów rzadko bywają przeciętni. Pod twardą skorupą zwykle kryły się talenty równie niezwykłe, co trudne do zrozumienia. Właściwości, które można było wykształcić ciężką pracą lub odziedziczyć wraz z nazwiskiem. Louvain zdążył przekonać się o tym więcej niż raz i miał szczerą nadzieję, że tym razem intuicja również go nie zawiedzie. Były jednak chwile, krótkie i ulotne jak drgnienie płomienia świecy, kiedy ich spojrzenia się spotykały, a jego ogarniało osobliwe wrażenie, że kobieta wcale nie patrzy na niego. Jakby wzrok, choć spoczywał na jego twarzy, prześlizgiwał się obok, zatrzymując się na kimś, kogo nie był w stanie dostrzec. Być może była to jedynie zbyt śmiała nadinterpretacja jej ospałej, nieobecnej postawy. Płatająca figle wyobraźnia przyzwyczajona do doszukiwania się drugiego dna. A jednak przez jedno, krótkie mgnienie nie potrafił oprzeć się przeczuciu, że w tej rozmowie uczestniczy jeszcze ktoś. Milczący, niewidzialny obserwator, którego obecność zdradzały jedynie drobne pęknięcia w zachowaniu właścicielki zakładu. Właściwie… kto mógł wiedzieć, jakie tajemnice ukrywały się między ścianami sklepu Gregorovitchów? Dopiero kiedy centymetr spoczął na blacie obok niewielkiego notesu, stuknął raz końcem różdżki o papier zabezpieczający. Na drewnianym blacie rozwinęła się płachta surowej, starannie wyprawionej skóry. Materiał odsłonił się powoli, ciężki, ciemny, połyskujący w świetle pracowni subtelnym, niemal oleistym refleksem. Nie podsunął go jednak bliżej ani nie wyjaśnił jego pochodzenia. Ułożył skórę na ladzie z taką pewnością, jakby nie wymagała żadnego komentarza, po czym przeniósł spojrzenie z powrotem na Larisę, z cieniem ledwie dostrzegalnego uśmiechu. - Wolałbym, żeby odzież była w obszernym fasonie. Krój uniwersalny. Płaszcz powinien pozostać w formie odzieży wierzchniej, abym mógł korzystać z jego właściwości. Było to wyjaśnienie chłodne, techniczne i całkowicie zgodne z prawdą. Skóra miała zachować swoje walory niezależnie od fasonu, lecz okrycie wierzchnie pozwalało wykorzystać je bez konieczności rezygnowania z pozostałych elementów garderoby. W rzeczywistości kierowała nim znacznie bardziej przyziemna ostrożność. Nie zamierzał pozwolić, by pani Gregorovitch zbliżyła się do niego na tyle, by mogła wyczuć chłód zalegający pod garniturem. Trupia temperatura nie należała do cech, które można było zbyć niewinnym uśmiechem czy zręcznym kłamstwem. RE: [24.10.72] What else can our hands do with the blood? - Larisa Gregorovitch - 06.08.2026 Nigdy nie zwracała uwagi na swoją własną senność, jakby ta już dawno całkowicie umknęła jej uwadze i stała się nadto integralną częścią całego jej jestestwa. Wcześniej, kiedy była młodsza i mniejsza, wypełniała przestrzeń w o wiele ostrzejszy i wyrazistszy sposób. Dostrzegała nawet te momenty, kiedy głowa poddawała się nieco i popadała w marazm, tak miękki i przyjemny, a jednocześnie niesamowicie wręcz bezpieczny. Z czasem jednak, stał się nie stanem wyjątkowym, a trwałym. Stałą w jej życiu, której każdy kto ją poznał, mógł być pewien. A kiedy coś jest stałe, przestaje się zwracać na to większą uwagę. Spoglądała więc na Louvaina, ani przez chwilę nie roztkliwiając się nad tym, co właściwie mógł mieć teraz przez oczami i w jaki sposób podsumowywać to w głowie. Atmosfera panująca wewnątrz lokalu mało kiedy stawała się na tyle nieodpowiednia, by Larisa zwracała uwagę na to, co czaiło się na twarzach jej klientów. Może brakowało im odwagi lub prezencji, by naruszyć marazm który w sobie kryła, a pod którym pozostawał uśpiony jej przodek. Spojrzenie srebrzystych oczu opadło nieco niżej, kiedy Lestrange machnął różdżką, rozpakowując złożony na kontuarze pakunek. Papier rozłożył się, ukazując grubą, charakterystyczną skórę, która znajdowała się wewnątrz. Przez moment pani Gregorovitch patrzyła, jakby co najmniej stworzenie, do którego należał materiał, miało zaraz pojawić się obok i założyć je na nowo na siebie. Uważnie analizowała jej strukturę i ważyła w myślach, na ile mogła się nadać. Dłonie jednak pozostały na swoim miejscu, wsparte o krawędź lady i ze splecionymi wzajemnie palcami. Nie musiała dotykać, by zdawać sobie sprawę z czego zostało zdjęte trofeum. — Rozumiem — odpowiedziała wreszcie, zerkając w bok, na centymetr, który wyjęła przed chwilą spod lady. Sugestia, nawet jeśli można było się tego spodziewać, nie przeleciała jej nad głową, zamiast tego moszcząc się z niej delikatnie i pozwalając zorientować się, że młodemu Lestrange'owi zależało na tym, by pobrać miarę na oko. To więc właśnie zrobiła, taksując go srebrzystym spojrzeniem, by ołówek zapisał na kartce sugerowane wymiary. — Tego typu materiały, są ciężkie w obróbce — poinformowała wreszcie, kiedy pisadło spoczęło w bezruchu, a ona na nowo zerknęła na twarz Louvaina. — Magiczne stworzenia bywają kapryśne i to samo tyczy się skór, które są z nich ściągane. Jeśli jednak wszystko pójdzie tak jak powinno, będzie mógł pan cieszyć się w pełni jej właściwościami. RE: [24.10.72] What else can our hands do with the blood? - Louvain Lestrange - 26.09.2026 Choć jej powierzchowna nieobecność pozostawała delikatnie rozpraszająca, momentami wręcz wytrącając go z tropu, nie przeszkadzała mu na tyle, by zamierzał w jakikolwiek szczególny sposób ją komentować. Dopóki komunikacja nie zawodziła, a odpowiedzi Larisy pozostawały rzeczowe i wystarczająco przytomne, jej osobliwy marazm można było uznać za nic więcej jak osobliwość charakteru. Zresztą komentowanie go byłoby zwyczajnie nie na miejscu. Do głowy nie przyszłoby mu natomiast, że ta senna nieobecność mogła być czymś więcej niż cechą samej kobiety, wypadkową obecności czarodziejskiej legendy. Tego rodzaju możliwości nie brał nawet pod uwagę. Na ten moment sposób bycia Larisy zwyczajnie dopełniał pewien stereotyp, który zdążył sobie wyrobić o ludziach takich jak Gregorovitchowie. Imigranci, nazwisko brzmiące gdzieś ze wschodnich rubieży Europy, stara rodzinna profesja, osobliwy zakład. Wszystko to układało się w obraz, który może nie był szczególnie sprawiedliwy, ale za to zaskakująco dobrze pasował do jego wyobrażenia o tym, czego należało się po nich spodziewać. - Gdyby było to coś banalnegp, nie przyszedłbym tutaj. Powiedział bez cienia wahania, jakby sama obecność jego pakunku na ladzie stanowiła wystarczające uzasadnienie dla tych słów. Nie zamierzał udawać, że jego wymagania są skromne, ani tym bardziej przepraszać za to, że oczekuje od rzemieślnika czegoś więcej niż zwyczajnego kawałka odzieży. Louvain nie przychodził do Gregorovitchów po coś, co można było wykonać w pierwszej lepszej pracowni. Jeżeli ktokolwiek miał nadać buchorożcowej skórze formę, której potrzebował, nie widział powodu, by szukać dalej. To nie była wyłącznie kwestia przesadnej wiary w ich umiejętności, lecz chłodnej kalkulacji. Inni zadawaliby niewygodne pytania. Kiedy uznał, że ustalenia zostały wyczerpane, Louvain pozwolił sobie na krótkie, niemal ceremonialne skinienie głową. Nie było w nim uniżonej wdzięczności ani ulgi. Zostawił materiał i oczekiwania, a reszta należała już do Gregorovitchów. - Dziękuję. Będę wyczekiwał listu. Ton jego głosu był chłodny i spokojny, pozbawiony najmniejszego śladu wahania. Brzmiało to bardziej jak zamknięcie ustaleń niż prośba o przysługę. Nie zamierzał wracać tu bez potrzeby, skoro wszystko, co należało powiedzieć, zostało już powiedziane. List pozwalał zachować odpowiedni dystans, a przede wszystkim pozostawiał sprawę w rękach tych, którym właśnie ją powierzył. Nie oglądając się za siebie dłużej, niż wymagała tego zwykła kurtuazja, odwrócił się i ruszył ku wyjściu. Postać opuszcza sesję
|